Zaraz po śniadaniu Sebastian wziął swego panicza na spacer po posiadłości. Ciel już na początku odpuścił sobie próby zapamiętania gdzie co jest – jego nowa posiadłość była prawie dwa razy większa od poprzedniej i zbudowana tak, aby jej ani trochę nie przypominała. Phantomhive miał absolutną pewność, że sam zgubiłby się od razu w tej plątaninie pokoi, schodów i korytarzy. Demon jednak zachowywał się tak jakby miał mapę do tego labiryntu w małym palcu (a skoro się tak zachowywał to właśnie tak było) więc młody hrabia ani trochę się nie przejął własnym zagubieniem – zapewne i tak wszędzie będą chodzili razem.

Demon ograniczał swe wypowiedzi do bardzo zwięzłego opisywania coraz to nowych pomieszczeń. Ciel miał niemiłe wrażenie, że jego lokaj celowo nie zamierza zaczynać poważniejszej rozmowy, wciąż pamiętając ich poranną kłótnię. Chłopcu niespecjalnie się to podobało – wolał już żeby Michaelis rozkoszował się monologiem na tematy kulinarne, które były dla młodego panicza czarną magią, niż żeby milczał.

- Sebastianie – zaczął niepewnie Phantomhive gdy właśnie szli na obiad. Zwiedzanie posiadłości mieli już za sobą, ale demon uparł się na spacer po ogrodzie, więc wolał porozmawiać z nim od razu. – Jeśli uraziłem cię tym, co powiedziałem rano….

- Zamierzasz mnie przeprosić, paniczu? – zapytał, rozbawiony jego zachowaniem, lokaj.

- Oczywiście, że nie – naburmuszył się Ciel. – Chciałem tylko zaproponować żebyśmy o tym zapomnieli.

Michaelis przyglądał mu się przez chwilę uważnie. Jego szkarłatne oczy utkwione były w twarzy chłopca zupełnie jakby sprawdzał, czy poczuje jednak skruchę i go przeprosi. W końcu uśmiechnął się jakby czule i pogładził dłonią policzek swego pana.

- Przeprosiny przyjęte – oznajmił radośnie.

- Wcale cię nie przepraszałem! – zawołał oburzony hrabia.

- Wiem o tym, paniczu – na twarzy lokaja pojawił się chytry uśmiech. To nie mogło oznaczać nic dobrego. Chłopiec nerwowo przełknął ślinę, ale starał się nie dać po sobie poznać, że domyślił się złych intencji swojego byłego sługi.

Przynajmniej jedno udało mu się osiągnąć – Sebastian przestał milczeć. Otaczająca ich bańka napięcia wreszcie pękła i Ciel z niejaką ulgą zaczął słuchać jakie to smakołyki czekają go na obiad.


Na jednej z rzadziej uczęszczanych ulic Filadelfii – nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy – pojawił się zakład pogrzebowy. Żaden z mieszkańców miasta nie zwrócił najmniejszej uwagi na ponury budynek, który rozepchnął się między siedzibą krawca a podejrzanie wyglądającą spelunką. Złuszczony napis nad wejściem i masywna trumna na wystawie wyglądały tak, jakby były stałą ozdobą dzielnicy.

Chociaż sam zakład nie budził zbyt wielu zastrzeżeń (każdy musi w końcu umrzeć, a ze zwłokami robić coś trzeba), to jego właściciel był postacią na tyle oryginalną, że nie dało się go przeoczyć.

William T. Spears poprawił okulary na nosie, pchnął drewniane drzwi i wkroczył w ponury świat Grabarza.

Na regałach roiło się od słoi, których zawartości lepiej było nie dociekać. Rzędy czaszek łypały na żniwiarza swymi pustymi oczodołami, a ustawione w kącie modele otwierały przed nim swe wnętrzności. Na środku tego przyprawiającego o dreszcze pomieszczenia, za pokrytą czarnym całunem ladą, siedział srebrnowłosy bóg śmierci. Ramionami obejmował oparcie krzesła i uśmiechał się nieco psychopatycznie żując coś pomiędzy ciastkiem a karmą dla psów.

Will przywitał się z nim względnie uprzejmie i położył na ladzie w ramach zapłaty niewielki pakunek, który został szybko pochwycony przez srebrnowłosego i schowany w jednej z licznych kieszeni jego stroju. Cichy śmiech kosiarza utwierdził Spearsa w przekonaniu, że wszystko poszło po ich myśli.

- Nie udało się – rzucił niby od niechcenia Grabarz.

Brunet niemal stracił nad sobą panowanie. Przekleństwa, jakimi miotał w myślach, były tak paskudne, że nie nadawały się nawet do wymówienia.

- Co tym razem? – wysyczał przez zęby.

- Sebastian Michaelis – odpowiedział starszy żniwiarz, wymawiając dokładnie każdą sylabę tego imienia i nazwiska, prawie krztusząc się ze śmiechu na widok nerwowego tiku na twarzy swego rozmówcy. Bycie irytującym sprawiało mu tyle przyjemności…

- Chcesz mi powiedzieć, że ostatni przedstawiciel dumnego rodu Phantomhive zgodził się na ten chory, z góry skazany na klęskę, układ?

- Ostatni? – zapytał nieco tępawym głosem Grabarz, zastanawiając się jak długo jeszcze Will da radę się powstrzymywać.

Spears już miał przywołać go do porządku, kiedy dotarło do niego znaczenie tej krótkiej wypowiedzi. Uśmiechnął się pod nosem widząc, jak w ramach aprobaty srebrnowłosy wyszczerzył zęby. Ktoś mógłby powiedzieć, że to co robili było niepoprawne. Ktoś inny nazwałby to zwykłą podłością. Dla nich była to jednak tylko gra. Tragiczna sztuka, której bohaterem znów miał być chłopiec, przekonany że jest królem oraz jego demoniczny sługa utwierdzony w przekonaniu iż ma wszystko pod kontrolą.