Ciel poruszył się lekko. Czując oplatające go mocno ramiona Sebastiana uśmiechnął się pod nosem. Co za ironia! Przespał całą noc w posiadłości opanowanej przez nieludzkiego mordercę tylko dzięki temu, że schował się w objęciach jeszcze mniej ludzkiego lokaja.

Demon, świadomy, iż jego ukochany panicz właśnie się obudził, szepnął mu na ucho:

- Dzień dobry, mój panie. Wygodnie ci się ma mnie spało?

Phantomhive zamiast odpowiedzieć odchylił się lekko i spojrzał mu prosto w oczy. Już po głosie Michaelisa poznał, że coś poszło nie tak, a jego pełne zawodu oczy tylko to potwierdziły.

- Cóż, przynajmniej tą trójkę udało się uratować – westchnął chłopiec, bardziej po to by samemu się zmotywować, niż żeby podnieść lokaja na duchu.

Ku przerażeniu młodego hrabi demon pokręcił smętnie głową.

- Przykro mi paniczu, ale nic nie byłem w stanie dla nich zrobić – tłumaczył się po cichu. – Nie potrafię dokładnie określić, co zobaczyli, ale wygląda na to, iż zbyt bardzo odbiło się to na ich psychice.

Ciel odwrócił głowę w kierunku "ocalonych" wczoraj przez Grella policjantów. Siedzieli pod przeciwległą ścianą oparci o siebie nawzajem z krwią spływającą im z ust i aż trudnym do opisania wyrazem przerażenia na martwych twarzach. Chłopiec zadrżał na samą myśl, że cokolwiek może być wystarczająco straszne, by zabić człowieka od środka.

- Wydawało mi się, że miała ginąć tylko jedna osoba na dobę - zauważył Phantomhive, opierając głowę na ramieniu lokaja.

- Cóż… nie zabił ich bezpośrednio, więc to pewnie się nie liczy – stwierdził spokojnie demon. – W sumie, można się było tego spodziewać. Skoro my domyśliliśmy się kim jest, to on zapewne też zaczął traktować nas inaczej niż zwykłych ludzi.

Chłopiec odsunął się od niego gwałtownie, wstał i zmiażdżył go wzrokiem. Był wściekły, jak zawsze, gdy coś nie układało się po jego myśli.

- To wszystko twoja wina! – krzyknął na Michaelisa, tupiąc gniewnie nogą. – Kazałem ci wszystkich pilnować!

- Owszem, kazałeś – zgodził się Sebastian również wstając. – Wszystkich w tym pokoju. Nie było ani słowa o tych, którzy go opuszczą.

- Mogłeś ich zatrzymać! Mogłeś… mogłeś zrobić…cokolwiek! – wykrzykiwał młody hrabia w przypływie niepohamowanej agresji.

Waśnie zamierzał spoliczkować lokaja, gdy poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Odwrócił się gwałtownie i stanął twarzą w twarz z Denningiem. Stary policjant wyglądał na przybitego, ale w jego oczach było coś jeszcze… była w nich determinacja. Ciel uspokoił się nieco i spojrzał na niego pytająco.

- Jeszcze zanim tu weszliśmy wiedziałem, że mogę prowadzić was wszystkich na śmierć – powiedział mężczyzna powoli, zupełnie jakby zastanawiał się nad każdym pojedynczym słowem. – To, co siedzi w posiadłości Ethelredów nie jest… ludzkie. My… Mój oddział… nie mamy z tym żadnych szans. Przepraszam, zbyt późno zdałem sobie z tego sprawę. Przepraszam.

Wszyscy policjanci wpatrywali się w niego z przerażeniem, jakby nie mogli, a raczej nie chcieli, uwierzyć w to, co mówił. Cóż, przynajmniej był z nimi szczery. Ich szanse na wyjście cało z posiadłości były teraz bliskie zeru, a młody Phantomhive nie miał bladego pojęcia co zrobić, by je zwiększyć.

Zmarszczył lekko brwi.

- Kogo brakuje? – zapytał, rozmasowując sobie skronie, by zmotywować się do myślenia.

- Philipa Barrowsa – odpowiedział z podziwem Richard. Wciąż nie mógł uwierzyć, że ten mały chłopiec znosi to wszystko lepiej od niego.

- Wiesz gdzie on teraz jest, Grell? – rzucił w stronę czerwonowłosego.

- Na to pytanie ja znam odpowiedź – wtrącił Michaelis. – Jego zapach jest bardzo wyraźny, więc pewnie znajdziemy go zaraz za drzwiami.

Ciel skinął głową. Skoro morderca zostawił im zwłoki tuż pod nosem to zapewne zamierzał ich jakoś sprowokować. Czy wyjście z gabinetu było dobrym pomysłem? Może i nie, ale Brytyjczyk nie miał żadnego lepszego.

- Ja i Sebastian pójdziemy to sprawdzić. Jeśli nie chcecie iść z nami to możecie zostać – oznajmił, wychodząc wraz z lokajem z pokoju.

Denning, Grell i dwóch policjantów wyszło zaraz za nimi. Było dokładnie tak, jak powiedział demon. Zmasakrowane ciało Barrowsa leżało pod ścianą na drugim końcu korytarza. Lokaj chciał zasłonić swojemu panu oczy, ten jednak przełknął tylko głośno ślinę i przyspieszył. W porównaniu z Brownem, Barrows wyglądał nie najgorzej. Z jego ust toczyła się piana, z rozszarpanej klatki piersiowej na zakurzony dywan sączyła się krew, a między jego oczami błyszczało coś metalowego.

Phantomhive dość szybko stracił zainteresowanie zwłokami i utkwił spojrzenie w ścianie ponad nimi.

- Tu jest coś napisane… Sebastianie, czy mógłbyś… - lokaj nie czekając na to, aż jego pan dokończy polecenie, sobie tylko znanym sposobem, zapalił świece na wiszącym w połowie korytarza żyrandolu. –Dziękuję.

Na ścianie rzeczywiście znajdował się napis, sporządzony najprawdopodobniej krwią nieboszczyka.

- "Witajcie w posiadłości Ethelredów. Zapraszam do mojej gry, Jasper. P.S. Czekam na ciebie na dole" – przeczytał nagłos Michaelis.

- Więc dla niego to tylko gra – mruknął pod nosem hrabia. – I na kogo on niby czeka? Przynajmniej wiemy jak się nazywa…

- No i zostawił nam klucz – dodał demon, pochylając się nad ciałem Barrowsa.

- Sebastianie, co ty…?! – zawołał Ciel

Zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, lokaj wsunął swoje smukłe palce w zakrwawioną dziurę na czole mężczyzny. Każdy ruch jego dłoni powodował ciche mlaśnięcia, przyprawiające zgromadzonych o dreszcze. Sługa jednak zdawał się nie zwracać na to uwagi – zbyt bardzo pochłonięty był wydłubywaniem tego, co utkwiło w czaszce Philipa. Gdy w końcu mu się udało, wyciągnął zza marynarki nieskazitelnie czystą ściereczkę, wytarł „to" dokładnie i podał swojemu panu. Phantomhive lekko zniesmaczony przyjął od niego przedmiot, który istotnie okazał się kluczem. Chłopiec przyjrzał mu się dokładnie spod przymrużonych powiek, Był srebrny, dość ciężki i grawerowany, a poza tym…

Rozmyślania chłopca przerwał wystrzał z pistoletu. Wszyscy, bez zastanowienia, rzucili się w stronę z gabinetu. Nie byli nawet w połowie drogi, gdy usłyszeli następny strzał. Ktoś w pokoju śmiał się głośno, kilku policjantów zaczęło krzyczeć. Zanim dobiegli do drzwi, ktoś strzelił jeszcze raz.

- Rzuć pistolet, Smith! – krzyknął Denning, wpadając do gabinetu.

Na środku pomieszczenia stał mężczyzna z szaleństwem wymalowanym na twarzy. Usta wykrzywiał mu niezbyt przytomny uśmiech, a po jego policzkach spływały łzy.

- Wszyscy tu zginiemy – zawołał celując do swoich towarzyszy starających się odsunąć jak najdalej od niego. – Przyjaciele… wybaczcie… tylko tak mogę wam pomóc… Przepraszam….

Kolejny wystrzał. Ku zaskoczeniu wszystkich zamiast któregoś z przerażonych policjantów na ziemię osunął się Smith.

- Biedny Paul… Zupełnie oszalał… - stwierdził młody mężczyzna, do tej pory schowany za biurkiem. – Przepraszam, panie Denning. Chciałem go wcześniej powstrzymać, ale…

- Nie tłumacz się, Sparks – uciszył go Richard, siadając powoli na ziemi. Szaleństwo jednego z jego podopiecznych najwyraźniej zupełnie go załamało – mocno zgarbiony, ukrył twarz w dłoniach i zadrżał.

Ciel pokręcił z niedowierzaniem głową. Zupełnie nie wiedział, co powinien zrobić, by odzyskać panowanie nad sytuacją. W sumie zginęło ich już dziewięciu. Kto miał być następny? Co robić? Co robić?

Chłopiec poczuł jak uginają się pod nim nogi. Nieświadomie pozwolił sobie na okazanie słabości, niewiele go to jednak obchodziło. Bezwładnie opadł prosto w ramiona Sebastiana i ukrył w nich twarz. Zachłannie wypełniał nozdrza słodkim zapachem swojego lokaja, aby choć na chwilę zapomnieć otaczającym go świecie. Miał tego wszystkiego dość. Nie dość, że musiał robić wszystko, by pokonać mordercę, to jeszcze ci skretyniali policjanci cały czas…

- Ekhm… chłopczyku?

Phantomhive niechętnie wychylił się znad ramienia demona i łypnął błękitnym okiem a tego samobójcę, który odważył się przerwać mu odpoczynek. Zaraz, zaraz… jak nazwał go Denning? Sparks?

- Ja tylko chciałem się zapytać o Barrowsa – wyjaśnił niepewnie. Wyglądał na dość młodego (na pewno nie miał jeszcze trzydziestu lat), twarz częściowo zakrywała mu burza kasztanowych, nie sięgających ramienia loków, policzki przyprószone miał piegami, a jego bystre zielone oczy przyglądały się uważnie Cielowi.

Hrabia bez słowa podał mu klucz. Po niezbyt długich oględzinach brunet uśmiechnął się. Uśmiech ten był jednak jednym z tych, które nie wróżą nic dobrego.

- To zaproszenie, prawda? – zapytał szeptem. – Chce żebyśmy tam do niego zeszli…

Sparks podniósł się powoli. W jednej chwili z jego twarzy znikły wszystkie emocje. Przez chwilę obracał klucz między palcami, zastanawiając się nad czymś głęboko. Wyglądał zupełnie jakby wewnątrz niego toczyła się zacięta walka, o to, co powinien zrobić. W końcu westchnął zrezygnowany i zwrócił się do jednego ze swoich towarzyszy:

- Cornwell, ten klucz pasuje do ostatniej szuflady biurka – oznajmił beznamiętnie podając mu przedmiot. – Otwórz ją.

Mężczyzna, nic nie podejrzewając, podszedł do mebla i zmierzył go wzrokiem.

- Chodzi o tą z dziwnym rysunkiem? – zapytał. Gdy brunet skinął mu głową bez zastanowienia wsunął klucz do dziurki i przekręcił go.

To, co stało się chwilę potem, było tak nieprawdopodobne, że gdyby nie zobaczyli tego na własne oczy pewnie nigdy by w to nie uwierzyli. Cornwell zaczął konwulsyjnie drżeć, powieki opadły mu na oczy w taki sposób, iż widoczne były tylko ich białka, a z ust pociekł mu czarny bulgoczący śluz. Jakby tego było mało po gabinecie rozszedł się dławiący, nieco słodkawy zapach palonego ciała. Sebastian zasłonił swojemu panu oczy akurat w momencie, gdy całe płaty skóry i mięśni zaczęły odrywać się od kości konającego mężczyzny.

Korzystając z okazji demon, zaczął się przyglądać twarzom policjantów. Większość zgromadzonych miała pozamykane oczy. Większość, nie licząc Grella, który stał w drzwiach i śmiał się cicho pod nosem… i Sparksa. Brunet przyglądał się śmierci swojego towarzysza z takim spokojem, jakby był to dla niego widok zupełnie codzienny. Było w nim coś dziwnego, ale zarazem znajomego. Dlaczego Michaelis wcześniej tego nie zauważył? Musiało się pojawić dopiero niedawno, może na skutek szoku spowodowanego zabójstwami… tak jak u jego panicza. Lokaj uśmiechnął się. Owszem, w tej chwili brunet przypominał mu Ciela, ale daleko mu było do niego.

Po Cornwellu została tylko kupka kości, popiołu i czarnej mazi. Jednak nikt ze zgromadzonych nie miał czasu by się temu lepiej przyjrzeć. Gdy tylko skończyły się męczarnie mężczyzny, biurko zaczęło się obracać wokół własnej osi, unosząc się przy tym nad ziemię.

- To najdziwniejsze ukryte przejście, jakie widziałem – zachwycił się Phantomhive, odrywając dłoń Sebastiana od swojej twarzy.

Istotnie, do unoszącego się mebla przymocowane były schody. Całe to zjawisko, z towarzyszącymi mu odgłosami przypominało, pozytywkę.

- Kto schodzi pierwszy? – zapytał Sparks gdy tylko mechanizm przestał się obracać.

Michaelis wstał, pomagając również podnieść się swojemu panu, podszedł do Grella, położył mu dłoń na ramieniu i powiedział słodko:

- Proszę, zrób to dla mnie.

Żniwiarzowi nie potrzebna była już żadna dodatkowa zachęta – z szerokim uśmiechem wbiegł na schody. Sparks poczekał aż hrabia i jego lokaj podejdą bliżej i dopiero wtedy zaczął schodzić. Przez chwilę wyglądał, jakby rozważał czy lepiej się wytłumaczyć, czy milczeć. W końcu jednak doszedł do wniosku, iż pozostawienie śmierci towarzysza bez żadnego wyjaśnienia byłoby nieodpowiednie.

- To nie był dziwny rysunek tylko Krąg Czarnego Słońca – oznajmił im powoli. – Początkowo myślałem, że narysowano go tam tylko po to, by odstraszyć nieproszonych gości, ale… im mniej prawdopodobne rzeczy się działy tym bardziej brałem sobie do serca to, co mówiłeś o mordercy. On nie jest człowiekiem… Nie jest człowiekiem tak samo jak ty.

Sebastian był tak zaskoczony oskarżeniem, że nawet nie wiedział jak ma na nie zareagować. Właśnie miał się roześmiać, gdy Sparks uciszył go, unosząc uspokajająco dłoń.

- Bez względu na to, jakiego kłamstwa teraz użyjesz – zaczął, uśmiechając się lekko – i tak będziesz musiał się ujawnić, żeby pokonać tego psychopatę. Poza tym przecież sam powiedziałeś, że jesteś piekielnie dobrym lokajem.

Na te słowa Ciel zaśmiał się serdecznie. Czyżby wreszcie pojawił się ktoś wystarczająco inteligentny, by przejrzeć ich grę? No i do tego jeszcze znał się na okultyzmie. Młody hrabia w tej sytuacji musiał być ze sobą całkowicie szczery – Sparks podobał mu się coraz bardziej.

Gdy tylko dotarli na sam dół schody zaczęły się opuszczać, a wokół nich zapaliły się kolejno pochodnie. Wreszcie im się udało. Byli w kryjówce mordercy. Z każdym kolejnym płomieniem ich oczom ukazywały się nowe szczegóły pomieszczenia. Ściany pokryte były magicznymi kręgami a pod każdym z nich znajdowały się narzędzia tortur. Przerażający był nie tyle fakt ich istnienia, co doskonały stan, w jakim się znajdowały, świadczący o tym, iż były dość często używane. Nie mając innego wyboru grupa ruszyła w kierunku wskazywanym im przez zapalające się pochodnie.

- Niesamowite… - wyszeptał pod nosem Sparks. – To nie są kręgli klątw… Tu… Złożono ofiarę z krwi…

Sebastian nie musiał słuchać mężczyzny, by wiedzieć, że w tym momencie żarty się skończyły. To, co siedziało w podziemiach posiadłości Ethelredów było czymś znacznie gorszym niż się spodziewał. Podświadomie zacisnął dłoń na ramieniu swojego panicza. Za żadne skarby nie mógł pozwolić, by choć włos spadł z głowy jego ukochanego pana.

- Jasper – wysyczał przez zęby gdy z ciemności wyłonił się przypominający tron rzeźbiony fotel.

Mężczyzna siedzący na nim wyszczerzył zęby w makabrycznym grymasie mającym zapewne przypominać powitalny uśmiech. Długie rude włosy w migoczącym świetle ognia spływały z jego ramion niczym krew. Oczy, zimne jak dwa kryształy lodu utkwione były w jednym punkcie.

- Nareszcie do mnie przyszedłeś – powiedział powoli. Jego głos był niski i przypominał warczenie dzikiego zwierzęcia. - Nie mogłem się ciebie doczekać, Cielu Phantomhive'ie.