Opadł bez życia na krzesło.

– Co za gówno – westchnął. Snape spojrzał na niego, marszcząc brwi. Harry przez chwilę starał się znaleźć na surowej twarzy cień złośliwości. – Niczego nowego się nie dowiedzieliśmy.

Snape opuścił różdżkę i odsunął się od myślodsiewni. Odszedł kilka kroków, następnie usiadł obok krzesła postawionego obok Harry'ego. Oparł łokcie na kolanach, przechylając znacznie tułów. Widać i jemu znużenie dawało się we znaki.

Harry zamyślił się na chwilę, zastanawiając się, co powiedzieć. Po raz kolejny przypomniał sobie, czemu tak bardzo nienawidził ciszy.

– Czemu wspomnienie tak się zachowuje?

Snape drgnął nieznacznie.

– Dziwne sformułowanie jak na pana, panie Potter – stwierdził, a Harry w odpowiedzi wywrócił oczami. – Zachowuje się, ale jak?

– Tak… gwałtownie. Ciągle coś przerywa, jakby… – przez chwilę szukał odpowiedniego porównania, jednak go nie znalazł. – Nawet kiedy wspomnienie było w pojemniku, nie zachowywało się normalnie. Wirowało i pulsowało, jakby ktoś je wrzucił do miksera.

Snape spojrzał na niego jak na wariata. Harry westchnął z irytacją, przymykając oczy. Wymamrotał coś na kształt „nieważne", kiedy mężczyzna w zamyśleniu odparł:

– Pan Andy Sturgis wiedział, że prędzej czy później osoby pracujące przy projekcie dowiedzą się o zdradzie. Zależało mu na czasie.

Wszystko w twoich rękach. Scena tłukła się w umyśle Harry'ego jak wściekła mucha o szybę.

– Ciekawe, gdzie teraz się znajduje. Może już nie żyć – skrzywił się, uświadamiając sobie najgorszą z możliwych opcji.

– Żal ci tego magomedyka? – W głosie Snape'a rozbrzmiały podejrzanie groźne nuty. – On również jest odpowiedzialny za to piekło, panie Potter.

– Uratował mi życie. Dwa razy – warknął Harry. Mężczyzna posłał mu drwiący uśmiech.

– To nie ma znaczenia. Nie czyni go to od razu człowiekiem, którego należy żałować.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że miał cholerną rację. Harry potarł skronie, czując nadchodzący ból głowy. Od momentu odstawienia eliksirów chodził niesamowicie osowiały i obolały. Dałby wszystko, by znów móc poczuć na języku słodki smak Eliksiru Bezsennego Snu, zasnąć spokojnie i nie śnić o niczym. Obudzić się na pozór rześkim i wypoczętym, nie zaś zlepionym własnym potem i nasieniem – pozostałością po raczej dość intensywnym śnie. W tej jednej sprawie Harry okazał się nieomylny – Snape zasilił szeregi jego najgorszych koszmarów. Niekoniecznie tych, których mógłby się spodziewać. Dobry boże, powinien się cieszyć, że po takim czasie w końcu miał erekcję. Stres potrafił być zabójczy dla popędu – to już wiedział. Ale nie miał pojęcia, w jaki sposób ma zareagować na tę rewelację. Dobry boże, minęło jedynie parę miesięcy odkąd przestał nienawidzić tego człowieka, choć dalej pozostawała zimna niechęć; już nie miał ochoty rzucić w niego jakimś paskudnym zaklęciem, kiedy tylko pojawił się w zasięgu wzroku, ale… to było ponad jego siły. Czyszcząc dowody dzisiejszego poranka, zastanawiał się, jak zareagowałby Snape, gdyby się dowiedział. Wyobrażał sobie jego minę, kiedy mu mówi, że w jego śnie ich mała bójka potoczyła się inaczej. Intensywniej. Lepiej, gorzej, dziwniej.

Jesteś zupełnie szalony. Nie mógł się z nim nie zgodzić.

Serce prawie wyskoczyło mu z piersi, kiedy Snape chwycił jego lewe ramię i podwinął rękaw bluzy. Przesunął długimi palcami po pomarszczonej skórze, a Harry wciągnął głośno powietrze. Jasna cholera!

– Niech pan tak nie panikuje – Snape nawet na niego nie spojrzał, kiedy to mówił. – Zaklęcie, za pomocą którego wywołano pożar, musiało być czarnomagiczne. Pozostanie dość paskudna blizna. Kolejna do kompletu – zerknął na czoło Harry'ego. Chłopak zacisnął wargi.

Snape odwrócił jego dłoń na wewnętrzną stronę i przysunął bliżej twarzy, oglądając szkody z bliska. Kiedy chłopak poczuł ciepły oddech na skórze, gwałtownie wyszarpnął rękę z uścisku. Mężczyzna spojrzał na niego, unosząc jedną brew. Nie skomentował tego. Harry poczuł, jak jego żołądek wywija salto. Całe szczęście jego śniada cera maskowała rumieniec. Zsunął rękaw bluzy na swoje miejsce i, o boże, za nic nie potrafił oderwać wzroku od twarzy Snape'a. Wzrok Harry'ego przesuwał się kolejno po długich pasmach czarnych włosów, przez orli nos i ciemne oczy. Nigdy przedtem nie był tak bardzo jak teraz świadomy swojego oddechu, który zdawał się przyspieszać z każdą chwilą. Nikt go w ten sposób nie dotykał. Ani Ron, ani Hermiona, a tym bardziej… Niech cię szlag, Snape.

– Ty też mi uratowałeś życie – wypalił niespodziewanie Harry. W jednej chwili, kiedy tylko zauważył pewien błysk rozbawienia w czarnych oczach, pożałował tego, co powiedział. Snape już otwierał usta, gotów coś powiedzieć, ale po chwili chłopak znowu się odezwał: – Niejeden raz.

Kącik ust mężczyzny powędrował w górę.

– Nie pierwszy, nie ostatni.

Harry zmarszczył brwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że cały czas ściska swoje poparzone ramię, tam, gdzie dotknął go Snape. Natychmiast przestał. Po dłuższej chwili odwrócił głowę w bok, wpatrując się w ścianę. Żołądek za nic nie chciał się uspokoić; czuł, jakby jego śniadanie za wszelką cenę chciało się wydostać na zewnątrz.

Mężczyzna wstał ze swojego miejsca, uprzednio chowając różdżkę w czarnych szatach.

– Przynajmniej dopóki nie będziesz potrafił zadbać o własną skórę, panie Potter.


Pacjent numer trzysta dwadzieścia siedem. Pacjent trzysta dwadzieścia siedem proszony do pokoju numer zero cztery. Powtarzam, pacjent…

– Merlinie, już tak późno? Tyle czasu nam zleciało na rozmowie?

– Harry, co to było?

– Spokojnie, bez obaw. Zapewne moja dzienna porcja eliksirów czeka na mnie ze zniecierpliwieniem.

– Słucham?

Odgłosy kroków, następnie ciche skrzypnięcie drzwi

Rozbrzmiewa obcy głos

– Panie Potter.

– Już, już. Widzisz, Deirdre? Mahomet nie przyszedł do góry, góra przyszła do Mahometa.

Chichot

– Coś pokręciłeś.

– Panie Potter!

– No, już! Merlinie, czy wy wszyscy musicie być tak cholernie poważni?

Szczęk szklanych buteleczek

– Eliksir Uspokajający? Nie rozumiem, jestem jak najbardziej spokojny… I widzę kolejne, czyżby to…?

– Panie–

Cisza

– Zadowolona? A teraz spadaj.

Drzwi skrzypią ponownie, odgłosy kroków stają się coraz cichsze

– Przepraszam cię za to, Deirdre… Te cholerne pielęgniarki naprawdę potrafią być upierdliwe.

– Co to było?

– To? Dokarmianie ćpunów. W końcu jakoś muszą trzymać wszystkich świrów pod kontrolą, prawda?

– Jakie eliksiry wam podają?

– Głównie uspokajające i osłabiające rdzeń magiczny, plus parę innych, ale to już w zależności od przypadku. Tak, wiem, paskudna sprawa. Ale nie mogą pozwolić na to, by jakiś wariat pod wpływem emocji i gwałtownych wybuchów magii zrównał z ziemią całą placówkę.

– Ale przecież to jest…

– Tak, wiem, też się czuję pokrzywdzony. Ale wierz mi, mamy swoje sposoby.

– Co masz na myśli, mówiąc „sposoby"?

– Moja droga, chyba nie oczekujesz, że będę ci zdradzał wszystkie moje sekrety?

– Chyba po to tu jesteśmy, prawda, Harry? Czytelnicy wprost umierają z ciekawości, co się dzieje z ich bohaterem czarodziejskiego świata. W ogóle jestem zdziwiona, że zgodziłeś się na wywiad.

Prychnięcie

– Bohater.

– Harry?

– Nic, nic. Gdybyś tylko wiedziała…

– Harry, wszystko w porządku?

Pauza

– Tak. Przepraszam. Nie lubię o sobie tak myśleć. Nie zasługuję na to, jeszcze nie teraz. Poza tym, przypomina mi to Severusa.

– W czym ci przypomina?

– Używał tego zwrotu… Bohater czarodziejskiego świata, wybawca, wybraniec… I wiele innych. W jego ustach zawsze brzmiało to inaczej. To znaczy… Zwracał się do mnie w ten sposób tylko wtedy, kiedy chciał mnie sprowokować, wytrącić z równowagi. Wiedział, gdzie uderzyć. Wiedział, że wcale nie czuję się bohaterem. Wiedział, że tego nienawidzę.

– Dlaczego?

– Dlaczego co? Dlaczego nienawidzę tego, czy dlaczego to robił? Odpowiedź na oba pytania jest prosta. Nienawidziłem tego zwrotu, bo nie ma powodu, by mnie tak nazywać. Zanim tutaj trafiłem, pozostawiłem za sobą zbyt wiele niedokończonych spraw, by móc zostać uznanym za bohatera. Chwilka, czekaj, przepraszam, że ci przerwę… I dlaczego to robił? Odpowiedź jest jeszcze prostsza – ponieważ był wrednym sukinsynem.

– Wiesz, gdzie się teraz znajduje?

Cisza

– Już się o to pytałaś, Deirdre.

– Naprawdę? Nie sądzę.

– Tak, pytałaś się. I ja po raz kolejny ci odpowiem – nie mam pojęcia, niestety. Sam chciałbym wiedzieć. A jeśli jesteś tak bardzo ciekawa tego, zawsze możesz zapytać Jasnowidza.

– Przepraszam, kogo?

– No, Jasnowidza. Jedna z najbardziej kolorowych osobowości w tym raju. Biedny staruszek ubzdurał sobie, że może przewidywać przyszłość. Więc postanowili go zapuszkować, czego kompletnie nie rozumiem – nikomu krzywdy nie robił. Powaliło ich kompletnie, w sensie, tych czubków z Ministerstwa. Z rozpędu potrafią połowę czarodziejskiej ludności zamknąć w pokojach bez klamek. W końcu jak jesteś wariatem, nie stanowisz wielkiego zagrożenia – nikt nie bierze cię na poważnie. Mogę papierosa? Przepraszam, połowę paczki ci wypaliłem. Obiecuję, że jeśli kiedykolwiek stąd wyjdę, to pierwszą rzeczą jaką zrobię będzie odkupienie ci papierosów.

Śmiech

– Oczywiście, Harry. Więc… pacjent numer trzysta dwadzieścia siedem?

– Słucham? Ach, tak. Awansowałem do bycia liczbą, kolejnym numerem w rejestrze. Już sam nie wiem, co jest gorsze – być elementem statystyki, czy też pionkiem na szachownicy wielkich ludzi.

– Zatem można powiedzieć, że tańczyłeś jak ci zagrali?

– Do czasu. Buntowałem się, oczywiście. Już ci opowiadałem o tej makabrze w Staines. Potem znowu byłem grzecznym chłopcem, ale tylko przez chwilę - dopóki wszystko nie zaczęło się sypać i wymykać spod kontroli.

– Co się stało?

– Odzyskaliśmy Tonks.


Z każdą mijaną godziną niepokój rozprzestrzeniał się w nim coraz bardziej. To nie tak powinno wyglądać, nie tak wyobrażał sobie swoją reakcję… Do tej pory myślał, że będzie się cieszył z powrotu Tonks; miał szczerą nadzieję zobaczyć ją całą i zdrową u progu Grimmauld Place 12, z uśmiechem na ustach i beztroskim – „Martwiłeś się o mnie? Niepotrzebnie. Miałam parę spraw do załatwienia, wszystko jest w porządku." Następnie poczochrałaby go po włosach i znowu przewróciłaby stojak na parasole, powodując przy tym duże ilości hałasu.

To nie tak powinno wyglądać, powtarzał sobie. Nie mógł się powstrzymać przed ponownym zerknięciem na Tonks. Od kilku godzin nie odzyskiwała przytomności. Jej jasna skóra wydawała się wręcz biała, jak gdyby od dawna nie zaznała promieni słonecznych. Nie było śladu po jej jaskrawo-różowych włosach; na ich miejscu znajdowała się plątanina szarych pasm. Nigdy nie widział jej takiej… bezbarwnej. Twarz nabrała nagle ostrzejszych kątów, kości policzkowe rzucały głębsze niż zazwyczaj cienie na skórze – podczas swojej nieobecności musiała stracić sporo na wadze. Jednak nie to niepokoiło go najbardziej.

– Nie została potraktowana żadną znaną mi klątwą – powiedział cicho Snape, przesuwając różdżką z jarzącą się końcówką wzdłuż ciała Tonks. – Nie jestem w stanie powiedzieć, co mogło wywołać śpiączkę.

Remus zmarszczył brwi, a następnie zamknął oczy. Przesunął ręką po twarzy przeoranej bliznami, a jego westchnięcie miało w sobie coś ze zrezygnowania.

– W dodatku żadnych obrażeń fizycznych. Nie mamy nic, co mogłoby nam wskazać, co jej dolega lub gdzie mogła przez ten czas przebywać. Merlinie, przez te parę tygodni mogło wydarzyć się wszystko – jęknął Lupin.

– Nie możemy przeprowadzać leczenia, nie widząc z czym mamy do czynienia. Swoimi działaniami możemy tylko jej zaszkodzić – odparł Snape, kładąc dłoń na jej czoło. Kobieta była zimna jak lód; gdyby nie unosząca się nieznacznie klatka piersiowa, mógłby uznać ją za martwą. Mężczyzna również był zaniepokojony stanem Tonks – nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Jednakże najdziwniejszą rzeczą w tym wszystkim był unoszący się wokół zapach jej ciała. Był… podejrzany. Przypominał mu coś, co wcale mu się nie podobało.
Harry, stojący tuż obok Snape'a, zagryzł wargi.

– Nie możemy w żaden sposób jej pomóc? – Wiedział, jak żałośnie brzmi jego głos, ale nic nie mógł na to poradzić. Mężczyzna spojrzał na niego. To, co zobaczył w oczach Snape'a prawie odebrało mu mowę. Nie widział tam niczego innego, jak tylko bezradność.

– Niestety – odparł bezbarwnie.


Harry nawet nie wiedział, kiedy znalazł się na korytarzu. Musiał jak najszybciej wyjść z pokoju, by tylko nie widzieć reakcji Remusa. Merlinie, przecież oni… chyba czuli coś do siebie, prawda? Jeszcze nigdy nie czuł się tak źle, jak teraz. Dopiero teraz do niego trafiło, że przez ten czas praktycznie nie widział Lupina w Grimmauld Place. Cały czas szukał Tonks, a kiedy tylko mu się udało… okazało się, że nie są w stanie jej pomóc. Nie wiedzieli, z czym mają do czynienia, byli kompletnie bezradni. Nie było gorszego uczucia niż to. Pamiętał iskierki nadziei błąkające się w oczach Remusa, kiedy tylko aportował się do domu wraz z Nimfadorą, przewieszoną bezwładnie przez jego ramię. Mężczyzna nie był w stanie sklecić porządnego zdania, kiedy pospiesznie tłumaczył im, w jakich okolicznościach ją znalazł. Z tego, co Harry zrozumiał z nieskładnej wypowiedzi wilkołaka, leżała bez życia na ziemi dosłownie kilkaset metrów od siedziby Kwatery Głównej. Mężczyzna, w pierwszej chwili przekonany, że kobieta nie żyje, był zrozpaczony i przerażony; jednak po chwili udało mu się wyczuć pod palcami słaby puls, po czym bezzwłocznie aportował się wraz z nieprzytomną kobietą.

Harry westchnął ciężko. Czemu wszystko musi się tak chrzanić? Był przekonany, że po obejrzeniu wspomnienia Andy'ego nic gorszego nie może go spotkać. Na dodatek wcale się nie posunęli w swoim zadaniu razem ze Snape'em. W dokumentach skradzionych śmierciożercom nie wszystko trzymało się kupy – zupełnie, jakby zapiski nie były do końca skompletowane…

Prawie podskoczył, kiedy usłyszał trzask dochodzący zza zamkniętych drzwi po jego prawej stronie. Biblioteka? Zmarszczył brwi. Potem kolejno do jego uszu dotarły tępe odgłosy rzucanych przedmiotów na podłogę, czyjś głośny oddech i żałosny jęk.
W kilku krokach znalazł się przy drzwiach i pchnął je, próbując otworzyć, jednak były zamknięte. Już unosił swoją różdżkę, gotów rzucić zaklęcie odblokowujące, ale właśnie wtedy usłyszał przytłumiony, histeryczny głos Hermiony.

– Nie wchodzić!

– Hermiono, to ja, Harry! – krzyknął, czując, jak niepokój ponownie się w nim rozlewa. Co się dzieje? – Proszę, wpuść mnie!

Przez chwilę w pomieszczeniu panowała cisza. Zniecierpliwiony, walnął pięścią w drzwi.

– Hermiono! – ponaglił ją, starając się brzmieć groźnie.

Klamka rozbłysła na krótko blado-niebieskim światłem i drzwi same otworzyły się na oścież. Harry wydał z siebie zaskoczone westchnięcie. Jego przyjaciółka niezgrabnie siedziała między wysokimi półkami, otoczona rozrzuconymi dookoła grubymi woluminami. W rękach ściskała znajomo wyglądającą żółtą aktówkę, a po policzkach toczyły się łzy. Spojrzała na niego czerwonymi od płaczu oczami i pociągnęła nosem. Harry w jednej chwili znalazł się przy niej. Kucnął i chwycił Hermionę za ramiona, spoglądając jej w twarz.

– Hej, co się… – nie dokończył zdania, ponieważ dziewczyna straciła jakiekolwiek resztki swojego opanowania. Rozpłakała się głośno, wciskając mokrą twarz w bark Harry'ego. Zszokowany zachowaniem swojej przyjaciółki, objął ją niezręcznie i pozwolił, by łzy wsiąknęły w materiał bluzy.

– Gdybym tylko… – jęknęła żałośnie. Harry ścisnął dziewczynę mocniej, próbując w jakiś sposób dodać jej otuchy.

– Hermiono…

– Gdybym tylko sprawdziła ten pierdolony świstoklik! Harry, ona… Kiedy tylko Remus się pojawił, wraz z nią… Myślałam, że nie żyje! Wygląda, jakby była martwa! – wykrzyczała te słowa, a Harry nie miał najmniejszego pojęcia, co zrobić. Co do ostatniego, nie mógł się z nią nie zgodzić.

– O czym ty mówisz? Hermiono, proszę, uspokój się…

Przez jej spięte ciało przeszedł krótki spazm dreszczy. Harry nawet nie zwrócił wcześniej uwagi na to, że głaszcze ją po plecach, jednak zdawało się, że pomaga to dziewczynie w uspokojeniu się. Jeszcze przez chwilę ciągnęła nosem, dalej nie przestając drżeć. Delikatnie odsunęła się od niego i spojrzała prosto w oczy. Jeszcze nigdy nie widział swojej najlepszej przyjaciółki w takim stanie.

– Świstoklik Tonks był jednym z pierwszych, które wykonałam – zaczęła ochryple. – Mogłam coś schrzanić, przez co nie odpalił się w momencie ucieczki. – Zacisnęła mocno usta, a oczy znowu zrobiły się pełne łez. Harry, przeczuwając kolejny atak histerii, odparł szybko:

– Hermiono, nie możesz tego wiedzieć. Wszystkie świstokliki działały bez zarzutu! – Dla podkreślenia swoich słów, ścisnął mocno jej ramiona. Miał nadzieję, że nie pozostawi na nich siniaków.

– To dlaczego nie zdołała uciec? – jęknęła. – Gdybym tylko sprawdziła, czy działa poprawnie…

– Przestań się obwiniać – przerwał jej ostro. – Nie wiemy, co się wydarzyło. Równie dobrze, mogę obwiniać samego siebie, bo to mnie oczekiwali w miejscu ataku… ale przecież o niczym nie wiedzieliśmy i nie spodziewaliśmy się takiej przewagi liczebnej…

– Harry…

Niewiele myśląc, znowu przycisnął ją mocno do siebie. Hermiona wtuliła się w jego ramiona. Przez chwilę siedzieli w ciszy, obejmując się wzajemnie.
Doskonale wiedział, co czuje przyjaciółka. Kiedy tylko zobaczył, w jakim stanie jest Tonks, nim samym targnęły podobne emocje. Tak jak ona, zadawał sobie pytania, pluł w brodę, szukał odpowiedzi… Ostatkiem sił trzymał swoje opanowanie na wodzy, ale kiedy tylko zobaczył płaczącą Hermionę, zdał sobie sprawę, że obwinianie się jest bezcelowe. Nie mogą jej pomóc, będąc w takim stanie. Czym prędzej muszą pozbierać się do kupy i zacząć działać.

– Najgorsze, co możemy zrobić, to siedzieć bezczynnie – powiedział cicho w jej włosy. – Musimy zacząć działać w jakikolwiek sposób.

– Wiem o tym – szepnęła Hermiona, kiwając żarliwie głową. – Jak myślisz, dlaczego tutaj jestem?

– Panna–Wiem–To–Wszystko jak zwykle próbuje znaleźć odpowiedź na dręczące ją pytania

– powiedział miękko, a dziewczyna parsknęła krótkim, suchym śmiechem. – Przepraszam, słaby żart – dodał.

– Nie szkodzi – odparła już spokojniej. Odsunęła się od Harry'ego i przetarła ręką czerwone oczy. Całe szczęście histeria już minęła. Hermiona wzięła głęboki oddech, po czym spojrzała na przyjaciela i uśmiechnęła się przez łzy.

– Dziękuję. I przepraszam. Musiałam dać niezłe przedstawienie.

– Nie szkodzi – mrugnął do niej. Po chwili spoważniał. – Ja… rozumiem to. W pewien sposób.

Nie odpowiedziała. Zamiast tego czym prędzej zaczęła zbierać porozrzucane dookoła opasłe tomy w jedną kupkę. Harry zdążył zauważyć kilka książek traktujących o czarnej magii i medycynie.

– Postanowiłam przejrzeć parę tytułów, może znajdę coś przydatnego – zaczęła cicho, nie patrząc na chłopaka. Wyglądała, jakby odzyskała swój dawny rezon. Odgarnęła kręcone włosy z twarzy i już miała sięgnąć po żółtą aktówkę, jednak Harry ją uprzedził.

– Skąd to wzięłaś? – spytał. – Ostatnio te dokumenty leżały w gabinecie Snape'a.
Spodziewał się wszystkiego, ale nie przerażenia jawiącego się w brązowych oczach dziewczyny.

– Ja… Nie mogłam siedzieć bezczynnie, musiałam zacząć coś robić… – Hermiona zaczęła się prędko tłumaczyć. – Kiedy profesor Snape zajmował się Tonks, ja… poszłam do jego gabinetu, złamałam zaklęcia zabezpieczające… Były skomplikowane, więc zajęło mi to trochę czasu. Pomyślałam, że mogą mi się przydać w ustaleniu tego, co dolega Tonks, może znalazłabym chociaż jakąś wskazówkę… i po prostu je wzięłam – dokończyła szeptem, kuląc ramiona.
Harry z każdym jej słowem coraz bardziej zaciskał usta. Dziewczyna patrzyła na niego z paniką w oczach, oczekując jakiekolwiek reakcji na to, co powiedziała. W końcu chłopak nie wytrzymał i roześmiał się głośno.

– Jesteś niemożliwa! – sapnął. – Mógłbym się spodziewać po tobie wielu rzeczy, ale nie kradzieży – uśmiechnął się, a twarz Hermiony momentalnie zrobiła się czerwona. Nagle jej oczy rozszerzyły się, a z gardła wydobył się dziwny odgłos; coś na pograniczu strachu i zrozumienia.

– Snape mnie zabije, jak tylko się zorientuje – schowała twarz w dłoniach.


Cóż, w tej jednej sprawie Hermiona może mieć rację, pomyślał Harry, obserwując Snape'a.

– Impertynenckie bachory – mruknął mężczyzna rozeźlony. – Gryfońska zaraza…
Harry parsknął, za co zarobił wściekłe spojrzenie od Snape'a. Ten gwałtownym ruchem wyrwał chłopakowi z rąk dokumenty i trzasnął nimi o stół. Harry ostentacyjnie wywrócił oczami, po czym położył obok papierów stertę książek, które zabrał wcześniej od Hermiony.

Pierwszą rzeczą jaką zrobił po rozmowie z przyjaciółką, było udanie się do komnat mężczyzny. Tak jak sądził, zastał tam Snape'a, ale nie takiego widoku się spodziewał – rozjuszony mistrz eliksirów miotał się wokół swojego gabinetu, naprawiając złamane osłony. Wyglądał na naprawdę wytrąconego z równowagi; kiedy tylko Harry wkroczył do pomieszczenia wraz z materiałami, został właściwie przyszpilony do ściany i zmuszony do wyjaśnienia całej sytuacji.

– Potter, ty młodociany recydywisto, jak śmiesz po tym wszystkim ponownie włamywać się do moich komnat? – warknął, przyciskając rozżarzony koniec różdżki do gardła chłopaka. Brwi Harry'ego wystrzeliły w górę – Nie po to zakładałem takie osłony, po twoich ostatnich wybrykach, byś mógł bezkarnie po raz kolejny…

– Snape, zabierz tą różdżkę – chłopak z trudem powstrzymał uśmieszek wpływający na jego usta. – To nie byłem ja – powiedział spokojnie.

Co dziwniejsze, ta informacja wzburzyła mężczyznę jeszcze bardziej.

Po chwili Harry stwierdził, że oglądanie Snape'a w takim stanie jest całkiem zabawne. Jak można się było domyślić, mężczyzna nie podzielał jego zdania, i bez cienia zażenowania klął na dwójkę byłych wychowanków Gryffindoru. A Harry – ktokolwiek mu świadkiem – starał się zapamiętać najlepsze epitety, przy czym zagryzał wargi prawie do krwi, by tylko nie roześmiać się w głos.

– Gdzie jest panna Granger? – wycedził Snape.

Harry westchnął. Nie odpuścisz, prawda?

– Odesłałem ją do pokoju, by się trochę przespała – odparł. – Była naprawdę wstrząśnięta tym wszystkim. I mogę przysiąc, że jest jej strasznie przykro z powodu tego, co zrobiła.

– Przykro! – prychnął mężczyzna. – Potter, pragnę cię uświadomić, że moja prywatność po raz kolejny została naruszona…

– Była zdenerwowana – powtórzył Harry, który powoli zaczynał tracić cierpliwość.

– Jak my wszyscy.

– Nie wiedziała do końca, co robi.

– Potter, przestań ją tłumaczyć – westchnął podirytowany Snape. Harry nie odpowiedział.

Najwidoczniej i mężczyzna zechciał zaprzestać kontynuowania tego tematu, ponieważ zbliżył się do stołu, na którym znajdowały się księgi. Wyciągnął rękę i długim palcem przesunął po skórzanej okładce. – Po co to przyniosłeś? – spytał już spokojniej.

– Chciałbym zacząć szukać przyczyny stanu Tonks. Może w ten sposób będziemy mogli jej pomóc. Jeśli oczywiście coś znajdziemy.

– To bezcelowe – odparł Snape. – Większość pozycji w tej bibliotece już dawno przejrzałem. I muszę przyznać, że jeszcze nigdy w całym swoim życiu nie spotkałem się z takim przypadkiem.

– Musi być jakiś sposób – jęknął Harry.

– Oczywiście, że jest. Ale nieprędko się dowiemy.

– Zawsze musisz być tak negatywnie nastawiony do wszystkiego?

– Jestem realistą, Potter.

– Raczej fatalistą – odburknął. Brew Snape'a powędrowała w górę. Chłopak odetchnął ciężko i całym ciężarem zwalił się na krzesło. Pochylił się nad stołem, opierając łokcie o blat i wplatając dłonie we włosy. – Mam już dość. Ile jeszcze będziemy tkwić w tym gównie? Nie mamy żadnego dobrego planu, nie posunęliśmy się ani trochę w badaniach nad zaklęciem, ponieważ dokumenty wydają się być niekompletne. Dodatkowo nie jesteśmy w stanie pomóc Tonks. Pięknie.

– I ko tu jest fatalistą, panie Potter? – mruknął Snape. – I ma pan rację, odnośnie zapisków badań Śmierciożerców. W końcu to tylko jedna teczka. Kto wie, może być ich więcej.
Harry uniósł głowę, zainteresowany słowami mężczyzny.

– Też o tym pomyślałeś? – spytał.

– Trzymanie kopii wszystkich dokumentów w jednym miejscu byłoby dla nich zbyt ryzykowne. Są bardzo ostrożni; przykładem tego jest między innymi fakt, że nie dopuścili mnie do projektu – odpowiedział Severus, którego oczy nagle pociemniały. – Od jakiegoś czasu nie odczuwam również żadnych aktywności Mrocznego Znaku – dodał ciszej.

– Co…? – Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku. – Masz na myśli… Voldemort… że Voldemort odsuwa cię od Wewnętrznego Kręgu? Wiedzą, że jesteś szpiegiem? Jak? – Nie mógł w to uwierzyć. Miliony pytań bez odpowiedzi przewijały mu się przez głowę z zawrotną prędkością. Czemu dopiero teraz o tym mówi?

– Mogę się jedynie tego domyślać – odparł w zadumie Snape. Oparł się biodrem o krawędź stołu, przy którym siedział chłopak, i skrzyżował ramiona na piersi. – Jednakże, sądzę… że to wszystko nie może być niefortunnym zbiegiem okoliczności. Od chwili swojego pierwszego upadku Czarny Pan miał wątpliwości co do mojej lojalności. Jestem pewien, że polowanie na mnie prędzej czy później się rozpocznie. Dziwi mnie jedynie to, że nie zrobili tego wcześniej.
Harry'ego zmroziło, nagle uświadamiając sobie najgorszą opcję z możliwych.

– Przestań – szepnął. Serce waliło mu wściekle w piersi. Czuł jak ogromny ciężar opada mu na same dno żołądka. Wpatrzył się tępo w przestrzeń; to wszystko zaczynało go przerastać. Miał wrażenie, jakby głowa miała mu zaraz eksplodować od nadmiaru wszelkich myśli.

– Potter? – Jak przez mgłę, usłyszał miękki głos mężczyzny. Ocknął się z transu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jego wzrok znajduje się na wysokości krocza mężczyzny i bezczelnie się w niego gapi. Momentalnie poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. Niechciana scena z dzisiejszego, dosyć osobliwego snu, zalała mu umysł.

– Ja… przepraszam. Muszę wyjść – mruknął i pospiesznie wstał, niemal przewracając krzesło. Zostawił za sobą w pomieszczeniu Snape'a patrzącego na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.


Pomimo ogromnego zmęczenia, Harry nie potrafił zasnąć. Już nawet nie był w stanie zliczyć, który to już raz z rzędu. Powieki mu ciążyły, ale kiedy tylko je zamykał, umysł podsuwał mu najróżniejsze scenariusze. W jego głowie tłukły się sceny dzisiejszego dnia – przerażające wspomnienie Andy'ego, histeria Hermiony, słowa Snape'a. Obraz mężczyzny ze snu. Zupełnie oszalałem, pomyślał cierpko. Przekręcił się na drugi bok i wlepił wzrok w szafkę stojącą koło łóżka. Od momentu przekroczenia progu pokoju toczył zażartą walkę z samym sobą, by jej nie otworzyć i nie sięgnąć po wciśnięte wgłąb małe pudełko.

Mała porcja Eliksiru Uspokajającego nie powinna mi zaszkodzić. Jak na zawołanie, tuż przed oczami chłopaka pojawiła się twarz Severusa; a dokładniej jego pełne politowania spojrzenie. Wzdychając z bólem, odwrócił wzrok od nęcącej go szafki.

Na dodatek skończyły mu się papierosy. Kurwa mać.

Zirytowany, gwałtownie podniósł się z wymiętego łóżka. Nie, nie mógł tak leżeć, to bez sensu. I tak nie zaśnie, za dużo ma teraz na głowie. Potrzebował… właśnie, czego? Spokoju? Snu? Ucieczki? Każda z tych rzeczy wydawała się w tym momencie taka nieosiągalna. Czuł, jakby miał przed sobą barierę nie do przeskoczenia.

Nie, przestań o tym myśleć. Wstał, i nawet nie zawracając sobie głowy czymś tak trywialnym jak poprawienie posłania, wyszedł z pokoju. Dopiero kiedy znalazł się na korytarzu, zdał sobie sprawę, jaki zaduch panował w pomieszczeniu. Odetchnął głęboko i pomimo totalnych ciemności ruszył przed siebie. Nie potrzebował światła. Podczas swoich samotnych wędrówek po domu zdążył zapoznać się z każdym jego zakamarkiem; w każdym razie wystarczająco, by móc nie wyrżnąć boleśnie o cokolwiek. W takich niechcianych momentach przypominał mu się Hogwart. Wspomnienia były na swój sposób gorzkie; czuł, jakby raz na zawsze stracił możliwość powrotu do prawdziwego domu.

Mimo wszystko, nie potrafił nazwać Grimmauld Place 12 swoim domem – nawet jeśli był przepisany na niego w spadku. To był bardzo dziwny okres w jego życiu, który akurat związał się na stałe z tym miejscem. Nie potrafił nazwać domem miejsca, w którym czuł się jak więzień – właściwie bez możliwości wyjścia, skazany na – co najwyżej – nocne wędrówki po opustoszałych korytarzach. Znał je wszystkie aż za dobrze – do każdej wystającej, skrzypiącej deski. Do każdego krzywego stopnia długich, drewnianych schodów.

Czuł, jak jego ramiona mimowolnie się spinają. Drzwi od pokoju w którym obecnie przebywała Tonks były lekko uchylone. Zauważył wylewające się zza szczelin delikatne, migocące światło. Nieco zaniepokojony, ruszył przed siebie. Starając się być jak najciszej, naparł dłonią na chłodne drewno i pchnął. Mimo tej całej ostrożności, drzwi skrzypnęły cicho. Usłyszał czyjeś zaskoczone westchnięcie.

– Merlinie, Harry, przestraszyłeś mnie! – wyszeptała Hermiona, kładąc dłoń na sercu. Chłopak poczuł dziwne ukłucie w piersi, kiedy zauważył swoją przyjaciółkę siedzącą na krześle, tuż obok nieprzytomnej Tonks. Migoczące światło wiszących w powietrzu świec rzucało długie cienie, przez które aurorka wyglądała jeszcze upiorniej niż za dnia. Na ten widok jego żołądek zawiązał się w supeł.

– Co tutaj robisz? – spytał bardzo cicho, zbliżając się do dziewczyny. Dopiero teraz zauważył, że ściska dłoń Nimfadory. Chłopak przełknął ślinę, nagle czując suchość w gardle. – Mówiłem ci, żebyś się położyła.
Hermiona uśmiechnęła się delikatnie.

– Nie potrafiłam zasnąć.

– Ja również – odwzajemnił uśmiech. Chwycił za krzesło stojące w rogu pokoju, i starając się robić jak najmniej hałasu, postawił je tuż obok łóżka i usiadł. – Gdzie jest Ron?

– On nigdy nie ma problemów z zaśnięciem, niezależnie od okoliczności – parsknęła dziewczyna. – Zazdroszczę mu tego.

Harry mruknął na znak zrozumienia. Cisza domu ciążyła na jego barkach. W takich momentach zdawał sobie sprawę, dlaczego jest taka przerażająca – każdy, nawet najmniejszy, dźwięk odbijał się echem w jego głowie. Obserwował jak klatka piersiowa kobiety unosi się w spokojnym, bardzo powolnym rytmie.

– Długo tu jesteś? – wyszeptał, nie mogąc znieść milczenia. Obserwował Hermionę, która z kolei zmęczonym wzrokiem wpatrywała się w Tonks.

– Trochę. Wiesz, jak to jest, kiedy wyrzuty sumienia nie dają ci normalnie funkcjonować?

– Aż za dobrze – szturchnął dziewczynę delikatnie ramieniem.

– Tak w ogóle, to czemu szepczemy? – zwróciła się do Harry'ego z uśmiechem, który nie sięgał oczu. Przez chwilę obserwował, jak światło świec tańczy na jej ściągniętej twarzy. – I tak jej nie obudzimy. – Pomimo usilnego pragnienia rozładowała sytuacji, nie udało się jej tego dokonać. Harry zagryzł wargi. Gdzieś w jego umyśle majaczyła myśl, że przychodzenie tutaj było błędem.

– Mimo wszystko, spróbuj się przespać. – W geście pocieszenia położył Hermionie rękę na ramieniu i lekko ścisnął. – A ty – zwrócił się do leżącej nieruchomo Nimfadory – wiem, że mnie nie słyszysz, ale… proszę cię, zdrowiej. Wszyscy na ciebie czekamy.
Prawie się wzdrygnął, kiedy delikatnie musnął dłoń kobiety. Była lodowata.

– Zaraz się położę – mrugnęła okiem przyjaciółka. – Dziękuję ci, że tutaj przyszedłeś. Chociaż domyślam się, że znalazłeś się tutaj raczej z przypadku.

– Czy ty zawsze wszystko wiesz? – odparł z udawanym przekąsem Harry, a dziewczyna w odpowiedzi parsknęła krótkim, cichym śmiechem. – Dobranoc, Hermiono.

– Dobranoc.

Harry wstał, odsuwając krzesło. Dziewczyna nie spuszczała z niego wzroku, kiedy schował różdżkę do tylnej kieszeni spodni i podszedł powoli do drzwi. Wytarty dywan tłumił jego kroki.
Chłopak dalej nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nocna wędrówka po domu wcale nie ukoiła jego nerwów, wręcz przeciwnie. Nie lubił tego pozornego stanu wyciszenia się.

Kiedy tylko położył dłoń na klamce z zamiarem wyjścia z pokoju, usłyszał dziwne rzężenie. Na ten jeden moment serce prawie wyskoczyło mu z piersi, a ciałem targnął zimny dreszcz. Odwrócił się gwałtownie, wyciągając różdżkę z kieszeni i unosząc ją do góry. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że to Hermiona tak ciężko oddycha. Wyglądała, jakby dusiła się i brakowało jej tchu. Doskoczył do niej w dosłownie jednym kroku; chwycił za ramiona i spojrzał na jej twarz. Wszystkie mięśnie w ciele przyjaciółki były napięte do granic możliwości.

– Hermiono, co–

I właśnie wtedy zobaczył w oczach dziewczyny coś na kształt przerażenia. Wzrok Harry'ego powędrował w tym samym kierunku, w którym patrzyła dziewczyna. Poczuł, jak oddech więźnie mu w gardle.

Oczy Tonks były szeroko otwarte.


Usłyszał kroki na schodach, a następnie czyjeś przytłumione głosy.
Odwrócił się i oderwał wzrok od miedzianej tabliczki zdobiącej drzwi jego pokoju; i tak za nic nie potrafił rozczytać, co jest na niej wyryte. Znajdował się na długim korytarzu przy Grimmauld Place 12. Tak przynajmniej mu się wydawało – wnętrze budynku wyglądało zupełnie inaczej, niż je zapamiętał. Przez małe okienko wlewała się pomarańczowoczerwona poświata późnego, zapewne letniego popołudnia. W powietrzu tańczyły drobinki kurzu, przez co coraz trudniej było mu zaczerpnąć oddech. Nie wiedzieć czemu, przypomniała mu się pierwsza wizyta w tym domu – jeszcze za czasów, kiedy nie czuł się w nim jak więzień.
Nagle głosy ucichły, a zza zakrętu wyłoniła się znajoma postać.

– Tonks? – spytał zdziwiony. – Chyba nie powinnaś jeszcze wstawać?

Kobieta nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Miała na sobie swoją aurorską szatę. Wyglądała tak jak dawniej; była tak samo radosna i promienna, kiedy widział ją ostatnim razem. Jedynym szczegółem, nie pasującym do reszty, był kawałek folii wystający zza jej kołnierza szaty. Wyciągnął rękę w jej kierunku.

– Z kim rozmawiałaś? – zagadał ponownie, poprawiając jej ubranie. Wsunął z powrotem wystający kawałek folii tak, by nie było go widać. Knykcie Harry'ego musnęły jej skórę na szyi. Była zimna.

– Powiedział, że jestem doskonała – odparła po chwili. Dopiero teraz zauważył, że nic nie pozostało z jej jaskrawo-różowych włosów; na ich miejscu pozostała plątanina szarych pasm.

Wziął głęboki oddech, próbując uspokoić wściekle galopujące serce. Rozwarł powieki, nie wiedząc, gdzie podziać wzrok. Przez chwilę patrzył się tępo w sufit, obłożony zieloną, po części już zdartą tapetą. Przez małe okienko w pokoju Harry'ego wlewało się słabe, popołudniowe światło. Żołądek skręcił mu się w supeł, kiedy poczuł niemiłe wrażenie déjà vu; w powietrzu tańczyły drobinki kurzu, a jemu samemu znów zaczynało brakować tchu. W pomieszczeniu panował niesamowity zaduch. Wcisnął okulary na nos i natychmiast zerwał się z posłania, chcąc jak najszybciej wydostać się z pokoju. Tył jego koszulki przykleił mu się do mokrych od potu pleców.

Wypadł na korytarz. Walcząc z tym dziwnym, nierealnym uczuciem nagłego wyrwania się z głębokiego snu, ruszył w kierunku schodów. Niemalże odetchnął z ulgą, kiedy zdał sobie sprawę, że za zakrętem nikt na niego nie czeka. Miał wrażenie, jakby jego umysł pracował na wyjątkowo zwolnionych obrotach. Lekko chwiejnym krokiem skierował swoje kroki do łazienki, chcąc zmyć z siebie cały lepki brud poprzedniej nocy. Kiedy tylko zobaczył swoje odbicie w lustrze, momentalnie się skrzywił. Wyglądał jak gówno – podkrążone oczy, twarz mokra od potu, włosy potargane bardziej niż zwykle.

Wszystkie czynności w łazience wykonywał automatycznie, nie myśląc o nich wcale. Nie potrafił się skupić na niczym. Dałby wszystko za poranną (popołudniową?) kawę i papierosa. Po skończonej toalecie podążył w kierunku kuchni.

Niepokój zaczął ogarniać jego ciało, kiedy – jeszcze nie do końca rozbudzony – usłyszał czyjeś przytłumione głosy. Zwolnił kroku i zaczął uważnie nasłuchiwać. Spokojnie, spokojnie. To tylko głupi sen, a ty już wpadasz w paranoję. Wyjrzał zza framugi drzwi.

Przy kuchennym stole siedzieli Ron i Hermiona, którzy rozmawiali ze sobą przyciszonymi głosami. Oboje trzymali w dłoniach popękane kubki, z których buchała para. Potter, jesteś idiotą. Kogo innego mógłbyś się spodziewać? Ruszył w ich kierunku, powłócząc nogami.

– Harry! – wyszczerzył się Weasley, kiedy zauważył zbliżającego się chłopaka. – Stary, wyglądasz jak gówno – i o ile to możliwe, uśmiechnął się jeszcze szerzej. Harry już dawno nie widział go w takim dobrym nastroju. Hermiona nie wyglądała już tak radośnie – zdradzał ją nieznaczny, zdenerwowany uśmiech. Kiwnął obojgu przyjaciołom głową na powitanie.

– Dzięki. Sam już zdążyłem to zauważyć – rzucił z przekąsem. Zwalił się niezgrabnie na krzesło tuż obok dziewczyny. Przetarł dłonią rozespane oczy.

– Stary, uśmiechnij się – rzucił lekko Ron. Harry skrzywił się w odpowiedzi. – Mamy w końcu powody do radości! Jest piękny dzień, przespałeś ponad dziesięć godzin, jak normalny człowiek, na dodatek Tonks w końcu się obudziła.
Chłopak zmarszczył brwi, czując małe ukłucie niepokoju.

– Jak to: obudziła się? – spytał, patrząc się na Weasleya. Teraz to Hermiona posłała mu pytające spojrzenie.

– Nie pamiętasz? – zwróciła się do Harry'ego, którego twarz nagle stężała. – Wczoraj w nocy, kiedy zastałeś mnie w jej pokoju. Przysięgam, jeszcze nigdy przedtem mnie tak nie wystraszyła – zaśmiała się dziwnym, trochę suchym śmiechem, po czym potarła dłonią skroń.

Harry próbował uspokoić coraz szybciej bijące serce. Hermiona, widząc jego reakcję, odezwała się ponownie:

– Pamiętasz chociaż, co się stało potem? – Chłopak w odpowiedzi pokręcił głową. – Postawiliśmy na nogi praktycznie cały dom. Poszedłeś do Snape'a i obudziłeś go, waląc pięścią w jego drzwi. Wściekł się na ciebie, ale słysząc o przebudzeniu Tonks, natychmiast wstał i chwilę później zjawił się w jej pokoju. Ty natomiast, zaraz po tym zniknąłeś.

– Zniknąłem? – Harry czuł, jak w jego gardle rośnie dziwna gula. – Niczego nie pamiętam. Znaczy, jak przez mgłę pamiętam obudzenie się Tonks, ale to, co się stało potem… zupełnie nic, pustka – dodał ciszej.

Brwi Hermiony powędrowały w górę.

– Snape powiedział, że… No, w każdym razie, stwierdziłeś, że jesteś zmęczony i że idziesz spać. Nic dziwnego, nie zmrużyłeś oka przez prawie dwie noce – uśmiechnęła się lekko. – Najwyraźniej naprawdę musiałeś padać z nóg, skoro tego nie pamiętasz.

– Najwyraźniej – potwierdził sucho Harry. Nie czuł się jakoś szczególnie dobrze z tą informacją.

Ron westchnął ostentacyjnie i wstał. Zdawało się, że ta rewelacja nie ruszyła go w jakikolwiek sposób.

– Jak dla mnie, dalej jesteś nieprzytomny, stary. To co, kawa? Jakieś śniadanie? – spytał dziarsko. Harry kiwnął bezwiednie głową w odpowiedzi.

Chłopak przez chwilę obserwował swojego przyjaciela, który energicznie krzątał się po kuchni. Nie pamiętał, żeby Ron kiedykolwiek proponował mu śniadanie. Musiał być w naprawdę rewelacyjnym humorze. Harry miał wrażenie, jakby dalej tkwił w jakimś absurdalnym śnie. Skierował swoją uwagę na Hermionę. Wyglądała na zmartwioną i wcale nie odwzajemniała entuzjazmu swojego chłopaka.

– Coś się stało? – spytał się dziewczyny.
Hermiona drgnęła.

– Chodzi o to, że… Tonks od momentu przebudzenia zachowuje się dziwnie.

– Dziwnie?

– No, chodzi o to, że… Nie odezwała się ani słowem. Praktycznie w ogóle się nie rusza i nie reaguje na to, co się do niej mówi. Kiedy zaproponowałam, czy przynieść jej coś do przegryzienia, tylko się na mnie patrzyła. Jakby… wpadła w jakiś marazm – zmarszczyła brwi, głęboko się nad czymś zastanawiając.

– Musi być w szoku – odezwał się niespodziewanie Ron poważniejszym głosem. – Dajmy jej czas. Nie było jej parę tygodni, cholera wie, co mogło się w tym czasie wydarzyć.
Hermiona w zamyśleniu kiwnęła głową. Harry w duchu przyznał rację przyjacielowi – to pewnie nic takiego, a oni wszyscy popadali w jakąś bezsensowną paranoję. Stanowczo za długo siedzą zamknięci w tym pieprzonym domu.

– Harry? A jak z tobą? Jesteś pewien, że wszystko jest w porządku? – zwróciła się do przyjaciela, przybierając zmartwiony wyraz twarzy. Chłopak w odpowiedzi skrzyżował ze sobą palce u dłoni i uśmiechnął się półgębkiem.

– Tak. Nie. Nie wiem. – westchnął. – Przez to zamknięcie tutaj powoli zaczyna mi odbijać. Potrzebuję…

Nie dokończył zdania, ponieważ Ron za gwałtownie machnął różdżką w kierunku szuflady ze sztućcami. Rudzielec zaklął szpetnie, kiedy z serią głośnych brzdęków posypały się po podłodze różnej maści widelce, noże i łyżki. Wzniósł oczy do góry w geście irytacji. Hermiona parsknęła, widząc niezdarność chłopaka.

Nagle Weasley zapatrzył się gdzieś w dal i w tym samym czasie prawie podskoczył w miejscu. Jego niebieskie oczy rozszerzyły się w szoku i rozdziawił usta.

– Tonks! – krzyknął z niedowierzaniem. – Merlinie, ale mnie wystraszyłaś, prawie zawału dostałem! Chyba nie powinnaś jeszcze wstawać? Lepiej wracaj do łóżka, zanim Snape się zorientuje, że cię tam nie ma.
Plecy Harry'ego momentalnie się spięły. Miał wrażenie, że część tych słów już gdzieś słyszał. Odwrócił się.

Przy ciężkich, drewnianych drzwiach prowadzących do kuchni stała Nimfadora. Miała na sobie wymiętą piżamę. Jej wzrok był nieprzytomny, jakby dopiero co otworzyła oczy po bardzo długim śnie. Wyglądała jak cień samej siebie – włosy i oczy pozbawione jakiegokolwiek koloru, skóra tak blada, że niemal przezroczysta. Wszędzie dookoła jej nagich stóp leżały porozrzucane przez Rona sztućce; obecnie wpatrywała się w nie tępo, jakby nie rozumiejąc, co się dzieje.

– Spokojnie, to tylko moja niezdarność – rzucił wesoło rudzielec. Nagle Tonks kucnęła. Chwyciła drżącą dłonią jeden z wielkich noży kuchennych. Wstała, bardzo powoli, podpierając się o framugę drzwi. Po chwili ruszyła nieco chwiejnym krokiem w kierunku Weasleya, szurając bosymi stopami po posadzce. W drobnej dłoni błysnęła stal.

Harry poczuł, jak jego umysł staje się pusty, a ciało napina się niczym struna. Jeszcze nigdy nie był tak świadomy każdego uderzenia swojego serca. Rzucił Hermionie pospieszne spojrzenie – wpatrywała się w kobietę rozszerzonymi oczami. Nie poruszyła się nawet o centymetr, uważnie obserwując poczynania Tonks.

Chłopak wstał ostrożnie ze swojego miejsca, starając się zrobić jak najmniej hałasu – zupełnie niepotrzebnie, ponieważ kuchnię wypełniał teraz dźwięk brzęczących sztućców, rozgarnianych przez stopy Nimfadory. Ron przyglądał się kobiecie ze zmarszczonymi brwiami, nie wiedząc, jak ma zareagować. Atmosfera gęstniała z każdą sekundą.
Tonks wyciągnęła rękę z nożem w kierunku Weasleya; ten odetchnął z ulgą, uśmiechając się.

– Co, chcesz pomóc mi w sprzątaniu? – rzucił na pozór beztrosko; zdradziła go nuta zdenerwowania, która wdarła się do głosu. – Naprawdę, nie ma takiej potrzeby, poradzę sobie.

Ale kobieta chwyciła jego dużą, piegowatą dłoń i wcisnęła w nią nóż. Drugą ręką zmusiła, by chłopak zacisnął palce na chropowatej rączce. Przez ten cały czas patrzyła mu się w oczy; natomiast Ron z każdą chwilą coraz bardziej bladł. Żelaznym uściskiem trzymała jego ręce w swoich.

– Tonks…? – spytał słabo Weasley, nic nie rozumiejąc z jej zachowania.

I, na boga, Harry doskonale wiedział, co się teraz stanie, dosłownie na ułamek sekundy przed… Wydarzyło się wtedy kilka rzeczy jednocześnie: Hermiona krzyknęła coś niezrozumiałego, powstając ze swojego miejsca i przewracając z hukiem krzesło. On sam wyciągnął prędko różdżkę z tylniej kieszeni spodni, ale już było za późno, za późno, by zrobić cokolwiek...

Ron krzyknął rozdzierająco, kiedy Tonks gwałtownie szarpnęła jego ramieniem. Kobieta, pomimo swojej wątłości, miała wręcz nadludzką siłę; pomimo rozpaczliwego oporu chłopaka, nóż, który dalej trzymał, zatopił się miękko w jej brzuchu.

Harry wrzasnął coś do przyjaciela, ale ten go nie słyszał, patrząc kompletnie oszalałym wzrokiem na twarz Nimfadory; nie puściła jego dłoni, dalej trzymała je w żelaznym uścisku. Z jej rozchylonych ust wydobyło się upiorne rzężenie, a na ręce Rona trysnęła gorąca krew. Krzyknął po raz kolejny, próbując wyszarpnąć ramię z rąk kobiety, ale bezskutecznie – jej palce niemalże miażdżyły jego nadgarstek.

Kiedy Harry doskoczył do nich, Tonks już osunęła się bezwładnie na ziemię. Na posadzce, pośród tych wszystkich sztućców, w zawrotnym tempie powiększała się plama krwi, była wszędzie, na dłoniach i ubraniu Rona, wylewała się z dziury w brzuchu kobiety, była na podłodze, na nożu, który dalej trzymał rudzielec… Harry skierował różdżkę na ranę Tonks i krzyknął histerycznie:

Volnera Samantum! Volnera Samantum!*

Lecz pomimo tych rozpaczliwych prób, rana ciągle się otwierała, jakby w ogóle nie chciała się zasklepić… Krwi było coraz więcej, i więcej, i więcej. Nie słyszał już głosów dookoła siebie, miał wrażenie, jakby cały dom zatrząsł się posadach; Hermiona straciła równowagę i wylądowała na kolanach, Ron upuścił z głośnym brzdękiem zakrwawiony nóż, ale Harry przecież tego nie słyszał, nie widział, patrzył się wprost w szeroko rozwarte oczy Tonks, które nie wyrażały już niczego… Kurwa, kurwakurwakurwa, w ogóle się nie poruszała, proszę, proszę, nie umieraj, coś ty zrobiła, coś ty najlepszego zrobiła… Dom ponownie zatrząsł się w posadach, ale on nie mógł oderwać wzroku od jej zastygłej, szarej twarzy, i nic nie wyrażające, szare oczy, ona nie żyje, o mój boże, ona nie żyje…

Poczuł jakby znalazł w samym centrum wielkiego wybuchu; gwałtowny powiew magii zmierzwił mu włosy, kurz posypał się ze stropów i już sam nie wiedział, gdzie ma teraz patrzeć… Hermiona odczołgała się od martwego ciała Tonks, jakby nie mogła uwierzyć w to, co się stało, a po chwili utkwiła wzrok w Harrym; wyglądała jak dzikie, przerażone zwierzę, które zapędzono prosto w pułapkę; usta łapczywie brały każdy haust powietrza.

Budynek zatrząsł się po raz ostatni i wtedy Harry zrozumiał wszystko, wszystko… Nie, to nie może być prawda, to nie może dziać się naprawdę…

Bariery ochronne wokół Grimmauld Place 12 runęły z całą mocą.


* Volnera Samantum – to zaklęcie leczące lub gojące rany. W tomie „Harry Potter i Książę Półkrwi" Severus Snape użył go do pomocy Draconowi Malfoyowi gdy Harry zaatakował go zaklęciem Sectumsempra. [./wiki/Volnera_Samantum]