I dotarliśmy do ostatniego rozdziału. Jakim cudem? Nie mam pojęcia. Serio. Ale pomiędzy męczeniem przedmiotów maturalnych i zdawaniem z tych pozostałych, zarywaniem nocy, bo tłumaczenie któregoś zdania mi nie brzmiało, czytaniem wiadomości od bet na ten czy inny temat, naprawdę dobrze się bawiłam. Mam nadzieję, że wy też :) Dziękuję za wszystkie komentarze i wyrazy wsparcia, do następnego tłumaczenia!

Wiele czasu minęło, od kiedy po raz ostatni walczyli jako zespół.

Wiele czasu minęło, zanim znalazło się coś wystarczająco poważnego, żeby odciągnąć ich od harmonogramu dyżurów rozpisanego na czas względnego spokoju w mieście, zanim coś okazało się na tyle wymagające, żeby cały zespół założył stroje i przygotował się do walki. Tony był przez krótki czas zmartwiony tym, że nie uda im się wrócić do starych nawyków, że będą sobie nawzajem wchodzić w drogę zamiast pracować zgodnie niby części dobrze wyregulowanego mechanizmu.

Nie powinien był się o to martwić.

Quinjet gotowy, opuszcza podjazd numer jeden w hangarze — zameldowała Natasza do komunikatora. — Główne uzbrojenie gotowe do akcji. Oczekiwany czas przybycia na miejsce: sześć minut. Kapitan Ameryka na stanowisku drugiego pilota. Hawkeye, podaj swoją pozycję.

Czarna Wdowo, tu Hawkeye. Jestem gotowy do walki i uzbrojony po zęby. Złapałem pojazd linii Jarvis ekspres. Pozycja jest… nieco gejowska.

Tu Banner. Nie chcę wiedzieć. Komunikatory działają, ale nie mogę obiecać, że to się nie zmieni. Zaraz zacznę zielenieć. Zobaczymy się na miejscu.

Tu Thor. Udam się na zwiad przed quinjetem, ażeby oszacować siły naszych jotuńskich wrogów. Iron Man do mnie dołączy, gdyż jesteśmy prędcy niczym wiatr i zwinniejsi od maszyny.

— I to właśnie… — próbował wtrącić Tony, ale Steve mu przerwał.

Kapitan Ameryka do zespołu. Większa część naszego ataku będzie skierowana wprost na lodowych olbrzymów. Tony, ty zajmij się Amorą i Lokim. Użycie twojej broni wyposażonej w Impas przytłumiający moce Czarodziejki powinno ograniczyć jej możliwość walki. Thor, lodowi olbrzymi. Streść nam szybko, co o nich wiesz.

Gdy Thor wymieniał ich znane mu silne strony i słabości, Tony wzbił się w powietrze. Jednym uchem słuchał, jak Steve klepie coś o kontrataku i strategicznych pozycjach, jakie każde z nich powinno zająć. Tony nie dowiedział się niczego, czego nie mógł odgadnąć na podstawie wielkości lodowych olbrzymów i informacji, które wydobył z Lokiego; byli olbrzymi, byli wytrzymali i byli zimni. Ich słabością było ciepło, ogień i prawdopodobnie jasne światło. Taka zimna, ciemna planeta jak ta, na której żyli, mogła oznaczać, że ich wzrok za dnia był słabszy niż Lokiego w tej formie.

Ale byli silni. Byli silni siłą Asgardczyków. Potrafili przywołać lód siłą woli i używać go jako broni. Ich skóra promieniowała chłodem i z całą pewnością spowodowałaby odmrożenie czwartego stopnia, gdyby ktoś miał z nią styczność. Dla Tony'ego byli niczym problemy z oblodzeniem stroju podniesione do kwadratu — ale nie było to też nic, na co nie byłby przygotowany.

W porządku, zespole — stwierdził krótko Steve, kiedy Tony nabierał wysokości, wznosząc się nad drapaczami chmur, żeby znaleźć lepszy punkt obserwacyjny. — Hawkeye, chcę, żebyś trzymał się na dystans. Hulk i Thor, pobawcie się w awanturników. Włączcie się do walki i odpowiednio przywitajcie naszych gości na Ziemi. Wdowo, zostajesz w samolocie. Strzelaj ostrożnie. Bezpośrednie otoczenie pola walki zostało oczyszczone z ludności cywilnej, ale to wciąż Nowy Jork.

Przyjęłam. Na szczęście zostawiłam podręczną bombę atomową w drugim samolocie.

A teraz, jeśli chodzi o ten otwarty portal. Chcemy ich przez niego wypchnąć, a nie go zamknąć. Iron Manie, musisz zabezpieczyć Lokiego i unieszkodliwić Amorę bez zabijania jej. Myślisz, że dasz radę?

Tony zaśmiał się do komunikatora.

— Myślę, że będę się nieźle bawił, próbując to osiągnąć. Ale uważajcie na jej magię. Suka ma wielki talent do manipulacji myśli i iluzji. Lepiej nie nawiązywać z nią kontaktu wzrokowego.

Mam wrażenie, że kryje się za tym historia, której nam nie opowiedziałeś — skomentował Clint. — Jeśli Jarvis da radę opuścić mnie na krawędź dachu, mogę ich zdjąć na dystans. Czy SHIELD nawiązało już z nami kontakt?

Jak na razie nie — odparł Steve. — Ale wiedzą, że nadchodzimy.

Tony'emu nie podobało się brzmienie tego zdania. Kiedy ostatnio walczył z Amorą, SHIELD obserwowało sytuację z bezpiecznej odległości tak długo, że wieża lodu niemalże przygniotła wesołe miasteczko pełne dzieciaków. Z drugiej strony, jeśli się nie odzywali, być może zamierzali zupełnie nie angażować się w akcję. Niewspółpracowanie z Avengersami, gdy ci ratowali ich wspólnego dawnego wroga, było najprawdopodobniej wszystkim, co mogli zrobić w tej sytuacji. Typowo rządowa strategia.

— A więc staramy się zatrzymać pięćdziesięciu i jeszcze paru lodowych olbrzymów w granicach dachu Madison Square Garden, zakneblować czymś Amorę i przekonać lodowe potworki do ponownego wskoczenia do króliczej dziury. — Tony'emu coś zacisnęło się w żołądku, kiedy podleciał na tyle blisko do stadionu, żeby zobaczyć szczegóły tego, co się na nim działo. — Żaden problem. Wlatuję do środka. Thor, postaraj się mnie przypadkowo nie porazić prądem. Szczególnie, jeśli będę krzyczał nasze uzgodnione słowo bezpieczeństwa.

Uzgodnione słowo bezpieczeństwa? — Znajdujący daleko na jego skrzydle Thor wyglądał na zdezorientowanego. Clint parsknął śmiechem z miejsca, w którym trzymał się opancerzonego tyłu Jarvisa niczym rzep psiego ogona.

— Wyjaśnię to później. Wyglądaj przekonująco na żywego; myślę, że Papa Smerf właśnie mnie zauważył. — Z całą pewnością jeden z lodowych olbrzymów dostrzegł jego czerwono-złoty tyłek wysoko na niebie i zaczął wywijać w jego stronę lodową włócznią. Genialnie.

Tyle jeśli chodzi o wkradzenie się na pole walki. Pora na wielkie wejście.

— Jarvis, wypisuję cię ze służby ochroniarskiej. Przywitaj ciepło naszych nowych znajomych. I mam na myśli naprawdę ciepło.

Oczywiście. Czy pragnie pan podać jakiś konkretny poziom?

— Przestaw promienie na „naprawdę ogniste". I, na miłość boską, postaraj się nie przysmażyć nimi Hawkeye'a. Thor, przybij Jarvisowi piątkę, żeby przerzedzić tłum.

Tak jest. — Nawet przez komunikatory Thor brzmiał na zmęczonego. Cała nadzieja w tym, że Steve też to wyłapał.

Tony leciał niemal pionowo w górę w stronę czubka dachu, próbując tak wymanewrować, żeby wylądować za plecami Lokiego, gdzie lodowi olbrzymi wydawali się najsłabsi. Być może po prostu chcieli popatrzeć, jak Amora znęca się nad Lokim, zanim go zabije. No to mieli problem — przerwa w zabawie będzie dla nich niczym kubeł wrzącej wody.

Najpierw pozbył się tych dwóch, którzy przygniatali Lokiego do ziemi. Olał elegancję i wycelował w ich oczy i usta. Pociski z jego ramion zajęły się resztą, eksplodując przy głowach olbrzymów i uwalniając Lokiego od siły, która przytrzymywała go na kolanach. Tony wyciągnął rękę, żeby go chwycić, zanim ten upadnie, ale zamiast tego musiał przyhamować. Loki sam podniósł się na nogi i obrócił się w jego stronę z pełnym powagi i zdumienia wyrazem twarzy.

— Iron Manie — przywitał się ochryple. Krew kapała mu z czoła nad zmęczonymi zielonymi oczami. Nie miał już magii? — Muszę przyznać, że masz doprawdy nieskazitelne wyczucie czasu. — Ukryta w tych słowach ulga niemalże wprawiła ich obu w zakłopotanie. — Obawiam się, że potrzeba będzie więcej niż tylko nas dwóch, aby dzisiaj zatryumfować.

— To pomówienie i zniewaga. Mam wszystko pod kontrolą. — Ale mimo wszystko mnóstwo lodowych olbrzymów wpatrywało się w niego w niezbyt przyjazny sposób.

Widoczna znad ramienia Lokiego Amora uniosła wargę do warknięcia. Błyszczyk rozmazał jej się na policzku. Widać było cienki strumyk krwi w miejscu, gdzie zraniła się w usta. Poza przesuszonymi włosami i czerwoną pręgą wokół gardła wyglądała na tak całą i zdrową, że było to niemalże obraźliwe.

— To znowu ty. Kochanie, zachowaj się jak gentleman i pozwól mi obdarzyć Laufeysona szybką śmiercią. — Przekrzywiła głowę i przyjrzała mu się zimno. — Nie byłeś nawet w stanie uziemić Skruge'a na długo. Jakie masz szanse w starciu z moją nową armią?

Ekran hełmu wypełnił się licznymi odczytami, kiedy lodowe olbrzymy zgromadziły się za Amorą. Jak do tej pory to na nim koncentrowała się ich uwaga. Thor trzymał się z tyłu tak, jak go o to poprosił, a Jarvis… gdzie, u licha, był Jarvis?

Halo, halo, halo! NADCHODZĘ! KURWA! — krzyknął głośno Barton do swojego komunikatora, gdy Jarvis z ogromną prędkością opadł lotem nurkowym nad lodowe olbrzymy. Wyglądał niczym perlista czerwona fala czystej energii cieplnej, która sączyła się z jego dłoni. Trzymający się jego pleców Barton wypuszczał strzały jedna po drugiej. Biorąc pod uwagę eksplozje, które po tym następowały, miał w kołczanie ukryte pociski nasycone trifluorkiem chloru. Ich zawartość wylewała się po dotarciu strzały do celu i oblewała lodowych olbrzymów sporymi strugami płynu. Jarvis podpalał ciecz, a jego emitery ciepła przysmażały skórę olbrzymów wszędzie, gdzie jej dotknęły.

Lodowe olbrzymy ryknęły z bólu i wściekłości, po czym grupkami zaczęły uciekać przed szturmem. Niektóre wystrzelały podobne do pocisków śnieżne kule w ślad za napastnikami. Na szczęście tamte topiły się, zanim zdołały dotrzeć do celu. Najwyraźniej ktoś nakarmił ich przeterminowanymi bzdurami na temat systemów obronnych Ziemi.

Amora była sina z wściekłości.

— To zaledwie odrobina ciepła, głupcy! — krzyknęła, obracając się w stronę swojej płonącej armii. — Czyż nie jesteście wojownikami? Sformujcie szyk bojowy! — W tej chwili Tony zauważył, że jej dłonie są mocno zaciśnięte w pięści i błyszczą od jasnej magii.

— O tak — stwierdził. — Myślę, że mam coś, co może temu zaradzić.

Kiedy Amora w ułamku sekundy obróciła się z powrotem w jego stronę, wręcz promieniując wściekłością, Tony poczęstował ją prosto w serce dawką promieniowania Impasu, która została jej wstrzyknięta przez strzykawkę z igłą o szerokiej średnicy. Co prawda rana, jaką w ten sposób otrzymała, należała do śmiesznie lekkich, ale igła była wypełniona także dawką środka usypiającego, która mogłaby powalić słonia.

Amora zakrztusiła się i spuściła pełen przerażenia wzrok, patrząc, jak pożerające magię promieniowanie rozprzestrzenia się jej żyłami z klatki piersiowej na całe ciało, zamykając jednocześnie wszystkie kanały magiczne. Przez tę iście piekielną igłę przesączyła się dawka promieniowania trzykrotnie większa od tej, którą zawierały granaty. Amora zwaliła się na ziemię niczym kłoda, a jej magia znikła, jakby ktoś zdmuchnął świecę. Tony nie próbował nawet łapać Czarodziejki, kiedy ta przywaliła twarzą w twardy grunt.

Loki wpatrywał się w niego, jakby właśnie uderzył w niego piorun.

— Co to było?

Tony otworzył hełm.

— Nauka.

Loki naprawdę przewrócił oczami.

— Nieważne, to było zajebiste i dobrze o tym wiesz. Hej, włóż to do ucha. — Tony podał mu zapasowy komunikator. Loki wziął go ostrożnie do ręki i umieścił w uchu z wyrazem obrzydzenia na twarzy. Wyglądał jak wrak samego siebie. Wielki siniak dodawał barw jego blademu obojczykowi, zakrzepła krew formowała dziwaczny strumyk z boku jego twarzy, a pod oczami miał olbrzymie cienie; wyglądał, jakby ktoś znęcał się nad nim całymi dniami i zmuszał go do zachowania przytomności przez cały ten czas.

— Słyszę, jak agent Barton wykrzykuje sprośności — stwierdził Loki, zerkając na prowadzącą nalot parę, która wciąż przysmażała Jotunom tyłki w iście spektakularnej dywersji. — To sprytne, użyć ciepła w taki sposób. Gdzie się tego nauczyłeś?

Tony skrzywił się i zamknął z powrotem hełm.

— Wiesz, że nie miałem z tym nic wspólnego. — Nie był to temat, na który powinni rozmawiać w środku bitwy, kiedy wszyscy Avengersi ich podsłuchiwali. Jak na razie lodowi olbrzymi uciekali w kierunku drugiej strony dachu, gdzie sytuacja była nieco mniej paląca. Daleko po ich prawej ciemny portal nadal rozwierał się niczym obietnica. Jeśli po drugiej stronie znajdowało się więcej Jotunów, sytuacja mogła się naprawdę skomplikować i to bardzo szybko.

— Jestem tego świadom — odparł Loki, obserwując go kątem oka. — Ostatecznie to był mój pomysł.

Tony zamarł w miejscu. Odczyty wciąż napływały mu na ekran hełmu, ale jakby ich nie dostrzegał.

— Co? — wychrypiał.

Loki miał czelność wzruszyć ramionami.

— Nie mogłem być pewien, że uwierzysz w czystość moich zamiarów, więc zaszczepiłem ten pomysł w tych przesłuchujących mnie kreaturach. — Spojrzenie, które rzucił Tony'emu, było pełne namysłu. — Nigdy nie wolno przeceniać siły czystego, pełnego oburzenia współczucia. Thor czy nie, kiedy tylko zobaczyłeś mnie w tamtym stanie, nie spocząłbyś, póki byś mnie nie uwolnił.

To nie miało sensu. Nikt, absolutnie nikt nie zmusiłby się do przejścia przez taki rodzaj…

Poza tym, że oczywiście, Loki by to zrobił.

— Nie przyjąłeś lodu — stwierdził Tony, dopiero teraz zdając sobie z tego sprawę. Czuł się odrętwiały i głupi, a jego żołądek ścisnął się nieprzyjemnie. — Zrobiłbyś wszystko, żeby ocalić swoją skórę, a nie przyjąłeś od nich lodu.

Loki uśmiechnął się słabo.

— Masz czasami tak przewidywalnie miękkie serce. A teraz, czy nie powinniśmy…

Cios, do którego zamachnął się Tony, uderzył Lokiego w nieporanioną jeszcze część szczęki i posłał go z powrotem tyłkiem na ziemię, tuż obok Amory. Gdyby był to jakikolwiek inny dzień, Tony właśnie by sobie pogratulował: wreszcie udało mu się zaskoczyć Lokiego Laufeysona. Ale teraz był tak wściekły, że widział tylko rozmazane kształty.

— Więc powiedz mi coś: czy wciąż próbujesz mną grać? Czy tę scenę też sam wyreżyserowałeś? — Przez cały ten czas. Jedna intryga po drugiej. To się nigdy nie skończy. — Cholera jasna, pewnie sam wysłałeś mi tę pierdoloną wizję. Może nawet podsunąłeś Doomowi pomysł, żeby wymienić ciebie wtedy, w parku. Czego jeszcze nie wiem? Czy w ogóle masz teraz kłopoty? A może dobiłeś kolejnego targu? — Kiedy Loki otworzył usta, żeby odpowiedzieć, Tony roześmiał się i uniósł dłoń, powstrzymując jego słowa. — To było pytanie retoryczne, Loki. Prawdę mówiąc, wcale nie chcę wiedzieć.

Niezgrabnymi ruchami, które nie miały nic wspólnego z byciem w zbroi, Tony odłączył Włócznię Impasu od namagnesowanej blokady na swoich plecach i rzucił ją u stóp Lokiego. Nie czekając na reakcję, ruszył prosto w kierunku lodowych olbrzymów. Czuł przytłaczające pragnienie, aby wysadzić coś w powietrze.

To było krępujące — mruknął Clint.

Bardzo krępujące — zgodził się Jarvis i zatoczył koło, zbliżając się ponownie do przeciwników i umożliwiając Bartonowi drugą rundę zabawy w Robin Hooda.

— Zamknijcie się — warknął na nich Tony, po czym aktywował swoje repulsory i zaczął strzelać wprost w środek tłumu Jotunów. — Po prostu pozabijajmy ich i wróćmy do domu.

Przyjąłem — odparł Steve. Jeśli kiedykolwiek Tony miałby wybrać swój ulubiony głos, to byłby to właśnie ten. A w każdym razie w tej chwili. — Jesteśmy na twojej dwunastej i zniżamy lot. Mówiłeś coś o Doomie?

Po drugiej stronie budynku quinjet opadł niczym ptak przygotowujący się do schwytania zdobyczy, po czym wyskoczył z niego facet ubrany na czerwono, biało i niebiesko. Thor wylądował ciężko obok Steve'a, a jego czerwona peleryna była dobrze widoczna na tle posępnego jednokolorowego budynku. Bóg zachwiał się tylko odrobinę, ruszając przed siebie i kręcąc trzymanym w dłoni Mjölnirem, jakby ten nie był dobrze znaną mu bronią. Hulk nie przybył jeszcze na przyjęcie, ale w tym momencie było to bez znaczenia. Tony miał wielką ochotę na dobrą walkę.

Niestety, mniej więcej w tym samym momencie lodowi olbrzymi zorientowali się, że powinni stworzyć sobie pancerz z lodu, który, jak się okazało, w jakiś sposób wpływał na ich poparzenia, śmiesznie szybko je lecząc. Genialnie. Ponieważ dzień nie mógł się już stać jeszcze gorszy.

Tony walczył jak zaślepiony wściekłością, przyjmując rozkazy w tej samej chwili, w której zostały wydane. Kule lodu nie stanowiły problemu dla zbroi, ale olbrzymy same w sobie były silne i paskudne. Jarvis i Clint brzęczeli wkoło nad ich głowami niczym jakaś zmutowana mucha, znajdując słabe punkty Jotunów i strzelając do nich. Od czasu do czasu zabierali strzały z martwych. Skoncentrowany ogień najwyraźniej trwale wykluczał olbrzymów z walki, ale ataki na szeroką skalę i walka wręcz nie miała na nich zbyt wielkiego wpływu.

Tony był w trakcie odkrywania tego smutnego faktu, kiedy olbrzymia niebieska dłoń uderzała w jego hełm, ale lodowy olbrzym nagle zadrżał i zwalił się na ziemię tuż u jego stóp.

— Zgadzam się, co takiego mówiłeś o Wiktorze? — wydyszał Loki z berłem wciąż wycelowanym w leżącego Jotuna i dymiącym na zielono. — Ty paranoiczny — strzelił do dwóch kolejnych — doprowadzający mnie do białej gorączki — berło zraniło mocno kolana trzeciego — śmiertelniku?

— Nawet nie próbuj teraz ze mną rozmawiać — prychnął Tony, przyciągając do siebie Lokiego, żeby wystrzelić znad jego ramienia pociski w wielkiego gościa z siekierą. Wyglądał jak lodowa wersja Skurge'a z jakiejś limitowanej edycji. — Jestem wkurwiony i czuję się jak dupek. Te tortury ciepłem? Wiesz, jak długo czułem się przez to winny?

— Tak — stęknął Loki i wystrzelił w coś spod swojego ramienia. Tony złapał go, kiedy siła odrzutu odepchnęła go na krok. Zmienili pozycję z tego przypadkowego uścisku i stanęli do siebie plecami. — Dlaczego, jak sądzisz, powiedziałem ci prawdę? Ponieważ podoba mi się bycie czyimś workiem treningowym?

— Nie wiem, nie wiem o tobie nic! — Dwa ciosy repulsorów posłały kilku lodowych olbrzymów chwiejnym krokiem wprost pod młot czekającego na nich Thora.

— Znasz mnie, Stark. Mimo iż często najprawdopodobniej pragniesz, aby było inaczej. — Drżący nacisk na jego plecy wskazywał na to, że Loki strzelił w coś i trafił. — Wyobraź sobie, jak spokojne byłoby wtedy życie. Wciąż byłbyś bohaterem, a równi tobie nadal mieliby dla ciebie wielkie poważanie…

Hej, ja tam nadal go poważam — stwierdził Clint z irytacją. — Pierdolony leprechaun. — Steve zaśmiał się z zaskoczeniem do komunikatora. Nawet Natasza prychnęła z rozbawieniem z samolotu.

— Wiem, że czekasz na komplementy, ale nie złapię haczyka — oznajmił Tony, po czym zauważył, że trzy olbrzymy przejmują dowodzenie. Obrócił się, przyciągnął Lokiego do swojej klatki piersiowej, obejmując go mocno jedną ręką, po czym wystrzelił w powietrze, dzięki czemu pociski berła mogły trafić w ich oczy. Tony wylądował chwilę później w środku walki Steve'a z innym olbrzymem, przez przypadek posyłając ich obu na ziemię. — Przepraszam, Kapitanie.

— Wszystko w porządku — wykrztusił Steve, podnosząc się na nogi. — To jak walczenie z Thorem. Gdybyśmy zostawili Thora w jakieś chłodni na rok, znaczy się.

— Pomyślałby kto, że zdążyłeś się już przyzwyczaić do odrobiny lodu. — Ustawienie się w trójkąt było błędem; zostali otoczeni w przeciągu sekund. Pomimo swojej kłótni z Lokim Tony nie był pewien, dlaczego ten jeszcze nie wyteleportował stąd swojego tyłka, skoro miał wystarczająco dużo magii, żeby powystrzelać małą jotuńską armię. Cóż, nie zamierzał patrzeć darowanemu czarnoksiężnikowi w zęby.

Zajmuje wam to za długo — stwierdziła unosząca się wysoko nad nimi Natasza, leniwie okrążając stadion samolotem. — Wycofajcie się; chcę czegoś spróbować.

O jakim wycofaniu się tutaj dokładnie mówimy? — spytał głosem pewnym wątpliwości Clint. Tony po prostu chwycił Lokiego i Steve'a za ciuchy i wystrzelił w górę, nad tłum, unikając śmierci z powodu lodu i deszczu ze śniegiem. Portal wciąż był otwarty na oścież, przepuszczając przez siebie śnieg i mroźne powiewy wiatru.

Thor, czy ci tutaj rozumieją nasz język? — Natasza manewrowała samolotem nad największą częścią grupy. Włączyła światła do lądowania, czym całkiem nieźle przyciągnęła ich uwagę. Trzech olbrzymów próbowało wskoczyć na samolot, ale ten był poza ich zasięgiem.

Nie, ale Loki i ja możemy przemówić w twoim imieniu. Jaką masz dla nich wiadomość?

Wynocha stąd do domu, do jasnej cholery.

Z brzdękiem i sykiem spowodowanym zmianą ciśnienia Natasza zrzuciła tysiąc galonów paliwa wprost na lodowych olbrzymów.

— O mój Boże — powiedział słabo Steve — powiedzcie mi, że to się nie dzieje naprawdę.

Na całe szczęście Jotuni szybko zorientowali się, co dokładnie zostało na nich spuszczone. Thor wykrzyknął w ich stronę ostrzeżenie, ale było ono tylko formalnością — olbrzymi uciekali w stronę śnieżnego portalu do domu i bezpieczeństwa. Na ich planie była tylko jedna rysa.

Thor stał im na drodze.

— Kurwa mać — zaklął Tony, lądując ciężko na przeciwnej krawędzi dachu. — Zmiażdżą go. Jest już pokryty paliwem, nie może teraz użyć pioruna…

Mogę spróbować… — zaczął Clint.

Jarvis mu przerwał:

Jedna iskra moich wewnętrznych mechanizmów zainicjuje piekło.

Natasza zaklęła.

Loki?

Loki pokręcił głową, wpatrując się w swojego porwanego przez tłum brata, przesiąkniętego benzyną i znajdującego się cal od bycia zadeptanym.

— Nie mogę się jeszcze teleportować. — Dużo go kosztowało powiedzenie tego. Po chwili zacisnął szczękę. — Spróbuję…

— Stoicie mi na drodze — warknęła Amora, odpychając ich trzech na bok. Zachwiała się, krwawiąc niestabilną magią. — Nie po to podjęłam się tych wszystkich trudów, żeby to plamiące swoją obecnością wszystkie wymiary plemię trzody… — Światło otoczyło ją w falującym rozdarciu wymiarowej energii, po czym umiejscowiło ją przed Thorem — najpierw zabiło moją jedyną nagrodę za cały ten przeklęty wysiłek! — Wzniosła ręce do nieba.

Tornado szmaragdowego światła pognało w stronę dachu, trzeszcząc niczym wyładowanie elektryczne. Tony użył stabilizatorów w zbroi do walki z siłą odrzutu i chwycił z powrotem Steve'a i Lokiego, mając jednocześnie cholerną nadzieję, że Jarvis z Clintem uciekli stamtąd na czas. Nie widział nic. Ekran hełmu wyłączył się z powodu zakłóceń. To było coś więcej niż magia — to była burza czystej, niestabilnej mocy i Tony nie miał pojęcia, po co została wywołana.

— Próbuje go zabrać! — wrzasnął Loki, starając się przekrzyczeć zawodzący wiatr. Włosy niemalże całkowicie zasłaniały jego twarz. — Ale magia zabije ich oboje. Stark, musisz mnie puścić!

— Tego nie mogę zrobić! — wydarł się Tony. — To cię zabije!

— Jeśli tego nie uczynisz, to wszystko było na darmo! Pozwolisz jej zniszczyć Thora?

Tony westchnął wewnątrz zbroi, nie mogąc podjąć decyzji, rozdarty pomiędzy egoizmem i głupim, głupim heroizmem.

— Nie potrafię wymienić twojego życia na jego — odkrzyknął Tony i ścisnął berło Lokiego na tyle mocno, że się włączyło. — Więc idę zamiast ciebie.

Niebieskie światło przyćmiło przerażone spojrzenie Lokiego, kiedy Impas pozbawił go magii. Tony ręcznie włączył napęd i wystrzelił w stronę serca burzy.

W jej wnętrzu było za dużo czystej energii, aby nawigować za pomocą elektroniki. Tony otworzył hełm, a jego oczy natychmiast zaczęły łzawić od smagającego policzki wiatru. Dostrzegał tylko skrzypiące zielone wyładowania pachnące przytłaczająco ozonem. Nie widział Thora, ale każdy krok przybliżał go do źródła tej mocy. Amora tam była. Musiała tam być.

Części jego zbroi pod wpływem tego nienaturalnego tornada zaczęły korodować od dotyku strzępiącej się magii. Hełm zamknął się ponownie, kiedy zbroja zarejestrowała ilość zniszczeń, ale nie miało to zbyt wielkiego wpływu na nic. A przynajmniej nie na długo. Tony będzie musiał po prostu zabrać stąd Thora, zanim zbroja Iron Mana przestanie istnieć.

A potem to usłyszał; piskliwy krzyk kobiety, zniekształcony w nienaturalny sposób. Nieharmonijny krzyk o dwóch tonach głosu, który był zbyt nasycony bólem, żeby próbować ubrać go w słowa. Tony odwrócił się w tamtą stronę i zobaczył wykrzywiony boleśnie kształt, łopoczące na wietrze blond włosy. Zgięte ciało pod nimi. Tam.

Nagle wylądowało przed nim coś, co wyglądało jak ściana.

Proszę pana. — Głos Jarvisa brzmiał jak jedno wielkie zakłócenie, ale jego pokryte zbroją ramiona, które chroniły go przed burzą, były solidne jak zawsze. — Do… usług. System nawigacji jest nieaktywny… rozkazy manualnie. Iść ze mną do przodu, póki nie… zdegradować się.

Ostatecznie był to protokół. Pierwszy priorytet w jego najbardziej podstawowym oprogramowaniu, który miał zwierzchność nad wszystkim innym.

Opiekuj się mną, bracie.

— Damy radę — wydyszał Tony, popychając Jarvisa przed siebie. Coś przed nim wyło, a światła były tak jasne, że niemalże nie można było niczego dostrzec. Czuł opierającymi się na fragmentach Jarvisa rękami, jak ten drży niczym przeżarta rdzą puszka. — Uratujemy Thora, damy radę. Zainicjuj pole promieniowania Impasu.

Inicjacja w toku. — Dreszcz przebiegł przez całe jego metalowe ciało. — Impa… niepowodzenie. Wewnętrz… naruszone. Ma pan… przeprosiny… — Wszystko później było tylko strumieniem niezrozumiałych odgłosów. Ale to było w porządku.

— Dobrze się spisałeś — oznajmił Tony, ale powiedział to głównie do samego siebie. Jarvis już opadał na ziemię, a jego niebieskie i chromowane kawałki odbijały wirujące światło. — Naprawdę dobrze się spisałeś.

Tony wszedł w serce burzy.

Siła magii, którą Amora przywołała, rozdzierała ją na strzępy i częściowo unosiła nad ziemią. Jej kręgosłup został wygięty pod tak nienaturalnym kątem, że wyglądał na złamany, a czysta, paląca magia wydostawała się z jej oczu i ust. A potem krzyki się zmieniły.

— Nigdy mi go nie zabierzesz — wrzasnęła, drżąc przy próbie poruszenia się. — Oddałam… za wiele.

— Więc go zabijesz? — krzyknął Tony ponad hałasem. Ukląkł obok Thora, przewracając go na plecy. Znajdowali się tak blisko źródła energii, że magia nie miała już niszczącego wpływu, ale mimo to Thor ledwo co oddychał. Krwawił z ucha.

Ko… cham… go…

— To nie jest miłość! Gdyby tak było, dałabyś mu spokój. — Chwycił Thora w inny, wygodniejszy sposób.

Nie możesz! — Coś zmieniło się wewnątrz niej, trzasnęło, kiedy ciało Amory wykręciło się w jeszcze bardziej nienaturalny kształt. Jej rozwarte ramiona błyszczały od mocy, która płynęła w jej żyłach. Nie potrafiła tego opanować i przez to miała zginąć. Przez magię, zmuszoną do działania mimo pożerającego energię pola promieniowania Impasu. Żadnych ograniczeń, żadnego kierunku, po prostu otwarte na oścież wrota do czystej mocy, których nie mogła zamknąć.

Na zewnątrz kręgu magii coś ryczało tak głośno, że zagłuszało wiatr.

Tony poczuł, jak dach drży. Raz i drugi. Powtarzało się to niczym odgłosy bębna.

Bum, bum, bum.

Dźwięk zmienił się w kształt. Prawdę mówiąc, w naprawdę duży kształt.

I naprawdę wściekły.

— MAGIA — ryknął Hulk, pędząc w kierunku Amory niczym olbrzymia zielona kula armatnia. — HULK NIENAWIDZI MAGII!

— O Jezu, cholera. — Tony złapał Thora i pociągnął go ze sobą, usuwając ich obu z drogi Hulka, kiedy ten walnął niczym taran prosto w krzyczący kształt podobny do czarodziejki, posyłając go i całą otaczającą go magię wprost na twardą ziemię.

Światło niemalże znikło; z trudem migotało pod wytrzymałymi jak żelbet pięściami Hulka. Tony ze sporej odległości zauważył Lokiego, który zmierzał w ich stronę tak szybko, jak tylko potrafił. Steve rzucił swoją tarczą w Hulka, krzycząc do niego coś, czego Tony nie był w stanie zrozumieć. Quinjet zaczął wznosić się jeszcze wyżej ze sporą prędkością, a Hawkeye wisiał niżej na wysuniętej z samolotu linie.

Nagle światło eksplodowało.

Wszelkie dźwięki stały się bolesne. Tony zasłonił sobą Thora i trzymał go tak, podczas gdy oślepiające światło pochłaniało ich wszystkich i przesłaniało, aż wybuchło niczym olbrzymia kolumna ognia o nieprzyjemnym zielonym odcieniu. Coś uderzyło w plecy Tony'ego; gruzy albo Hulk, nie był pewien. Po prostu zacisnął powieki i zęby, próbując oddychać, choć nie było do tego wystarczająco dużo powietrza.

Dwie myśli przemknęły mu przez głowę, zanim stracił przytomność z powodu wysiłku.

Nie pozwól, aby to się tak skończyło.

Proszę.

A potem nie było już nic.

Coś przygniatało mu klatkę piersiową.

— Ale zniszczona. Odgruzujcie go do końca. — Poczuł dotyk zimnego powietrza na nogach i ramionach. — Czy SHIELD skończyło zmywać benzynę?

— Jeszcze nie. Jak się ma Thor?

— Złamali moją nogę — odparł zmęczony głos. — Oraz parę innych części ciała, ale uleczę się.

Tony pozwolił sobie odpłynąć.

Thor żył. To dobrze.

— Hulkowi przykro za połamanie tarczy.

Steve roześmiał się dziwnie.

— Ocaliła twój wielki zielony tyłek. Zrobiła to, do czego została stworzona.

Zespół miał się dobrze. Jego członkowie byli nieco skopani, niego obolali, ale cali. Wygrali i wszyscy żyli. Tony nie mógł prosić o więcej, serio…

Usta przycisnęły się do jego ucha.

— Obudź się, Stark — wyszeptał głos. — Potrzebuję cię.

Znał te słowa. Znajdujący się wewnątrz płynnego ciepła Tony wyciągnął po nie rękę, ale ciemność już się nad nim zamknęła. Świadomość opuściła go chwilę później, a on wciąż zastanawiał się, dlaczego ten głos drżał.

Sześć godzin później Tony otworzył oczy w szpitalu, z kroplówką w ramieniu i ręką Steve'a przyciskającą go do łóżka.

— Spokojnie — nakazał mu Kapitan. — Wszystko w porządku. Z tobą i z całą resztą.

— Nie, to… — Tony walczył, aby pozbyć się z mózgu różowej waty przeszkadzającej mu myśleć. — Loki?

Steve lekko się przesunął.

— Zostawił nas, jeszcze na dachu. — Jego słowa brzmiały niczym przeprosiny. — Nie wiemy, gdzie się udał.

Tony przekręcił się na poduszkach, próbując znaleźć sens w tych słowach. W znacznej mierze mu się to nie powiodło.

— Och.

Następstwa ataku Amory były minimalne, a w każdym razie, jeśli wzięło się pod uwagę zniszczenia miasta.

Avengersi mieli się dobrze. Cholera, Avengersi byli bohaterami pomimo tego, że niemalże podpalili jedną z ikon Nowego Jorku. Ale to, czego opinia publiczna nie wiedziała, nie mogło jej zaszkodzić. W dachu stadionu była ogromna dziura, a całe to miejsce wymagało porządnego remontu, ale Pepper już negocjowała z SHIELDem, kto ma za to zapłacić.

Thor zabrał siebie i swoją złamaną nogę do Asgardu. Facet potrzebował wakacji po wszystkim, co mu się przydarzyło, więc mimo iż nalegał, że wróci po tygodniu, Steve zabronił mu pokazywać się na Ziemi przez najbliższy miesiąc. Kłócili się na ten temat, długo i namiętnie, ale nawet Thor nie mógł wygrać ze Steve'em Rogersem, kiedy ten się zawziął.

Hulk nie wrócił do swojego bardziej podręcznego kształtu przez dłuższy czas z powodu wielkiego pęcherza o kształcie kobiety, który ciągnął się niemalże przez całe jego ciało. Nikt nie śmiałby życzyć takiej rany Bruce'owi Bannerowi, więc pozwalali mu na robienie wszystkiego, co mu się podobało, kiedy jego skóra się goiła. Przez większość czasu po prostu siedział w basenie ze słoną wodą, wciąż trzymając kurczowo kawałki tarczy Steve'a i próbując poskładać je razem. Tony nie widział śmierci tarczy, ale wiedział, że Kapitan rzucił ją do Hulka, żeby ochronić go przed wybuchem. W większości zadziałało.

SHIELD wywiozło ciała lodowych olbrzymów, wszystkich czterech, które przetrwały magiczne tornado z piekła, bawiące się w wielkiego niszczyciela. Nick Fury poinformował ich, że zostaną wykorzystane w celach naukowych, ale po wyrazie jego twarzy można się było domyślić, że dostał rozkaz z góry. Tony nie pytał, a Fury nie roztrząsał tej kwestii. O co by nie chodziło, niewiedza była błogosławieństwem.

Nigdy nie znaleźli ciała Amory. Co najprawdopodobniej nie było złą wiadomością.

Ze swojej strony Tony wrócił do zdrowia, a następnie do pracy. Jarvis nalegał, że nie potrzebuje nowego, zbudowanego od początku ciała, ale zawsze było to coś, czym można zająć myśli. Poza tym Barton miał doła, od kiedy znalazł w gruzach niebieski hełm i zapytał, gdzie jest jego kumpel od popełniania przestępstw. Ostatecznie posiadanie Jarvisa na ławce rezerwowych, na wszelki wypadek, gdyby go potrzebowali, nikomu jeszcze nie szkodziło. W końcu uratował Tony'emu życie, a wszystko, co odciągało uwagę Bartona od zadawania pytań na temat Lokiego, musiało być dobrą rzeczą.

Loki.

Nie wrócił.

Tony głównie starał się o tym nie myśleć. Jako że ich problemy chwilowo się skończyły, a szczęśliwe zakończenia przydarzyły się wszystkim naokoło, nie mógł wymagać wiele więcej od ich znajomego boga oszustwa. Steve powiedział Tony'emu, że Loki odzyskał magię po ciosie Impasowym Berłem niemalże natychmiast, ale nie wcześniej, niż Iron Man zdążył zniknąć w burzy. Kiedy magia Amory całkowicie przejęła nad nią kontrolę, to Loki na niego wpadł i postawił nad nim oraz Thorem tarczę, która przyjęła na siebie większość uderzenia.

Po tym wszystkim, po wszystkim, co razem przeszli, kto mógłby prosić o więcej?

Tak, Tony starał się o tym nie myśleć.

Głównie.

Proszę pana, ma pan gościa.

Tony podniósł wzrok znad nadwozia swojego Porsche. W zębach trzymał latarkę. Wyciek oleju. W Porsche. Nie po raz pierwszy pomyślał o zbudowaniu swojego własnego samochodu, ale coraz bardziej i bardziej zaczynał sądzić, że to mógłby być dobry pomysł. A z całą pewnością lepszy niż leżenie na plecach z palcami tłustymi od smaru i zezowanie na filtr oleju, jakby kiedyś porwał mu pierworodnego. Co za wrzód na tyłku.

Proszę pana.

— Jarvis, mówiłem już, że nikt ma mi nie przeszkadzać. Wiesz, co to znaczy?

Czuję się zobligowany nalegać.

Tony wyjął latarkę z ust i spiorunował spojrzeniem bryłę silnika. Nalegać?

— Niech będzie. — Wyśliznął się spod samochodu na podstawce i po drodze złapał czystą szmatkę. Może następnym razem, kiedy zajmie się rozprawianiem się z wyciekiem oleju, ruszy wcześniej głową i założy coś z długimi rękawami.

Kiedy usiadł na stole laboratoryjnym i podniósł wzrok, Loki stał w warsztacie.

— Witaj, Stark.

Tony zagapił się na niego.

Nie minęło co prawda aż tyle czasu, ale miał wrażenie, że zobaczył ducha. Sześć tygodni, od kiedy Amora wysadziła się z taką ilością mocy, iż zapewne zauważyli to nawet na księżycu. Sześć tygodni, od kiedy Loki rozpłynął się w powietrzu, jakby nie zamierzał już nigdy wrócić.

Wyglądał… lepiej. Jakby wylizał wszystkie razy. Zdrowiej. Dzika długość włosów, którą Tony zauważył u niego ostatnio, znikła; zostały przycięte tak, by ledwo opadać na ramiona. Jego twarz odzyskała kolory, a przynajmniej tyle kolorów, ile była w stanie znieść. Nie miał na sobie zbroi, a jej brak zdawał się być zdradziecko nieznajomy. Ale wciąż nosił zielone płócienne koszule i czarne skóry, więc miło było zobaczyć, że przynajmniej niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

W dłoniach Loki trzymał pewną znajomo wyglądającą okrągłą tarczę.

— Doszedłem do wniosku, że mógłbym to zwrócić w jednym kawałku — oznajmił Loki, kiedy cisza zaczęła się przeciągać. — Musiałem siłą odebrać fragmenty tego od pewnego mego nieprzyjemnego wroga. Proszę, poinformuj Kapitana Rogersa, że jest mi winien komplet zbroi.

Dobra, to by wyjaśniało ten strój. Tony podniósł się powoli, wycierając ramiona i dłonie, dzięki czemu mógł odwrócić uwagę od Lokiego przynajmniej na jakiś czas. A więc ten wpadł tutaj tylko na chwilkę. Dla Steve'a.

— Jasne. Przekażę mu. — Była to jedyna odpowiedź, jaką Tony był w stanie wymyślić. Co było zaskakujące, serio, biorąc pod uwagę wszystkie tłoczące mu się w głowie pytania, od kiedy obudził się w szpitalu z echem głosu, który wciąż szeptał mu do ucha.

Loki skinął głową raz, powoli. Gdy cisza zaczęła się zmieniać w coś paskudnego, wyprostował ramiona.

— A więc podejrzewam, że moje sprawy można uznać za zakończone.

Tony wypuścił z siebie oddech, choć nie zauważył nawet, że go wstrzymywał.

— Wydawało mi się, że mówiłeś coś o tym, jak mnie potrzebujesz — stwierdził, a jego słowa uderzyły wprost w wielowarstwową ciszę. — Ale zgaduję, że przemawiało przez ciebie wstrząs. Znaczy się, zapłaciłeś wszystko do ostatniego grosza, transakcja została zakończona… daj spokój, dobrze wiesz, jak to wygląda w naszym przypadku.

Wiedział, że w jego głosie słychać gniew, słychać szorstkość i zranienie. Wiedział też, że nie może nic zrobić, żeby to powstrzymać. Ale walka już się skończyła, a warunki zostały wypełnione. Być może najlepszą rzeczą, jaką mógł z tego wynieść, było to, że nie staną się już więcej otwartymi wrogami. Być może będzie sobie musiał poradzić z tym i niczym więcej. Odwrócił się i rzucił szmatkę na stół warsztatowy, po czym oparł dłonie na jego skraju, wpatrując się ślepo w monitory Jarvisa.

Być może w ten sposób Loki się żegnał, ale Tony nie musiał się temu przyglądać.

— Usłyszałeś moje pożegnanie nocy, której wziąłem stworzone przez ciebie urządzenia i przeteleportowałem się do Amory — stwierdził Loki lakonicznie. Za plecami Tony'ego rozległo się ciche brzdęknięcie, kiedy tarcza została odłożona na podłogę. — Nie jestem ci winien niczego więcej. Tarcza jest znowu całością. Było to wszystko, co…

Tony obrócił się na pięcie.

— Nie gadaj mi tu o tych bzdurach — powiedział zdecydowanie i przekroczył dzielącą ich odległość. Loki stał, wysoki i spięty. — Wróciłeś tutaj, żeby mnie zobaczyć, i wiesz o tym. Jeśli do tego stopnia zakończyłeś wszystkie nasze porachunki, dlaczego miałbyś tutaj przychodzić? Dlaczego niby po prostu nie wrzuciłeś tarczy Steve'owi przez okno? Dlaczego to nie jego obudziłeś w środku nocy?

Loki zmrużył zielone oczy.

— Co pragniesz, ażebym zrobił, Stark? Mam siedzieć przy tobie niczym mamka i opłakiwać cię z brzegu łóżka? Stąpać u boku twoich Avengersów? Albo słuchać, jak nastawiają kości mojego brata w pokoju obok? — Loki położył dłoń na jego klatce piersiowej i odepchnął go od siebie o krok. Po czym zrobił krok w jego kierunku. — Nie jestem jednym z was. I nigdy nie będę.

Tony zepchnął jego rękę ze swojej klatki piersiowej, ale jej nie puścił. Szarpnął za nią i przyciągnął do siebie Lokiego tak, że stali bardzo blisko siebie, obaj wściekli, i piorunowali się wzrokiem.

— Kogo, do jasnej cholery, próbujesz przekonać? — spróbował sprowokować go Tony. Zasłużył sobie tym samym na bezgłośne warknięcie, ale nie na natychmiastowe zaprzeczenie. — Tutaj nie chodzi już o żaden sojusz. O żadne umowy. Nic takiego. Tylko o mnie i o ciebie. Nie chcesz być Avengerem? Przecież nie proponuję ci miejscówki w zespole. Prawdę mówiąc, moje cholerne ciśnienie najprawdopodobniej nie byłoby w stanie tego znieść. Ale wiesz, czego chcę?

Loki zacisnął usta, a w jego oczach widać było nadchodzącą burzę. Ale wbijał wzrok w Tony'ego, jakby nie mógł go odwrócić nawet, gdyby chciał.

— Czego? — zapytał ochryple. — Gdyż niezmiernie chciałbym posiąść tę wiedzę: czego naprawdę Tony Stark ode mnie pragnie?

Loki wyszarpnął swoją rękę z dłoni Tony'ego i opuścił ją, żeby chwycić mocno jego biodro przez dżinsy, przytrzymując go przy sobie. Tak jakby istniało jakiekolwiek inne miejsce na tym świecie, w którym wolałby stać w tej pełnej żaru sekundzie.

— Szczerze? — zapytał, przysuwając się tak, że stali teraz oko w oko. — Chcę wszystkiego. Wszystkiego, co masz. — Oczy Lokiego rozbłysły, kiedy usłyszał tak aroganckie żądanie. W tym samym momencie Tony dodał: — Ale obecnie zadowoliłbym się pocałunkiem.

Nie skradł go. Mógł to zrobić, gdy Loki zesztywniał w jego uścisku, jego oczy zmrużyły się, a usta rozchyliły ze zdumienia. Ich ciała były przyciśnięte do siebie wystarczająco mocno, żeby było to bolesne, ich usta dzielił ledwo cal powietrza, którym mogli oddychać — ale Tony nie skradł tego pocałunku.

Loki powoli spuścił wzrok na jego usta, a jego oczy prześledziły ich kształt z niemal niedającą się znieść intensywnością.

— Zrujnujesz mnie — wyszeptał w usta Tony'ego. — A ja być może cię zniszczę.

Tony wbił w niego spojrzenie.

— I wszystko to z powodu jednego pocałunku?

— Nie — odparł Loki, a jego oczy były ciemne i wygłodniałe. — Z powodu tego wszystkiego, co nadejdzie w dniach, które po nim nastąpią. Wiesz lepiej niż większość, co przynoszę ze sobą. Czy wciąż prosiłbyś o…

— Dobra, zdecydowanie za dużo gadania — oznajmił Tony, w sposób oczywisty ignorując wszystkie znaki ostrzegawcze. — Zapowiedzi potępienia później. W tej chwili potrzebuję…

Loki go pocałował.

Cóż, nie do końca. To był więcej niż pocałunek, kogo by o to nie zapytać. Tony przylgnął do ciała Lokiego z jedną ręką opartą pod jego pośladkami, żeby nie upaść, a drugą zaciśniętą w pięść w jego włosach. To było… to było zdecydowanie coś więcej. I kiedy niby ostatnio usta Lokiego zaatakowały go z taką siłą i chciwością, z taką ilością czystej potrzeby, że aż pozbawiło go to oddechu? Boże, Tony zapomniał już, jakie to uczucie.

Minęło zdecydowanie za dużo czasu. Ciepła skóra pod jego dłońmi, zręczne usta Lokiego, jego smak. Cholera, nawet ten wręcz bolesny dotyk jego palców, które odsunęły głowę Tony'ego i przerwały przez to pocałunek. Po prostu nigdy nie będzie miał dość.

— Chciałbym cię mieć, Stark — wyszeptał Loki z ustami tuż przy jego uchu. Jego oddech był gorący, a głos niemalże niedosłyszalny. — Choćby i tutaj, pod tym zimnym światłem, na twardym kamieniu. Gdybym tylko miał wystarczającą ilość kontroli nad sobą do takiej rzeczy.

— Wiesz, że bym ci pozwolił — odparł Tony, przyciskając usta do posiniaczonej teraz szyi Lokiego. Jego palce prześlizgnęły się po miękkiej skórze i znalazły wystający fragment biodra. — Ale w tej chwili nie wydaje mi się, żebyśmy… — biodra Lokiego otarły się o niego — tak, zdecydowanie nie damy rady w tym momencie. Sypialnia. Teleport?

Loki czuł się w nastroju na okazanie swojej hojności i wyświadczenie mu tej przysługi.

Kilka następnych godzin stanowiło studium odkrycia, ponownego poznania starego terytorium za pomocą warg, rąk i języków, znajdywania nowych blizn, przesuwania dłońmi po miejscach, którymi wcześniej się nie interesowali, gdyż obaj myśleli, że będą mogli to zrobić później. Loki nie ukrywał przemieszczającego się po jego ciele chłodu, kiedy magia falowała pod jego skórą niczym woda. Zamiast tego wysyczał przekleństwo po tym, jak Tony zaczął ścigać ją swoimi gorącymi ustami. Żadne z nich nawet nie drgnęło, gdy palce znalazły wypukłe blizny z ran, które sami sobie zadali — blizny dawnych dziejów. Dla Tony'ego tylko częścią jednej długiej drogi.

Z oporem porzucili te badania, kiedy okazało się, że słoność skóry i tarcie to za dużo. Wpasowali się z powrotem w siebie nawzajem i odnaleźli wspólny rytm, co dla Tony'ego było przerażająco podobne do powrotu do domu. Właśnie ta myśl popchnęła go z całą siłą do przekroczenia granicy, do poddania się kumulującemu się w dole brzucha ciepłu i bolesnej potrzebie. Loki po prostu wygiął plecy w łuk razem z nim, a w świetle lampki wyglądał jakby był zbudowany z kości słoniowej i zielonych oczu. Jego późniejszy krzyk był zdławiony i pełen tryumfu, a jego usta przycisnęły się tuż za uchem Tony'ego, jakby dzielił z nim tajemnicę.

Kiedy leżeli później wśród skłębionej pościeli, dotykając się nadgarstkami i łydkami, Tony wrócił do tej myśli.

Dom.

Było takie stare powiedzenie na temat tego, gdzie się znajduje.

Ale z drugiej strony, nigdy nie był zbyt wielkim fanem autoanalizy.

— Możesz mieć z powrotem swój pokój — oznajmił Tony sufitowi i nie był nawet zawstydzony tym, jak bardzo ma zachrypnięty głos. Leżący obok niego Loki z wielkim zainteresowaniem przyglądał się śladowi po ugryzieniu na własnym bicepsie.

— Podoba mi się ten. — Jego usta wygięły się. — Możesz się do niego wprowadzić, jeśli masz takie życzenie.

— Pierwszy tutaj byłem, włóczęgo. — Tony przeciągnął się mocno i skrzywił, kiedy poczuł ból w plecach. — Ale podzielę się nim z tobą, jeśli powiesz Thorowi, że jesteśmy… — mózg mu się zaciął na chwilę — czy „razem" jest słowem, którego powinniśmy użyć?

Loki prychnął drwiąco, ignorując pytanie.

— Jesteś tchórzem.

— Nie, jestem inteligentny — uparł się Tony. — Widzisz, ciebie nie może wygiąć w kształt intrygująco podobny do precla.

Te słowa wywołały krótki śmiech.

— Pod warunkiem, że otrzymałbym odpowiednią zachętę, Stark, ty sam mógłbyś wygiąć mnie w każdy sposób, jaki by ci się podobał.

— Jestem zbyt obolały na tę rozmowę. — Na całe nieszczęście. — Zrozum, nie mogę powiedzieć Thorowi. Jesteśmy przyjaciółmi i współpracownikami. Zapyta mnie o pewne rzeczy, wiem, że to zrobi. — Boże, koszmary, które by po tym miał. — Jestem prawie pewien, że padnie słowo „zaloty". A wtedy będę musiał mu powiedzieć, że już uprawialiśmy wijący się, spocony i w gruncie rzeczy fantastyczny seks.

— Och, a teraz bawisz się w komplementy. — Loki niemalże cały wibrował rozbawieniem. Czy tak wyglądał, kiedy miał dobry humor? Tony prawie był w stanie powiedzieć o wszystkim Thorowi za sam taki uśmiech. — Widzisz, też cię znam.

Po tych słowach zapadła pomiędzy nimi cisza, głównie dlatego, że Tony łamał sobie głowę nad tym, jak znaleźć Lokiemu jakiś wabik, żeby nie musieć samemu wplątywać się w niezręczną rozmowę. Może mógłby przekonać Nataszę, żeby napisała jakąś broszurkę, którą zostawiłby Thorowi na poduszce. „A więc jeden z członków twojego zespołu sypia ze zwaśnionym z tobą bratem." Coś w tym stylu.

— Powiem mu — oznajmił nagle Loki, przysuwając się bliżej do niego. Tony naciągnął na siebie kołdrę, która jakimś cudem zsunęła się z jego uda. — Pod warunkiem, że pozwolisz mi wybrać czas. I sposób, rzecz jasna.

Tony wzruszył ramionami.

— Spoko. Tyle tylko, żebym ja nie musiał tego zrobić. — Loki bez wątpienia zamierzał zapewnić Thorowi jakieś koszmarne i traumatyczne przeżycie, ale jeśli Tony nie zobaczy rezultatu, cóż, będzie to tym ciekawsze.

Z uśmiechem pełnym satysfakcji Loki odgarnął włosy z twarzy i zamknął oczy. Tony przyglądał mu się z kontemplacją przez chwilę, śledząc wzrokiem jego rysy w przygaszonym świetle. Nie widział go zrelaksowanego do tego stopnia od… cóż, niemalże od wieków. Wybrali długą drogę i zdecydowanie jedną z trudniejszych, ale była tego warta.

Nie żeby ten jej fragment przed nimi nie miał być cholernie trudny — wciąż trzeba było policzyć się z SHIELDem, mieli wrogów po obu stronach barykady, nie wspominając już o ich własnych problemach i sporach. Istniał też pewien podejrzany Latwerczyk, który miał powody, żeby się na nich mścić. Przynajmniej życie nie będzie nudne, tyle było pewne.

— Przestań się we mnie wpatrywać.

Tony zamrugał.

— Jasne, czego tylko chcesz. Jarvis, zajmij się światłem.

Nie, życie z całą pewnością nie będzie nudne.

Trzy minuty później czyjś głos wymamrotał w ciemność:

— Komputerze, wyślij Thorowi wszystkie intymne nagrania ze Starkiem i ze mną.

Tak jest, panie Laufeyson. I proszę nazywać mnie Jarvisem.

Tony szeroko otworzył oczy.

— O, ty sukinsynu.