Posiadłość rodu Ethelred znajdowała się na przedmieściach Filadelfii, niecałą godzinę drogi od nowego lokum Ciela. Nie był to imponująco wielki budynek, mógłby jednak uchodzić za całkiem przytulny i urokliwy, gdyby nie fakt, że od wielu lat był opuszczony. Drzewa w sadzie zupełnie zdziczały, niegdyś zapewne piękny ogród całkowicie zarósł chwastami, a altanka pokryła się bluszczem do tego stopnia, że zupełnie nie było widać jej wnętrza. Nieprzyjemny widok dopełniała sama rezydencja – obtłuczony tynk, pobite szyby, miejscami zapadnięty dach… był to jedynie niewielki ułamek zniszczeń jakich doznała budowla.

Zgodnie z przewidywaniami Ciela przed posiadłością zgromadziła się już spora gromada ludzi, z czego większość miała na sobie policyjne mundury.

- Jesteś pewien, że chcesz to zrobić, paniczu? – zapytał Sebastian idąc tuż za swoim panem.

- Oczywiście, że tak – prychnął lekko urażony chłopiec, po czym uśmiechnął się pod nosem. – Najwyższy czas aby były pies brytyjskiej królowej rozejrzał się po swoim nowym terenie, czyż nie?

Sebastian zaśmiał się cicho. Właśnie takiej odpowiedzi powinien się spodziewać po swoim panu. Wszystko zaczęło wracać do normy. Napięcie pomiędzy nimi znikło niemal zupełnie. Czyżby naprawdę potrzebowali tak niewiele, aby wpaść w dawną rutynę?

- Zanim tam wejdziemy chcę żebyś wiedział, że wciąż jestem na ciebie zły. Po tym co zrobiłeś przeprosiny przekazane przez Tanakę i sernik, to zdecydowanie zbyt mało. – Phantomhive powiedział to zupełnie spokojnie, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w rzeczywistości jego słowa nic nie znaczą dla demona. Mimo to musiał powiedzieć mu, co czuł. – Wiem, że to ty jesteś teraz moim panem, a to iż nadal podajesz się za mojego lokaja jest po prostu twoją zachcianką. W tej sytuacji jedyne, co mi pozostało, to duma i resztki godności. Proszę, nie zabieraj mi tego, Sebastianie.

Demon nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Otworzył usta próbując coś z siebie wykrztusić i machinalnie wyciągnął dłoń by dotknąć policzka chłopca. Ciel jednak nie pozwolił mu na to; odtrącił jego rękę, odwrócił się i ruszył w stronę posiadłości.

Trudno opisać słowami zdziwienie jakie pojawiło się na twarzach czekających przed budynkiem policjantów. Phantomhive nie owijał w bawełnę; gdy tylko dowiedział się, kto jest dowódcą grupy zażądał aby pozwolono mu i jego lokajowi do niej dołączyć. Dowódca, niejaki Richard Denning, najpierw uznał to za jakiś żart i wyśmiał chłopca. Im dłużej z nim jednak rozmawiał, tym bardziej wydawał się być przekonany. Już po kilku zdaniach pełen był podziwu dla bystrości umysłu młodego hrabiego (widać było, jak przez cały czas próbuje ocenić jego wiek). Poza tym, choć trudno by mu było to wyjaśnić, zabranie ze sobą na tę misję należącego do chłopca lokaja, niemal od razu wydało mu się oczywiste.

- Nie chciałbym zostawiać jakichkolwiek niedomówień – westchnął zrezygnowany Denning. – Posiadłość Ethelredów najpewniej stała się siedzibą jakiejś sekty, lub czegoś w tym rodzaju. Nie jestem w stanie zagwarantować, że wyjdzie panicz z tego żywy.

- O to niech się pan nie martwi. To zadanie mojego lokaja – odparł swobodnie Ciel. – Co z poprzednią grupą?

Oddział policjantów od razu się ożywił.

- …straszne, na prawdę… …nikt nie wrócił… …noc w noc jakieś okropne krzyki… …znajomy mieszka w okolicy, mówił mi…

Jedynie Denning zachował spokój i spojrzał na Ciela spod wysoko uniesionych brwi.

- W gazecie nie było ani słowa o poprzedniej grupie – zauważył. – Skąd niby…

- Nie chcemy przecież zostawiać niedomówień, prawda? – przerwał mu Phantomhive ze słodkim uśmiechem na twarzy.

- Oczywiście, że nie – zgodził się Richard, odwzajemniając uśmiech. Podobał mu się ten chłopiec, miał ogromny potencjał. Kto wie… może to właśnie mały brytyjski paniczyk zostanie jego następcą?