– Wyszedł z tego?

– Co? Przepraszam, zamyśliłem się.

– No, młody Malfoy. Czy wyszedł tego?

– Ach, tak. Ale długo zajęła mu rekonwalescencja po tym wypadku. Widzisz… to była naprawdę paskudna klątwa. Snape wykonał naprawdę kawał dobrej roboty, ratując go. Rana wyglądała naprawdę obrzydliwie.

– Tak właściwie, to czemu mi o tym opowiadasz?

– Ponieważ jego udział w tej historii jest niezwykle ważny.

– Co masz na myśli?

– Uratował nam życie. Powiedzmy, że miał u nas pewien dług.

– Rozumiem, że to wszystko wyjaśni się później. Powiedz mi Harry, wiesz może, gdzie teraz jest?

– A kim ja jestem by odpowiadania na takie pytania? Szczerze… nie mam pojęcia. Siedzę tu już dłuższy czas, jak sama wiesz, w dodatku nie mam kontaktu ze światem zewnętrznym, nie wiem nawet czy żyje -

– Rozumiem. Przepraszam, Harry. Wiem, że jesteś sfrustrowany… Przynamniej mogę się tego domyślać. Sam mówiłeś, ze nie lubisz siedzieć bezczynnie.

– Widzisz, Deirdre… Ja martwię się o nich wszystkich. Nie tylko o Draco, ale też o całą resztę, która – przynajmniej mam taką nadzieję – przeżyła… Nawet Snapem się przejmuję. Chociaż wiem, że ten dupek wyjdzie nawet z największego gówna bez większego uszczerbku na zdrowiu.

– Mówisz o nim per „Draco"… Zaprzyjaźniliście się?

– Nie do końca. Naszą późniejszą relację można nazwać czymś na kształt porozumienia. Albo zawieszenia broni – jak kto woli.


– Kiedy tylko ten gnój ocknie się, to zamierzam z nim porozmawiać! Tak, Hermiono, dobrze mnie usłyszałaś.

Harry miał wrażenie, że jeszcze chwila i wydepcze dziurę w podłodze. Od paru godzin Malfoy nie odzyskał przytomności, wciąż leżał blady i zmizerniały na kanapie w salonie domu jego ojca chrzestnego. Snape po zatrzymaniu krwotoku, rzuceniu paru przeciwzaklęć i skrupulatnym opatrzeniu nogi, powiadomił ich niezwykle uprzejmie o tym, że musi czym prędzej wracać do Hogwartu. Po czym niezwłocznie udał się w stronę kominka.

Czasami Harry zastanawiał się, jak ten dupek znajdował czas na bycie jednocześnie szpiegiem i nauczycielem Eliksirów. No tak, zapomniałem, zadrwił, przecież taki obślizgły drań jak on nie może mieć życia prywatnego. Po chwili zastanowienia skarcił siebie za te myśli, przypominając sobie, że sam również nie posiadał żadnego. Cóż. Uroki zamknięcia z bandą zestresowanych i tak samo skrzywionych ludzi jak on.

Czasami wydawało mu się, że widział w Severusie człowieka. Kiedy oczywiście jego wzrok nie padał na Harry'ego.

Prawie mu współczuł, kiedy ten wracał z nietęgą miną po zebraniach Śmierciożerców. Po każdym dniu ciężkiej pracy dla zakonu i szkoły cień zmęczenia widniał na jego twarzy. Przebłyski irytacji, kiedy coś szło nie po jego myśli. Nerwowe ruchy dłoni, niemalże niezauważalne dla większości. Jednak Harry widział takie rzeczy, ponieważ sam wiedział jak to jest. Jeżeli dopuścisz do zwątpienia w swoją misję, uznasz swoje racje za błędne – pociągniesz na samo dno całą resztę, która mają w tobie oparcie. Musisz być silny, chociażby na pokaz.

Czy ludzie pokładali w nim nadzieję? Podejrzewał, że tak było. Była to jedna z tych rzeczy, która go zawsze zadziwiała – że pomimo ponurych i pełnych beznadziei czasów, ludzie lgnęli do siebie jak nigdy. Wszystko było pełne paradoksów. Z jednej strony obserwował cienie od dawna znanych osób, które z czasem stawały się coraz bardziej obce. Z drugiej, czasami zauważał na ich twarzach uśmiechy – lekkie, niemalże groteskowe skrzywienia ust, emocje sięgające zmęczonych oczu. W takich momentach przez jego myśli przebiegały wspomnienia hogwarckich duchów, w tym Prawie Bezgłowego Nicka. Jak przez mgłę pamiętał jego radosne usposobienie, serdeczne witanie się z uczniami, zabawny i jednocześnie przerażający sposób kłaniania się lubianym przez niego osobom. Kiedy był młodszy, zadawał sobie pytanie – jak duchy mogą się uśmiechać? Do tej pory nie odnalazł na nie odpowiedzi, jednakże teraz już wiedział: to jest możliwe.

Tak jak teraz. Obserwował dwójkę swoich najlepszych swoich przyjaciół z palącym ukłuciem zazdrości. Ron i Hermiona nie odstępowali siebie właściwie na krok, od kiedy znaleźli się w Kwaterze Głównej. Nigdy nie powiedzieli nikomu, że są razem, ale… wszyscy wiedzieli. W tych oderwanych od rzeczywistości momentach siadali blisko siebie, uśmiechali się, patrzyli z pewnym zrozumieniem w oczach.

Tym jedynym razem Harry nie pozwolił, by uczucia wzięły nad nim górę.


– Byliście tacy młodzi…

– To nie miało znaczenia.

– Ale… osoby w waszym wieku powinny korzystać z życia, czerpać z niego pełnymi garściami, bawić się–

– Nie było na to czasu. Poza tym, kto powiedział, że zostaliśmy do tego zmuszeni? Deirdre, to była nasza decyzja. Uczestniczenie w akcjach zależało od nas. Niektórzy nie mieli takiej możliwości. Tym też się różniliśmy. Chcieliśmy walczyć.

– To znaczy?

– Przykładowo, dzieci Śmierciożerców nie miały takiego wyboru.

– Masz na myśli Malfoya?

– Dokładnie.


Czuł, jakby stracił rezon. Pomimo setki wcześniej przemyślanych dokładnie pytań, Harry nie mógł w chwili obecnej wydusić z siebie żadnego. Cały jego plan prysł w momencie wkroczenia do salonu. Nie było już śladu po krwi zdobiącej kanapę i dywan. Wszystko wyglądało tak jak dawniej i jedynie Malfoy stanowił obcy element w pomieszczeniu. Wyglądało, jakby chciał znaleźć się jak najbliżej Snape'a, tkwiącego u jego boku. Był późny wieczór i większość członków Zakonu powróciła ze swoich stanowisk. W salonie panował prawdziwy tłok, a co najdziwniejsze, również cisza. Harry wiedział jednak, że nie była ona spokojna. Widział napięte ramiona Aurorów trzymających w gotowości ukryte różdżki.

Malfoy spode łba ogarnął wzrokiem zebranych i przemówił ochryple.

– Chcę porozmawiać. Wyjaśnić. Ale żądam, by był tu tylko Potter i Severus.

O ile to możliwe, cisza stała się jeszcze cięższa.

– Ty mały gnojku – po dłuższej chwili przerwał ją zdenerwowany głos Rona – jeżeli jeszcze czegoś żądasz po tym, co dla ciebie zrobiliśmy… Wiesz, że równie dobrze moglibyśmy cię zabić tu i teraz…

– Cisza – odezwał się zmęczonym głosem Snape. Wyglądał naprawdę źle. – Nie wiemy, jakie użyteczne informacje może mieć dla nas młody Malfoy – powiedział dyplomatycznie. – Przystańmy na te żądania, z Potterem damy sobie radę. Nie jest już dzieckiem – tutaj rzucił złośliwe skrzywienie ust w kierunku chłopaka. Jednak nie miało ono swojej zwyczajowej mocy. Wydawało się wyblakłe. Harry nawet nie miał siły, żeby się najeżyć za zniewagę. Tylko Snape potrafił obrazić go w sposób tak dotkliwy za pomocą najzwyklejszych słów i gestów.

Zamiast tego spojrzał na starszego czarodzieja ze zirytowaniem i potwierdził skinieniem głowy, przystając na propozycję Malfoya.

Czasami Harry zastanawiał się, jak to jest, że ludzie faktycznie mu ufali. Z dziwnym uczuciem w piersi obserwował, jak cała grupa poza nimi dwoma opuszcza pokój, rzucając mu długie i nieco zaniepokojone spojrzenia. Najbardziej ociągała się z wyjściem dwójka jego najbliższych przyjaciół. Harry miał ochotę warknąć na nich by dali sobie spokój i poszli. Nie jest dzieckiem, poradzi sobie.

– Malfoy, przejdź do rzeczy. Nie mamy całego dnia – oznajmił opryskliwie. Nic na to nie poradził, że tak łatwo było go wyprowadzić z równowagi. Usłyszał zirytowane westchnięcie dobiegające od strony Snape'a. Blondyn spojrzał na Pottera i pokręcił głową. Sprawiał wrażenie, jakby słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Przełknął swoją dumę.

– Współpraca w zamian za ochronę.

Zaraz… co?

– Współpraca w zamian za ochronę? Ciebie? – Wypluł z siebie z niedowierzaniem, gapiąc się na Malfoya, jakby ten kompletnie zwariował. – Nie sądzisz, że za dużo żądasz?

– Nie mnie. Mojej matki – powiedział cicho, starając się nie patrzeć w stronę Pottera. Widać było, że starał się trzymać swoje emocje na wodzy. Jego żylaste i wychudzone ręce zaczynały lekko drżeć.

Snape, który do tej pory w milczeniu przyglądał się dyskusji, w końcu zabrał głos.

– Mogę wiedzieć, jaki jest ku temu powód?

– Mój ojciec – wychrypiał z odrazą. – Czarny Pan. Śmierciożercy – spojrzał na Harry'ego z dziwną pasją w oczach. – Musicie zrozumieć.

– Nie, nie rozumiemy! – warknął z irytacją Harry – Zjawiasz się tu, uprzednio biorąc udział w masakrach, którym MY próbowaliśmy zapobiec! Jesteśmy po dwóch przeciwnych stronach obozu! Jaki jest tego sens?

– Nie trafiałem! Pudłowałem zaklęcia, rzucałem je nad głowami, ty pieprzony dupku! Ja tego nie chciałem!

– Spokój – przerwał Snape. Na jego twarzy przebiegła dziwna emocja, której Harry nie potrafił w żaden sposób zinterpretować. Nie żeby go to w tym momencie obchodziło w jakikolwiek sposób. Czuł szybko bijące z wściekłości serce.

– Jesteś mordercą!

– Jak my wszyscy.

Zapadła cisza. Harry poczuł dziwne ukłucie w piersi. Jego złość nagle przygasła.

– Malfoy, posłuchaj…

– Nie, to ty mnie posłuchaj – przerwał mu ze zmęczeniem w głosie. – Rozumiem, że dużo ryzykujecie w tym wypadku. Ja jeszcze więcej. Nigdy nie błagałem w żadnej sytuacji, ale teraz jestem do tego zmuszony! – Harry ledwie zrozumiał cokolwiek z tej przemowy, blondyn mówił tak szybko jakby bał się, że chłopak przerwie mu w pół słowa.

Wytrącony z równowagi, z zaniepokojeniem spojrzał w jego stalowoszare oczy, niegdyś jak magnesy – teraz zupełnie puste.


– Zgodziliście się?

– Bez ryzyka nie ma zabawy.

– Nie musisz silić się na złośliwość, naprawdę. Miał rację, wiele ryzykowaliście.

– To był ten czas, kiedy wszyscy popadaliśmy w wyjątkową beznadzieję. Nie mogłem wyskoczyć na Voldemorta i tak po prostu go zabić. Był na to za silny, potrzebowaliśmy sposobu, jakiegoś planu. A nie mieliśmy żadnego.

– A on? Miał?

– Nie. Ale posiadał informacje, którymi nie dysponował nawet Snape. Dzięki temu układowi zdobyliśmy bardzo dobrego szpiega.

– I przez ten cały czas się nie domyślili? Zwolennicy Sam-Wiesz-Kogo? A on sam?

– Byliśmy bardzo ostrożni. Malfoy po wypadku udał się do Prince Manor. Przekonał Śmierciożerców, że po tym wszystkim zgłosił się do Severusa, by mu pomógł. Przełknęli to bez problemu. Był przecież prawą ręką tego gada, musieli mu ufać.

– Beż wątpienia miał ciężką pracę…

– O ile nie najcięższą z nas wszystkich. Ale potem to wszystko zaczęło się powoli zmieniać.

– Co masz na myśli, Harry?

– Widzisz, nasza grupa była podzielona na pewne struktury. Każdy zajmował się czym innym.

– Możesz mi to wyjaśnić?

– Aurorzy i ochotnicy uczestniczyli w interwencjach. Szpiedzy dostarczali informacje. To logiczne. Jednakowoż, mieliśmy również oddział – o ile można to tak nazwać – naukowy… Jak i wiele innych.

– To ta grupa zajmowała się stworzeniem przeciwzaklęcia klątwy uśmiercającej?

– Zastanawia mnie jedno… jakim cudem jesteś tak dobrze poinformowana? Tak, zajmowaliśmy się tym. To jeden z wielu naszych projektów.

Zajmowaliście? Też byłeś w tej grupie? Na czym to dokładnie polegało?

– Nie zapominaj, że jestem jak do tej pory jedyną osobą która przeżyła Avadę Kedavrę.

– Wyglądasz mi raczej na człowieka czynu niżeli myśli. Bez obrazy, Harry.

– No i tak było. Nie miałem tak wielkiej wiedzy jak Severus. Ale byłem przydatny. A raczej moja paskudna przypadłość działała na moją korzyść.

– To właśnie z nim współpracowałeś?

– Musiałem. Od tego wszystko się zaczęło, w sensie, nasze porozumienie. Wcześniej unikaliśmy siebie, jak tylko mogliśmy.


– Nie ma mowy, nie zgadzam się.

– Robię to po raz pierwszy, więc miejcie to na uwadze. Niestety jestem zmuszony zgodzić się z Potterem.

– Dlaczego niby mam z nim współpracować? – Chłopak niemalże wypluł z siebie te słowa.

Harry dyszał ciężko patrząc ze skrzywioną miną na zebranych przy stole w kuchni. Na ustach Malfoya widniał ironiczny uśmieszek. Gryfon przemógł ogromną chęć starcia go z jego bladej twarzy. Zastanawiał się, czy blondyn przypadkiem nie naćpał się eliksirem przeciwbólowym Snape'a.

– Harry – odezwała się łagodnie Hermiona – musimy ruszyć do przodu. Przez wiele tygodni nie zrobiliśmy żadnego kroku ku polepszeniu naszej sytuacji. Ciągle babrzemy się w tym samym gównie. – Kilka osób spojrzało na nią ze zdziwieniem. Panna Granger nigdy nie używała takich słów.

Ale miała rację. Wszyscy tkwili w martwym punkcie. Jeszcze gorsza była świadomość, że oddziały Voldemorta były od jakiegoś czasu pół kroku przed nimi, a oni niezręcznie dreptali im po piętach.

– Potrzeba nam dobrej strategii. Ale mówiliśmy o tym już wcześniej – przemówił niespodziewanie Kingsley. – Nawet łącząc nasze siły mamy nikłe szanse pokonania Voldemorta, jeżeli ten ma tak silnych i licznych sprzymierzeńców. Naszym obecnym celem jest ich osłabienie. A żeby ich osłabić, sami musimy stać się silniejsi. Teoretycznie – bułka z masłem. Gorzej wychodzi to nam w praktyce.

– Stąd właśnie pomysł… – Wtrącił się Malfoy, ale nie dokończył, ponieważ poczuł różdżkę wbijającą mu się między żebra. Spojrzał z podirytowaniem na Aurora, który przyglądał mu się podejrzliwie. Prychnął i po chwili go zignorował – … żeby znaleźć tarczę na ich główną broń, jaką jest klątwa uśmiercająca. Wiadomo, że potrafią się tym posługiwać jak mało kto, a do tego potrzeba naprawdę wiele mocy i skupienia. Zostali dobrze wytrenowani.

– To nie ma sensu, nikt się przecież jej nie oparł – odrzekł Harry. – Poza mną – dodał po chwili zastanowienia. – Jednak wiemy, co na ten fakt się złożyło.

– Właśnie ma sens! Do tego jesteście właśnie potrzebni, wasza dwójka… Widzicie, kiedyś medycyna nie była na takim poziomie jak teraz. Każde zaklęcie ma przecież jakąś strukturę. Wystarczy ją dobrze zrozumieć. – Malfoy wyglądał na nieznośnie zadowolonego z siebie, kiedy zarobił zainteresowane spojrzenie od Hermiony. – Tutaj główne skrzypce będzie odgrywał Severus. Ty jesteś natomiast potrzebny, bo jako jedyny – jak sam wcześniej wspomniałeś – przeżyłeś klątwę uśmiercającą.

– Skąd ten pomysł? – Spytała się dziewczyna.

– Myślicie, że Śmierciożercy zajmują się tylko bezsensownym mordobiciem? Weasley, nie patrz się tak na mnie, wiem o czym mówię. Szukali nowych sposobów, mają tam swoich mózgowców, którzy zajmują się wynalezieniem nowych morderczych zaklęć. Tak więc, zaczęli od podstaw. Czyli zrozumieniu na czym dokładnie opiera się Avada Kedavra. Człowiek sam z siebie nie umiera, musi coś szczególnego wydarzyć się w jego organizmie po rzuceniu klątwy. Logiczne, prawda?

Kilka osób przytaknęło z zamyśleniem. Nawet podejrzliwy Auror opuścił na chwilę swoją różdżkę.

– Mieli tam… obiekty doświadczalne – blondyn się skrzywił – na których testowali przebieg zaklęcia. Porywali ich i wykorzystywali.

– Masz na myśli… ludzi? – Hermiona zadrżała. W jej oczach można było dostrzec przerażenie.

– Mugoli. Szlamy. Zdrajców krwi – po sali przebiegły oburzone głosy, kilka osób skierowało różdżki w stronę Malfoya. Niektórzy powstali ze swoich miejsc. Atmosfera gwałtownie zgęstniała.

– Hej, ja się tym nie zajmowałem! – Krzyknął, unosząc dłonie w desperackiej próbie obrony. – Ale wiedziałem o tym, bo byłem blisko osoby, która maczała w tym projekcie palce.

– Kto? – Harry usłyszał czyjś przytłumiony głos.

– Mój ojciec. Uwielbiał dostarczać, jak to on określał, materiały badawcze… – powiedział z obrzydzeniem.

– Na czym to dokładnie polegało? – Odezwał się zdumiony Snape. Nie miał najmniejszego pojęcia o tym projekcie. Ani Czarny Pan, ani tym bardziej Lucjusz nie wspomniał mu o tym żadnym słowem. Zaniepokoiło go to.

– Chcesz powiedzieć, że o niczym nie wiedziałeś? – Artur Weasley spojrzał na Snape'a ze zdumieniem. – Wiesz, co to może oznaczać? – Wyszeptał z trwogą wymalowaną na posiekanej zmarszczkami twarzy. Mistrz Eliksirów skinął ponuro głową.

– Cisza, o tym później – przerwał zdenerwowany Malfoy. Wyglądało na to, że również wiedział, co mężczyźni mieli na myśli.

Głowa rodziny Weasleyów, jak i cała reszta, ponownie zwrócili na chłopaka całą swoją uwagę.

– Zauważono, w jaki sposób zaklęcie oddziałuje na ludzki organizm. Nigdy wcześniej nikt nie zaprzątał sobie tym głowy, w końcu klątwa uśmiercająca była niezwykle skuteczna. Jednak w obliczu możliwości wynalezienia nowego, prostszego, nie pochłaniającego aż tyle energii i równie skutecznego sposobu zabijania, zainteresowano się jej strukturą.

– Na czym ona polegała?

– W chwili rzucenia obumierają wszystkie neurony w ciele. Jest neurotoksyczna.

– To ma sens – odezwała się niespodziewanie Hermiona. – Mózg, a wraz z tym, za co jest odpowiedzialny mózg… przestaje działać. Ale przecież to zajmuje trochę czasu. Cały organizm nie może w ciągu kilku sekund… wyłączyć się.

– I tu dochodzi druga sprawa. Jej szybkość. Mieli kilka teorii, z jakiego rdzenia była zbudowana jej neurotoksyczność. Ale do tej pory nie doszli do żadnych wniosków odnośnie szybkości jej działania, z tego co mi wiadomo.

W sali panowała ciężka cisza. Każdy patrzył się ze zdumieniem w stronę Malfoya. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw.

– Jak do tego doszli?

– Wiwisekcje.

Jego słowa głucho potoczyły się po kuchni. Kilka osób ze zdumieniem poderwało głowy. Po chwili, Harry usłyszał przytłumiony szloch dobiegający z jego prawej strony.

– O mój boże… – w oczach Hermiony można było dostrzec łzy. Zakryła drżącą ręką usta. – Porywali… Merlinie, Tonks! – histeryczne nuty rozbrzmiały w jej głosie.

Harry poczuł, jak zimny pot pokrywa mu plecy. Tonks od ranka nie dawała żadnego znaku życia. Tak samo Remus, który wyruszył na jej poszukiwania. Coś na kształt paniki przemknęło przez jego ciało.

– Na czym polega wiwisekcja? – Odezwał się zszokowany Ron, zaniepokojony tak bardzo emocjonalną reakcją dziewczyny.

– Ron… – Hermiona pokręciła głową – Wiwisekcje… Jakby to powiedzieć… To sekcje zwłok. Tyle, że nie są one przeprowadzane na zwłokach, jak sama nazwa wskazuje. Są dokonywane na żywych ludziach – przełknęła ciężko ślinę. - Świadomych, wszystko odczuwających, niewinnych…

Harry'ego zemdliło. Jego bujna wyobraźnia i towarzyszące temu wizualizacje wcale mu nie pomagały. Głowa mu ciążyła. Widział błagania i krzyki powoli zarzynanych niewinnych i bezbronnych istnień... Wszystko tak bardzo realistyczne. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby się do tego posunąć? O ile mógł nazwać ich ludźmi… Nie mógł pojąć takiej potworności.

Spojrzał po zebranych wokoło. Widać, że nie tylko on miał takie myśli. Zerknął na Malfoya, którego wyraz twarzy dokładnie odzwierciedlał emocje buzujące się w nim samym. Powoli zaczynał rozumieć, dlaczego chciał stamtąd jak najszybciej zwiać.

– To nieludzkie… – wyszeptał z niedowierzaniem.

– A kto powiedział, że jest? – odezwał się gorzko blondyn. – Są gotowi podjąć wszelkie środki. Cokolwiek, co przeważy nad ich zwycięstwem. Oczywiście z polecenia Czarnego Pana. On jest obłąkany. Popada w coraz większą paranoję, zaczyna nawet usuwać ludzi ze swojego otoczenia. Wystarczy mu tylko jeden maleńki sygnał, że ktoś może być w stosunku do niego nielojalny. I tutaj właśnie dochodzimy do sedna twojej sprawy, Severusie – zwrócił się do Mistrza Eliksirów, którego wyraz twarzy w chwili obecnej nie wyrażał niczego. Harry jednak zauważył jego zaciśnięte kurczowo pięści. – Wiesz, co mam na myśli?

Snape westchnął.

– Przestaje mi ufać. Dlatego nie powiadomił mnie o tym projekcie. W innym wypadku zleciłby mi jego wykonanie – odezwał się sucho.

– Ale… ma powody? By podejrzewać cię o zdradę? – Harry spojrzał spode łba na starszego czarodzieja.

– Jemu to już nie jest potrzebne – wtrącił Malfoy. – Z każdym dniem pozbywa się wszelkich resztek człowieczeństwa. Aż trudno uwierzyć, że kiedykolwiek jakieś miał… Z jednej strony działa to na naszą korzyść – tutaj blondyn spojrzał ze złością na Aurora, który wcześniej wbijał mu z premedytacją różdżkę w żebra. Teraz tylko obserwował go z rozwartymi oczami w szoku. – Jego szaleństwo może go znacznie osłabić. Z drugiej strony, staje się coraz bardziej nieobliczalny. Musimy być gotowi na wszystko.

Jego słowa jeszcze kilka chwil dźwięczały z mocą w uszach członków Zakonu. Głowy mieli opuszczone, ramiona spięte. Na językach miliony pytań, które nie chciały przejść przez zaciśnięte usta. Wydawało się, że już nic nie może ich zaskoczyć, jednakże – mylili się.

– Tak więc… co robimy? – odezwała się cicho Hermiona. Jej oczy były szkliste.

– Wygląda na to, że musimy przeorganizować grupę – westchnął ze zrezygnowaniem Kingsley.


– Merlinie…

– Właśnie tak.

– To jest…

– Nieludzkie? Potworne? Zatrważające?

– Wszystko na raz! Czemu nikt o tym nie wiedział? Wiadomo było o zaginięciach ze świata czarodziejskiego jak i mugolskiego… Jednak… To się w głowie nie mieści! To niewyobrażalne!

– Początkowo mi również było trudno w to uwierzyć. Dopóki tego nie zobaczyłem.

– Co takiego? Czekaj, chwila… chcesz powiedzieć, że widziałeś to na własne oczy? Jak?

– Jedna z naszych ostatnich i głównych akcji. Cały ośrodek badawczy, jak to z dumą nazywali Śmierciożercy, mieścił się w posiadłości Malfoyów.

– Ty chyba żartujesz… Ministerstwo nie miało o tym najmniejszego pojęcia…

– Kiedy zamykam oczy… widzę to. Wiesz, Deirdre? Każdego dnia od nowa zabija mnie świadomość, że wtedy nie mieliśmy na to czasu! Żeby im wszystkim pomóc! Pieprzonego CZASU!

Trzask

– Harry, spokojnie! Jeżeli się w tej chwili nie uspokoisz, magomedycy przybędą tu lada chwila! Widzą całą naszą rozmowę, nie słyszą, ale widzą!

– Gówno mnie to obchodzi!

– HARRY! Już, spokojnie… usiądź… Papierosa? Nie śmiej się, boże, przerażasz mnie… Dobra, wiem, że to śmieszne, mam na myśli mnie i te cholerne papierosy… ale błagam, uspokój się–

– Dałbym wszystko… wszystko!

– Harry…

– Chciałem tam wrócić! Pomóc reszcie, ale… Severus mnie wtedy złapał, pociągnął za sobą, krzyczał mi do ucha różne rzeczy… że to już bez sensu, że za późno… Musieliśmy uciekać, jeżeli sami nie chcieliśmy być zarżnięci. Gdybym miał wybierać teraz co zrobić, miałbym w dupie jego rozkazy…

– Nie mów tak! Chwila… Snape też tam był?

– Od tamtego momentu, w sensie, kiedy się dowiedzieliśmy o całym projekcie Śmierciożerców, staliśmy się niemal nierozłączni. Początkowo z przymusu… a potem wiadomo, jak to wychodzi…

– Słucham?

– Wiesz co mam na myśli, nie udawaj. Pracowaliśmy razem nad przeciwzaklęciem, bazując na badaniach śmierciożerców. Draco je ukradł, z pewnym trudem, ale zrobił to. Po pewnym czasie się domyślili i został zdekonspirowany. Mieliśmy niezłą jazdę. Ledwie z tego wyszliśmy. Jednak część naszej grupy…

– Nie przeżyła?

– To dłuższa historia. Wszystko po kolei.

– Dobrze, rozumiem… Tak więc, na czym dokładnie polegała wasza współpraca?

– Cóż. Oboje byliśmy niezwykle ciężkimi przypadkami. Tak więc musieliśmy zacząć od samych podstaw.

– Co masz na myśli?

– Na początku musieliśmy dojść do porozumienia.