Punktualnie o trzeciej drzwi do posiadłości rodu Ethelred stanęły otworem. Richard Denning rzucił ukradkowe spojrzenie na młodego Phantomhive'a. Jeśli chłopiec choć trochę się bał, to ukrywał to wprost doskonale.
- Panie Denning? – zapytał uprzejmie Ciel czując na sobie wzrok policjanta. Zagadnięty drgnął nieznacznie i odwrócił się do młodego hrabi. - Przepraszam, że nie uzgodniłem tego z panem wcześniej, ale życzę sobie aby umiejscowił pan mnie i mego lokaja na przedzie grupy. W sprawach takich jak ta mamy już niemałe doświadczenie, dlatego nie chciałbym abyśmy byli ograniczani przez pańskich policjantów. Ponadto, mimo iż doskonale rozumiem wydany przez pana rozkaz abyśmy trzymali się w jednej grupie, to nalegam aby pozwolił pan mojemu lokajowi opuszczać ją za każdym razem, gdy tylko wydam mu takie polecenie. Czy to wszystko stanowi dla pana jakikolwiek problem?
Denningowi dojście do siebie po przemowie chłopca zabrało niemałą chwilę. Miał szczerą ochotę kategorycznie się na to wszystko nie zgodzić, jednak zabójcze połączenie anielskiego uśmiechu Ciela i stalowego spojrzenia Sebastiana spowodowało, iż jedyne, co mógł zrobić, to nieznacznie kiwnąć głową.
- Jestem panu niezmiernie wdzięczny, panie Denning. W tej sytuacji nie widzę żadnego powodu, dla którego mielibyśmy dalej odwlekać rozpoczęcie naszego zadania. A zatem – proszę za mną – oznajmił zupełnie swobodnie Phantomhive, mijając wszystkich i wchodząc do rezydencji. Tuż za nim, niczym cień, podążał pogrążony w milczeniu lokaj.
Richard z wyrazem zrezygnowania na twarzy miał właśnie wydać swym podwładnym polecenie, aby poszli za młodym hrabią. Przeszkodziło mu w tym jednak coś wielkiego, czerwonego i ciepłego biegnącego w ich stronę z zawrotną prędkością, krzyczącego do tego wniebogłosy:
- Sebastianku!
Rozpychając na boki stojących mu na drodze policjantów Grell rzucił się z płaczem na Michaelisa. Ciel z rozbawieniem obserwował zdziwienie malujące się na twarzach zgromadzonych tam ludzi i bezgraniczne obrzydzenie demona.
- Ach, Sebastianku, jak mogłeś mi to zrobić? – szlochał Sutcliff zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, jak komicznie wygląda. – Ta szafa była taka ciasna i ciemna no i nie było tam ciebie! Jak możesz być tak nieczuły?!
- Sebastianie… zamknąłeś go w szafie? – zapytał młody hrabia z udawaną powagą.
- Tak, mój panie – odpowiedział lokaj starając się zachować jak największy odstęp między swoją twarzą a ustami zapłakanego boga śmierci. - Pozwoliłem sobie również związać go łańcuchem, spiąć mu ręce kajdankami oraz zamontować w rzeczonej szafie drzwi od sejfu.
- Powiedziałeś, że będziemy się dobrze bawić, a ja ci uwierzyłem… i siedziałem w tej okropnej szafie przez ponad dwa dni! – chlipał dalej Grell. Najwyraźniej jednak porzucił pomysł pocałowania Sebastiana na rzecz próby wysmarkania się w rękaw stojącego obok nich policjanta.
- No i nie wiem jak ty, ale ja bawiłem się wprost wyśmienicie – oznajmił demon z szerokim uśmiechem na twarzy i oczami błyszczącymi lubieżnym szkarłatem.
Kosiarz zrobił najbardziej rozwścieczoną minę na jaką go było stać w tej chwili i spojrzał na Ciela. W głowie Phantomhive'a zaświtał jednak szkaradny pomysł w wyniku czego na jego dziecięcej twarzyczce rozkwitł równie niewinny uśmieszek.
- Panie Sutcliff, jest mi niezmiernie przykro z powodu zachowania mojego lokaja – zaczął powoli chłopiec, podchodząc do czerwonowłosego i z współczuciem kładąc mu dłoń na ramieniu. – Nie jestem wprawdzie w stanie zagwarantować panu, że coś takiego już się nie powtórzy. Mam jednak szczerą nadzieję iż zechce mi pan towarzyszyć podczas przeszukiwania posiadłości Ethelredów, podobno zamieszkiwanej obecnie przez jakąś sektę. – Widząc, że nie przekonał go jeszcze, pociągnął go mocno w dół i szepnął mu na ucho: - Jeśli pójdziesz tam, to na moje oficjalne polecenie Sebastian będzie musiał traktować cię z szacunkiem, usługiwać ci oraz bronić cię od niebezpieczeństwa. A kto wie… może w ferworze walki ktoś zedrze z niego ubranie…
- Paniczu! – zawołał oburzony Michaelis. Że niby on miał nie tylko pilnować swojego pana ale i tego skretyniałego boga śmierci? Jeszcze czego!
- No więc? Idziesz ze mną czy nie? – zapytał Ciel nic nie robiąc sobie ze sprzeciwów demona.
Grell miał być nie tylko gwarancją jego bezpieczeństwa, ale także grać Sebastianowi na nerwach. No cóż, jeśli chodzi o mszczenie się to również i w tej kwestii młody Phantomhive miał niemałe doświadczenie.
- Oczywiście, że idę! Pójdę wszędzie tam, gdzie pójdzie Sebastianek! – zawołał żniwiarz, całkowicie pochłonięty wizją Michaelisa w podartym ubraniu.
- W takim razie nie czekajmy już dłużej i chodźmy – zarządził Denning rozcierając sobie skroń w próbie zachowania spokoju. Zrównał się krokiem z hrabią i zapytał przyciszonym głosem: - Czy ten cyrk był naprawdę konieczny?
- Niestety, panie Denning – odrzekł Ciel pochylając się lekko w jego stronę. – Obawiam się również, że Sutcliff będzie źródłem wielu innych irytujących sytuacji. Proszę mi jednak uwierzyć, iż potrafi być przydatny.
- Twój lokaj nie wydawał się być zachwycony tym pomysłem – zauważył mężczyzna.
- I bardzo dobrze – stwierdził z zadowoleniem hrabia. Na szczęście Denning postanowił nie drążyć tego tematu.
Chociaż na zewnątrz było jeszcze całkiem jasno, wewnątrz rezydencji panował nieprzyjemny półmrok. Ledwie zamknęły się za nimi drzwi wejściowe a byli zmuszeni do zapalenia latarek. Ciel rozglądał się uważnie dookoła, jednak nic szczególnego nie rzuciło mu się w oczy. Budynek wyglądał dokładnie tak, jako puszczony budynek wyglądać powinien; wszędzie pełno było kurzu i pajęczyn a w powietrzu unosił się nieprzyjemny odór stęchlizny.
Tylko czego właściwie miał szukać? Od początku wątpił aby posiadłość była zamieszkiwana przez sektę. Okultystyczne rytuały wymagały systematyki, składania ofiar zazwyczaj dokonywano regularnie, w określonych odstępach czasu. Z tego jednak czego zdołał się dowiedzieć (a raczej czego w ostatniej chwili zdołał się dla niego dowiedzieć Sebastian) nie dochodziło do żadnych porwań, ani do niczego podobnego. Ginęli jedynie ci, którzy sami weszli do środka. Do tego momentu odpowiadałaby mu wersja z siedzibą bandytów.
Tu jednak pojawiał się problem. Bandyci, owszem, starannie zadbaliby o to, aby nikt nie odważył się do nich zbliżać i z pewnością pozbywaliby się każdego, kto tylko wszedłby na ich teren. Aczkolwiek, zgodnie z informacjami jakie posiadał Phantomhive, ilość nocy, podczas których mordowano ofiary zawsze odpowiadała liczbie zamordowanych. Zwykłym złodziejom takie demonstracyjne zabójstwa nie były do niczego potrzebne.
W tej sytuacji musiał wykluczyć dwie najbardziej nasuwające się na myśl wersje i zacząć szukać czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić go na właściwy trop.
