Harry szczerze nienawidził momentów, w których każde słowo wydawało się być nieodpowiednie do sytuacji. Z drugiej strony nienawidził również ciszy. Przenikała, ciążyła, gęstniała wraz z upływającym czasem. Przez to wszystko zdawało się dziać w niewyobrażalnie zwolnionym tempie. Niemalże słyszał, jak wskazówki wyimaginowanego zegara w jego głowie tracą na swojej mocy – sekundy zamieniały się w minuty, minuty w zatrważająco długie godziny. Miał szczerze wszystkiego dość. Nie marzył o niczym innym, jak tylko o skryciu się w swoim pokoju ulokowanym na strychu, daleko od zasięgu wzroku innych ludzi. Kiedy zamykał oczy, przypominał sobie o uspokajającym zapachu jego zatęchłej, zakurzonej pościeli. Ron zapytał go dawno temu, czemu zamiast normalnego pokoju wybrał sobie ciemne i małe pomieszczenie znajdujące się na samej górze ogromnego budynku przy Grimmauld Place 12. Wtedy Harry'emu przemykała przed oczami wizja komórki pod schodami – jego pierwsze miejsce zamieszkania w czasie pobytu u Dursleyów. Paradoksalnie, pomimo częstego odczucia dyskomfortu było to jedyne miejsce, w którym czuł się bezpiecznie. Myślał o niej jak o schronieniu, w którym nikt nigdy nie zawracał mu głowy i nie próbował uprzykrzać mu życia w jakikolwiek sposób. I zupełnie jak za czasów dzieciństwa, kładł się na stary materac i zwijał w kłębek, otaczając kolana ramionami. Z tęsknotą wracał do czasów, kiedy jeszcze nie wiedział o byciu czarodziejem. Wtedy jego życie co prawda wydawało się nieco gówniane, ale mimo wszystko – było o wiele prostsze.
Z westchnieniem otworzył oczy i spojrzał na swoje pulsujące tępym bólem przedramię. Z wewnętrznego zgięcia łokcia sterczała igła z samonapełniającą się fiolką. Obserwował z dziwnym ukłuciem w piersi, jak kolejne naczynie ląduje w równym rządku znajdującym się tuż przed nim. Nie wiedzieć czemu, nie mógł powstrzymać fali wspomnień dotyczących trzeciego zadania Turniegu Trójmagicznego i sceny na cmentarzu. Był podirytowany. Naprawdę nie znosił ciszy, która zmuszała go do bezowocnej gonitwy wszystkich możliwych myśli.
– Nie miałeś najmniejszego pojęcia? – Doskonale wiedział, jak bezsensowne pytanie zadaje Snape'owi. Jednak czuł wielką potrzebę przerwania milczenia, które między nimi narastało, od kiedy znaleźli się sami w pomieszczeniu.
Był perfekcyjnie przygotowany na powątpiewające spojrzenie Mistrza Eliksirów. Tak przynajmniej próbował samego siebie przekonać.
– Potter – zaczął cicho. Usłyszał nerwowe postukiwanie fiolek o blat – myślałem, że wyraziłem się jasno. Wtedy, na spotkaniu.
Zacisnął pięść.
– Wiem – powiedział na przekór spokojnie. – To cisza. Nienawidzę jej.
Zarobił kolejne spojrzenie od mężczyzny, jednak z trudem przyszło mu je rozpoznać. Był rozdarty między „nie patrz na mnie jak na wariata" a stwierdzeniem, jak słabo zna tego człowieka mimo wszystko.
…
I znowu.
– Po co to wszystko?
– Potter – warknął Snape – już ci mówiłem. Niektóre testy magiczne nie mogą obyć się bez krwi. Sprawdzamy, czy nie ma żadnych nietypowych zmian w twoim rdzeniu magicznym. Może istnieje jakaś analogia między strukturą klątwy a tobą.
– To bez sensu – odparł marudnie. Potarł czoło wolną ręką w geście zmęczenia. To był naprawdę długi dzień. – Nie posiadamy nawet tych badań. Nie mamy z czym porównywać wyników tej bezcelowej analizy.
– Wiem – wymruczał Snape. – To bezczynność. Nienawidzę jej.
Wtedy na ustach mężczyzny pojawił się ironiczny uśmieszek, tak dla niego typowy. Czasami Harry'emu zdawało się, że jest na stałe przyklejony do jego twarzy.
– Wiesz coś na temat planu Malfoya?
Usłyszał podirytowane westchnięcie.
– Do diaska, Potter. Czy chociaż przez chwilę nie potrafisz się zamknąć? – Nie, nie do końca – wycedził w końcu.
Zgrabnym ruchem nadgarstka przywołał niewielkie pudełko z przegródkami. Zebrał fiolki z krwią Harry'ego i zaczął je dokładnie układać, uprzednio stukając w każdą różdżką. Chłopak obserwował, jak na szkle pojawia się etykietka z jego imieniem i nazwiskiem. Rozpoznał elegancki charakter pisma Snape'a, którym tak często zdobił jego szkolne wypracowania kąśliwymi uwagami.
– Nie do końca? – powtórzył słowa Snape'a ze złośliwą satysfakcją. Wiedział, że mężczyzna nie uważa go za godnego kompana do prowadzenia towarzyskich pogawędek. Skoro jednak zamierzał z nim spędzić trochę czasu, mógł go chociaż trochę powkurzać; tak dla własnej przyjemności.
Prawie się uśmiechnął, kiedy zauważył jak Snape zaciska wąskie usta w próbie powstrzymania przeklnięcia go.
– Jakiegokolwiek pan Malfoy nie miałby planu, wierzę, że powiedzie mu się doskonale. W końcu nie jest jakimś Gryfonem, który działa bez uprzedniego przemyślenia całej sytuacji. Ufam, że w tej sprawie będzie polegał na swojej logice i sprycie, nie emocjach. – Ostatnie słowa skierował bezpośrednio w stronę Harry'ego. Chłopak zmarszczył brwi. Kiedy otwierał już usta w celu rzucenia jakiejś zgryźliwej riposty, zauważył jak Snape z dziwnym błyskiem w oku zbliża się w kierunku drzwi.
– To by było na tyle.
Po czym wyszedł, zostawiając zirytowanego Harry'ego z bolącą ręką. Jak do cholery szło te zaklęcie uzdrawiające?
Zezłościł się jeszcze bardziej.
Jeszcze trochę, a oszaleję.
Dni wlokły się za sobą w niewyobrażalnie powolnym tempie. Miał wrażenie, jakby minęło co najmniej kilka tygodni. Jego życie zostało sprowadzone do poziomu marnej egzystencji – spał, jadł, korzystał z toalety i bez celu włóczył się po domu. Pięknie, nie mogło być gorzej. Pomimo przerażającego aspektu całej sytuacji sprzed kilku dni, miał szczerą nadzieję, że cokolwiek ruszy do przodu. Jednak wydawało się, że po ostatniej interwencji Śmierciożercy postanowili nieco spuścić z tonu. Nawet czarodziejskie gazety i stacje radiowe nie nadawały żadnych nowych informacji o atakach. Wszystko zdawało się przymierać.
Jedynie Hermiona nie traciła zapału. Automatycznie wykonywała swoją robotę z wręcz niezdrową dokładnością i dbałością o szczegóły. Produkowała dalej swoje przenośne świstokliki. Któregoś dnia Harry próbował wejść do jej pokoju i chociaż z nią porozmawiać; powoli zaczynał wariować od tego wszechobecnego zastoju. Pierwsze, co zobaczył, to niewyobrażalne ilości przeróżnych błyskotek porozrzucanych po całym pomieszczeniu. Dał sobie spokój z rozmową, kiedy usłyszał jak jego przyjaciółka mruczy bardziej do siebie niż do niego – to takie zabawne, że kiedy padniemy poobwieszani jak cholerne choinki, oni nie będą mieli najmniejszego pojęcia dlaczego. Umieranie nie powinno być ładne.
Cóż. Chyba każdemu zaczynało odbijać.
Niemalże skakał z radości, kiedy dowiedział się o wyprawie Malfoya do domu rodzinnego w celu uzyskania badań Śmierciożerców. Nieznaczna część niego upominała go, że nie powinien być zadowolony z czegokolwiek, co robi Ślizgon, jednakże skrupulatnie uciszał ten głos. W końcu ile można siedzieć bezczynnie? Niechętnie musiał przyznać, że teraz wiele rzeczy zależało od Malfoya. Czasami zastanawiał się, ile czasu jeszcze będą nieporadnie krążyć za Śmierciożercami, zamiast zacząć działać. Wiedział również, że rozpoczynanie tej dyskusji na zebraniu nie ma najmniejszego sensu. Musiał się liczyć ze zdaniem innych, co przychodziło mu z wielkim trudem. W pojedynkę świata nie zbawi, o czym się już doskonale przekonał.
– Rozróby w więzieniu Newgate? Czy to nie wydaje się tobie dziwne? – Usłyszał za swoimi plecami zachrypnięty głos.
Odwrócił się i zobaczył Rona trzymającego Times.
– Mugolska gazeta? – spytał ze zdziwieniem w głosie. Jego przyjaciel spojrzał na okładkę i zmarszczył brwi.
– A ja zastanawiałem się, czy przypadkiem podczas druku czegoś nie nawalili. Obrazki się nie ruszają – odparł z rozbrajającą szczerością. Jeszcze raz powrócił do strony z artykułem – więc zgaduję, że to nie jest raczej nic ważnego. W sensie, dla nas. Kto to przyniósł? Hermiona?
– Co masz na myśli? Co nie jest dla nas ważne?
– Sam nie wiem… przeczytałem nagłówek i jakoś tak. Nie wiedzieć czemu zaniepokoiło mnie to. Szczególnie, że ten cały bunt przyczynił się do masowych ucieczek z więzienia. Ale to już chyba sprawa tamtejszych stróżów prawa – mruknął składając gazetę w rulon. Podniósł wzrok na Harry'ego i westchnął ciężko. – Zdycham z nudów.
Parsknął i pokręcił głową z lekkim niedowierzaniem. Tylko Ron potrafił wywołać na jego twarzy uśmiech swoim pogodnym usposobieniem.
– Nie wiedziałem, że to powiem, ale czekam z utęsknieniem na Malfoya – powiedział rudzielec wesoło, a jego oczy błysnęły. – Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi.
– Czy to prawda, że Ronald Weasley jest podejrzewany o morderstwo Nimfadory Tonks?
– Co…? Ty…
– Czy to prawda?
– Nie masz o niczym pojęcia.
– Jego sygnaturę magiczną, podobnie jak odciski palców można było znaleźć na miejscu zbrodni. Dotyczy to również narzędzia, którym Nimfadora została zamordowana. Była wysoko postawionym aurorem Ministerstwa.
– Jak i również działaczką Zakonu Feniksa.
– Co z związku z tym?
– Czy to przypadkiem nie Ministerstwo urządziło obławy na aktywistów? Chyba, że wolisz
przymrużyć na to oko?
– Obławy? O czym ty mówisz?
– Nie wiesz? Dziwne, wydawałaś się być naprawdę dobrze poinformowana. Wiedzieliśmy za dużo. Po prostu.
– Słucham?
Śmiech
– Niewygodnych ludzi eliminuje się. Albo unieszkodliwia.
– O czym wiedzieliście?
– Masz pojęcie, że jeżeli teraz zacznę o tym opowiadać, stworzy się niesamowity chaos? Już i tak wszystko wystarczająco jest poplątane.
– Jasne… przepraszam. Nie chciałam cię denerwować. Nie powinnam tego robić, to nie jest moje zadanie.
– Jakiekolwiek by ono nie było, musi być fascynujące. Użerać się ze świrem.
– Daruj sobie złośliwość, popierdoleńcu. Ej! Czy już mówiłam, że kiedy uśmiechasz się w ten sposób, przyprawiasz mnie o gęsią skórkę?
– Dola chorego psychicznie człowieka, zamkniętego w ciasnym pomieszczeniu z jakąś ciekawską laską. Ale wolę to niż te pieprzone spacerki, przysięgam. Właśnie jeden mnie ominął, za co jestem ci niezmiernie wdzięczny.
– Co w nich złego?
– Spróbuj podziwiać piękno natury z bandą wariatów. Najlepsze są wyjścia z facetem spod szóstki – przysięgam, gość ma wszystkie możliwe fobie! I uwierz mi, twoja wizualizacja w tym momencie nie równa się horrorowi dziejącemu się naprawdę.
– Więc chyba się tutaj nie nudzisz, co?
– Wręcz przeciwnie. Gdyby nie mój współlokator, pewnie dawno bym uschnął. Albo skończył na stryczku. Nie patrz na mnie jak na wariata, proszę.
– Nie patrzę! Harry, z takich rzeczy nie powinno się żartować. Lubisz go?
– Co? Andy'ego? Bardzo. Jesteśmy tu z tego samego powodu.
– Jakiego?
– Kod siedem. „Byłem normalny, ale życie jest sprzedajną kurwą i zrobiło ze mnie wariata, na którego się nawet nie poczuwam". Lubię jego określenia, zawsze adekwatne do sytuacji.
– Każdy przypadek ma swoje oznaczenia?
– Oczywiście. Przykładowo, paranoicy są czwórką. Niedoszli samobójcy – trzynastką, co jest trochę śmieszne. W końcu mieli pecha, nie udało im się zabić i trafili do miejsca gorszego niż piekło. Naprawdę trzeba mieć niefart.
– No już nie przesadzaj. Miejsca gorszego niż piekło? Ten szpital ma naprawdę dobre rekomendacje.
– Słyszałaś kiedyś o mugolskich obozach koncentracyjnych? Tych z drugiej wojny światowej?
– Oczywiście, ale co to ma do rzeczy, nie rozu—
– Agresorzy prowadzili propagandę mająca na celu przyciągnięcia… przynęty. Można powiedzieć, że reklamowali swoje „ośrodki" jako pożyteczne miejsce spędzenia swojego czasu podczas wojny – coś na rodzaj schronienia. W zamian za ciężką pracę. Mówili nawet o możliwości posiadania dni wolnych, regularnych posiłkach i przepustkach. Problem polegał na tym, że nikt stamtąd nie wracał.
– Jaka jest analogia? Bo naprawdę, Harry, wydaje mi się ogromna przesadą porównywanie dobrego ośrodka do tych…
Śmiech
– Nie łapiesz, Deirdre? Stąd też nikt nie wrócił. No, może jedyny plus to taki, że nie przerabiają nas na mydło.
Suchy trzask aportacji rozbrzmiał w leśnej głuszy. Malfoy zachwiał się i skrzywił. Poczuł dokuczliwe ukłucie bólu w gojącej się nodze. Usłyszał, jak poszycie pod jego nogami szeleści odgłosem zeschniętych liści i łamanych gałęzi. Była pochmurna i zimna noc, z nieba zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. Z roztargnieniem zauważył, że nie ma pojęcia, jaki jest miesiąc ani tym bardziej dzień. Październik? Czy jest już wystarczająco zimno, by stwierdzić, że to listopad? Wszystko zdawało się tak idealnie zlewać w jeden ciąg – dni były wielkim pasmem wydarzeń, miejsc, ludzi, zapachów i dziwnych, oziębłych barw.
Otrząsnął się z ze swoich myśli, które przyprawiały go o nieprzyjemne uczucie wyobcowania. Nawet pogoda zdawała się spiskować przeciwko niemu, ponieważ zaczęły zalewać go związane z nią dziwne wspomnienia, których wolał nie wyciągać na wierzch. Z ukrytej magicznie kieszeni wyciągnął eliksir przeciwbólowy roboty Severusa, odkorkował i wychylił do samego dna. Może nie była to ambrozja, ale poczuł cudowne otępienie w kończynach, które rekompensowało całkowicie paskudny smak płynu. Chciał, by było już po wszystkim.
Z bijącym mocno sercem ruszył przed siebie, rozgarniając nagie gałęzie i stąpając po kruchym podłożu. Starał się wyłączyć całkowicie, zdusić swój strach, który już sięgał po niego swoimi lodowatymi mackami. Za każdym razem, kiedy tylko musiał się tam zbliżyć, odczuwał ten sam rodzaj przerażenia. W takich momentach nie pragnął niczego innego, jak tylko mieć możliwość całkowicie wytępić swoje zmysły. Nie widzieć, nie słyszeć. Nie czuć.
Przełknął ciężko, kiedy znalazł się tuż przy bramie prowadzącej do dworu. Podszedł na pozór zdecydowanym krokiem, dotknął skostniałą ręką metalowych prętów i zamknął oczy.
– Wpuść mnie. To ja – wyszeptał.
Brama głośno zaskrzypiała, burząc idealną nocną ciszę. Spojrzał w górę na majaczące w ciemnościach wieże swojego domu. Widział w oknach zapalone światła. Lodowaty wiatr owionął mu zmęczoną twarz, wsypując uporczywy piasek pod powieki. Ruszył żwirowaną ścieżką, raz po raz powtarzając sobie punkty swojego planu i ewentualne możliwości, gdyby coś poszło nie tak. Za każdym razem miał wrażenie, jakby coś mu umykało, ale nie potrafił dokładnie tego określić. Im intensywniej o tym myślał, tym trudniej było mu to załapać.
Wchodził do domu swego ojca z myślą, że więcej prawdopodobnie już tam nie wróci – przynajmniej nie z dobrymi dla innych intencjami. Tyle razy przekraczał te progi, miał tak wiele związanych z tym miejscem wspomnień, których próbował się za wszelką cenę wyprzeć. Dopuszczał się zdrady na rodzinie. Już wcześniej zdawał sobie z tego sprawę, ale dopiero teraz wydawało to się takie realne.
Nagły ruch na końcu ciemnego korytarza sprawił, że całe jego ciało napięło się jak struna. Ręka automatycznie powędrowała do obszernego rękawa szaty; chwycił różdżkę i wstrzymał oddech. Ciemny, duży kształt pojawił się w zasięgu jego wzroku – dopatrzył się w nim potężnej sylwetki Dołohowa. Skrzywił się na samo wspomnienie o Bułgarze i wręcz z przyjemnością skierował na niego różdżkę. Upewnił się, że jest poza zasięgiem jego wzroku i wyszeptał:
– Confundus.
Mężczyzna zachwiał się nieznacznie, po czym podniósł swoją rękę i z zakłopotaniem przesunął po swoich krótkich, szczecinowatych włosach. Rozejrzał się dookoła i zawrócił, patrząc w podłogę jakby się nad czymś głęboko zastanawiał. Malfoy wiedział, że Imperius w tej sytuacji byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem, ale również bardziej niebezpiecznym – łatwiej było wykryć jego skutki, co mogło wzbudzić podejrzenia. To mu na razie musi wystarczyć. Jego niepokój rósł z każdym przebytym korytarzem i kondygnacją schodów – było za spokojnie. Poza Dołohowem nie napotkał żadnych przeszkód w postaci innych Śmierciożerców czy nawet służby, co wydawało mu się nadzwyczaj podejrzane. Kiedy w końcu dotarł do właściwych drzwi, wziął głęboki oddech, oparł się o nie czołem i przyłożył do chłodnego drewna dłonie.
Otwórz się. Otwórz. Nie miał najmniejszego pojęcia, czy dom posłucha go w tym przypadku. Był bardzo ostrożny – nie chciał pozostawiać po sobie żadnych śladów magicznych, które każdy wykwalifikowany czarodziej mógł z łatwością dostrzec. Po dłuższej chwili, kiedy nic się nie stało, zrezygnowany odsunął się i w akcie desperacji pociągnął za klamkę. Zamknięte. Czego on się spodziewał? Westchnął i wyciągnął różdżkę.
Zanim wypowiedział zaklęcie, nagłe kliknięcie zamka w tej wszechogarniającej ciszy sprawiło, że niemal podskoczył. Drzwi otworzyły się na oścież, ukazując mu słabo oświetlony pokój, przypominający wyglądem gabinet. To tutaj były przechowywane wszystkie badania – z dala od więźniów, którzy mieścili się w podziemiach Malfoy Manor. Bezszelestnie podszedł do ogromnego biurka i zaczął kolejno przetrząsać szuflady. Wyciągnął i przeglądał na podłodze żółte aktówki. Nic.
Kiedy sięgał po następną, poczuł, że jedna z szuflad jest płytsza niż powinna być. Zaniepokojony przesunął po niej ręką, zapukał delikatnie w drewno i uśmiechnął się, kiedy usłyszał głuchy pogłos. Podwójne dno? Ojcze, to takie mugolskie. Cóż, najprostsze sposoby zawsze okazywały się najlepsze. Podważył delikatnie paznokciami cienką warstwę i sięgnął drugą ręką w głąb. Wyciągnął nieco pogniecioną aktówkę. Wiedział, że to ta. Zaczął naprędce kartkować. Przed oczami przelatywały mu numery, odręcznie i na szybko robione ilustracje, wykresy, duże ilości tekstu w kolumnach pisane różnymi charakterami pisma... i nagle coś go tknęło. Uczucie, którego nie potrafił zdefiniować. Zmarszczył brwi i ścisnął mocniej dokumenty. Jakiś strzęp czyjejś obecności wkradł się do jego umysłu. Czując się niewiarygodnie głupio, wyszeptał w nicość.
– Pokaż mi.
Jego zmysły zostały wręcz zaatakowane obrazami i zapachami. Krótkie, szybkie sceny przelatywały przez jego umysł w tak szaleńczym tempie, że ledwo potrafił je w jakikolwiek sposób uporządkować. Krzywo pomalowane białe ściany, pomarszczone ręce ściskające aktówkę tak mocno, jak jego własne w tej chwili, męski, ochrypły głos wypowiadający zaklęcie. Poczuł delikatną woń stęchlizny, zaraz potem świeżo wypastowanej podłogi, usłyszał ciche odgłosy bosych stóp na jasnych, kamiennych płytach...
Otrząsnął się nagle. Rozejrzał się dookoła w szoku. Nikogo w zasięgu wzroku. Jego oddech był płytki, szybki; na plecach czuł skraplający się zimny pot.
Co... Co to było?
– Ktoś mnie uprzedził.
Harry, podobnie jak Snape, poderwał głowę z zaskoczenia. Z szokiem spojrzał na siedzącego przy kuchennym stole Malfoya, który w rękach ściskał szklankę z jakimś przezroczystym płynem.
– Co masz na myśli? – spytał, przyglądając się podejrzliwie Ślizgonowi.
Malfoy z zamyśleniem zapatrzył się w zawartość szklanki, którą leniwie przelewał z jednego do drugiego brzegu.
– To, Potter, że prawdopodobnie nie byłem jedynym geniuszem postanawiającym wykraść super-tajne dokumenty z rezydencji mojego ojca. Ktoś mnie uprzedził. Której części nie rozumiesz?
– Malfoy... – zaczął ostrzegawczo.
– Dobra – machnął ręką. – Wyczułem czyjąś obecność. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie miałem. To było dziwne.
Snape sprawiał wrażenie zamyślonego. Zacisnął usta i zmarszczył brwi, w głębokim zastanowieniu patrząc na swoje złączone dłonie.
– Pamięć ciała – odezwał się niespodziewanie głębokim głosem. Zerknął na idealną kopię dokumentów leżącą spokojnie na obdrapanym stole. Nikt do tej pory nie odważył się ich otworzyć. Sama świadomość tego, co mogły w sobie zawierać mroziła im wszystkim krew w żyłach. – Magia pozostawia po sobie ślady. Ale jak?
Draco opróżnił szybko szklankę i momentalnie skrzywił się. Odłożył ją z cichym stuknięciem na blacie.
– Dom mi powiedział.
– Jeszcze raz, bo nie dosłyszałem... – zaczął ironicznie Harry. – Dom ci powiedział?
Malfoy spojrzał na niego i oparł się nonszalancko o oparcie krzesła, które zaskrzypiało w proteście.
– Potter, ty pieprzony ignorancie. Nie masz najmniejszego pojęcia o magii.
– Jeżeli coś insy–
– Spokój – przerwał Snape. – Niech mnie pan teraz uważnie posłucha, ponieważ nie zamierzam powtarzać tego po raz drugi – zwrócił się do Harry'ego ze złośliwym błyskiem w oku. Chłopakowi pod wpływem tego nieprzyjemnego spojrzenia przeszedł dreszcz po plecach. – Ród pana Malfoya należy do jednych z najstarszych w Anglii. Podobnie jak rezydencja, w której mieszkają. Jest powiązana z nimi magią, ciałem i krwią. Nie bez powodu mogiły członków rodzin znajdują się na jej terenie. Jest to naprawdę stara magia. Czarodzieje przywiązywali się do swoich domów, które dawały im ochronę. Ostrzegały przed nadchodzącym niebezpieczeństwem, spełniały najważniejsze potrzeby. Oczywiście za odpowiednią zapłatą.
– Zapłatą? – powtórzył wyraźnie zaciekawiony. Tyle lat egzystował w czarodziejskim świecie, a mimo to nigdy nie słyszał nigdy czegoś podobnego. Uświadomienie sobie tego nie należało do najprzyjemniejszych odczuć.
– Karmiły się magią swoich mieszkańców. Również krwią, ale to już w wyszczególnionych przypadkach. Nie ma nic za darmo – odpowiedział, w zastanowieniu mrużąc oczy. – Uiściłeś zapłatę? – zwrócił się do Malfoya i niemal wywrócił oczami, gdy zauważył, że ten po raz kolejny nalewa alkoholu do swojej szklanki.
– Nie. Nie zażądał żadnej. Poza tym, jeszcze jedna rzecz wydała mi się dziwna – odrzekł, w skupieniu oceniając stan zapełnienia naczynia. Po chwili zastanowienia dolał jeszcze kilka kropel pod czujnym okiem Snape'a – nie napotkałem żadnych większych trudności, poza tym idiotą Dołohowem. Jakby dom pragnął mi pomóc.
– Chwila... – zaczął Harry po krótkim zastanowieniu. – To znaczy, że to samo mogę robić z Grimmauld Place? Prosić o przysługę?
– Nie. Nie jesteś powiązany z rodziną Blacków w wymagany sposób – odparł Snape, przyglądając mu się z uwagą. O co chodziło temu dzieciakowi?
– Ale ten dom został mi przepisany w spadku – wyjaśnił, jakby to było coś oczywistego. – To nie działa w ten sposób? – Dodał z nutką żalu w głosie.
– Krew i ciało, Potter – powiedział Malfoy; na jego ustach widniał dziwny, lubieżny uśmiech. – Krew. Ciało. Łapiesz?
Nagle Snape zerwał się ze swojego krzesła. Po krótkiej chwili niezdecydowania sięgnął ręką po dokumenty leżące między nim a młodym Ślizgonem. Przesunął długimi palcami po żółtej okładce, głęboko się nad czymś zastanawiając. Harry poczuł, jak jego żołądek zawiązuje się w supeł na ten widok i za nic nie potrafił oderwać wzroku.
– Zajmę się tymi badaniami. W tym czasie postarajcie się nie pozabijać na wzajem – powiedział, wykrzywiając usta. – A co do pana, panie Malfoy – zwrócił się do chłopaka z przekąsem – proszę mnie pozytywnie zaskoczyć i nie nawalić się tym razem.
Malfoy zasalutował za wychodzącym Severusem, a po chwili wylał zawartość szklanki wprost do swoich ust.
– Jak to inni mieli w zwyczaju mawiać – jak zwykle najciemniej jest pod latarnią.
– Hm?
– Z dostarczonych nam badań można było wywnioskować, że Śmierciożercy długo nie mogli wpaść na to, dlaczego Avada Kedavra jest tak skuteczna w swoim morderczym aspekcie. Dopóki nie wpadli na genialny pomysł.
– Mówisz o wiwisekcjach?
– Oczywiście. To było chore. Wyobrażasz sobie, że obserwowali tych biednych ludzi jak robaki pod lupą i rzucali na nich klątwy, by móc stwierdzić w jaki sposób oddziałują na ich organizmy?
– Merlinie...
– Wtedy zauważyli, że jest neurotoksyczna. Wypisali kilka substancji, czynników, które sprawiały że neurony w ludzkim ciele obumierały. Jedno szczególnie rzuciło nam się w oczy. I w końcu mogłem wkroczyć do akcji.
– Musiałeś być niewiarygodnie szczęśliwy. No, już. Przepraszam, nie chciałam być złośliwa. Tak więc?
– Polegaliśmy na przeczuciu. Później się okazało, że całkiem słusznie postąpiliśmy, chociaż nie obyło się bez zgrzytów... Wspominałem, że lubię ten twój uśmieszek?
– Potter, do diabła, jesteś wężousty! – warknął Snape, przebierając nogami przez gęstą roślinność. – Czy naprawdę tak trudno przywołać jednego węża? Nawet to wykracza poza twoje marne możliwości?
Harry wywrócił oczami. Jego pokłady cierpliwości, które nie były jakoś szczególnie obfite, zaczęły gwałtownie maleć w ciągu ostatniej godziny.
– Słuchaj, ja też nie jestem szczęśliwy, że zostałem zesłany do jakiejś cholernej puszczy akurat z tobą – zignorował mordercze spojrzenie mężczyzny. Po chwili westchnął. – Poza tym, to nie działa w ten sposób.
– To z łaski swojej spraw, żeby działało – burknął spod kurtyny czarnych włosów. Cholera, na dodatek jeszcze wdepnął w coś podejrzanego. Poziom jego irytacji - o ile to możliwe - wzrósł jeszcze bardziej. – Nie mam zamiaru spędzić tutaj całego dnia, mam ciekawsze rzeczy do roboty niż użeranie się z bachorem.
Harry czuł, że jeszcze chwila, a straci nad sobą panowanie. Zamiast tego zacisnął zęby i poprawił torbę na swoim ramieniu. Trochę zbyt gwałtownie, ponieważ dobiegł z niej dźwięk obijanych o siebie szklanych fiolek. Snape po raz kolejny na niego warknął. No świetnie. Jeszcze musi robić za tragarza. Jednak wolał nie marudzić, drażnienie Snape'a w takim nastroju nie było najlepszym pomysłem – ten mógł mu coś zrobić w afekcie. Tak więc ruszył za nim bez słowa, rozgarniając gałęzie. Usłyszał w okolicach swojego ucha irytujące bzyczenie. Machnął ręką, nieopatrznie uderzając się lekko po twarzy. Jak on nienawidził tych cholernych komarów! Na dodatek Snape odwrócił się w jego kierunku, wiedziony dźwiękiem uderzenia i przekleństwami dochodzącymi z ust Harry'ego. Chłopak zwalczył w sobie przeogromną ochotę przyłożenia mężczyźnie w nos za ten wyraz twarzy, który dobitnie sugerował mu, że jest idiotą.
– Nie możemy użyć zwykłego Accio? Dobra, wiem, wiem – wymamrotał, widząc powątpiewający wyraz twarzy Snape'a. – Lepiej nie drażnić węża – przedrzeźnił jego wcześniejsze słowa. Uśmiechnął się pod nosem, kiedy doszła do niego dwuznaczność tych słów.
Mógł pokusić się o stwierdzenie, że ta cała podróż w pewnych aspektach była całkiem zabawna. Widok byłego Ślizgona w tak abstrakcyjnym dla niego otoczeniu (puszcza w Południowej Ameryce, na boga! W tych szatach!) wprawiał go w niezwykle dobry nastrój. Jego wybujała wyobraźnia dawała się we znaki i ledwie powstrzymał śmiech.
– Co jest takie zabawne, Potter?
– Co? A, nic takiego – odrzekł wymijająco, próbując nie roześmiać się histerycznie. Przed oczami tańczył mu obraz Snape'a w hawajskiej koszuli i sandałach z białymi skarpetkami podciągniętymi pod kolana. Jak mugolski turysta. Powinien się leczyć, stanowczo.
Kompletnie stracił rachubę czasu. Czuł spływający pot z czoła, pleców, ramion, nóg. Wręcz topił się. Zaczęło mu nawet brakować pochmurnego i deszczowego klimatu Anglii. Kiedy był zajęty odganianiem rozhisteryzowanych i żądnych krwi komarów, Snape nagle kucnął. Harry ledwo wyhamował, prawie wpadając na niego.
– Jesteśmy blisko legowiska – oznajmił rzeczowym tonem, przesuwając delikatnie ręką po dziwnie uformowanym podłożu. Niedaleko leżały jeszcze świeże szczątki zwierzęcia, zapewne jakiegoś większego gryzonia. Harry skrzywił się z niesmakiem.
– No, to świetnie – odrzekł marudnie. – Teraz tylko pozostaje znalezienie gada, co robimy od przeszło paru godzin, a następnie ładnie poprosić o... Jasny gwint! – wrzasnął, gwałtownie się odwracając. Wpadł na Snape'a, którego oczy rozszerzyły się w szoku i niewiele myśląc złapał go za przedramię odziane w czarną szatę. Ostatnie, co zobaczył, to rząd ostrych jak brzytwa zębów, zanim gwałtownie zerwał srebrny łańcuszek z szyi.
– Pieprzone krokodyle! – wymamrotał, macając pod sobą podłoże. Był lekko nieprzytomny; podróżowanie na tak ogromną odległość świstoklikiem zawsze robiło mu papkę z mózgu. Na dodatek kręciło mu się w głowie i czuł mdłości.
– Potter – usłyszał cichy, pełen tłumionej wściekłości głos.
Otworzył oczy. Wtedy zorientował się, że wcale nie dociskał twarzy do starego, wytartego dywanu znajdującego się na korytarzu Grimmauld Place 12. Nawet nie pachniał tak jak powinien. Zamiast zapachu stęchlizny i kurzu do jego nosa wdarła się woń ziół pomieszana z inną, znacznie przyjemniejszą i za nic nie potrafił jej zidentyfikować. Po chwili poczuł jak silne dłonie chwytają jego ramiona i odpychają od ciemnego i miękkiego kształtu, na którym leżał. Ten nagły ruch sprawił, że jego żołądek wykonał salto. Docisnął dłoń do ust i wymamrotał niewyraźnie:
– Zaraz rzygnę.
– I wzajemnie – Snape łypnął na niego spode łba. Chyba jeszcze nigdy nie widział go tak wściekłego. Jak gdyby nigdy nic, mężczyzna wstał i gwałtownie otrzepał swoje szaty. Harry, teraz leżący u stóp Snape'a, przewrócił się na plecy. Dziwne było oglądać go z tej perspektywy, tak górującego nad nim. Wydawał się ogromny i bardzo groźny, jednak ten widok wywołał skutek odwrotny do zamierzonego.
– Widzę, że humor panu dopisuje, panie Potter?
– Żebyś widział swoją minę! – Złapał się za pobolewający od śmiechu brzuch, a Snape najeżył się jeszcze bardziej. Stłumił w sobie chęć kopnięcia leżącego dzieciaka.
– Krokodyle, Potter? To spowodowało atak paniki u naszego bohatera czarodziejskiego świata?
– Hej, to nie ja pomyliłem legowiska węża z jakimś innym, należącym do przerośniętej jaszczurki! – Uniósł dłonie w parodii obrony. Dalej nie potrafił opanować histerycznego śmiechu, co wybitnie irytowało Snape'a; zacisnął usta i zmrużył oczy.
– Nie pomyliłem – powiedział zimnym głosem. – Wyskoczył znikąd.
– To tym bardziej nie powinieneś mieć mi za złe – odparł Harry już spokojniej. Wziął głęboki oddech. Od tego nagłego ataku wesołości rozbolały go policzki. Zaczął niezgrabnie gramolić się z podłogi. To był błąd, ponieważ znowu poczuł, jak cofa mu się dzisiejsze śniadanie i zachwiał się. Przez krótki moment wydawało mu się, że mężczyzna zrobił ruch, jakby chciał podać mu dłoń. Zamrugał ze zdziwienia, ale Snape stał już niewzruszony niczym posąg na swoim miejscu. Pięknie, na dodatek ma omamy. – Wręcz powinieneś mi dziękować. Widziałeś jego zęby?
Snape nie odpowiedział na to pytanie, ani tym bardziej nie podziękował; zamiast tego posłał mu niezbyt przyjemne spojrzenie. Harry nawet się zbytnio nie przejął – pomimo absurdalności całej sytuacji było... inaczej. Lepiej. Już prawie zapomniał, jak to jest.
– Żadnych postępów. Ale czego mogłem się spodziewać? – wycedził Snape. Widać tylko jemu nie było do śmiechu, czego chłopak kompletnie nie rozumiał. Czy ten gość ciągle musiał chodzić taki spięty?
– Ej, spokojnie, coś wymyślimy – powiedział Harry. Czuł się niewiarygodnie głupio; dalej nie potrafił zetrzeć szerokiego uśmiechu z twarzy. Nawet Snape dziwnie się mu przyglądał.
Pewnie podejrzewał, że przy lądowaniu mocno uderzył się w głowę. I zapewne tak było.
– Jakbyś nie zauważył, mamy dość ograniczony czas. Liczy się każda godzina – cholera, naprawdę był zły – a teraz byliśmy tak blisko...
– Luz, najwyżej okradniemy zoo. Chyba nie zauważą, że brakuje im jednego węża, prawda? – zażartował, choć trochę próbując rozładować atmosferę między nimi. – O... o ile tam będzie? – dokończył już ciszej i jakby mniej pewnie.
Snape spojrzał na niego jak na wariata.
– Nie... nie zrobiliście tego!
– Mówisz o wycieczce do mugolskiego zoo? Czemu nie? Jedno z najbardziej dziwacznych przeżyć mojego życia. Merlinie, żebyś widziała swoją minę!
– Nie, nie wierzę... Ale z drugiej strony to genialny pomysł! Czemu wcześniej na to nie wpadliście?
– Severus nie wiedział co to jest zoo. A ja nie wziąłem tego pod uwagę – dla mnie to było coś normalnego, ale przecież on był czarodziejem i nigdy o czymś takim nie słyszał. No i byłem przekonany, sam nie wiem czemu... że mnie nie posłucha, albo wyśmieje.
– Aż tak brałeś pod uwagę jego zdanie?
– Tylko jego. Sam do końca tego nie rozumiem. Zdanie przyjaciół mogłem rozważać, mieć gdzieś... ale tutaj było inaczej. Po pewnym czasie zauważyłem, że zacząłem zmieniać do niego swój stosunek już wcześniej, w szkole.
– Ale dlaczego? Mówiłeś, że go nie znosiłeś.
– Widzisz, Deirdre... wydawał się być jedyną realną osobą w tym wszystkim. Tak, wiem, dziwnie to brzmi. Pozwól mi wytłumaczyć. Severus był prawdziwy w tym, co robił. Nie znosił mnie – pokazywał mi to, nie silił się na uprzejmość ze względu na to, że jestem Wybrańcem. Nie miał w sobie tej obrzydliwej maniery, co większość czarodziejów. Chyba on jedyny widział, kim jestem naprawdę – dzieciakiem, który wdepnął w wielkie gówno. A nie jakimś bóstwem, wybawicielem, osobą wszechwiedzącą... dla innych moja blizna była jakimś wyznacznikiem. On jedyny nie patrzył na mnie przez jej pryzmat. To paradoks – osoba, która szczerze cię nie znosi, jako jedyna traktuje cię jak człowieka. Niezły rozrzut, co?
– Przez to zacząłeś go lubić?
– No gdzie. Dalej był draniem. Ale jedno muszę przyznać – zacząłem go szanować.
– Strasznie to pokręcone, wiesz, Harry?
– Ludzie to kochają.
– Tak, bardzo zabawne. Złośliwiec. Ale wróćmy do waszej... wyprawy. Jedno szczególnie mnie interesuje – skoro nie wiedział, co to jest zoo, jak przystał na twoją propozycję?
– To jest dziwne. Ponieważ ja tylko zażartowałem, prawda? On mimo wszystko to podchwycił i spytał, co to takiego jest zoo i dlaczego niby mają tam być węże. No to powiedziałem. Myślałem, że mnie udusi gołymi rękoma. Całe szczęście potrafię szybko biegać.
– Ale dlaczego?
– No, słuchaj – mieliśmy sporo pieprzenia się z wyprawą do Ameryki Południowej, tymczasem okazuje się, że rozwiązanie problemu jest tuż pod naszym nosem. Na dodatek te krokodyle-mutanty. Wiedziałaś, że magiczna odmiana jest większa i bardzo jadowita? Nie byłabyś wściekła?
Od momentu opuszczenia Grimmauld Place Snape nie odezwał się ani razu. A Harry z minuty na minutę coraz bardziej się denerwował. Ile jeszcze zamierza udawać obrażonego? Dobra, jego błąd, że nie powiedział od razu o tym cholernym zoo, ale do ciężkiej anielki – kompletnie o tym zapomniał! Że coś takiego w ogóle istnieje! Poza tym, skąd miał wiedzieć, że jego pomysł zostanie zaakceptowany? A jeżeli wcale nie było tam Tajpana*, to co wtedy?
Syknął i roztarł sobie bolące miejsce na dole pleców. Co jak co, ale Snape nawet w czasie ataku dzikiej furii potrafił bezbłędnie rzucać zaklęcia żądlące.
Walcząc z uporczywym wrażeniem deja-vu wgapił się w punkt między łopatkami mężczyzny. Mugolskie miasta rozpoczynały drugie życie, nocne życie, którego Harry nigdy wcześniej nie doświadczył. Kluby nęciły swoimi kolorowymi neonami, bary szybkiej obsługi zapachami; wszędzie widział grupki młodych ludzi w najróżniejszych, wielokolorowych strojach. Poprzysiągł sobie, że jak tylko ta cała wojna się skończy, od razu obejrzy wszystkie interesujące go miejsca. Doświadczy wszystkiego, co mu nieznane. Na pewno.
Czasami zazdrościł bezproblemowego życia niektórym ludziom. Mugole nie mieli najmniejszego pojęcia o Voldemorcie, Śmierciożercach i ich chorych badaniach; nie wiedzieli, że również na nich czai się wielkie niebezpieczeństwo.
Byli tacy ślepi. Tak cudownie nieświadomi.
Kiedy tylko znaleźli się w środku, Harry nie marzył o niczym innym, jak tylko o swoim zagraconym łóżku umieszczonym w klaustrofobicznej i ciemnej klitce. To był kolejny naprawdę długi dzień, a gwałtowna zmiana klimatów (jak i sama podróż) odbiła się na jego zdrowiu – głowa pękała mu na wszystkie możliwe sposoby. Wręcz powłóczył nogami, próbując nadążyć za energicznym krokiem Snape'a. Był tak zmęczony, że prawie potknął się o leżącego i ogłuszonego ochroniarza. Cóż. Ślizgon naprawdę był zły, skoro tak potraktował biednego mężczyznę. Mógł być delikatniejszy, prawda?
– Snape?
Cisza.
– Snape.
– Profesor Snape.
– Nie jesteś moim profesorem. Skończyłem szkołę – odburknął Harry.
Nie odpowiedział.
– Nudzi mi się. Powiedz coś.
Mężczyzna posłał mu mordercze spojrzenie.
– Zamknij się. Nie jestem twoją rozrywką.
Harry uśmiechnął się pod nosem, przyspieszył kroku i szedł z nim teraz ramię w ramię.
– Ale zawsze możemy porozmawiać. Pracujemy razem, prawda? To trochę dziwne, że siedzimy nad jednym projektem i prawie w ogóle nie odzywamy się do siebie.
Snape wyglądał, jakby ktoś podsunął pod jego nos coś wyjątkowo obrzydliwego.
– Wybacz, Potter, ale mimo sprzyjających okoliczności nie podejmę wyzwania polegającego na próbie odbycia rozmowy z twoją osobą.
– Ale już to zrobiłeś – zaryzykował Harry. Poczuł maleńkie ukłucie satysfakcji, kiedy mężczyzna zacisnął ze złości wargi. Po chwili dodał: – Wiem, że nie uważasz mnie za dobrego kompana do rozmowy, ale–
– Potter… – zaczął ostrzegawczo.
– To cisza. Nienawidzę jej – wtrącił na granicy szeptu. Starał się nie brzmieć przepraszająco, co niezbyt mu wyszło. Snape odwrócił od niego wzrok i spojrzał przed siebie. Nic nie powiedział. Harry poczuł się dziwnie nieswojo, nie słysząc szyderczej odpowiedzi po ponownym wyznaniu jednego z jego największych lęków. Sam do końca nie wiedział, czemu mu to wszystko mówił. Nie oczekiwał zrozumienia od tego człowieka, prawda? Przez to długie zamknięcie w domu kompletnie oszalał, zdecydowanie.
Obserwował w milczeniu, jak mężczyzna sunie oświeconym końcem różdżki po tabliczkach umieszczonych pod wielkimi terrariami. Chłopak do tej pory nie miał najmniejszego pojęcia, jak zamierzają przekonać najbardziej jadowitego węża na świecie, by dał im trochę swojej trucizny. Zadanie wydawało mu się nie tyle co nierealne, co po prostu śmieszne.
– Kiedy miałem jedenaście lat, udało mi się wepchnąć mojego kuzyna do terrarium ogromnego pytona.
Sam siebie próbował przekonać, że pod zimnym spojrzeniem Snape'a mógł dostrzec na jego twarzy cień złośliwego uśmiechu.
*Tajpany to najbardziej jadowite węże znane ludziom - ich jad działa silnie neurotoksycznie. Co prawda nie występują w Ameryce Południowej, ale dowiedziałam się o tym już po fakcie ;)
