Okej, apdejt trochę spóźniony, ale tylko dlatego, że jestem załadowana robotą jak wół i w zasadzie nic nie robię, bo zastanawiam się, za co zabrać się na początek.
Czwórkę może machnę trochę wcześniej. To ciężki temat i nietrudno o spieprzenie fabuły tego typu. Lubię mieszać, robić istny chaos w historiach, ale niestety - potem przychodzi czas na wyjaśnienia. Jeśli chcecie, możecie mi podsunąć jakiś pomysł :) No, to ten, jak zwykle przepraszam za błędy, ale staram się jak mogę, próbuję dopracować teksty do perfekcji, ale końcówki zazwyczaj mnie przerastają. Nie mam sił.
A I MOGĘ POPRAWIĆ PIERWSZY ROZDZIAŁ, SERIO, CHYBA TO ZROBIĘ.
Gdy na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze przebłyski wschodzącego słońca, Eren niechętnie rozchylił spuchnięte powieki, starając się stopniowo dopuszczać do siebie jasność zza okna. Blade światło przebijało się przez poniszczone zasłony wąskimi smugami, opadając na pomiętą pościel, a także połowę chłopięcej twarzy, okalanej wieńcem rozczochranych kosmyków. Refleksy na brązowych włosach pomału nabierały złocistej barwy, nadając im piękny, żywy odcień.
Obrócił głowę w prawo, w stronę szafki z hebanowego drewna, przyozdobionej efektownym geometrycznym reliefem. Pogładził dłonią blat, szukając… nawet nie wiedział czego. Chusteczki? Długopisu? Leków? Nie potrafił dociec, o czym myślał przed sekundą i fakt ten irytował go w sposób wręcz niemożliwy. Do tego z jakiejś nieokreślonej przyczyny odczuwał nieprzyjemne drapanie w gardle, a gdzieś w odległych zakamarkach umysłu boleśnie bębniły wspomnienia minionej nocy, próbujące z całym pokładem sił przedostać się dalej i dopiero po dłuższej chwili dostał ubogą wersję ostatnich trzech godzin.
Zaklął cicho, wplatając chude palce we włosy i począł je tarmosić, pomrukując coś niezrozumiałego pod nosem. W każdej chwili mógł wpaść tu Armin, ciągnąc go za sobą do jakiegoś szamana i nawet nie chciał myśleć, co się z nim stanie, jeśli zostanie uznany za niepoczytalnego. Wsadzą go do izolatki? Zastrzelą? Jedno było pewne – szansa na powrót zniknie bezpowrotnie.
– Nie wierzę, po prostu nie wierzę – szepnął ledwo słyszalnie, opierając dłonie po obu stronach materaca.
Podniósł się z łóżka i bez pośpiechu opuścił najpierw prawą, potem lewą nogę, podkulając palce pod uczuciem zimna, bijącego od podłogowych desek. Z trudem postawił obydwie stopy, czując, jakby jakaś ciężka, silna dłoń usiłowała ściągnąć go z powrotem do poziomu polakierowanego drewna, niemniej jednak spróbował ruszyć w kierunku szafy, stawiając ciężkie, niezdarne kroki. Musiał naprawdę mocno się wysilić, żeby dowlec się do drzwiczek i przekręcić mosiężny kluczyk, przy czym nawet najkrótszy wdech i wydech był długą, trudną do pokonania wędrówką pełną przeszkód, okupioną zimnym potem i drgawkami.
Już miał sięgnąć ku pękniętej gałce drzwi, wyjąć ubrania i założyć na siebie chociażby tę pogniecioną, dzianinową kamizelkę, gdy niespodziewanie osunął się na glebę z głośnym hukiem, nie będąc w stanie złapać tchu. Sapał, rzęził, świszczał raz po raz, wijąc się w agonii jak zwierzę. Na domiar złego kark zaczął boleć go tak okropnie, jakby go kto próbował rozszarpać tępym nożem, rżnąc na oślep we wszystkie strony.
Przeturlał się pod łóżko, wypełniając pokój odgłosem chrzęszczących o deski kości, po czym zwinął się w kłębek. Starał się coś krzyknąć, powiedzieć, chociaż szepnąć, lecz samo otworzenie ust okazało się dla niego nie lada wyzwaniem. Z rozchylonych warg wydobył się ledwo słyszalny skrzek, przecinający ciszę kryształowym ostrzem, by zaraz potem zabarwić je przygaszonym odcieniem czerwieni, schodzącej coraz niżej i niżej. Gorące linie przemieściły się wzdłuż policzków, szczęki i szyi, zdobiąc skórę abstrakcyjnymi ornamentami, przypominającymi rzekę z licznymi dopływami. Moment później zwymiotował obficie na niezliczoną ilość drewnianych słoi, rozciągających się wzdłuż linii jego wzroku jakby w nieskończoność i przez chwilę chłopiec odniósł wrażenie, jakby drzwi pomieszczenia coraz bardziej się od niego oddalały.
Spod półprzymkniętych powiek obserwował otwierające się z łoskotem wrota i coś na kształt wrzasku zahaczyło o jego ucho. Nie potrafił zidentyfikować głosu, ni rozpływającego się obrazu. Z początku wyraźne kształty zatarły się, pozostawiając większe plamy barwne, mieszające się ze sobą w jedno.
Armin wypadł z domu jak poparzony, nie trudząc się zakładaniem kurtki czy butów. Malutkie stopy ze stłumionym stukotem uderzały o ziemię, a wydychane przezeń powietrze zamieniało się w kłęby gęstej pary. Oddychał z trudem, zaciskając przy tym zęby, by choć odrobinę ogrzać bolące gardło. Zdawał sobie sprawę, jak wiele może kosztować go ta wyprawa, lecz czuł silną potrzebę pomocy, jakąś przedziwną więź, łączącą go z Erenem, który przecież od dawna mógł leżeć lodowaty na zdartych deskach pokoju. Kiedy on urządzał sobie przechadzki przez centrum miasta w samym swetrze i przetartych spodniach, on mógł dawno się udusić lub wykrwawić. Wszystkie złości opuściły blondyna jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i jedyne, co trzymało jego umysł w stanie trzeźwości, to wspomnienie sinego, wychudzonego młodziana, wijącego się w kałuży krwi.
Ośnieżone uliczki wyłożone brukiem, prowadziły wzdłuż wysokich ścian budynków, wyrastających po obu stronach coraz wyżej i wyżej z każdym metrem, cegła po cegle. Szarozielone, ciemne, jakieś takie brudne i smutne. I tylko gdzieniegdzie w wyższych kondygnacjach pojawiały się okna, szczelnie przysłonięte grubymi zasłonami tak, by nawet promyczek nadziei nie mógł się przedostać do bezbarwnej niemieckiej codzienności.
Chłopiec nie przejmował się spojrzeniami ludzi – zdziwione, zdegustowane, przerażone; towarzyszyły mu na każdym kroku. „Szaleniec!" ktoś za nim krzyknął, schylając się po porozrzucane na ziemi pomarańcze, stanowiące jedyny ciepły akcent wśród bieli, szarości i niebieskich. Niektóre z nich potoczyły się w dół uliczki, rozbijając ślady odciśniętych stóp Arlerta i nie sposób było ich dogonić.
W zasięgu jego wzroku malowało się czarne, stalowe ogrodzenie, zbudowane z prętów ułożonych jeden przy drugim. Otaczało niewielki, ceglany domek, skryty wśród gąszczu drzew, krzewów i pnączy. Urzekał swą prostotą i Armin chętnie przystanąłby na dłuższą chwilę, gdyby nie przyjaciel, który dwie ulice dalej był bliski zgonu.
Prawie wyłamał bramkę z zawiasów i pędząc na łeb na szyję, nieomal potykał się o własne nogi ze zmęczenia. Dobił do drzwi i począł z impetem tłuc o drewnianą powłokę, wrzeszcząc jakby za moment miał się skończyć świat.
– Błagam, pomocy! Panie Jaeger, litości, natychmiast potrzebujemy lekarza!
Co najmniej dwa rozmiary za duży sweter trzepotał gdzieś pomiędzy chudymi udami Arlerta, tarmoszony przez silny wiatr wraz z przydługimi blond włosami, jakby z premedytacją wkradającymi się pomiędzy zaczerwienione powieki i dopiero teraz chłopiec poczuł chłód ogarniający całe jego ciało, a chwilę potem nadszedł przeraźliwy ból , ogniskujący w okolicy stóp i dłoni. Na domiar złego biały puch zaczął osypywać się z nieba w ilościach nader wymaganych, co dodatkowo mogło utrudnić dojazd i Armin zaczął się zastanawiać, czy bóg aż tak bardzo go nienawidzi.
– No już, już – usłyszał chwilę przed pojawieniem się w progu wysokiego mężczyzny, poprawiającego wychudzonym palcem oprawki na nosie. Zlustrował blondyna od góry do dołu z szeroko otwartymi oczyma. – Arlert, czyś ty zwariował? Chcesz mieć zapalenie płuc? W ogóle spójrz na swoje stopy, trzeba je opatrzyć!
– Co? - zdziwił się chłopiec, po czym raptownie schylił głowę w dół. Na zsiniałych stopach widniało z tysiąc ran i zadrapań, gdzieniegdzie przeplecionych głębszym rozcięciem, które Armin odczuł dopiero po zapoznaniu się z sytuacją, w jakiej się znajdował. Nie był to bynajmniej najpiękniejszy z widoków, jakie było mu dane ujrzeć w swoim krótkim, dziecięcym życiu. Gdyby kończyny nie należały do niego, kto wie, czy nie zemdlałby na widok zakrwawionych, poharatanych nóg, wyglądających jakby za chwilę miały odpaść od całej reszty.
– Czy to jest powód, dla którego zdzierasz sobie gardło pod moim domem z samego rana?
– Nie! – odparł natychmiast. – Musi pan jak najszybciej jechać do dziadka. Kazałem mu zostać z tym chłopcem…
I Arlert opowiadał, a Jager uważnie wsłuchiwał się w chaotyczną historię, tak irracjonalną i nieprawdopodobną, że aż interesującą. Przez całą opowieść wyraz jego twarzy się nie zmienił; ściągnął brwi tak mocno, że bez mała stykały się ze sobą, zaś usta zaciśnięte miał w wąską linię. Wszystkie zmarszczki na jego twarzy zostały uwydatnione i gdyby tylko padło nań jakieś mocniejsze światło, cień z pewnością pogłębiłby załamanie, dając wrażenie mocnych cięć, zupełnie jak w tych szatach z późnogotyckich obrazów.
Wiedział.
– Wejdź do domu i powiedz Carli, że ma się tobą zaopiekować. Tymczasem ja zajmę się twoim przyjacielem.
Armin za nic nie potrafił sobie przypomnieć, co było dalej. W tamtym momencie czas jak gdyby stanął w miejscu i przestał rejestrować, co dzieje się wokół niego, a gdy już doszedł do siebie, siedział na kanapie przed, na oko, czterdziestoletnią kobietą, cierpliwie zajmującą się jego urazami. Tu coś przemyła, tam wyjęła szkło, rzucając je do miski z całym brudem, do jakiego dokopała się podczas pracy nad nim.
Wyglądała na zmartwioną, ale on nie chciał pytać. Pytania do niczego nie prowadzą, a on nie chciał zadać więcej bólu, tak więc przyglądał się w milczeniu tej strudzonej kobiecie, co jakiś czas odgarniającej niesforne ciemnobrązowe kosmyki za ucho, bez pozwolenia wymykające się z luźnego upięcia i widział zmęczenie, będące nieodłączną częścią jej twarzy.
Grisha Jaeger z uwagą obserwował, jak syn z monstrualnym trudem oddziela od siebie napęczniałe powieki. To był ten moment. To przysłowiowe teraz albo nigdy, kiedy musiał wyłożyć chłopakowi wszystko na otwartej dłoni. Już rozumiał, dlaczego Eren zaszył się na trzy dni pod ziemię i od środy wieczór nie pojawił się w domu. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak się czuje – sam przeżył podobną historię wiele lat temu i cudem odnalazł Carlę, by móc zacząć od nowa. Wszystkie grzechy poszły w niepamięć.
– Eren – szepnął, zwracając uwagę nastolatka na swoją osobę.
Chłopiec kilka razy poruszył ustami, starając się cokolwiek powiedzieć, jednak każda próba zakończyła się ledwie słyszalnym chrypnięciem. Miał tak wyschnięte gardło, jakby przez długie tygodnie maszerował przez pustynię, nie posiadając przy sobie ani kropelki wody. Zacisnął zęby najmocniej, jak tylko potrafił. Byleby nie uronić ani jednej łzy.
Obrócił się na drugi bok, tyłem do rozmówcy, nie mając najmniejszej ochoty wysłuchiwać jego ckliwych historyjek.
Grisha poczuł się winny. Winny temu, że w poprzednim życiu nie potrafił poprowadzić do końca wszystkiego tak, jak należy. Eren po śmierci wspominał go jak ostatniego sukinsyna, nie mając pojęcia, że to właśnie on w głównej mierze przyczynił się do jego śmierci.
– Musisz coś wiedzieć… – zaczął niepewnie, opierając spocone dłonie na kolanach. – Zacznę od tego, że wierzę we wszystko, co powiedziałeś Arminowi. Wierzę, bo sam przez to przechodziłem. Twoja matka także.
Chłopiec momentalnie pobladł i zesztywniał, przypominając zwłoki leżące w kostnicy dobrych parę godzin. To, co przed chwilą usłyszał… No przecież to nie mieściło się w głowie! Ojciec na pewno tak mówi, bo chce go ściągnąć do domu. O nie, na to mu nie pozwoli. Nie będzie patrzył na niego jak na kochającego tatusia. Nie będzie zachowywał się tak, jakby nie zostawił ich tamtego dnia. Nie, Eren po prostu mu nie wierzył. Nie wierzył, że robi to bezinteresownie. Już nie.
– Na początku byłem zagubiony. Nie rozumiałem, gdzie jestem i przede wszystkim jakim cudem się tu znalazłem. Myślałem, że to jakiś niesamowity sen… – tłumaczył dalej Grisha, wpatrując się w plecy syna. – No cóż, zorientowanie się, że nie ma stąd drogi ucieczki nie zajęło mi wiele czasu. Rozumiesz, dziecko. Musiałem zacząć życie na nowo. Dopiero po jakimś czasie doszło do mnie, że umarłem.
– Jak-ch-to… nie da… się wró-ó-cić? – wyrzęził chłopiec załamanym głosem.
– Mówię ci, że próbowałem. Nie da rady – odpowiedział mężczyzna, zaciskając pięści. – To prawdziwy cud, że odnalazłem tu twoją matkę! Pracowała w kawiarni kilka przecznic stąd.
– Ale ja muszę!
– Rozumiem, Eren, ale nie istnieje żaden sposób na cofnięcie się w czasie, żadne zaklęcie, żaden wynalazek… Musimy zacząć od początku, chłopie. – Mężczyzna popatrzył na syna z politowaniem. – Zabieram cię do domu jeszcze dziś. Z resztą, jak chcesz tam wrócić, skoro jesteś martwy?!
Młody Jaeger nie potrafił pojąć tego, co właśnie usłyszał. Te wszystkie informacje… To było zbyt popieprzone! Najpierw Arlert wyskoczył mu z wyjaśnieniem sytuacji na świecie i działania dzisiejszego systemu, a teraz ojciec snuł jakieś niestworzone opowiastki i brunet zaczął się głowić, czy to nie jest kolejny, przerażający koszmar. Może jego historia wydawała się sprzeczna z logiką, ale wersja Grishy brzmiała jakby żywcem zerżnięta z jakiejś taniej powieści fantasy. I jeszcze teraz miał wracać z tym wariatem do domu? Niedoczekanie.
– Pogięło cię?! – wypalił nagle Eren, zgrzytając zębami ze złości.
Odwrócił się w stronę ojca tak raptownie, że coś boleśnie strzyknęło mu w kręgosłupie i dostrzegł przed oczami czarne plamki, przeskakujące z miejsca na miejsce jak pchły. Na ułamek sekundy wykrzywił twarz w grymasie, lecz zaraz ponownie przybrał twarz skrzywdzonego dziecka, któremu los pluje w twarz na każdym kroku. Nie odzywał się, ojciec także. Nieznośna cisza bębniła wewnątrz ich umysłów niezwykle głośno i miarowo, bez trudu przenikając przez mury, które budowane latami były bliskie upadku. Na dodatek ta ciężka atmosfera, ta wściekłość, piłowana z każdej strony w ostre kąty i żal, przelewający się litrami pomiędzy dwojgiem bliskich ludzi… Ich relacja była chora, nieprawidłowa, pełna dziur i wad, prawie patologiczna. Tak nie powinno być i oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę. A teraz? Teraz uratować to mogły jedynie wyjaśnienia.
– Czy jest coś, co chcesz wiedzieć? – zapytał Grisha, bacznie obserwując młodego mężczyznę. – Żebyś nie musiał mi później wmawiać, że jestem beznadziejnym ojcem, który ucieka bez słowa.
Eren zagłębił zęby w dolnej wardze na tyle, że prawie czuł jak stykają się przez skórę. Nie miał zielonego pojęcia, od czego ma zacząć. Setki, nie, tysiące pytań nasuwały mu się na myśl w jednej chwili.
– Jak tu trafiłem? Dlaczego akurat tu i teraz?
– Nie rozpracowałem tego do końca. Istnieje wiele czynników…
– Na przykład? – chłopiec przerwał mu wpół zdania, niemal plując jadem w twarz ojca. Nie ma mowy, nie pozwoli mu się wykręcić.
– Czas ważniejszych wydarzeń. Jeśli kopnąłeś w kalendarz zaraz po rozpoczęciu jakiejś ważniejszej bitwy, istniało duże prawdopodobieństwo, że odrodzisz się jeszcze w tym samym stuleciu, albo znajdziesz się w środku którejś wojny światowej. Eren, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele osób poniosło przez to śmierć. Populacja niektórych państw zmniejszyła się o połowę. Tu wcale nie jest bezpieczniej i nie wiem, czy mogliśmy trafić gorzej.
Zdawało się, że Grisha może ciągnąć rozmowę w nieskończoność, odpowiadając synowi na niezliczoną ilość pytań. Pomijał pewne kwestie – o nich opowie później, a tymczasem streszczał jak tylko mógł, byleby choć odrobinę odzyskać zaufanie chłopca.
– Eren! – usłyszał, zanim matka nie rzuciła się na niego, obejmując i obcałowując chłodne policzki. Płakała. – Gdzieś ty był?!
W piekle, mamo. Byłem tam, ale spokojnie, wróciłem. Jak się miewam? Beznadziejnie, ale bywało gorzej. Teraz przynajmniej nie zmienię się w przeklętego tytana. Ale wiesz co? Tutaj wcale nie jest lepiej – w każdej chwili mogą na nas zrzucić bombę. A może rozstrzelać? Nie wiem. Fajnie, nie? A, dodatkowo nie ma osoby, którą kochałem i nie mam pojęcia, jak mam ją odnaleźć.
– Sprawy nieco się pokomplikowały, ale już wszystko w porządku – uśmiechnął się, odwzajemniając uścisk kobiety. – Ojciec ci wyjaśni.
No, to tak się pochwalę, że w niedzielę kończę osiemnastkę, uuu-huuu. Mam już dwie ilustracje do tego tekstu, ale muszę je obrobić. Ariwederczi roma i widzimy się jak zwykle, pewnie jakoś za miesiąc.
