Witam, witam. Nie wrzucałam tu nic z trzy miesiące, ale tylko dlatego, że to był dla mnie ciężki rozdział i poniekąd nie miałam czasu, bo malarstwo i grafika mnie przytłoczyły. Jest dość długi i dużo się dzieje, choć tym razem nieznacznie przeważają dialogi. Wyjaśniłam część rzeczy, część wyjaśnię w przeciągu najbliższych dwóch rozdziałów. Ponadto robiłam do niego podchody już od końca kwietnia/początku maja. Chciałam to dopracować, choć przez ostatnie kilka dni mój tryb życia zmienił się na: pracuj pomiędzy 2.30 a 8.00, a śpij między 10.00 a 15.00.

Ach, zapomniałabym. Powoli zbliżamy się do końca fika, w następnym rozdziale w sumie koniec pierwszej części (planowałam 10 rozdziałów, ale teraz myślę o 7-8) i podam coś na kształt soundtracku. O, podrzucę też w końcu obiecane ilustracje. Reszta mojego pierdolenia pod rozdziałem.

Mam tylko nadzieję, że poprawki, które tu naniosłam, zapisały się.

Time for a feel trip.


Cierpliwość ulatniała się z ciała Erena prawie tak szybko, jak powietrze z dziurawego balona. Stopniowo, z każdą godziną, jego nerwy zbliżały się do niebezpiecznej granicy i wydawać by się mogło, że wojny i kataklizmy to nic w porównaniu z demonem, z jakim przyszło mu mieszkać. Tytani byli przy nim niczym grupa przedszkolaków, rozrabiających na placu zabaw.

Życie z ojcem pod jednym dachem z każdym kolejnym dniem stawało się nie do zniesienia. Kłótnie spowodowane byle błahostką, potrafiły ciągnąć się godzinami i bywało, że Grisha wrzeszczał wtedy jak szaleniec, albo przypominał rozhisteryzowane dziecko, któremu ktoś zabrał zabawkę. I tak dzień w dzień.

Eren miał dość. Czasem żałował, że wraz z przeniesieniem się do dwudziestego wieku, stracił możliwość przemiany w tę pieprzoną kreaturę, bo wtedy z chęcią wysłałby tego starego bałwana w kolejną epokę. Raz, choć nieświadomie, pozbawił go życia, a miał wtedy z siedem, może osiem lat. Zbliżało się lato. Chłopiec pamiętał niewiele, ale te urywki, które co jakiś czas nawiedzały go we śnie, utkwiły mu w pamięci na długie lata.

Skwar. Pieprzony, majowy skwar, lejący się z czystego, błękitnego nieboskłonu gorącymi wodospadami, rozbijającymi się o ziemie Shiganshiny z taką siłą, że powaliłaby niejednego byka. Nawet cień leśnych drzew na niewiele się zdawał, a wilgoć w powietrzu tylko przeszkadzała, utrudniając oddychanie i chłopiec miał ochotę puknąć się w czoło, przeklinając w duchu idiotyczne pomysły ojca. Grisha prowadził go przez labirynt roślinności z dobrą godzinę, ciągnąc za rękę w milczeniu. „Eren, to będzie przełom dla ludzkości!" wykrzyknął, podniecony do granic możliwości, o mało nie strącając ze stołu talerza na wczorajszej kolacji. A matka? Matka tylko się uśmiechnęła, mrucząc pod nosem, że ojciec jest po prostu przemęczony, a te jego zabawy mogą być niebezpieczne i znając życie do rana zapomni o kretyńskim płodzie swojej wyobraźni. No, troszkę się przeliczyła. Z samego rana Grisha wyciągnął syna z domu, targając bóg-wie-którędy i bóg-wie-gdzie.

A potem? Potem pamiętał tylko jakąś polanę. Niewielki kawałek ziemi, może z pięćdziesiąt arów, pokryty przepięknym odcieniem soczystej, żywej zieleni, gdzieniegdzie przeplecionym z bielą stokrotki czy dmuchawca. Dookoła rozpościerały się dęby, sosny, topole – więcej nazw Eren nie potrafił sobie przypomnieć – ułożonych obok siebie tak blisko, że z daleka wyglądały jak ogromny, drewniany mur. Co najbardziej przykuło jego uwagę, to ojciec, odwrócony do niego plecami przez dłuższą chwilę, przeszukujący skórzany neseser przy akompaniamencie złorzeczeń i przekleństw. I nagle zamarł w bezruchu, mamrocząc pod nosem coś, czego z tamtej odległości chłopiec nie potrafił wyłapać uchem. Ojciec obrócił się bez pośpiechu, ukazując ten swój straszliwy uśmiech człowieka, który nie może mieć dobrych zamiarów.

Eren był przerażony.

Eren krzyczał.

Grisha wrzeszczał, szarpiąc chłopca za rękaw.

Eren płakał.

I nagle zapanowała ciemność, a gdy się ocknął, dookoła było mnóstwo krwi.

Teraz zaś… teraz próbował się do niego przekonać – naprawdę próbował! Pewne uwagi puszczał mimo uszu, unikał bezpośredniej konfrontacji, wykonywał obowiązki domowe w miarę możliwości i co dostawał w zamian? Grisha dokładał wszelkich starań, by uprzykrzyć synowi życie i wymazać mu z pamięci wszystkie miłe wspomnienia z nim związane. Niegdyś pragnął zrobić coś dla dobra ludzkości, lecz tamte idee, tak podniosłe i wspaniałe, upadły dawno temu. Dziś ludzie potrzebowali silnej broni, ale nie po to, by zapewnić bezpieczeństwo – sami byli sobie zagrożeniem. A wolność? Wolność była tylko iluzją; cudownym, spokojnym snem w barwach tęczy.

Ósmego dnia ojciec został wezwany do Arlertów. Wyruszył z samego rana i wrócił dopiero późną nocą, jakiś taki podenerwowany i zmęczony. Milczał, przewracając złotą obrączkę pomiędzy chudymi palcami, migoczącą w bladym świetle świec, rozstawionych na stole w kształt okręgu.

Grisha nabrał powietrze głęboko do płuc i trzymał tak przez parę sekund, pragnąc wsłuchać się w subtelny odgłos bosych stóp, leniwie stąpających jedna za drugą w kierunku stołu. Wypuścił je dopiero po dłuższej chwili, płynnie i miarowo, trącając tańczące na knotach płomienie.

– Co z nim? – zapadło pytanie.

Powoli uniósł wzrok w stronę wątłej postaci, odsuwającej krzesło po przeciwnej stronie stołu. Oboje bladzi i wyczerpani, przez moment wpatrywali się sobie w oczy, próbując wyczytać jakąś przełomową informację.

– Dlaczego jeszcze nie śpisz? – odpowiedział pytaniem na pytanie.

– Czy to dziwne, że martwię się o kogoś, kto jest mi bliski? Czy aż tak ojca, kurwa, dziwi, że nie mogę spać, bo skręca mnie w żołądku na myśl o tym, że mój najlepszy przyjaciel może nie dożyć następnego wieczora? Niechże ojciec pojmie, że mam dość oglądania skatowanych zwłok, rzezi i pobojowisk. Mam niespełna szesnaście lat i powinienem grać z kolegami w piłkę na podwórku, a nie wąchać odór śmierci!

– E-Eren, wyrażaj się – wydukał zszokowany Grisha, uciekając wzrokiem w stronę okna.

– Obowiązek rozszarpał moje dzieciństwo na strzępy. Musiałem… Nie, wszyscy musieliśmy bardzo szybko dorosnąć i nauczyć się walczyć. A wiesz po co? Żeby tacy zdziadziali, narzekający na wszystko ludzie jak ty mogli wyjść z domu, nie obawiając się o własne życie! Okaż trochę szacunku i zrozumienia, i przestań w końcu traktować mnie jak bachora.

Grisha ułożył obydwie dłonie na blacie, jedna na drugiej, tak, by za chwilę spleść palce w warkocz, pragnąc ukryć nie tyle przygnębienie, co zakłopotanie. Na sekundkę przymknął powieki, by po chwili zamglone tęczówki mogły opaść na poobgryzane paznokcie.

– Odpowiesz mi na pytanie? – Głos chłopca był teraz miękki i cichy.

Następny, głęboki wdech zapowiadał zdanie ważące z tysiąc kilogramów, uwięzione głęboko w odmętach potoku ojcowskich myśli. Mężczyzna nie potrafił spojrzeć synowi prosto w oczy, cała pewność siebie ulotniła się z jego ciała w ułamku sekundy, toteż wzrok błądził gdzieś w okolicy linii włosów młodzieńca.

– Wiesz co? Nie powinienem ci tego mówić, bo nie chcę, żebyś winił mnie za całe zło tego świata, ale jesteś już w takim wieku, że potrafisz podjąć świadomą decyzję. W takim wypadku jestem zobowiązany do przekazania ci kilku faktów. Po pierwsze: ten chłopiec ma bardzo wysoką gorączkę, a na dodatek cały czas wymiotuje i nie mam zielonego pojęcia, co mam z tym zrobić. Nafaszerowałem go prochami i zastrzykami, bo tradycyjne metody zawiodły już na wstępie, a jak na moment odwróciłem się, żeby podać mu szklankę wody, on już spał. Ten dzieciak był kompletnie wykończony. Strasznie rzęził przy oddychaniu i głowię się, czy to nie zapalenie płuc. A może ma objawy cholery? Sam już nie wiem…

– Jezu… – wyszeptał Eren, przymykając zaczerwienione powieki.

Grisha rzucił w stronę syna jedno spojrzenie pełne współczucia, tym razem pozbawione jakiegokolwiek chłodu, zazwyczaj towarzyszącego jego sercu, które raptem nieomal pękło wpół, mając przed sobą figurę młodego, złamanego mężczyzny. Jako ojciec powinien być twardy. Powinien być nieustępliwy. Powinien powiedzieć, co jest dobre, a co złe i jak postępować, żeby nie popełniać błędów swoich rodziców. Powinien być dobrym wzorem do naśladowania, a tymczasem zawiódł na całej linii.

– Mam jeszcze jedno pytanie – odezwał się w końcu Eren, przerywając jedwabną nić ciszy. Niespokojny, wodził palcami po wypolerowanym blacie stołu.

– Dziś – zaczął Grisha, poprawiając okulary na nosie. – możesz pytać, o co tylko zechcesz.

Chłopiec zawahał się przed otworzeniem ust. A jeśli to był nieodpowiedni moment? Jeśli ojciec się zdenerwuje, jeśli nie pamięta, albo, co gorsza, sam nie wie? Po przemyśleniu sprawy…

A, pieprzyć to.

– Co znajdowało się w piwnicy? Dałeś mi ten klucz z jakiegoś powodu – powiedział nastolatek, delikatnie gładząc przedmiot, usytuowany na piersi. – To raczej nie miało mi służyć jako ozdoba, co?

– Ależ to już nie ma znaczenia! – wypalił mężczyzna niemal natychmiast. – Giganci zostali raz na zawsze wymazani z ksiąg i rycin.

– Przestań! – ryknął Eren, uderzając pięścią w stół z takim impetem, że przewrócił dwie z pięciu świec. Oddychał płytko przez zaciśnięte zęby, nawet nie zwracając uwagi na woskowe strugi, prowadzące przez blat aż na posadzkę pod jego nogami. – Po prostu… Ach, niech cię szlag! Mam dość twoich kłamstw. Wciąż unikasz tematu, a jeśli coś mówisz, to starasz się zataić jak najwięcej informacji. Na dodatek bez ustanku pieprzysz tym swoim formalnym językiem! Czy choć raz nie możemy porozmawiać jak ojciec z synem? Nie jestem twoim pacjentem, do jasnej cholery!

– Idź spać. Za moment obudzisz matkę. Dobranoc, Eren – wycedził Grisha przez zęby.

– Pewnie sam nie wiesz, co tam było! A może nie znajdowało się tam nic wartego uwagi? Skąd wiesz, że sobie tego wszystkiego nie uroiłeś? Sprzedajesz ludziom bajki, które nie śniły się największym poetom. Jak mam…

– Zamknij się! – wrzasnął w końcu mężczyzna, przerywając synowi wpół zdania. – Wyjdź. Najlepiej wyjdź i nigdy, przenigdy więcej się do mnie nie odzywaj.

Nie pierwszy raz, serce Erena rozsypało się na milion kawałków, wraz z radością i jakąkolwiek nadzieją, pozostawiając powłokę zapchaną do oporu negatywnymi emocjami. Skierował w stronę ojca jedno, ostatnie spojrzenie, świadczące o straconym zaufaniu i żalu. Odszedł. Znów.

Wybiegł z kuchni zapłakany, w progu mijając się z zaspaną matką.

– Ty stary durniu, coś znów narobił? – zapytała, przecierając oczy ze zmęczenia.


Od tamtej pory nie odezwali się do siebie ani słowem, przez wiele dni i nocy wpatrując się w blade światło księżyca, przechodzącego niespiesznie w kolejne fazy. Aż do dnia dwunastego.

Wraz z otrzymaniem przez ojca wezwania na front, życie Jaegerów wywróciło się do góry nogami. To, co działo się przy wyprowadzeniu Grishy przez żołnierzy…

Eren stał przy schodach, oglądając całą scenę z szeroko otwartymi oczyma. Nie do końca rejestrował, co właśnie działo się wokół niego, zupełnie jak gdyby był otumaniony jakimś niezwykle silnym lekiem. Wszystko wydawało się tak absurdalne, groteskowe, że gdyby dzień wcześniej ktoś powiedział chłopcu o akcji wyciągania ojca z domu nad ranem, zwyczajnie by go wyśmiał. A teraz? To była brutalna rzeczywistość, która wtargnęła w jego życia z brudnymi buciorami w ułamku sekundy. Momentalnie się otrząsnął, początkowo słysząc jedynie bębnienie w drzwi z okrzykiem „Macht auf!", a zaraz potem matkę, podbiegającą do niego i ciągnącą go za rękę do kuchni.

– Pomóż mi z tym włazem! – warknęła, próbując odciągnąć masywne płyty, znajdujące się pod stołem.

– Kolejna piwnica? Poważnie? – zapytał Eren z ironią, widząc wycięty w podłodze kwadrat wielkości metr na metr. – Co wy z tym macie, do jasnej cholery?!

– Zamilcz, młody człowieku i choć raz w życiu mnie posłuchaj. Wejdź tam, zanim cię zgwałcą, a potem rozstrzelają, albo jeszcze gorzej…

Carla skutecznie ucięła dyskusję, nim drzwi wejściowe na dobre rozstały się z futryną pod naporem trojga mężczyzn, którzy już po chwili znajdowali się na piętrze, gotowi połamać Grishy wszystkie kończyny, gdyby tylko nie wyraził zgody na uczestnictwo w walkach. Ledwo zdążył naciągnąć na siebie stare kalesony, a już był wleczony po schodach do wyjścia.

– Jest tu ktoś jeszcze? – zapytał jeden z żołnierzy.

Bert, Eren nieomal krzyknął, nim zasłonił usta dłonią. Opanował się w samą porę. Jeszcze brakowało, żeby przez swoją głupotę i porywczość narobił gorszej biedy.

– Nie – odpowiedział ze spokojem Grisha.

– Na pewno?

– Przysięgam!

– Zobaczymy ile warte jest twoje słowo. Panowie, do roboty! Przeszukać dom! Schneller! Nie mamy całego dnia.

„Już po nas" wrzasnął Eren w myślach, nasłuchując odgłosu stukających butów, tłuczonego szkła i przewracanych mebli. W przeciągu niespełna dwóch tygodni spotkało go tyle nieszczęść, że przez moment rozważał, czy może nie lepiej byłoby powiesić się na strychu. O ile dziś nie wyręczy go któryś z żołnierzy.

Spojrzał na bladą jak papier twarz matki, oświetloną szczątkowo dzięki światłu, wpadającemu przez szczeliny pomiędzy deskami. W oczach skulonej pomiędzy starą, zniszczoną komodą a ścianą kobiety, dostrzegł terror. On… Nigdy nie widział jej w tak przerażającym stanie.

Strach osiągnął apogeum.

Zajrzą tu, czy nie? Właz nie był solidnie zamaskowany i z bliska można było dostrzec zawiasy, odbijające światło wpadające przez okna. Chłopiec pierwszy raz w życiu począł żarliwie modlić się w duchu o przetrwanie. Nadzieja umiera ostatnia, powtarzał sobie w myślach na przemian z Boże, tyś wielki i miłosierny, dopomóż. Jeśli istniejesz, choć pewnie nie, w każdym razie nigdy w ciebie nie wierzyłem, ale pomóż, proszę. To nie była ta sama sytuacja, jak z rodzicami Mikasy. Tutaj nie mógł sobie pozwolić na walkę wręcz, bo zanim zdążyłby złapać za nóż, zostałby podziurawiony jak szwajcarski ser, obrywając serią z karabinu. Zdolność do regeneracji przepadła wraz z rozpoczęciem nowego życia. Pozostała jedynie wiara.


Od czasu incydentu z ojcem minęło kilka dni. Eren nie miał pojęcia, jakim cudem wyszli z matką w jednym kawałku. Przecież ci mężczyźni przez moment znajdowali się tuż nad nimi, widział ich podeszwy przez szczeliny w deskach, niespełna metr dalej nad ich głowami. W jednej chwili serce podskoczyło mu do gardła, łomocząc, jakby na górze trwało bombardowanie Berlina, zaś krew odpłynęła z twarzy i nie odważył się wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Czas zatrzymał się wraz z jego oddechem.

Potem nagle odeszli, stwierdzając, że nikogo tu nie znajdą. Przetrząsnęli wszystkie szafki i kąty, dosłownie – wywrócili dom do góry nogami, wychodząc bez ofiar. Ponadto nikt nie śmiał podejść do stołu, jak gdyby jakaś niesamowita siła odwiodła ich od tego pomysłu. Gdy tylko odgłos kroków zamilkł, Eren zapragnął jak najszybciej wydostać się na powierzchnię, jednak został zatrzymany przez silny uścisk matki. Carla nie musiała nic mówić - jej przeszklone oczy wyrażały wszystko to, co mogła przekazać werbalnie. „Siedź, bałwanie, jeszcze moment." upomniała syna. „W każdej chwili mogą wrócić." I chłopak usłuchał, spędzając w jej towarzystwie trzy kolejne godziny.

O ile w tamtym momencie jeszcze jakoś się trzymała, o tyle wraz z zamknięciem drzwi dotarło do niej, do czego doszło przed kilkoma godzinami. Najpierw zapadła nieznośna cisza, a niedługo potem została rozerwana szlochem, trwającym dniami i nocami. Carla nie potrafiła pogodzić się z sytuacją. Nie jadła, nie piła, nie wychodziła z sypialni i choć chłopak przynosił jej jedzenie i próbował w jakikolwiek sposób złagodzić psychiczne rany, nie umiała dojść do zgody ze świadomością straty. W głębi duszy czuła, że nie wróci.

Bezustannie leżała na łóżku, przykryta grubym kocem, przesiąkniętym ledwie już wyczuwalnym zapachem perfum i potu, zapachem jej i Grishy. Załzawionymi oczami wyglądała przez okno, obserwując ruch ciemnych chmur, odchodzących daleko przez, cieplejszy z każdym dniem, podmuch wiatru. Eren często kładł się obok i obejmował ją, trwając tak do następnego wschodu słońca.

– Idę do Armina – zakomunikował któregoś dnia, zachodząc do jej pokoju koło południa.

Wraz z nadejściem poranka Carla zamilkła, w głębi duszy wiedząc, że czas się otrząsnąć i zacząć normalnie funkcjonować. Nie mogła spędzić w tym łóżku reszty swoich dni. Eren miał dopiero piętnaście lat i choć był bardzo samodzielny, wciąż nie rozumiał wielu rzeczy i ktoś musiał sprostać misji nakierowania go na właściwą drogę. Któż miał to zrobić, jeśli nie ona? Ponadto, dom – jaka z niej gospodyni, skoro nie potrafi sprzątnąć bajzlu, niezależnie jakiego rodzaju i wielkości by on nie był?

– Wrócę wieczorem, dobra? Nie martw się o mnie, nic mi się nie stanie. – Chłopak podrapał się w głowę, rozmyślając, czy aby na pewno o niczym nie zapomniał. – Ach, jeszcze jedno. Posprzątałem, jak spałaś. Także tego… Cześć.

Zwróciła wzrok w stronę syna, mrugając kilka razy w nadziei, że przegoni sprzed oczu mgłę i zobaczy coś więcej, niż tylko zarysowaną sylwetkę młodzieńca, odwracającego się na pięcie. Gardło bolało ją do tego stopnia, że nie była w stanie przekazać chociażby jednego, prostego zdania. Tak bardzo chciała coś powiedzieć, chociaż szepnąć, lecz jedyny dźwięk, który wydobył się z jej krtani, okazał się być cichym skrzekiem.

Uważaj na siebie. Tacy jak ja i ty… W tym państwie nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy mile widziani. To nie nasz dom, to nie jest nasza ojczyzna, Eren. Choćbyś nie wiem jak się starał, nie poczujesz się tutaj tak, jak wśród swoich, nawet jeśli w połowie należysz tutaj.


Dość dobrze pamiętał drogę prowadzącą do kamienicy, w której mieściło się mieszkanie Arlertów. Prosta i krótka, była tylko nieskomplikowanym fragmentem rozległego labiryntu, stworzonego przez wysokie budynki wokół centrum. Niespiesznie mijał kolejne, poszarzałe budowle, przy okazji przyglądając się na pozór jednolitym oknom, które, gdy bliżej się przyjrzeć, różniły się od siebie tylko wzorem firan, trzymających się na starych karniszach na słowo honoru.

Sporą część tej dzielnicy stanowili emigranci, którzy nie zdążyli wycofać się do Polski czy Francji. Eren bardzo rzadko ich widywał – zdarzało się, że zamieszkiwali u innych ludzi w zamian za pomoc czy pieniądze. Ci, którym nie udało się uciec… Cóż, z tego, co tłumaczył mu Armin, byli wywożeni do obozów pracy… albo zabijani na miejscu. Jaeger o mało nie zwymiotował, słysząc co najmniej piętnaście sposobów pozbycia się tej części społeczeństwa, która, zdaniem nazistów, zatruwała czystą rasę. Co z tym systemem było nie tak? Dlaczego świat upadł tak nisko? Ludzie zachowywali się gorzej niż zwierzęta.

– Co jest? – szepnął chłopiec sam do siebie, mocniej naciągając kaptur na głowę.

Im bliżej kamienicy się znajdował, tym więcej ludzi mijał. Początkowo pojedyncze jednostki, z każdą chwilą rozrastały się coraz bardziej i bardziej, aż do skupiska niewyobrażalnych rozmiarów. Zazwyczaj ziejąca pustką uliczka, nagle zapełniła się po brzegi i można było odnieść wrażenie, że to wszystko za moment pęknie, sprowadzając najwyższe budowle do poziomu parteru. Widział dziesiątki, jeśli nie setki ludzi, taranujących się nawzajem, byle tylko ujrzeć, co się dzieje.

I raptem zamarł w bezruchu, wbijając wzrok w punkt naprzeciwko, oddzielony murem co najmniej dwudziestu głów. Kilka rzędów dalej słyszał płacz, zaś nieco bliżej ktoś wykrzykiwał, że dobrze im tak i powinni zostać powieszeni. Jeszcze inni próbowali go przekrzyczeć i tak jedno przez drugie, z czego z całego zamieszania Eren wyłapał może z trzy zdania.

Do tej pory był po prostu zdziwiony. Strach przejął nad nim władzę dopiero w momencie, gdy zobaczył Kirschteina, wyprowadzającego starego Arlerta przez drzwi frontowe, a razem z nim kilkanaścioro innych osób. Dawny Eren bez chwili namysłu rzuciłby się na pomoc, jednak obecny stał się słabą, delikatną cipą, która jedyne co mogła zrobić, to zaszyć się w tłumie ludzi. Zachował się jak ostatni szczur – stchórzył, a przecież nie tego go uczono. Nóż sam otwierał się w kieszeni, gdy patrzył, jak Armin wybiega boso na bruk i próbuje szarpać któregoś z oficerów, a w zamian za rozerwanie rękawa płaszcza, zostaje uderzony w twarz z takim impetem, że upada na ziemię, obcierając sobie przy tym policzek i przedramię.

– Armin! – szarpnął się Eren, lecz nie zdoławszy przebić się przez tłum, stracił równowagę i przechylił się na kogoś z tyłu, przypominając kostkę domino, opadającą bezwładnie na czyjąś komendę. Ktoś wrzasnął, ktoś zaklął… I ktoś chwycił chłopca za ramię, przeciągając w bok, wprost pod ścianę jednego z budynków.

– Co do… – zaczął, jednakże zaniechał dokończenia wypowiedzi, nie będąc w stanie uwierzyć w to, co widniało przed jego oczami. – Marco, ty żyjesz! Ale… ale…

– Eren, nic nie mów – poprosił. – Jak tylko tłum co nieco się rozpierzchnie, zaopiekujemy się Arminem i wtedy wszystko ci wytłumaczę.

– Ale on jest ciężko chory, nie może ot tak po prostu leżeć sobie na bruku w środku zimy!

– Csii – uciszył go Marco. – Jeśli mówię, że będzie dobrze, to tak będzie, rozumiesz?

Eren w odpowiedzi pokiwał głową, z uwagą przyglądając się chłopcu. Nie zmienił się nic a nic, przemknęło mu przez myśl podczas studiowania fizjonomii ciemnowłosego. Te same, piwne oczka, patrzące na świat z radością, doszukując się samych pozytywnych aspektów, nawet w tak beznadziejnej sytuacji, w jakiej akurat się znajdowali. I te piegi, odejmujące mu powagi…

Odetchnął z ulgą.


– Więc mówisz mi, że podczas jednego z tych chorych eksperymentów straciłeś kontrolę i nagle… Myk, jesteś w centrum Berlina w czasie drugiej wojny światowej, tak? – pytał Bodt, nie bardzo wierząc w to, co słyszy. – Na dodatek twoja matka ma depresję po tym, jak zgarnęli ojca do woja?

– Dokładnie tak było – przytaknął Eren, patrząc rozmówcy prosto w oczy. – I nie potrafię się dłużej przemieniać – dodał po chwili.

Marco uniósł dłonie to skroni, po czym przymknął znużone powieki tak, jak gdyby choć na chwilę pragnął ukryć się przed światem, po czym głośno westchnął. Ten dzień… To wszystko było tak pokręcone i męczące, że miał ochotę ułożyć się na łóżku obok Armina i zapaść w spokojny, głęboki sen, by choć na moment uciec od rzeczywistości.

Dzisiaj tyle się działo… Spotkał dwójkę – och, przepraszam – trójkę przyjaciół, z czego zdolny do rozmowy jest tylko jeden, bo drugi leży na łóżku tuż za nim, majacząc coś na skraju śmierci, zaś trzeci po całym incydencie rozpłynął się w powietrzu.

– Dobrze, że chociaż ty cokolwiek pamiętasz – mruknął, przeczesując palcami kasztanowe kosmyki.

– Armin także pomału zaczął sobie coś przypominać. Widział cię we śnie – oświadczył Eren, błądząc wzrokiem po bladej twarzy Arlerta.

– Tak?

– Myślę, że po tej akcji z dziadkiem poukłada sobie wszystko w główce. Ja już odkryłem, na jakiej zasadzie to wszystko działa. Wszyscy troje nie żyjemy, prawda?

Bodt spoglądał na niego z zaciekawieniem. Choć Eren nie zmienił się zewnętrznie, jego umysł dojrzał, zaś temperament odrobinę przygasł. Teraz był człowiekiem, jak każdy inny – słabym, niemalże całkowicie bezbronnym wobec okrucieństwa świata, toteż nauczył się kontrolować gniew i analizować sytuację. Tylko ciekawe, jak długo ma zamiar trzymać się tego schematu…

– Zakładam, że nasze zwłoki zostały spalone – tłumaczył dalej. – Jednakże wspomnienia przeżyły. Ojciec mówił, że najprawdopodobniej przeskakujemy w czasie do epok, które są zbliżone realiom, w których przyszło nam niegdyś żyć. A pamięć? Słyszałeś kiedyś powiedzenie, że ciało umiera, zaś dusza pozostaje wieczna? Jakoś tak to leciało, nie pamiętam dokładnie, nieistotne. Piję do tego, że niezależnie od ciała, w jakim się urodzimy, ślad po „dawnych nas" pozostanie, choćby to miała być tak uboga cząstka, z jaką na chwilę obecną musi zmierzyć się nasz przyjaciel.

– Eren, a co jeśli on nam nie uwierzy? Mówiłeś, że na początku zachowywał się, jakby miał cię za chorego na umyśle. Jaką mamy szansę, że nie każe nam się wynieść i zostawić go w spokoju? Jeśli pójdzie szukać dziadka, jak tylko wstanie z łóżka?

– Musi nam uwierzyć. Tylko tak możemy przetrwać.

I oboje zamilkli, nasłuchując cichych szeptów Armina, mówiącego coś z przejęciem o pani w czarnym welonie, pomału sunącej w jego stronę. Piękna, silna i dostojna, lustrowała go zimnym spojrzeniem, już wyglądając zza drzwi szafy, które w rzeczywistości były zamknięte na klucz.

Zrobili co mogli – co jakiś czas zmieniali zimne okłady i szczelnie opatulili kocami, zaś z samego rana planowali podać jakieś leki przeciwbólowe, które miały nieco złagodzić objawy. Eren nie widział innej możliwości, jak tylko złamać obietnicę daną matce. Nie było mowy, żeby zostawiać Arlerta w tak tragicznym stanie.

Nawet się nie zorientował, kiedy zapadł w sen, z którego tak bardzo nie chciał się obudzić... Śniła mu się przeszłość, te najpiękniejsze chwile: nocne rozmowy w cztery oczy i czułe pocałunki, które rozpłynęły się jeszcze przed wschodem słońca.


Szanowni państwo, otóż jest to jeden z tekstów, z których jestem zadowolona, tak jeszcze średnio na jeża, a zdarza się to niezwykle rzadko.

W następnym odcinku zobaczymy, cóż takiego działo się u Arlerta i o ile plany się nie zmienią, zobaczymy, jak tam inba po drugiej stronie.

Mój tumblr ze szkicami: