beta: Ewa


— Nie rozumiem jednego.

— Słucham?

— Jakim cudem tam się dostał? Tak po prostu użył eliksiru wielosokowego i wszedł do środka niezauważony? Trochę nie trzyma to się kupy.

— Dlaczego? Wierz mi, miał swoje sposoby. Sprytu nie można było mu odmówić.

— Ale robiąc w wała całą służbę zdrowia, aurorów i współpracownika tego magomedyka… jak mu tam było… Grahama? W jednym z najbardziej strzeżonych ośrodków magicznych? Nie wydaje mi się.

— Deirdre… Moja droga. Kto powiedział, że cały plan przebiegł idealnie?


Snape?

W jednej chwili mężczyzna doskoczył do niego i złapał za przód koszulki. Obce, bladoniebieskie oczy wyrażały furię. Zupełnie skołowany, chwycił za żylaste i silne dłonie magomedyka, próbując odciągnąć je od swojego gardła. Jak przez mgłę zdał sobie sprawę, że już kiedyś był w podobnej sytuacji. Jego serce podskoczyło gwałtownie.

— Co ty tu…

— Sam powinienem zadać ci te pytanie, szczeniaku. — Wycedził między zębami mężczyzna. Miał wrażenie, jakby znalazł się w samym środku najbardziej absurdalnego snu, jaki kiedykolwiek mógłby mu się przyśnić. Ciało mężczyzny było mu zupełnie nieznane i inne, jednak potrafił rozpoznać strzępy tej jedynej w swoim rodzaju magii kotłującej się wściekle pod skórą. Było również coś bardzo znajomego w emocji, jawiącej się w oczach magomedyka.
O ile wcześniej jego sytuacja była gówniana… cóż, teraz nie mogło być już gorzej.

— Spuścić cię na chwilę z oczu… — kontynuował Snape, który w tym momencie przypominał Harry'emu rozjuszone zwierzę. Po raz kolejny stłumił w sobie chęć histerycznego roześmiania się na głos. Jak na złość, ten stan objawiał się zawsze w nerwowych i groteskowych dla niego sytuacjach. Przez moment pomyślał o sobie jak o wariacie. — Jesteś niemożliwy. Masz pojęcie, jakie to było niebezpieczne? Bezmyślne? Mogłeś zginąć, idioto!

Coś w nim pękło. Gdyby był dawnym sobą, przytupnąłby ze złością i rzucił kąśliwą odpowiedź. Zamiast tego ugryzł się w język i wziął głęboki oddech.

— To twoja wina. — Powiedział na pozór spokojnie. W środku aż gotował się od emocji. Mężczyzna zmarszczył siwe, krzaczaste brwi - tak inne od tych czarnych o ostrym, surowym kształcie. — To twoja małostkowość i bycie takim upartym sukinsynem… — starał się nie mięknąć pod wpływem twardego spojrzenia. Wziął drżący oddech i dokończył z mocą — Możesz winić tylko siebie.

Dłonie na jego koszulce, o ile to możliwe, zacisnęły się jeszcze mocniej. Miał wrażenie jakby chciał rozszarpać chłopaka na strzępy. Otwierał już usta, gotów coś powiedzieć, ale nie było mu to dane.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, uderzając z głośnym łoskotem o ścianę.

Mylił się. Może być jeszcze gorzej, pomyślał, patrząc na uzbrojonych pracowników ośrodka stojących w progu. Odskoczyli od siebie, ich oddechy były ciężkie i urywane. Spojrzał na Snape'a. Był równie zaskoczony jak on sam.

Niewiele myśląc, podniósł różdżkę.


— Myślę, że już masz dość tych nudnych opowieści o dwójce herosów walczących z siłami zła.

— Pielęgniarki. Siłami zła. Dobre sobie. Jak chcesz to potrafisz być zabawny.

— Nie mówię o pielęgniarkach. A to wcale nie miało być śmieszne.

— Jak się domyślili? I nie, wcale nie jestem znudzona. Kontynuuj.

— Do tej pory nie mam pojęcia, jeśli mam być szczery. Ale myślę, że prawdopodobnie sami na to wpadli… Przykładowo, znajdując prawdziwego Grahama bez ubrań w jakimś magazynie… Albo Andy nakablował, by nie zostać zdekonspirowanym. Nie wiem, jakoś ciągle zapominam go o to spytać. Wylatuje mi to z głowy… A to już jest dziwne, zważywszy na to, że dość długo dzielimy jedną salę.

— Gdyby nie został—


Cisza

— Nie został, co? Chciałaś coś powiedzieć, Deirdre?

— Słucham? Co? A, taka wolna, nieskładna myśl wypowiedziana na głos…

— Bardzo chciałbym ją usłyszeć.

Odgłos odsuwanego krzesła

— Przerażasz mnie.

— Już kilka razy to słyszałem. Możesz wyjść w każdej chwili, jeśli tylko chcesz.

— Nie, przestań. Przestań. Za bardzo przykładasz uwagę do niepotrzebnych, nic nie znaczących rzeczy…

— Jakich rzeczy? To ty się denerwujesz o nic.

Harry.

— Słucham, Deirdre?

— Wróćmy do rozmowy.

— Rozmawiamy.

— Nie o to mi chodzi. Wróćmy do tej całej sprawy w szpitalu, kiedy zostaliście przyłapani. Co się stało potem?

Cisza

— Harry. Proszę.

— No dobrze. Więc… Nie było łatwo. Byliśmy zmęczeni, sfrustrowani, pełni obawy. Nie patrzyłem, gdzie i na kogo rzucam zaklęcia. Myślę, że ze Snape'em było podobnie.

— Zabiłeś kogoś?

— Nie wiem. W takich momentach niewiele myślę, instynkt jest górą. Wyrzuty sumienia przychodzą o wiele za późno, kiedy już nic nie jestem w stanie zdziałać. Uprzedzając twoje pytanie – nie, nie chcę o tym mówić.

— Dobrze. Spokojnie. Będziemy poruszali tylko takie sprawy, jakie będziesz chciał.

— Skąd ta uległość?

— Niecodziennie mam przyjemność rozmawiać z taką osobowością.

— Bez przesady, nie jestem żadną osobowością. Tylko oswojonym zwierzęciem w klatce. Nie nauczonym, by żyć inaczej, spokojniej, normalniej.

— W klatce?

— Dursleyowie, szkoła, Zakon, Snape. Teraz to. Widziałaś kiedyś te lwy w zoo? Oddzielone od reszty żelaznymi prętami? Pewnie widziałaś. Dalej piękne, agresywne, z kłami i ostrymi jak brzytwa pazurami. Oswojone, ale tylko na pozór. Kiedy tylko je uwolnisz – kompletnie dziczeją. Ze mną dzieje się dokładnie to samo.

— Twoje porównania ciągle zaskakują. Co dziwniejsze, są niespodziewanie trafne.

— Równie dobrze mogliby umieścić mnie w takiej klatce z tabliczką… Zamiast gatunku, pochodzenia… ostrzeżenie. On szczeka i gryzie*.

— Wspomniałeś o kolejnej… klatce. Nigdy wcześniej o tym nie mówiłeś. Snape. Co miałeś na myśli?

— To było tuż po ataku na Kwaterę Główną. Ale to później, później… nie jesteśmy nawet na początku końca tych wydarzeń…

— Dobrze. Mów dalej.


Czuł, jakby jego umysł był kompletnie oderwany od ciała. Nieskładna plątanina kończyn, szat, cała bezwładna masa opadła z łomotem na wąski korytarz Grimmauld Place 12. Jakby gdzieś w oddali słyszał przekleństwa Snape'a, czuł jego łokieć wbijający mu się w brzuch i dokuczliwy ból dochodzący z lewego ramienia. Zacisnął powieki i zęby, próbując powstrzymać dochodzący z gardła jęk. Wcisnął twarz w dywan. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo tęsknił za tym okropnym, stęchłym zapachem. Poczuł się bezpiecznie, po raz pierwszy od wielu godzin.
W głowie wciąż huczało mu od wykrzykiwanych zaklęć, przed oczami przesuwały się szybko i nieskładnie sceny ostatnich wydarzeń… zupełnie jakby pochodziły z wyjątkowo groteskowego i brutalnego filmu.
Usłyszał kroki wielu stóp i silny uścisk na ramionach. Ktoś próbował podnieść go do pionu.

— Harry, słyszysz mnie? — Zdał sobie sprawy, że ten histeryczny głos należy do Hermiony. – Żyjesz? Wszystko w porządku?

Stara, dobra, kochana Hermiona. Zawsze tak bardzo martwiła się o wszystkich.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo — odparł zmęczonym głosem. Ośmielił się podnieść wzrok. Prawie się uśmiechnął. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł taką radość na widok swojego przyjaciela, który w tym momencie klęczał obok dziewczyny. Jego twarz była blada, a rude włosy podkreślały sine obwódki wokół oczu. Wyglądał na chorego i o wiele starszego. Nie odezwał się ani słowem - ale Harry'emu to wystarczyło, by móc wyczytać z jego twarzy szczere przeprosiny.
Nie miał siły wstać. Zamiast tego przewrócił się na plecy. Zobaczył Snape'a, leżącego dokładnie w tej samej pozycji co on. Wrócił do swojej dawnej postaci, choć jego długie, czarne włosy dalej były przetkane pasmami siwizny. Dziwnie go było oglądać w takim stanie, rozłożonego na korytarzu, patrzącego w górę. Jego pierś szybko unosiła się i opadała pod wpływem ciężkiego oddechu. Żołądek Harry'ego zawiązał się w supeł, kiedy zauważył świeżą, jasnoczerwoną krew na lekarskim kitlu, w który dalej był odziany.

Hermiona była szybsza. W jednej chwili doskoczyła do Snape'a, próbując chwycić go za ramię. W jej oczach błysnęły łzy, oddech uwiązł w gardle.

— Nie moja. — Uciął krótko, odtrącając jej rękę. Dziewczyna opadła do siadu, wzdychając głośno.

Harry nawet nie spodziewał się, że poczuje taką ulgę. Przez ten jeden moment myślałem, że… że…
Nie było mu dane dokończenie tej myśli. Gdy tylko mężczyzna spojrzał mu w oczy, miał wrażenie, jakby czas stanął w miejscu.
Zrezygnowanie. Rozczarowanie. Wszystko.

Nagle Snape podniósł się, wykrzywiając twarz w grymasie bólu. Umyślnie zignorował pomocną dłoń Rona, opierając się o ścianę.
Harry mógłby przysiąc, że mężczyzna splunąłby na niego z odrazą, gdyby tylko mógł. A może tylko mu się tak wydawało.

— Policzymy się później.

W jego umyśle zatańczył szaleńczo obraz, który widział jako dziecko na szkolnej wycieczce w muzeum. Zapamiętał go tylko dlatego, że przeraził się widoku czterech postaci dosiadających szkieletów koni.
Do tej pory nie wiedział, że będzie bał się czegokolwiek bardziej niż tego.


— Niestety, nie zdążycie mnie zabić.

Papierosy nie odpowiedziały.

— Zrobi to ktoś inny. — Rzucił butnie. Zawzięcie milczały dalej.

Westchnął głęboko, wydmuchując resztki siwego dymu ze swoich płuc. Obserwował przez chwilę jak swobodnie unosi się w mroźnym, listopadowym powietrzu.
W ciągu ostatnich kilku godzin wszystko wskoczyło na stare tory. Członkowie Zakonu wrócili do wykonywania swoich codziennych czynności lub pozamykali się w różnych pomieszczeniach; inni mijali resztę w pełnym zdenerwowania milczeniu. On sam został zaciągnięty przez Hermionę do łazienki, by mógł zmyć z siebie brud poprzedniego dnia. To było wczoraj, pomyślał, obserwując wysoko zawieszone na nieboskłonie słońce. Pomimo zmęczenia i ogromnych chęci, nie potrafił zasnąć.
Kompletnie stracił rachubę czasu. Dziś, wczoraj, kilka tygodni temu - wszystko zlało się w ciąg dziwnych i trudnych do zrozumienia wydarzeń. Tylko pory roku dawały mu do zrozumienia, ile czasu mogło minąć od momentu przystąpienia do Zakonu. Już dawno przestał nosić na ręku zegarek czy patrzeć w kalendarz. To wszystko po to, by nie stracić całkowicie opanowania i cierpliwości, w którą musiał się uzbroić.
Wyrzucił pustą paczkę za okno z małym ukłuciem straty. Nie wiedział, kiedy będzie miał okazję zdobyć kolejną. Znając swoje obecne położenie – nie za prędko.

— Obym nie zwariował.

— Obserwując pańskie zachowanie, śmiem twierdzić, że już jest za późno.

Spiął się. Snape. Nie spodziewał się go tutaj - nie w takim miejscu, w swojej kryjówce… Nikt tu nie wchodził, wszyscy zdawali się schodzić mu z drogi. Zamknął ciężką okiennicę.
Był zły. Sam zamierzał zejść do niego jako pierwszy, podjąć się wyzwania i zmierzyć się z jego gniewem. Chciał pokazać, że nie stchórzył, że wcale się go nie obawia. Cały plan w tej jednej minucie wyparował.
Odwrócił się. Snape opierał się o framugę drewnianych drzwi ze skrzyżowanymi ramionami. Stał tak ubrany już w swoją czarną, długą szatę i przyglądał się Harry'emu z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Trochę go to zaniepokoiło. Nie wiedział, w jaki sposób ma zareagować na to wszystko. Gdyby był wściekły - znacznie ułatwiłoby mu to sprawę. Tymczasem mężczyzna wyglądał na zupełnie opanowanego.

— Jak mnie znalazłeś?

Snape wykrzywił wargi.

— Głupie pytanie. Jako jedyny smrodzisz w taki sposób. – Harry zerknął na okno, czując małe zakłopotanie. Potrząsnął głową.

— Nie o to mi chodzi. Mungo. Skąd wiedziałeś?

Po tym, jak wrócił na Grimmauld Place, zostawiono go samego sobie bez odpowiedzi, odprowadzanego różnymi spojrzeniami – wyrażającymi troskę, przerażenie, oraz… rozczarowanie. Gdy tylko sięgał pamięcią do tamtych wydarzeń podczas ataku… Wydawało mu się, że te wspomnienia należą do obcej osoby. Nie potrafił się z nimi zidentyfikować. A im dalej, tym bardziej obraz stawał się zamazany - aż do momentu obudzenia się w szpitalu. Musiał wiedzieć.

— Pan Weasley podniósł alarm. Nie zdążyli cię odciągnąć od pracowników ministerstwa. — Westchnął ciężko, przyglądając się chłopakowi spod przymrużonych powiek.

Nie odpowiedział. O ile rozmowy ze Snape'em zawsze sprawiały mu trudność, to ta zdawała się być naprawdę toporna. Wyartykułowanie jakiejkolwiek myśli szło mu wyjątkowo ciężko. Starał się przypisać to zmęczeniu.

— Twoje ramię? — Snape skinął głową na lewą rękę chłopaka, która dalej była wściekle czerwona. Harry ze zdumieniem spojrzał na nią. Martwił się? On?

— W porządku — odparł. — Chociaż jeszcze piecze. Bywało gorzej — rzucił jakby od niechcenia i wzruszył ramionami. Miał gdzieś, czy Snape zwietrzy kłamstwo w jego zapewnieniu. Rana pulsowała tępym bólem i ciągle miał ochotę się drapać, jednak było mu głupio… no właśnie, co? Zwrócić się o pomoc? Tak po prostu poprosić o nią, po tym wszystkim? — Snape, słuchaj—

— Jesteś idiotą. — Przerwał mu gwałtownie. Harry poderwał głowę, zaskoczony i jednocześnie zły. Początkowe opanowanie Snape'a gdzieś zniknęło, pozostawiając go teraz równie spiętego jak chłopaka. Oderwał się od framugi i w kilku krokach zbliżył się do Harry'ego. Wyraz jego oczu nie wróżył nic dobrego – Swoją osobą naraziłeś członków Zakonu na dodatkowe niebezpieczeństwo. Do diabła, mogłeś zginąć! – Warknął.

— Jak już mówiłem wcześniej — możesz winić tylko siebie. — Odparł Harry, siląc się na spokój. Wiedział, że krzykiem tym razem nic nie zdziała. Zacisnął pięści, starając się nie skupiać na bólu dochodzącym z lewej ręki.

— Potter…

— To ty się postarałeś, bym o niczym nie dowiedział się!

— Do diaska, naprawdę jesteś aż tak głupi, czy tylko udajesz?

— To nie była odpowiedź.

— Przyznaję. Jednak jedno musisz zrozumieć – ja tylko wykonuję rozkazy nadane mi z góry.

Harry miał ochotę walnąć głową w ścianę. Irytacja prawie nim wstrząsnęła.

— Od kiedy Dumbledore kazał ci matkować? — Warknął. Wiedział, że to z jego strony jawna prowokacja, ale nie potrafił się powstrzymać.

— Od kiedy nie potrafisz zadbać o własną skórę! Ty bezmyślny, nieokrzesany gówniarzu…

Zamachnął się, jednak Snape był szybszy. Bez wysiłku zablokował jego zdrową rękę, nieznacznie się przy tym uchylając. Harry sapnął – zupełnie tego nie spodziewał się. Czuł, jakby mgła wściekłości zasłoniła mu pole widzenia. Kompletnie nie potrafił się opanować, choć aż w nim wrzało, by natychmiast się uspokoić. Szarpnął się, wyrywając rękę z uchwytu. Mężczyzna przewidział i ten ruch.

— Spróbuj jeszcze raz, a srogo tego pożałujesz — powiedział zimno i chwycił mocno jego poparzone ramię. Harry niemal zawył z bólu i natychmiast odleciał do tyłu, kiedy Snape pchnął nim gwałtownie. Uderzył plecami o ścianę tak mocno, że aż huknęło. Nie zdążył nawet zorientować się w sytuacji, kiedy znowu poczuł mocny uścisk na barkach. Skrzywił się i spojrzał w górę.
Widząc wściekły wyraz twarzy mężczyzny nie spodziewał się, że jest w stanie wykrzesać z siebie jeszcze większe pokłady siły. Był samonapędzającą się machiną pełną agresji, wzburzenia, frustracji… Coś w nim krzyczało, by przestał, ale ciało go nie słuchało, kiedy ponownie wyrwał się mężczyźnie i uderzył go kolanem w brzuch. Snape jęknął i zatoczył się nieznacznie, zaciskając mocno zęby. Zaklął siarczyście i wciąż trzymając chłopaka za ramiona, szarpnął nim gwałtownie. Harry poczuł jak traci równowagę i upada na podłogę, ciągnąc Snape'a za sobą. Zderzenie z twardym drewnem wyrwało z jego gardła syk – i po chwili kolejny, kiedy ciężkie ciało opadło na niego z impetem. W jego nozdrza uderzył ostry zapach ziół i stęchlizny piwnicy, kiedy ciemne włosy musnęły mu twarz. Adrenalina wściekle pulsowała w jego żyłach, oddech miał ciężki i urywany. Snape, początkowo oszołomiony, zaczął się niezgrabnie podnosić. Chłopak został wciśnięty w podłogę, kiedy mężczyzna złapał go za bark. Właściwie półleżąc na nim, uniósł drugą rękę, gotów uderzyć. Harry zacisnął mocno powieki w oczekiwaniu na cios.

Wszystko zamarło. Jak przez mgłę dochodziły do niego ich ciężkie oddechy, które zdawały się być przepełnione emocjami. Czuł pot skraplający się na swoim czole, bijące w zawrotnym tempie serce, ból w chyba wszystkich możliwych częściach ciała, ale również i…
Kurwa, kurwa, kurwa… Panika wdarła się do jego umysłu, kiedy tylko sobie to uzmysłowił i poskładał do kupy. Błagał tylko wszystkich bogów tego świata, by Snape tego nie poczuł… Otworzył oczy. Ciemna sylwetka górowała nad nim, długie włosy zasłaniały częściowo twarz, ale nie były w stanie ukryć jej kompletnie zszokowanego wyrazu. Stanowili dziwną plątaninę kończyn i szat, biodro mężczyzny dociśnięte do jego krocza… Poczuł. Snape poruszył się nieznacznie, jakby w próbie wydostania się z tego uścisku, ocierając się przy tym o erekcję chłopaka. Harry jęknął, ale sam nie wiedział z czego bardziej - czy z potrzeby, czy z zażenowania…
Nagle zrobił coś, czego nawet po sobie się nie spodziewał. Zaczął się śmiać.

— Jesteś zupełnie… ale to zupełnie… szalony — mężczyzna odezwał się cicho głosem, którego Harry nigdy wcześniej nie słyszał. Zszedł z niego, bardzo powoli i ostrożnie. Chłopak zasłonił rękoma twarz, a jego śmiech przybrał dziwną, histeryczną barwę.

— Już coś o tym wspomniałeś — odezwał się po dłuższej chwili przytłumionym głosem. Targały nim dreszcze i emocje, których nigdy wcześniej nie doświadczył. Wziął drżący, głęboki oddech i przewrócił się na bok. Wstyd wręcz go zjadał. — Merlinie… — wymamrotał prawie płaczliwie. Zacisnął mocno powieki.

Cisza zdawała się dźwięczeć im w uszach. Atmosfera z każdą sekundą gęstniała, ale żaden z nich się nie poruszył, jakby obawiając się czegoś nieuniknionego.

Harry usłyszał, jak od strony drzwi dochodzą jakieś dziwne dźwięki. Przez kilka sekund nie potrafił ich zidentyfikować, mając kompletną pustkę w umyśle. Po chwili zdał sobie sprawę, że to odgłosy czyichś kroków na korytarzu. Błagam, niech ktoś…

— Potter… — zaczął Snape, ale nie było mu dane dokończyć. Harry poruszył się, kiedy usłyszał chrząknięcie. Oderwał ręce od twarzy, która była zapewne mokra od potu i czerwona.

W drzwiach stanął Malfoy. Spoglądał to na jednego, to na drugiego, nie wiedząc gdzie podziać wzrok.

— Co, do… — zaczął chrapliwie. Chrząknął ponownie, wybałuszając oczy w szoku. Snape siedział, podpierając się rękoma, a Potter leżał skulony na podłodze tuż obok. Wyglądali na zupełnie wytrąconych z równowagi. — Słyszałem… coś dziwnego. I zobaczyłem — stwierdził, kręcąc głową. Po chwili machnął ręką. — Zresztą, nieważne, nie po to tu jestem. Potter, przyszło coś do ciebie.

Harry zerwał się jak oparzony i starając się unikać wzroku Snape'a, wypadł z pokoju. Ciemność korytarza powitał niemalże z radością.


Kiedy wbiegł zdyszany do kuchni, zobaczył swojego najlepszego przyjaciela stawiającego na obdrapanym stole niewielki, niezgrabnie owinięty papierem pakunek.

— Hej, uważaj—

— Sprawdziliśmy. — Odrzekł Ron, spoglądając na niego. — Żadnych klątw.

— Nie wiemy tylko, jakim cudem dostała się tu sowa… — wtrącił się Remus. — Musimy sprawdzić dokładniej zabezpieczenia, skoro…

Ale Harry nie słuchał go. Spojrzał na zawiniątko, tknięty dziwnym przeczuciem, którego nie potrafił w żaden sposób nazwać. Chwycił paczkę, szybko rozrywając papier z rosnącym uczuciem zniecierpliwienia i ciekawości. Słysząc za sobą hałas odwrócił się i spojrzał na Malfoya, który wszedł do kuchni. Snape'a z nim nie było. Ulżyło mu. Nie wiedział, jak mógłby znowu spojrzeć mężczyźnie w oczy po tym wszystkim. Wspomnienie całego zdarzenia uderzyło w niego. Znowu poczuł jak jego twarz czerwieni się i odwrócił wzrok, wyciągając ze środka pomiętą kartkę. Zerknął podejrzliwie na plastikowy pojemniczek, po chwili odstawiając go na stół z cichym stuknięciem.
Charakter pisma był mu zupełnie obcy, krzywy i trudny do rozczytania. Oczami wyobraźni widział rękę, która zapewne w pospiesznym zdenerwowaniu nakreśliła te słowa.

— Czytaj — skinął głową Ron. Harry już miał warknąć, że to jego prywatna korespondencja, ale treść wręcz nim wstrząsnęła. Wciągnął głośno powietrze.

Miałem dość patrzenia na to wszystko, za długo pozostawałem obojętny — nawet nie zdawał sobie sprawy, że jego głos drżał — Moim zadaniem jest ratowanie życia, nie jego odbieranie. Odpowiedź znajdziecie w środku. Już pewnie zorientowali się, nie mam zbyt wiele czasu. Muszę uciekać, wszystko w twoich rękach. PS. Twój znajomy powinien popracować nad grą aktorską.

Jak na zawołanie, wszyscy zebrani oderwali wzrok od czytającego Harry'ego i spojrzeli na plastikowy pojemniczek. Dopiero teraz zauważył, że w środku wirowało coś srebrzystego.

— Pojemnik na mocz? — Odezwał się zszokowany Ron. — Po kiego grzyba ktoś miałby—

— To wspomnienie. — Powiedział cicho Harry, patrząc osłupiały na nowy obiekt zainteresowania.

— Ale kto…?

— Wiem — odparł krótko. — Znam go. Uratował mi życie. — Obraz młodego magomedyka przewinął mu się przed oczami. Andy? Chyba tak miał na imię… Nigdy, przenigdy nie mógłby przewidzieć czegoś takiego… Z tego wszystkiego brakowało mu tchu. Zdenerwowanie wypełniało jego umysł po same brzegi, chociaż do końca nie był świadomy dlaczego.

— W takim razie… zobaczmy je. — Po chwili ciszy usłyszał głos Ślizgona. Bez zastanowienia kiwnął głową.


Srebrna, postrzępiona nić wirowała wściekle w naczyniu. W ciągu tych wielu lat zdobył mnóstwo cudzych wspomnień, ale nigdy nie widział, by któreś zachowywało się w ten sposób – jakby żyło swoim własnym życiem. Zacisnął rękę, czując pod palcami chłodny i śliski plastik, a wspomnienie w odpowiedzi dziko zapulsowało. Podniósł głowę, rozglądając się dookoła.
Członkowie Zakonu okrążyli stół, patrząc ze zniecierpliwieniem na postawioną na nim myślodsiewnię. W ciągu pół godziny po otrzymaniu niespodziewanej wiadomości niemalże ogłoszono stan wyjątkowy – Remus powiadomił najważniejszych ludzi i skontaktował się z dyrektorem w celu zdobycia misy. Teraz wszyscy stali, patrząc z oczekiwaniem na Harry'ego, który dalej kurczowo trzymał pojemnik. Był tam również Snape. Chłopak za wszelką cenę próbował nie patrzeć w jego kierunku, ale chęć przezwyciężyła wstyd. Kiedy zdał sobie sprawę, że mężczyzna przygląda mu się spod ściągniętych brwi, przeszedł go dreszcz. Czuł się jak kompletny idiota. Co to wszystko miało znaczyć? Dlaczego tak się stało?
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi na te pytania, w głowie miał mętlik. Nie rozumiał siebie, a tym bardziej swojego ciała. Później – obiecał sobie. Wszystko później się wyjaśni, wróci do normy. Teraz nie ma na to czasu.
Nagłym ruchem odkorkował naczynie i przechylił je, wlewając zawartość do misy. Serce waliło mu w piersi – nie wiedział, czego mógłby się spodziewać… jednak czuł, jakby wielkimi krokami zbliżał się przełomowy moment w jego życiu.

Wraz z opadnięciem nici na srebrną powierzchnię myślodsiewni otoczenie zmieniło się tak gwałtownie, że niektórzy aż się zachwiali.

Już nie znajdowali się w jednym z wielkich pokojów Grimmauld Place 12, ale w zaciemnionym, zagraconym gabinecie. Wspomnienie było niewyraźne, zamglone, w wypłowiałych kolorach. Harry dostrzegł postać siedzącą na krześle za biurkiem, otoczoną papierami, książkami i próbówkami. Rozpoznał w mężczyźnie Andy'ego, ale ten zdawał się być trochę młodszy i wyglądał na niezwykle zmęczonego. Zdjął okulary, przetarł opuchnięte powieki i zamknął znajomo wyglądającą żółtą aktówkę. Harry doskonale wiedział, co się w niej znajduje. Zamarł. Obok siebie usłyszał zaskoczone westchnięcia.
W jednej chwili wszystko zdawało się wybuchnąć. Otoczenie wirowało i pulsowało wokół chłopaka; jego zmysły nie były w stanie uporządkować wszystkich dźwięków, zapachów, obrazów. Widział Grahama, starego magomedyka, który klepie po ramieniu młodego mężczyznę z przepraszającym wyrazem twarzy, całe stosów papierów przewijających się przed oczami, wykresy, tabele, wszystko, wszystko… Zachrypnięty głos mówiący - cel uświęca środki, taka okazja już nigdy może się nie powtórzyć… Znajomo wyglądające korytarze szpitala, a w nich człowiek w białej, przerażającej masce. Śmierciożerca? Harry złapał się brzegu stołu, czując się jak w kolejce górskiej. Nie wyglądał na jedyną osobę, która za tym wszystkim nie nadążała. Całość była zlepkiem... nie, strzępem, wielu, ale to wielu wspomnień. W jego nozdrza uderzył zapach świeżo wypastowanej podłogi, następnie zobaczył, jak dwóch magomedyków przytrzymuje jakąś wyrywającą się postać; bose stopy szurały po posadzce, słyszał urywane szepty jakichś rozmów, stare, pomarszczone ręce zaciskające się na żółtej aktówce… Terapia eksperymentalna, usłyszał. Nie zawsze się udaje, nauka wymaga ofiar. Coś zimnego rozlało się w jego piersi, kiedy zauważył sznur kolejnych postaci pilnowanych przez inne, odziane w długie czarne płaszcze. Poznał też charakterystyczne niebieskie mundury ministerstwa.
Otoczenie zmieniło się po raz kolejny. Pod Harrym ugięły się nogi - to była ta mroczna, gwieździsta i krwawa noc w Staines… Uchylił się przed kolorowymi wstęgami zaklęć, które wypełniły pokój, chociaż wiedział, że to tylko wspomnienie, nic mu przecież tutaj nie grozi… Słyszał dookoła siebie krzyki, czuł smród spalenizny, gdzieś mignęła mu jego własna twarz… wyglądała tak dziwnie, nieludzko, wykrzywiona w grymasie, a w oczach płonęła nienawiść. Rozbrzmiały głosy - to on, to on, inaczej bym cię nie ratował… Nie mogą wiedzieć, że się obudziłeś… złapią cię, wszystko pójdzie na marne, dość, już dość… Wszystko wirowało jak w kalejdoskopie; im dalej, tym bardziej wszystko stawało się zamazane, zagmatwane, Harry nie wiedział gdzie ma podziać wzrok. Ostatnie, co rzuciło mu się w oczy, to drżąca ręka pisząca słowa wszystko w twoich rękach.

Trzask. Wszystko urwało się i ucichło jak za pstryknięciem palców. Znowu znajdowali się w pokoju. Serce biło mu w szaleńczym tempie, przerażenie sparaliżowało wszystkie kończyny i usta, nie był w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku… Dopiero teraz zauważył, że klęczy, trzymając się kurczowo stołu. Nogi zupełnie odmówiły mu posłuszeństwa. Cały dygotał. Nie, nie, nie mógł uwierzyć, wypierał się tego, to nie mogło być możliwe, to szaleństwo albo jakiś niezwykle kiepski żart…
Podniósł głowę. Widział ludzi, którzy wyglądali na spetryfikowanych, strach malował się na ich twarzach. Dostrzegł w tłumie bladą Hermionę dociskającą dłoń do ust, Snape'a z pochyloną głową, włosy znowu zasłoniły jego oblicze… ile by dał, by zobaczyć tą twarz, reakcję, wyraz czarnych oczu. Nie poruszył się.
Po chwili zdającej się trwać wieczność, usłyszał szloch.


— Walka z wiatrakami.

Nie podniósł głowy, nie miał siły. Jedyne, na co było go stać, to mocniejsze, jeszcze boleśniejsze zaciśnięcie dłoni na włosach. Siedział skulony przy kuchennym stole, łokcie oparł na starym, obdrapanym blacie. Desperacja, beznadzieja i niemoc zalewały go falami.
Chyba po raz pierwszy zgadzał się z Malfoyem. Tak bardzo chciał się mu sprzeciwić, powiedzieć, że to nie może być prawda, że wszystko jest za bardzo zagmatwane i niewyraźne w tym wspomnieniu… przecież mogli się pomylić, źle zinterpretować… jednak wiedział, że nie miał co się oszukiwać. Wszystko, pomimo tego całego szaleństwa, było klarowne.

— Przeciwko wszystkim? — Odezwał się cichy głos Hermiony. Harry bał się tego tonu, tak bardzo się bał, że miał ochotę zatkać sobie uszy i nic nie słyszeć. — Nie, to nie może być prawda…

— Ale na to wygląda — wtrącił gorzko Harry. — Wszystko składa się w pochrzanioną całość.

— Po prostu… tak trudno jest mi uwierzyć, że ludzie… organy władzy, służba zdrowia, ministerstwo… wie. Kładzie na to przychylną rękę. Pomaga. Współpracuje. — Zasłoniła rękoma twarz.

Cel uświęca środki. — Zacytował z ironią. — Ale dlaczego?

Odgłos odsuwanego krzesła, westchnięcie przepełnione pewnego rodzaju goryczą.

— Technologia? Medycyna? Druga taka okazja może się nie trafić? — zgadywał Ron. — Możliwość robienia postępów i rzeczy, których normalnie się nie robi? W tym całym rozgardiaszu, zwanym wojną, wszystko można ukryć i zatuszować.

Przypomniał sobie swoje zdumienie, gdy zobaczył przyjaciela, który – chyba po raz pierwszy w swoim życiu – ochoczo zajrzał do książek. Zdawało mu się to takie odległe i obce, jakby wspomnienie wcale nie należało do niego. Pamiętał opasłe tomy o tematyce wojennej, przerażające urywki cytowane mu przez rudzielca. Był wtedy niemal pewien, że nigdy go coś takiego nie spotka.
Miał cholerną rację, pomyślał chłopak, przypominając sobie jego przepełnione tłumionym strachem słowa i nadzieje - „tutaj to nie sięga tak głęboko, to było przecież tak dawno, w tych czasach wcale tego nie potrzebujemy" . Okazały się złudne.
Uzmysłowienie tego bolało go niesamowicie.
Odważył się spojrzeć na zebranych. Wszystko zamarło, a w całym domu panowała ociężała cisza, której tak bardzo nienawidził. Widział zastygłe twarze, zaciśnięte usta i dłonie.

Hermiona nagle wstała od stołu. Kilka osób drgnęło zaskoczonych, jakby zostały wyrwane z marazmu.

— Ja... — zaczęła niepewnie. — Wróćmy do pracy. Pomyślimy nad tym później — do jej głosu wkradły się błagalne nuty, co do niej nie pasowało.

Niektórzy pokiwali głowami, odsuwając swoje krzesła. Remus wyszedł z pomieszczenia bardzo szybko. Jego zgarbione barki wyglądały, jakby dźwigał na nich niewyobrażalny ciężar. Malfoy od początku bawił się swoim rodowym pierścieniem, okręcając go ciągle wokół palca i nie patrząc na pozostałych. Wyraz twarzy miał trudny do odczytania.

— Draco… — Od kiedy mówi do niego po imieniu? , pomyślał nieprzytomnie Harry. — Chodź, dokończymy twój świstoklik — dokończyła z prośbą w głosie, machając ręką na jego pierścień. Spojrzał na nią, jakby nie zrozumiał co powiedziała, ale po chwili skinął głową i zniknął wraz z dziewczyną za ciężkimi drzwiami.
On sam nie śmiał się ruszyć z miejsca. Nie wiedział gdzie się podziać, co ma zrobić… nie wiedział nic.

Dopiero po chwili, gdy wszyscy wyszli, odprowadzani cichymi szeptami i ponagleniami, zauważył Snape'a. Siedział kilka miejsc od niego, w palcach obracał mały słoiczek, którego wcześniej Harry nie dostrzegł. Mężczyzna w jednej chwili wstał i podszedł do niego. Harry drgnął nerwowo. Chciał zniknąć. Snape z cichym stuknięciem postawił słoik tuż pod jego nosem. Był wypełniony po brzegi miksturą.

— Co to? — spytał ochrypłym głosem. O co mu chodziło?

— Maść. Na twoją oparzoną rękę. — Odparł głosem wypranym ze wszelkich emocji. — Powinna pomóc.

Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku. Co to wszystko miało znaczyć? Spojrzał na mężczyznę, ponownie górującego nad nim. Zerknął na swoje czerwone ramię - zupełnie o nim zapomniał.
Snape odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Niewiele myśląc, Harry odezwał się.

— Przepraszam.

Snape stanął w miejscu, a plecy spięły się jeszcze bardziej. Odwrócił lekko głowę w jego stronę tak, że Harry mógł widzieć jego ostry profil. Czując nagły przypływ wyrzutów sumienia, chłopak zacisnął mocno wargi.

— To… — Zaczął niespodziewanie Snape. — Typowa dla zestresowanego dzieciaka reakcja…

Do Harry'ego nagle trafiło, o czym mówił Snape. Zaczerwienił się po końcówki uszu, a jego żołądek zawiązał się w supeł.

— Nie o tym mówię — burknął. Nie chciał tego wspominać, wciąż tak bardzo było mu wstyd. — Przepraszam za zaatakowanie ciebie. Miałeś rację. Jestem idiotą.

Snape nie odpowiedział, tylko wziął głęboki oddech. Atmosfera między nimi ponownie zgęstniała. Żaden z nich nie wykonał jakiegokolwiek ruchu.

— Ja… chcę jeszcze raz przejrzeć to wspomnienie — nie wiedział, po co to mówił. Nie potrafił przestać — Mam nadzieję jeszcze coś znaleźć, mogliśmy przeoczyć coś ważnego…

Snape odwrócił się w jego kierunku, marszcząc ciemne brwi. Do czego ten dzieciak zmierzał?

Harry wziął głęboki oddech.

— Pomożesz mi?

Twarz mężczyzny pozostała niewzruszona, ale w oku pojawił się dziwny błysk.

— Potter…

— Nic nie mów. — Schował twarz w ramionach, czując się jak kompletny idiota. — Proszę, po prostu się zgódź.

Serce na ten jeden moment przestało mu bić. Wcale nie oczekiwał pozytywnej odpowiedzi, ale on…

— Dobrze. — Usłyszał. Z zaskoczeniem poderwał głowę, ale Snape nie patrzył na niego, tylko gdzieś w dal. Przez chwilę stał jeszcze tak w ciszy, po czym ponownie się odwrócił, odchodząc powoli w swoją stronę.

Harry zamknął oczy. Oddech uwiązł mu w gardle, oczy zaczynały dziwnie piec i starał się jak tylko mógł, by jego głos nie zadrżał.

— Tak bardzo się boję.

Odpowiedziało mu milczenie.


— Po tym wszystkim zrozumiałem jedno.

— Co takiego, Harry?

— Nie należy bać się jednego człowieka. Należy bać się ludzi. Ich myśli, pragnień… ich idei.

— Co masz na myśli?

— Wszystko inne traci na swoim znaczeniu, kiedy zdajesz sobie sprawę, że… idea jest jak zaraza. Rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie, infekuje zatrważającą ilość osób, zakorzenia się bardzo głęboko, popycha ich do niewyobrażalnych i jednocześnie przerażających czynów… Tego należy się bać. Zarazy.


* ukłon w stronę A. Vulgarweed