Beta: Sandwich, dziękuję :*
— Uspokój się — rozbrzmiał cichy głos w ciemnym korytarzu.
Sucho, karcąco, z powątpiewaniem, chrapliwie, nagle…
Harry wziął kilka głębokich haustów powietrza — jego płuca były tak bardzo zmęczone i obciążone tym wszystkim. Zablokowane. Próbował sobie wyobrazić, jak przekłuwa wielką igłą każde z osobna, doznając ulgi i uwalniając je od gęstej mazi, która się w nich nagromadziła…
— To nie takie proste — wymamrotał żałośnie, zsuwając się po ścianie. Czuł wyżłobienia boazerii wbijające mu się w plecy. Wplótł drżące palce we włosy, wilgotne już od potu.
Nie pomagało, nie doznawał ukojenia, nie chciało przejść…
— Oddychaj.
— Oddycham, do cholery! — warknął w stronę ciemnej sylwetki. Histeryczne nuty wkradły się do jego głosu, czego tak bardzo nie chciał.
Po co tu przyszedł? Niech sobie pójdzie, błagam, niech mnie zostawi w spokoju, niech bierze przykład z innych i udaje, że nie widzi… Odwróć się i nie wracaj, nie mów do mnie…
— Spokojnie.
— Nie mów mi, co mam robić! — Zacisnął boleśnie dłonie na włosach. — Czemu? Czemu mi to wszystko mówisz? — Zwrócił się do Snape'a. Głos zdawał się odmawiać posłuszeństwa, za co miał ochotę wymierzyć sobie policzek.
— Jako trzęsąca się kupa gówna na niewiele się przydasz.
Harry usłyszał ciche, stłumione przez dywan kroki. Podniósł głowę.
— Ale jak…
— Tupiesz jak słoń — przerwał mu Snape. — Wiesz, ile hałasu robisz?
— Nie zwracałem na to szczególnej uwagi — burknął Gryfon, czując wstyd. — Jeszcze nigdy cię tu nie widziałem. Po co przylazłeś?
— Nie tym tonem, Potter — powiedział mężczyzna, stając w snopie światła dobiegającego z małego okna na końcu korytarza. Pomimo tych słów jego głos nie brzmiał surowo. — Chciałbym, żebyś coś zobaczył.
Harry westchnął, zdjął okulary i przetarł zmęczone oczy.
— Coś? To znaczy?
— Rozpracowałem strukturę. I mam pewien pomysł — odrzekł spokojnie, jak do dziecka.
Harry nawet nie miał siły czuć urazy. Podniósł głowę i zobaczywszy dużą plamę górującej nad nim ciemnej sylwetki, poczuł się dziwnie mały i bezbronny. Zdusił w sobie irracjonalną chęć objęcia kolan ramionami.
— Coś szybko ci poszło. — Wiedział, że znowu mówi bez sensu. Oczywiście, że nie musiał nad tym długo siedzieć, miał przecież gotowce w postaci badań śmierciożerców.
— Potter…
— Dobra, chwila. Poczekaj — przerwał mu szybko Harry i z małym stęknięciem wygramolił spod ściany. Przetarł okulary brzegiem o wiele za dużej na niego bluzy i ponownie założył je na nos. Czuł, jak ciepło rozprzestrzenia się w jego skostniałych kończynach. Eliksir zaczynał działać. I jakikolwiek Bóg mu świadkiem, że jeszcze nigdy nie doznał takiej ulgi jak właśnie teraz.
Niezdarnie minął Snape'a, przypadkiem ocierając się o niego ramieniem. Mężczyzna skrzywił się i natychmiast potarł miejsce, gdzie Potter śmiał go dotknąć.
Pchnął drzwi od swojego pokoju, czując na sobie baczny wzrok profesora. Jego palce nie chciały współpracować przy rozpinaniu suwaka kieszeni kurtki, a ciepło rozlało się po jego piersi, następnie szyi i twarzy. Nie wiedział, czy ma to przypisać działaniu eliksiru czy raczej dziwnemu uczuciu, które towarzyszyło mu zawsze, kiedy znajdował się pod bystrym spojrzeniem Mistrza Eliksirów. Wymacał prostokątny kształt pudełka i naprędce schował do tylnej kieszeni luźnych i znoszonych spodni.
— Skąd masz te mugolskie świństwo?
— Pamiętasz, jak w przypływie wściekłości ogłuszyłeś dozorcę? — Harry odwrócił się do niego z małym uśmiechem błąkającym się na ustach. Brwi Snape'a wystrzeliły w górę.
— Chcesz mi powiedzieć, że okradłeś…
— To nie była kradzież — obruszył się. — Właściwie to wyświadczyłem mu przysługę. I tak nie powinien palić. Widziałeś jaki jest wielki? Przy jego wadze grozi to ryzykiem zawału. — Spuścił głowę zmieszany i jednocześnie zły. Nie miał żadnego obowiązku tłumaczyć się ze swoich postępowań. Nie przed nim. Przeczesał dłonią przydługie i splątane włosy.
— To nie oznacza, że i ty masz się truć, Potter.
— Powiedziała to osoba, która codziennie wdycha niewyobrażalną ilość oparów pieprzonych eliksirów…
— Język, Potter — uciął stanowczo Snape. Harry poczuł, jak na jego twarz wpływa głupi uśmiech niedowierzania. Coś na kształt dumy zaczęło pęcznieć w jego piersi.
— Ej, za każdym razem, kiedy skończą ci się argumenty, zamierzasz czepiać się mojego sposobu wysławiania?
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i teraz Harry miał idealny widok na jego wyraźnie spięte barki. Czy on zawsze musiał wyglądać jakby połknął kij od szczotki? Snape ruszył przed siebie w kierunku schodów.
— Nie mam pojęcia o czym mówisz. Bezczelny — prychnął, jednocześnie dając znak ręką, by chłopak za nim pospieszył.
— Pogódź się z przegraną. Czepialski — zaśmiał się cicho. Odgłosy energicznych kroków na schodach skutecznie zagłuszyły mrukliwą odpowiedź profesora. Harry coraz częściej łapał się na tym, że w niektórych kwestiach są do siebie niezwykle podobni. Żaden z nich nie dawał za wygraną i jego słowo zawsze musiało być ostatnie. Było to niezwykle irytujące. Słowne bitwy z tym człowiekiem sprawiały, że czuł się… inaczej. Jakby wytrącony z marazmu.
Jego rozmyślania przerwał głos Rona, dobiegający z kuchni.
— …lepiej go nie drażnij.
W tej samej chwili usłyszał zirytowane prychnięcie.
— Weasley, doceniam twoją troskę, ale bądź rad… — Drugi głos z pewnością należał do Malfoya.
— Albo drażnij. Może cię uwali i będziemy mieli święty spokój. Całe szczęście jest jadowity.
Harry niemalże oczami wyobraźni widział, jak jego najlepszy przyjaciel wzrusza ramionami.
Malfoy zaśmiał się cicho.
— Na tym polega cała zabawa.
— Swoją drogą, skąd wytrzasnąłeś gumową mysz?
— Transmutowałem, geniuszu.
— Fuszerka — stłumione burknięcie. — Tak w ogóle, to nie powinieneś teraz pracować z Hermioną nad świstoklikiem?
— Ach, masz na myśli „z twoją dziewczyną"? Wiesz, Weasley, po kilku godzinach spędzonych na odwalaniu ciężkiej roboty, dodatkowo w wyjątkowo ciasnympomieszczeniu, każdy potrzebuje chwili na zaczerpnięcie oddechu…
— MALFOY!
Następnie Harry usłyszał serię trzasków i podejrzanych dźwięków, które sugerowały gwałtowne uderzenie ciała o drewnianą podłogę. Najwidoczniej nie tylko on musiał się użerać z wychowankami domu Węży. Odkąd Malfoy przyłączył się do ich grupy, coraz częściej był mimowolnym świadkiem słownych utarczek między nim a swoimi przyjaciółmi. Ta myśl była w pewien sposób pocieszająca.
Harry odchrząknął, próbując skupić na sobie uwagę Snape'a.
— Malfoy i Hermiona pracują ze sobą?
Severus spojrzał na niego przez ramię, w jego oczach zabłysło coś na kształt niezrozumienia.
— Od wczoraj. Pomysł Dumbledore'a. Chcesz powiedzieć, że nie wiedziałeś? Czy twój orzeszek, potocznie zwany mózgiem, ma problemy z czymś tak oczywistym jak pojmowanie rzeczywistości?
W Harrym się zagotowało. Miał dziwne wrażenie, że między nim a Snape'em znajduje się gruba szyba, przez którą nie mógł nic zrobić. Język nie chciał się rozplątać i uformować odpowiedniej riposty. Obserwował, jak długie palce wyjmują różdżkę z rękawa, a następnie chwytają ją mocno i spomiędzy nich wylatują malutkie iskierki wypowiedzianego zaklęcia. Drzwi od piwnicy skrzypnęły cicho, ukazując rząd długich schodów.
O kilka sekund za późno, Harry wymamrotał:
— Siedź cicho.
— Panie Potter. — Snape pokręcił lekko głową. — Zamierza mnie pan uciszać za każdym razem, kiedy skończą się panu marne odpowiedzi?
Chłopak przygryzł wargi w próbie powstrzymania się od rzucenia przekleństwa na tego drania. Tylko on potrafił tak manipulować jego nastrojem i wytrącać go z równowagi. Westchnął z rezygnacją i zaczął schodzić po kamiennych stopniach. Krótkim machnięciem różdżki zamknął za sobą drzwi z cichym trzaskiem.
— Harry… mam wrażenie, że ciągle pomijasz jedną bardzo ważną kwestię.
— Mianowicie…?
— Dumbledore'a. Rozmawiamy już dość długo, jakbyś nie zauważył, a dopiero teraz o nim wspomniałeś.
— Bo nie ma o czym wspominać.
— To była znacząca postać w twoim życiu, o ile się nie mylę.
— Uwielbiam twoje, jakby nie patrzeć udane, próby wyciągnięcia ode mnie informacji…
— Mogę to samo powiedzieć o twojej zdolności wymigiwania się od odpowiedzi. Ważysz słowa. Co się podziało z tym mówiącym wszystko, co mu ślina na język przyniesie i raptownym młodzieńcem, o którym tak bardzo lubisz opowiadać?
— Miał praktyki u samego mistrza.
— Widać humor ci dopisuje. Więc?
— Więc?
— Dumbledore, Harry. Czemu nie chcesz o nim mówić?
— Ludzie nie lubią wspominać swoich porażek. Zgaduję, że i ty masz kilka w zanadrzu. I daję sobie rękę uciąć, że też nie lubisz o nich rozpowiadać.
— Zależy co możesz uznać za swoją porażkę.
— Pomyślmy… Pokładanie w kimś zaufania?
— Ludzie mówili, zresztą chyba całkiem słusznie, że był dla ciebie prawie jak rodzina. Dziadek? Ojciec? Coś w tym stylu. Naprawdę musiał nadszarpnąć swój wizerunek, skoro już mu nie ufasz.
— Wizerunek? Do czego pijesz, Deirdre? Posiadał ogromne ilości przydatnych informacji, my natomiast nie, więc mógł nami sterować jak tylko… ach, i tu mnie masz. Poddaję się.
Śmiech
— Kochany, na tym polega moja praca.
— Nadążasz?
— Oczywiście, że nadążam! — Harry potarł skronie, czując nadchodzący uciążliwy ból głowy. — Potrzebuję chwili. To ty tak wszystko pokrętnie tłumaczysz, zamiast przejść do konkretów.
Snape docisnął dłoń do czoła i w geście znużenia przesunął ją w dół twarzy, zatrzymując na wąskich ustach. Harry, czując się niewiarygodnie zmieszanym, zaczął skrobać paznokciem zaschnięty brud na blacie drewnianego stołu.
— Mam na myśli, że im prawdopodobnie wcale nie chodziło o zaklęcie. Prędzej o eliksir.
— Doskonale wiem, co masz na myśli! — warknął Harry. Spojrzał na wysoką sylwetkę przed sobą. Snape stał ze skrzyżowanymi ramionami na piersi i patrzył na niego… dziwnie. Podejrzliwie. Czuł się jak robak pod lupą. Był bacznie obserwowany od dłuższego czasu. Zdał sobie z tego sprawę już o wiele wcześniej. Uczucie zaniepokojenia prawie nim wstrząsnęło. Profesor skrócił dystans między nimi w kilku krokach.
— Nie wątpię — odrzekł mężczyzna głębokim głosem, przepełnionym nieznaną mu dotąd emocją. — Jednak mam wrażenie, że ciągle ci coś umyka. Jakbyś nie potrafił się skupić. — Pochylił się nad stołem, kładąc dłonie na blacie tuż przed chłopakiem. Harry odkrył z przerażeniem, że jego własne zaczęły się trząść. Przez umysł przebiegło mu wspomnienie szkolnych lat, kiedy Mistrz Eliksirów wypowiadał swoje kąśliwe uwagi na jego temat. Był zamknięty między ciałem Snape'a a krzesłem, na którym siedział. Próbował stłumić w sobie chęć ucieczki. — Czyżby działo się tak przez notoryczny ból głowy? — wycedził spomiędzy zębów, zniżając głowę. Jego długie włosy prawie muskały policzki chłopaka. Harry wciągnął głęboko powietrze do płuc i odwrócił głowę. — Spójrz na mnie, Potter — powiedział mężczyzna na granicy szeptu. Harry poczuł ciepły oddech na policzku. Wzdrygnął się, kiedy zimne opuszki palców dotknęły jego brody. Silna dłoń profesora zwróciła jego twarz ku sobie. Serce Harry'ego zaczęło szaleńczo bić. Jego strach można było poczuć, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Nie śmiał podnieść wzroku, zamiast tego wpatrywał się w czarne, małe guziczki widniejące na przedzie szaty mężczyzny. Zauważył wściekle pulsującą żyłę na jego szyi, przez co irracjonalnie zbierało mu się na histeryczny śmiech. — Potter.
Zabrzmiało to jak groźba. Przełknął ciężko ślinę i z duszą na ramieniu spojrzał w oczy Snape'a. Jego serce na tę jedną chwilę zamarło.
Wpatrywał się w ciemne, niemalże czarne oczy. Widział w nich coś na kształt niedowierzania i wściekłości. Z tej odległości mógł dostrzec każdą zmarszczkę, każde najmniejsze przebarwienie na twarzy Mistrza Eliksirów. Nozdrza wielkiego i krzywego nosa rozszerzyły się, jakby próbowały wychwycić jakąś woń.
— Powinienem się domyślić wcześniej — powiedział cicho. Harry za nic nie potrafił rozszyfrować tonu jego głosu. Nigdy nie mówił do niego w taki sposób. Poczuł, jak dłoń, wcześniej trzymająca jego brodę, przesuwa się na kark. Była wręcz lodowata. Wstrząsnęły nim dreszcze, a serce znowu powróciło do szaleńczego tempa.
Nagle poczuł, że ta sama ręka chwyta go mocno za tył luźnej koszulki i ciągnie do góry. Napięty materiał wpił się w jego gardło i natychmiast wstał, przewracając krzesło. Zdążył jedynie stęknąć z bólu, zanim usłyszał niski, groźny głos. — Panie Potter… chyba już wcześniej wspominałem, jak bardzo mi zależy na tym, by pan coś zobaczył?
— Snape, co ty… — wykrztusił w szoku. Nie spodziewał się tego. Mężczyzna popchnął go mocno w stronę składziku znajdującego się na tyłach pracowni. Nogi Harry'ego plątały się, odmawiając posłuszeństwa, ale silna dłoń wciąż trzymała tył jego koszulki. Nie potrafił w żaden sposób zaprotestować czy oprzeć się. Sparaliżował go strach. Co on wyprawia?
Mężczyzna pchnął drewniane drzwi i machnął różdżką. Zimne, niebieskawe światło rozlało się po małym pomieszczeniu, ukazując rząd szafek wypełnionych różnymi buteleczkami i słoikami.
— Można powiedzieć, że przeprowadziłem mały wywiad wśród naszych współpracowników… — Snape wyszeptał mu wściekle do ucha. Harry nadal nie potrafił wykonać żadnego ruchu. Dopiero mocna dłoń skierowała jego głowę w stronę dziwnie opustoszałej półki. Od razu ją rozpoznał. Już tak wiele razy do niej zaglądał. Uczucie winy spłynęło mu po plecach. — Odkryłem zadziwiającą rzecz — kontynuował czarodziej. — Początkowo byłem święcie przekonany, że półka z eliksirem Uspokajającym jest regularnie opróżniana przez wszystkichczłonków Zakonu. Możesz się jedynie domyślać mojego zdziwienia, kiedy dowiedziałem się, że właściwie tylko jedna osoba miała udział w tym precedensie. Mianowicie ty.
Oddech Harry'ego stał się jeszcze cięższy. Zebrał się w sobie i próbował oderwać od Snape'a.
— To nie była kradzież! Sam mówiłeś, że są to eliksiry do naszej dyspozycji! Pamiętam dokładnie!
Poczuł, jak palce mocno zaciskają się na jego włosach, prawie je wyrywając. Przez zaciśnięte gardło wydobył się odgłos bólu. Szarpnął się po raz kolejny, próbując uwolnić z żelaznego uścisku.
— Tu nie chodzi o kradzież! — mężczyzna prawie wykrzyczał te słowa. — Zdajesz sobie sprawię, co sobie zrobiłeś? Bóle głowy, trudności w skupieniu się, źrenice… trudność w skoordynowaniu ruchów ciała… Powinienem się wcześniej domyślić! Naprawdę jesteś aż tak głupi, czy robisz to sobie specjalnie?
— Opamiętaj się! — wrzasnął Harry, łokciem odpychając się od Snape'a. Usłyszał ciche syknięcie. W końcu był wolny. Wykorzystał tę trwającą ułamki sekund chwilę, by strząsnąć rękę ze swojego karku i obrócić się gwałtownie. Potarł bolące miejsce na tyle głowy i spojrzał z niedowierzaniem na mężczyznę. Przerażenie w jednym momencie ustąpiło wzburzeniu.
Snape opuścił ręce wzdłuż ciała i zacisnął pięści tak, że aż zbielały mu knykcie. Jego klatka piersiowa falowała od ciężkiego oddechu.
— Ty… masz mi jeszcze czelność mówić… Głupi bachorze! Na nic się nie przydasz ze spieprzonym układem nerwowym!
— Przydasz, nie przydasz… tak, wiem. Tylko o to wszystkim chodzi. O moją użyteczność w tym całym cyrku. Wiesz co, Snape? Wal się. Mam serdecznie dość. — Machnął ręką i próbował go wyminąć. Jednak ten tak skutecznie zastąpił mu drogę, że prawie zarył nosem o jego ramię.
— Nie wyjdziesz stąd, dopóki nie porozmawiamy.
Harry był pewien, że gdyby wzrok mógł zabijać, już dawno leżałby na podłodze martwy. Jednak otrząsnął się i ignorując szaleńcze bicie serca, próbował odepchnąć starszego czarodziej od drzwi. Bezskutecznie. Westchnął zrezygnowany.
— Zabawne, że mówi to osoba, która wcześniej…
Snape najeżył się.
— Nawet nie waż się pyskować, szczeniaku.
— Będę mówił jak chcę i co chcę! Nie jesteś już moim profesorem, nie masz nade mną żadnej władzy. — Usłyszał ironiczne prychnięcie, co rozjuszyło go jeszcze bardziej. — Myślisz, że nie wiedziałem o skutkach ubocznych? Za jakiego idiotę mnie masz? Tylko ty… ty… nie rozumiesz… — Czuł, że jeszcze chwila i nie wytrzyma. Jego pięść drżała. Modlił się, by nie stracić do końca resztek swojego opanowania. — Nieważne. Zejdź mi z drogi, Snape.
— Nie rozumiem, czego? — powtórzył cicho, a usta wykrzywiły się w pobłażliwym uśmiechu.
Harry nie wytrzymał.
— Chcesz mi powiedzieć, że… Nie, to niemożliwe…
— Że rozkwasiłem nos mojego byłemu profesorowi? Owszem. Mogę ci zdradzić, że to był pierwszy i zarazem nie ostatni raz.
— Ale… Merlinie, musiał być wściekły! I jeszcze żyjesz? Co zrobiłeś potem?
— Postąpiłem jak prawdziwy gryfon. Spieprzyłem z miejsca zdarzenia jakby co najmniej sto diabłów mnie goniło.
— Nie powinieneś tego robić. Miał rację.
— Oczywiście, że miał rację. Ale on jedyny potrafił mnie wyprowadzić z równowagi, co już wcześniej wspomniałem. Zauważ, że wtedy już byłem pod działaniem eliksiru. Nawet on nie podziałał.
— A kolejny raz był...?
— Niedługi czas po tym wydarzeniu. Tym razem mi oddał, co wywiązało dość dziwną i niespodziewaną reakcję łańcuchową.
— I wtedy również miał rację?
— Widzisz, Deirdre… nie do końca. Często się sprzeczaliśmy. Ba, właściwie przez cały czas.
— Nie wiedziałam nic o twoim… uzależnieniu. Nikt nie wiedział.
— Kolejna słabość, porażka, o której nie lubi się mówić wprost. Poza tym, jakie uzależnienie? Byłem… przyzwyczajony. Po prostu. I trochę nadużywałem w tamtym momencie eliksiru, ale normalnie nie wykraczałem poza dopuszczalną dawkę.
— Dzienną? Czy może tygodniową? Typowe tłumaczenie osoby będącej pod wpływem nałogu. Harry, jak do tego doszło?
— Kiedy… ciężko powiedzieć. Koszmary męczyły mnie praktycznie od zawsze. Chyba od tego się zaczęło. Skończyłem szkołę, znalazłem się w zamknięciu, zaczynało mi odbijać… Każdy by sfiksował, prawda? Byłem ich asem w rękawie na ten szczególny moment. Poza tym niewiele tam działałem, a tak bardzo chciałem… Ale… nie miałem ogromnego doświadczenia w walce jak aurorzy, nie byłem zdolny jak Hermiona, ani takim dobrym strategiem jak Ron. Ciągle… niewystarczający, za młody i zbyt cenny. Potem zaginięcie Tonks... Po jakimś czasie Remus odnalazł jej aurorską pelerynę kilka mil dalej od miejsca domniemanego uprowadzenia… Była cała poszarpana i we krwi. Myśleliśmy, że nie żyje. Obwiniałem się. O dużo rzeczy się obwiniałem. Żyłem w ogromnym stresie.
— W to nie wątpię. Ale to nie było zbyt dobre rozwiązanie, nie uważasz?
— Teraz to widzę. Merlinie, ile problemów zdrowotnych się przez to nabawiłem. Gdybym jeszcze dłużej się faszerował tym gównem, zapewne nie byłbym wstanie utrzymać różdżki w ręku. Jednak wtedy… miałem to gdzieś. Liczyła się chwila. W następnej równie dobrze mogłem już nie żyć. Nie myślałem o przyszłości. Bałem się jej.
— Bałeś?
— Oczywiście. Wszystko wydawało się takie ogromne i przerażające. Nie do rozwiązania. Ta cała sprawa przerastała mnie. Codziennie dusiła mnie chęć ucieczki od tego wszystkiego. Ale nie mogłem — byłem zobowiązany.
— To musiała być dla ciebie niezwykła próba charakteru.
— To było moje życie. To mnie ukształtowało.
— Słucham?
— Chodzi mi o to, że… Mimo wszystko, innego życia sobie nie wyobrażam. Trochę to smutne, przecież każdy zasługuje na to, co najlepsze. Ja zbyt wielu dobrych momentów w swoim życiu nie miałem. No, bo jak? A kiedy trafiła się okazja, by poczuć się chociaż trochę szczęśliwym, gdy pojawiło się jakikolwiek zainteresowanie moją osobą — brałem co tylko można.
— Niech cię szlag, Snape.
W akcie desperacji kopnął drzwi od pracowni. Nic. Żadnej reakcji. Jedynie głuchy pogłos potoczył się po kamiennych ścianach podziemi. Był już zmęczony kolejną próbą… właśnie, czego? Porozumienia? Wyjaśnienia? Przeprosin? Ten pełen bezsensownej dumy idiota siedział zamknięty od kilku godzin w pracowni i nawet mu przez myśl nie przeszło, by wyściubić (ogromny, krzywy i brzydki) nos ze swojej kryjówki. Powiadomił go jedynie — zresztą niezbyt przyjemnie — o tym, że potrzebuje całkowitego spokoju, aby móc dokończyć swoją pracę. Przy okazji nazwał go młodocianym recydywistą i kazał spadać jak najdalej stąd.
Pomimo że od samego wydarzenia minęło parę dobrych godzin, Harry dalej odczuwał niepokój czający się tuż pod jego skórą. Na samo wspomnienie lodowatej dłoni na swoim karku dostawał dreszczy. Był pewien, że złowrogie spojrzenie mężczyzny zasili szeregi jego największych koszmarów. Zauważył jednak, że wraz z upływem czasu i opadnięciem adrenaliny jego złość coraz bardziej odpływała gdzieś w dal. Były takie momenty, że chciało mu się śmiać (Na Merlina, przywaliłem Snape'owi w twarz! I jeszcze żyję!), ale przez większość czasu o tym… rozmyślał. Po prostu.
Myślał o zdarzeniu nie, jak o czymś przerażającym czy nieprzyjemnym, ale dziwnym i jednocześnie w pewien sposób fascynującym. Snape po raz pierwszy zbliżył się do niego na tak bliską odległość. Będąc jeszcze dokładniejszym — ktokolwiek. Nie liczył oczywiście przyjaciół i ich spontanicznych uścisków oraz okazyjnych, pocieszających klepnięciach po ramieniu. Było coś odurzającego w tej emocji, która towarzyszyła w zbliżeniu się do ciepłego, ludzkiego ciała. Pierwszy raz mógł poczuć buzujące kłęby magii, bijące spod skóry drugiego człowieka. Jak przez mgłę pamiętał strzęp zapachu, który wdarł się do jego nozdrzy — wilgoć piwnicy, mieszanki ziół i nieco kwaskowata woń potu, która wcale nie była nieprzyjemna.
— Co, dalej obrażony?
Był tak zatopiony w swoich myślach, że nawet nie zauważył, jak znalazł się na korytarzu. Spojrzał na swojego najlepszego przyjaciela, który wyrwał go z transu i teraz przyglądał mu się z rozbawieniem wymalowanym na piegowatej twarzy.
— Musi minąć trochę czasu, zanim uleczy swoją roztrzaskaną w drobny mak dumę — odparł grobowym głosem. Ron zaśmiał się głośno, oderwał od ściany i klepnął go mocno w ramię.
— Należało mu się. I tak byłem pod wrażeniem, że wytrzymałeś tak długo. Na twoim miejscu już dawno bym mu przywalił.
Harry uśmiechnął się półgębkiem i skierował w stronę schodów. Nie miał ochoty na rozmowę. Marzył o zaszyciu się w swoim pokoju z dala od wszystkich spojrzeń. To był dziwny dzień. W chwili obecnej i tak nie miał nic do roboty. Znowu.
Twarz Rona w jednym momencie spoważniała. Przyglądał mu się przymrużonymi, niebieskimi oczyma, jakby sondując, wyglądając jednocześnie na trochę zagubionego. Wykręcanie długich palców świadczyło o lekkim zdenerwowaniu.
— Zaczekaj. Mam… sprawę.
Chłopak zatrzymał się w miejscu. Rudzielec rzadko kiedy zwracał się do niego takim tonem. Zwykle nie wróżyło to nic dobrego, przez co poczuł, jak zaniepokojenie znowu wkrada się do jego umysłu. Posłał mu pytające spojrzenie.
— Pamiętasz Daughtry'ego, prawda? Jest jednym z naszych szpiegów, musisz kojarzyć… zresztą nieważne. Dostaliśmy informacje, jak na razie bardzo niepewne — zaczął z wątpliwością w głosie. Wziął głęboki oddech i kontynuował: — Bo widzisz… jest planowany atak na jedną z niemagicznych miejscowości. Nie wiemy jeszcze, gdzie dokładnie, ale myślę, że wkrótce powinniśmy się dowiedzieć… Wiesz, jak to oni, wszystko wychodzi właściwie na ostatnią chwilę…
— Ron, o co chodzi? — przerwał mu trochę zbyt gwałtownie. Jego przyjaciel miał irytującą przypadłość paplania, kiedy mówił to, czego tak naprawdę nie powinien. Nie wiedział, co o tym sądzić. Od kiedy wiedzieli? Musiał najwidoczniej to przeoczyć, kiedy znajdował się na dole i próbował dojść do porozumienia ze Snape'em.
— Tak, więc… — Ron podszedł bliżej, zniżając głos do szeptu i nerwowo zerkając na koniec korytarza. — Pewnej osobie bardzo zależało na tym, byś się nie dowiedział. - Brwi Harry'ego powędrowały w górę. Tego się nie spodziewał. Otworzył usta, próbując coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nie miał pojęcia, jak ma zareagować na taką nowinę. Ron przestąpił z nogi na nogę, wyraźnie zmieszany. — Słuchaj, ja… nie powinienem o tym mówić… ale stary, kurde… — Spojrzał na niego ze ściągniętymi w zmartwieniu brwiami. — Jesteś moim kumplem, prawda? Najlepszym. — Nagle uśmiechnął się lekko, trochę zawadiacko, bardzo przypominając teraz swoich starszych braci bliźniaków. Rozejrzał się po raz kolejny po pustym korytarzu, jakby w obawie, że znajdzie się ktoś chętny do podsłuchania ich rozmowy. — Mam już dość patrzenia, co z tobą robią. Gnijesz tu.
Harry spuścił wzrok, a dziwna gula zaczęła rosnąć w jego gardle. Ron nawet nie wiedział, jak bardzo trafił w sedno sprawy.
— Kto chciał przede mną zataić całą sprawę? I po co? — Zapytał cicho z wyrzutem. Co oni wszyscy wyprawiali? Poczuł, że na nowo wzbiera się w nim frustracja. Miał dość, że ktoś ciągle za niego podejmował decyzje.
— Zmiękłeś! — odpowiedział raptownie Ron, unikając odpowiedzi na pytanie Harry'ego. — Zmieniłeś się, a to wszystko przez nich! Współpraca z tym starym dupkiem? To wszystko brzmi jak jakiś kiepski żart. — Pokręcił głową z niedowierzaniem. — A wszystko po to, żeby odciągnąć cię od rzeczy, które naprawdę mają znaczenie i są ważne…
— I co, zamierzali ukrywać to przez cały czas? — warknął. Wiedział, że ton jego głosu pozostawia wiele do życzenia i Ron nie był niczemu winny. Właściwie to wyświadczał mu przysługę, za co był wdzięczny, ale wzburzenie zaczęło w nim kipieć.
— Snape miał zająć cię, kiedy mieliśmy zostać wysłani na akcję. Aurorzy podporządkowani Dumbledore'owi, członkowie Zakonu podstawieni za cywili, w tym i ja…
— Snape? — Powtórzył wściekle. — Więc to jego sprawka?
W tym momencie zaczął żałować, że nie przywalił draniowi mocniej.
— Posłuchaj, wiem o tym tyle samo co ty, czyli niewiele — odparł Ron wymijająco. Harry zbyt dobrze znał przyjaciela i wiedział, że w tym momencie próbuje skłamać. — Miałeś dowiedzieć się po fakcie, że niby nie starczyło czasu, by powiadomić resztę, bo trzeba było działać szybko…
— Do diabła! — Uderzył otwartą dłonią we framugę. Miał szczerą chęć wrócić do piwnicy i rzucić w Snape'a jakąś naprawdę paskudną klątwą. Zbyt wiele myśli kotłowało mu się w głowie. Skrupulatnie odbudowywane przez parę godzin opanowanie runęło teraz z całą mocą. — Daj mi znać — powiedział pewnie. Nie zamierzał dać im tego, czego chcą. Miał już dość słuchania rozkazów, których wcale nie miał ochoty wykonywać.
Na twarzy rudzielca pojawił się niewielki, nerwowy uśmiech.
Miejscem ataku okazała się jedna z wielu dzielnic miasta Staines. Tak jak przewidział Ron, informacje odnośnie miejsca i godziny zostały poznane dosłownie na ostatnią chwilę. Jednak Harry był przygotowany. Od paru godzin krzątał się po Grimmauld Place 12, czekając na sygnał. Zdenerwowanie zaczęło dawać się we znaki — sprawdzał co chwilę, czy ma na miejscu swoją różdżkę i pelerynę-niewidkę. Unikał również Snape'a, by ten nagle nie przypomniał sobie o powierzonym mu zadaniu i nie zajął Harry'ego w momencie, kiedy reszta będzie odwalać brudną robotę. Już dawno nie czuł takiej złości. Spoglądał podejrzliwie na zajętych swoimi sprawami innych członków Zakonu, próbując wyczytać z ich twarzy choćby cień zdrady.
Moment nadszedł, gdy znużony oczekiwaniem, zaszył się w swoim pokoju. Przez zamknięte drzwi przebiegł srebrzysty, mglisty pies, który spojrzał na niego swoimi wiernymi, bladymi oczami. Patronus Rona.Zerwał się jak oparzony, naprędce chwytając pelerynę leżącą na łóżku. Odwrócił się w kierunku psa, jednak ten już zdążył zniknąć, pozostawiając za sobą strzęp srebrnej poświaty. Już czas. Ścisnął mocno różdżkę w dłoni i okrył się dokładnie peleryną-niewidką.
Nie dbał o to, że trzasnął głośno drzwiami. Nie obchodziło go również, że doskonale było słychać jego kroki na drewnianych stopniach. W żyłach zaczęła krążyć adrenalina. Czuł, jak nieco szalony uśmiech rozciąga mu twarz. Za długo przebywał w zamknięciu, dusił się, potrzebował powietrza, impulsu, czegokolwiek… Musiał zdążyć.
Na dole panowało inne niż zwykle poruszenie. Większość wyglądała na zdenerwowanych i nie zwracała uwagi na hałas, jaki robił Harry. Część skierowała się do niewielkiego pomieszczenia na prawo od salonu. Ruszył za nimi, jak tylko przed oczami mignęła mu ruda czupryna przyjaciela. Zauważył również Snape'a, którego twarz wyrażała zaniepokojenie. Rozglądał się wokoło, mrużąc oczy. Ha. Pewnie go szukał. Zdawało mu się, że musnął peleryną jego dłoń, kiedy przebiegał tuż obok. Syknął, modląc się, by Snape nie skojarzył faktów i w ostatniej chwili nie złapał go za fraki. Ledwie się prześliznął za zamykającymi się drzwiami pokoju, westchnął cicho z ulgi.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się około tuzina osób. Wśród nich Harry rozpoznał Remusa. Był niesamowicie blady i wyglądał na zmęczonego, co skrupulatnie ukrywał pod zaciętym wyrazem twarzy.
— Widzieliście miejsce moimi oczami. Aportujcie się chwilę po mnie, by nie wzbudzić żadnych podejrzeń. — Powiedział chrapliwie mężczyzna, który zasunął już czarny kaptur na głowę. Rozległ się trzask aportacji. To musiał być ten szpieg,pomyślał Harry. Starając się o nikogo nie otrzeć, stanął koło Rona i złapał go za ramię. Mógł przysiąc, że jego przyjaciel szybko zerknął na swoją lewą stronę. Starał się pozostać niewzruszony, trzymając różdżkę w gotowości, ale mały uśmiech zdradził jego zadowolenie. Serce Harry'ego tłukło się wściekle w klatce piersiowej.
— Do boju, lwy — szepnął rudzielec bardzo cicho, zanim machnął gwałtownie różdżką.
Stopy Harry'ego uderzyły mocno o twardy grunt. Jego zmysły zostały nagle zaatakowane przez masę rozmaitych dźwięków, obrazów i zapachów. Nagła zmiana otoczenia przytłoczyła go. Tracąc równowagę, opadł na kolana i podparł się dłońmi. Na zmarzniętej trawie tańczyły czerwone smugi światła. Zimny wiatr zmierzwił mu włosy, powodując falę dreszczy przechodzącą przez ciało.
— Cholera, za późno! — jak przez mgłę usłyszał czyjś histeryczny krzyk.
Poderwał gwałtownie głowę. W tym momencie oddech uwiązł mu w płucach. Poczuł, jak peleryna zsuwa mu się powoli ciała, ale nawet nikt na niego nie spojrzał — każdy pędził przed siebie prosto w kotłującą się grupę osób kilkadziesiąt metrów dalej. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że te dziwne dźwięki były mieszaniną wrzasków, odgłosów trawionych ogniem budynków i tupotem wielu stóp. Ktoś się śmiał. Przerażenie wręcz go sparaliżowało.
W jednej chwili czarne, smoliste niebo rozbłysło. Widział wijące się wstęgi zaklęć i morderczych klątw, dające tak samo piękne jak i niebezpieczne widowisko. Walka już się rozpoczęła. Harry ocknął się i z trudem podniósł ze zmarzniętej ziemi. Jego umysł był kompletnie pusty. Zebrał w sobie wszystkie pokłady siły i zaczął biec tak szybko, na ile pozwalały mu nogi. W płonących mieszkaniach pękały szyby, zapadały się stropy. Ciemne, rozmazane na tle ognia sylwetki uciekały w popłochu przed płomieniami — wiele z nich wpadało bezwiednie prosto na zakapturzone postaci, po czym padały bez życia. Harry'ego zmroziło. Widział, jak z klęczek podnosi się jakaś młoda dziewczyna, dokładnie jak on sam przed chwilą. Nagle została złapana w pół przez jakiegoś mężczyznę. Usłyszał krótki, ostry krzyk, zanim zniknęła wraz z nim.
Porywają ludzi. Mugoli, szlamy, zdrajców krwi. W umyśle Harry'ego rozbrzmiały słowa Malfoya. Gnijesz tu, jesteś w zamknięciu… A wszystko po to, żeby odciągnąć cię od rzeczy, które naprawdę mają znaczenie i są ważne… Poczuł jak dzika, nieokiełzana furia opanowuje jego ciało. Niewiele myśląc, machnął różdżką na pierwszą napotkaną postać w ciemnej szacie. Nawet nie wiedział dokładnie, jakie zaklęcie wykrzykuje. To nie było ważne. Siła klątwy odrzuciła śmierciożercę do tyłu, prosto w objęcia tańczących płomieni. Szybko odwrócił głowę, starając się nie patrzeć. Merlinie… Żołądek zawiązał mu się w supeł. Na wierzch jego świadomości próbowało wypłynąć palące uczucie winy, które natychmiast zgasił. To było bez sensu, nie było na to czasu… To są mordercy.Nie słyszał już tego całego hałasu wokół siebie, jedynie głośne i szybkie bicie swojego serca…
Ledwo zarejestrował kątem oka, że ktoś biegnie w jego stronę i krzyczy do niego. To był auror, którego wcześniej widział kilka razy na spotkaniach Zakonu. Niewiele myśląc, odwrócił się i popędził w stronę kolejnego płonącego budynku. Tuż obok jego ucha świsnęło zaklęcie. Uchylił się szybko z miejsca gdzie teraz pobłyskiwała czerwona poświata. Przez głowę przebiegła mu myśl, że mogła to być klątwa paraliżująca. Pięknie. Najwidoczniej znajdował się teraz pod odstrzałem zarówno aurorów jak i śmierciożerców. Na dodatek chcieli dorwać go żywego. Niczego teraz tak bardzo nie żałował, jak pozostawienia peleryny w miejscu aportacji — w ten sposób mógłby atakować z ukrycia, co byłoby znacznie skuteczniejsze…
Przez odgłosy walki zaczęły przebijać się inne dźwięki: strażackich syren, radiowozów policyjnych i ambulansów.
Cholera, cholera, cholera… Jeszcze tego brakowało — kolejnych mugoli na ich małym polu bitwy, pomyślał Harry z ironią. Jakieś kilka metrów dalej eksplodował samochód, od którego rykoszetem odbiło się zaklęcie. Siła wybuchu odrzuciła postać, której sylwetka łudząco przypominała Rona. Harry w pierwszej chwili stracił oddech. Pewien rodzaj uspokojenia spłynął po nim, dopiero jak jego przyjaciel podniósł się z ziemi, uprzednio wystrzeliwując z różdżki promień jadowicie żółtego światła. Klątwa trafiła w wyjątkowo namolnego śmierciożercę.
Poradzi sobie… poradzi… Powtarzał to jak mantrę. Uchylił się przed kolejnym zaklęciem, a zaraz po tym usłyszał za sobą wrzask. Podniósł różdżkę na zakapturzoną postać, która stała kilka metrów dalej, zajęta walką z Remusem. Wykrzyczane z mocą słowa brzmiały obco w jego uszach. Liczyło się tylko przeżycie, uratowanie innych, zranienie, zabicie, wszystko, wszystko…
Oczy wilkołaka wyrażały szok. Niedowierzanie jawiło się na zmęczonej, pokrytej bliznami twarzy. Harry miał ochotę się roześmiać w głos, wyobrażając sobie reprymendę, jaką dostanie od starszych współpracowników.
Coś z impetem uderzyło w jego bok. Stracił równowagę i runął na ziemię. W miejscu, w którym przed chwilą stał przewaliła się ogromna sterta gruzu i trawionych ogniem desek. Gorące powietrze owiało mu twarz.
— Chcesz się zabić? — Krzyknął ktoś wprost do jego ucha. Harry jęknął z bólu i szarpnął się gwałtownie, próbując zepchnąć z siebie mężczyznę. Adrenalina wręcz parzyła jego żyły, kiedy zacisnął pięści gotów uderzyć. — Inaczej bym cię nie ratował! — Wrzasnął wściekle po raz kolejny, zauważając postawę chłopaka. Pociągnął go mocno za ramię, stawiając na drżących nogach. W pierwszej chwili Harry pomyślał, że to mugol, jednak po chwili zauważył różdżkę w jego dłoni. — Powinieneś bardziej uważać! — rzucił na odchodne, po czym skierował się w stronę kolejnego śmierciożercy, zmierzającego wprost na nich. Nie zaprzątając sobie więcej tym głowy, chłopak zrobił to samo. Stanowczo nie miał czasu na podziękowania.
Nie wiedział, ile to wszystko trwało. Wszystkie jego mięśnie były napięte i obolałe od wysiłku, a umysł ciągle w pełnej gotowości. Mogły minąć minuty czy nawet godziny, ale sytuacja dalej pozostawała tak samo beznadziejna co na samym początku. Ludzie padali na ziemię albo znikali w kłębach dymu aportacyjnego. Wszechobecna panika zaczęła przejmować nad nim kontrolę wraz z każdym mijanym, martwym ciałem na zamarzniętym gruncie. Przez ten cały czas zastanawiał się, czy sam wyjdzie cało z tej bitwy.
Usłyszał, jak ktoś wykrzykuje jego imię. Tknięty dziwnym uczuciem odwrócił się na pięcie, a serce na ten jeden moment przestało mu bić.
Siła uderzenia zwaliła go z nóg.
— Prawdopodobnie już wtedy stałem się mordercą.
— Prawdopodobnie?
— Dokładnie nie wiem. Nie planowałem tego. Działałem instynktownie. O ile instynktowne może być posłanie człowieka prosto w ogień. Nie wiem, czy przeżył. Dlatego mówię, że prawdopodobnie.
— Przecież…
— Tak, wiem, był po Ciemnej Stronie. Nie musisz mi tego przypominać, Deirdre. Doskonale zdaję sobie z tego sprawę. On też już wcześniej miał krew na rękach i to zapewne niejednej osoby. Tym siebie usprawiedliwiałem, że zabijając go, uratowałem wiele innych przyszłych istnień. Ta myśl pozwoliła mi zepchnąć idiotyczne poczucie winy w głąb mojej świadomości.
— Miałeś poczucie winy?
— Oczywiście. Gdybym go nie posiadał, byłbym psychopatą i wylądował na oddziale zamkniętym. Ach, przepraszam, zapomniałem… już się na nim znalazłem.
— To wcale nie było zabawne, Harry.
— Nie? A mógłbym przysiąc, że jest…
— Daruj sobie. Zamiast się wygłupiać, mógłbyś opowiedzieć, co się stało z tobą po tym wszystkim.
— Sztywniaczka.
— Psychopata. Tak, więc?
— Początkowo wielka ciemność rozlewająca się przed oczami i tego typu bzdury… Następnie obudziłem się obolały jak cholera w Św. Mungu. I jak się okazało, musiałem stamtąd uciekać.
Ból głowy rozsadzał mu czaszkę. Musiał wstać jak najszybciej, zanim go dorwą i zostanie zabity… Co to do cholery było? Nie pamiętał w jaki sposób znalazł się na ziemi. Wiedział jedynie, że siła uderzenia najwidoczniej musiała go mocno ogłuszyć, skoro nie słyszał już żadnych odgłosów toczącej się walki. Starając się uspokoić nadchodzące mdłości i uczucie wszechogarniającego otępienia, otworzył oczy. Zaraz po tym znowu zacisnął powieki, kiedy światło na chwilę wręcz go oślepiło i wywołało jeszcze większy ból głowy. Był już dzień? Jakim cudem? Skąd ta jasność? Gdzie są wszyscy? Musi szybko wstać… chwycić różdżkę i walczyć do utraty tchu, inaczej akcja zakończy się fiaskiem… Nie chciał po raz kolejny usłyszeć, jak bardzo nawalił…
Prawie zawył, próbując wstać. Każdy mięsień na jego ciele protestował przed jakimkolwiek wysiłkiem. Wspomnienie spadającego gruzu tłukło się po jego głowie jak jakaś pozostałość po absurdalnym śnie. Z utęsknieniem pomyślał o swojej małej kolekcji eliksirów, znajdujących się w szafce koło łóżka. Teraz dałby za nią wszystko.
Stuk, stuk, stuk
Coś jest nie tak... To wszystko nie trzymało się kupy.
Stuk, stuk, stuk
Na skórze poczuł lodowaty dreszcz. Strach przed niewiadomym zaczął ogarniać jego ciało. Zmusił się do otwarcia oczu.
W jednej chwili miał ochotę wrzasnąć, zerwać się do ucieczki, chwycić za różdżkę i przekląć każdą napotkaną na drodze osobę. Nie zrobił tego. Natomiast chwycił rękę, która teraz zasłaniała mu usta, tłumiąc wszelkie dźwięki wydobywające się z gardła. Szarpnął się gwałtownie.
— Cisza — szepnął napastnik. Duże, intensywnie brązowe oczy wpatrywały się w niego nerwowo. — Nie mogą wiedzieć, że się obudziłeś. — Dodał, kiedy Harry znowu zaczął się wiercić. Oddychał głośno przez nos, patrząc na mężczyznę z przerażeniem. Miał kompletny mętlik w głowie, nie miał pojęcia, co zrobić. Rozum podpowiadał, aby jak najszybciej się uspokoić, ale ciało sądziło inaczej. — Inaczej bym cię nie ratował — powiedział tak cicho, że większość słów musiał odczytywać z ruchów jego warg. Docisnął mocniej szorstką dłoń do ust chłopaka, wgniatając głowę w poduszkę. Wstrząsnęło nim. Zdał sobie sprawę, że już wcześniej słyszał gdzieś te słowa. To był ten sam mężczyzna, który ocalił mu życie w Staines. A chciałem ci podziękować, dupku,pomyślał ogłupiały Harry.
Stuk
Zamarli. Brakujący element układanki w głowie Harry'ego wskoczył na swoje miejsce. Ktoś się do nich zbliżał. A teraz najwidoczniej stał pod drzwiami pokoju, uważnie nasłuchując.
Oczy mężczyzny zwęziły się niebezpiecznie, natomiast on sam starał się oddychać jak najciszej. Sekundy ciągnęły się niczym godziny.
Miliony pytań przewinęło mu się przez głowę i w żaden sposób nie potrafił uporządkować myśli. Nawet nie miał pojęcia, gdzie jest jego różdżka. Czuł się kompletnie bezsilny — nie wiedział, jaki rodzaj zagrożenia czyhał na nich tuż za tymi drzwiami. Mógł jedynie wywnioskować, że cokolwiek by to nie było — sprawa zdawała się niezwykle poważna.
Serce Harry'ego prawie wyskoczyło z piersi, kiedy znowu usłyszeli kroki. Oddalały się. Spojrzał z nadzieją na młodego mężczyznę, który dalej wciskał go w posłanie. Dopiero teraz zauważył, że ma na sobie lekarski kitel spod którego wystawało mugolskie ubranie. Mimo swojej krótkowzroczności był w stanie z takiej odległości odczytać plakietkę na jego piersi: Andy Sturgis. Magomedyk drugiego stopnia.
Blondyn westchnął z ogromną ulgą. Napięcie opuściło jego ciało i zabrał rękę z twarzy Pottera. Ten dalej jednak nie śmiał się odezwać, obawiając się zdemaskowania. Wpatrywał się teraz w plecy swojego wybawiciela. Odgłosy kroków ucichły całkowicie.
— Dlaczego…
— Później — przerwał mu Andy i chwycił za tobołek leżący na sąsiednim łóżku. Harry rozejrzał się prędko po pomieszczeniu. Sądząc po wyposażeniu, musiał znajdować się w szpitalu. Sala była dość przestronna, wypełniona magiczną aparaturą i pustymi łóżkami. Skóra na całej jego lewej ręce była czerwona, jakby została polana wrzątkiem. Ból wrócił z całą mocą. Jęknął cicho, próbując wstać.
— Gdzie…
— W Mungu — odparł mężczyzna krótko, odwracając się w jego stronę. Poruszał się szybko i nerwowo. W ręku trzymał dwa małe flakoniki wypełnione kolorowymi cieczami i jego różdżkę. — Musisz wiać, nie jesteś tu bezpieczny. — Podał mu odkorkowane fiolki. Harry doskonale znał te mikstury — jedna była przeciwbólowa (dzięki ci, Merlinie!), druga wzmacniająca. Wypił je natychmiast. Andy wcisnął mu w zdrową rękę różdżkę, którą schował za paskiem szpitalnego ubrania. Co teraz?
— Mieszkam tam. A właściwie, mieszkałem — uśmiechnął się z przekąsem, uprzedzając pytanie chłopaka. — Rozpoznanie ciebie nie było trudne, Harry Potterze. Chwycił go za ramię i pomógł podnieść się do siadu. Następnie zaczął grzebać w przepastnej kieszeni lekarskiego kitla i wyciągnął kolejną fiolkę z eliksirem.
— Ale jak… — zaczął, ale Sturgis ponownie mu przerwał.
— Rozpętało się prawdziwe piekło, gdy do akcji wkroczyły mugolskie służby. Następnie zjawili się aurorzy ministerstwa. Ciekawe… dlaczego tak późno? — mruknął z nutką złośliwości w głosie.
— Jak się tu znalazłem? — spytał zirytowany Harry. Ten choleryk nie pozwalał mu nawet dojść do słowa.
Andy posłał mu intensywne spojrzenie.
— Ściana budynku się zawaliła. Szczęście w nieszczęściu, że była już po części spalona. Nie zabiło cię, ale nabawiłeś się niezłych oparzeń. Po części już je wyleczyłem. — Wskazał głową na jego lewą rękę. — Nie zdążyłem cię odciągnąć od ludzi ministerstwa, dlatego tu się znalazłeś. — Szybkim ruchem odkorkował butelkę, następnie wyrwał sobie z głowy parę włosów i wrzucił do cieczy. Zabulgotała lekko i przybrała jaskrawo-niebieski kolor. — Wiesz, co to jest? — Machnął mu flakonikiem przed rozszerzonymi w szoku oczami. Kiwnął głową.
— Skąd mam wiedzieć, że mogę ci zaufać? — spytał się podejrzliwie Harry. Coś za gładko to wszystko szło.
— Nie musisz. Ja jedynie proponuję rozwiązanie. — Jego zawadiackie mrugnięcie okiem wydawało się w tej całej sytuacji wręcz absurdalne. Ten człowiek był jedną wielką zagadką. Czemu mu pomagał? Jaki miał w tym swój interes? Oferując mu eliksir wielosokowy, sam wiele ryzykował. W jego głowie tłukło się tysiące pytań, na które zapewne szybko odpowiedzi nie dostanie. O ile w ogóle mógł na nie liczyć. Niespokojnie przełykając ślinę, wyciągnął przed siebie rękę.
Wtedy kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Z korytarza rozległy się odgłosy kroków więcej niż jednej osoby, a Andy przeklął szpetnie pod nosem, zabierając fiolkę tuż sprzed twarzy Harry'ego. Prędko ją zakorkował i wrzucił do kieszeni kitla, po czym pchnął Harry'ego z powrotem na posłanie tak mocno, że ten wyrżnął boleśnie głową o krawędź łóżka. Jęknął z bólu, kiedy pod zaciśniętymi powiekami zatańczyły mu gwiazdy.
Drzwi się otworzyły z cichym skrzypnięciem. O, cholera.
— Widzę, że pan Potter się obudził. — Usłyszał męski, głęboki głos. Harry otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu lekko nieprzytomnym wzrokiem. Andy trzymał w rękach jakieś papiery i wyglądał, jakby oderwano go od niezwykle interesującej lektury. Mężczyzna podniósł wzrok na gości i uśmiechnął się uprzejmie, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Harry wciągnął głośno powietrze. Trzech mężczyzn patrzyło na niego wyczekująco — dwóch z nich miało na sobie aurorskie szaty. Harry nie rozpoznał ich twarzy, co go trochę zaniepokoiło. Nie należeli do Zakonu. Po plecach przeszedł mu dreszcz.
— Oczywiście — odparł dziarsko Andy, podchodząc do mężczyzny, który wcześniej się odezwał. Musiał być magomedykiem najwyższego stopnia, sądząc po oficjalnym stroju. — Jest jeszcze trochę otępiony… — Zerknął z dziwnym błyskiem w oku na Harry'ego, po czym kontynuował: — ...jednakże jego życiu nie zagraża już żadne niebezpieczeństwo.
Blondyn podał mu plik dokumentów. Magomedyk przeglądał je przez jakiś czas, by po chwili spojrzeć na leżącego w łóżku chłopaka. Na pierwszy rzut oka wyglądał na miłego, poczciwego starszego pana z siwymi włosami. Jednak w bladoniebieskich oczach czaiło się coś, co przyprawiało Harry'ego o gęsią skórkę. Aurorzy trzymali w rękach różdżki — ci również nie wyglądali na przyjaznych.
Zerknął na Andy'ego. Pod jego uprzejmym uśmiechem można było wyczytać lekkie zdenerwowanie. No to po mnie, pomyślał Potter.
— Doskonale — odezwał się ponownie starszy człowiek i zamknął teczkę. — Dziękuję panu za opiekę nad naszym Wybrańcem, panie… — spojrzał na plakietkę przypiętą do piersi Andy'ego — Sturgis — dokończył z mocą w głosie.
Brwi wyżej wymienionego powędrowały w górę, jakby kompletnie nie zrozumiał, co powiedział do niego staruszek, a po chwili uśmiechnął się promiennie, ukazując rząd równych zębów.
— Grahamie… pracujemy ze sobą tyle lat, a mimo to dalej zwracasz się do mnie po nazwisku. — Magomedyk posłał mu mordercze spojrzenie i Harry zmarszczył brwi. — Ale rozumiem powagę sytuacji, w końcu niecodziennie mamy takiego pacjenta w naszym szpitalu…
— Bądź łaskaw, Andy… — zaczął ostrzegawczo Graham. — Niestety mamy pewną sprawę do załatwienia. Jak widzisz, same ministerstwo zostało zobowiązane do odebrania pana Pottera. O ile ten oczywiście czuje się już na siłach.
Wszyscy zebrani skierowali wzrok na chłopaka.
Co robić, co robić, co… Był w kropce. Nie mógł przecież jak ostatni idiota skoczyć na dwóch uzbrojonych aurorów… A nawet gdyby, ich miejsce zastąpią zaraz kolejni… Nie licząc oczywiście całego personelu Św. Munga!
Przełknął głośno ślinę i kiwnął potakująco głową. Jestem martwy.
Dotąd niewzruszeni aurorzy podeszli do łóżka, jakby jego zgoda była wystarczającym sygnałem do podjęcia dalszych działań. Jeden z nich chwycił go mocno za ramiona, stawiając do pionu. Pomimo końskiej dawki eliksiru przeciwbólowego poczuł mocne pieczenie w poparzonych miejscach. Harry zacisnął zęby i modlił się, by nie odkryli jego ukrytej za pasem różdżki. Miał nadzieję użyć jej w odpowiednim momencie.
Popchnęli go stronę drzwi. Wychodząc, zerknął na Andy'ego, którego twarz nie wyrażała już żadnych emocji.
Panika wdzierała się falami do jego świadomości. Nie zwracał uwagi na zaskoczone i ciekawskie spojrzenia personelu medycznego, pacjentów i wizytujących ich gości. Gdzieś w jego głowie majaczyła myśl, że tłum to idealna okazja na zorganizowanie spektakularnej ucieczki, jednakże… Nie wiedział, czy nie wpadnie z deszczu pod rynnę. O ile już tego nie uczynił. Po jego obu stronach kroczyli milczący aurorzy — każdy z nich miał zacięty i groźny wyraz twarzy oraz różdżkę w pogotowiu. Harry dawał sobie sprawę, jak bardzo lekkomyślne jest w takim wypadku wyciągnięcie własnej… Z drugiej strony, co miał do stracenia?
Skręcili korytarzem w lewo. Przez duże okna wlewało się poranne słońce. Która mogła być godzina? Ile czasu minęło od całej akcji? Wspomnienia z walki wróciły do niego z taką mocą, że prawie stracił równowagę. Miał wrażenie jakby grunt usuwał mu się spod stóp. Wcześniej nie pomyślał o reszcie członków Zakonu! Skoro on się znajdował tutaj, to co się działo z innymi? Przeżyli? Andy mówił, że rozpętało się istne piekło… Gdzie jest Ron? Remus?
Chaotyczny tok myśli został przerwany, kiedy tylko stanęli przed jakimiś drzwiami. Rozejrzał się wokoło zaniepokojony. Nie wyglądało na to, że zmierzają do kolejnej sali szpitalnej…
Starszy magomedyk odwrócił się w stronę aurorów.
— Możecie już iść. Dziękuję za eskortę.
Mężczyźni skinęli głowami. Mieli beznamiętne wyrazy twarzy, jakby ktoś…
Graham pchnął drzwi. Przed oczami Harry'ego ukazał się skromnie urządzony gabinet. Spojrzał na mężczyznę, który ruchem dłoni zaprosił go do środka.
To była jego szansa.
Wkroczył do pomieszczenia, od niechcenia rozglądając się na boki. Nie chciał w żaden sposób zdradzić swoich zamiarów. Kiedy tylko mężczyzna odwrócił się, by zamknąć drzwi, Harry szybko chwycił za różdżkę.
— To ostatni raz, kiedy ratuję twój żałosny tyłek, Potter.
Poczuł jak opada mu szczęka. Z tego szoku o mało nie wypuścił różdżki z palców. Tylko jedna osoba potrafiła wypowiedzieć jego nazwisko z taką pogardą.
— Snape?
