a/n: Na samym wstępie chciałam przeprosić wszystkich za tak długą przerwę – jest mi okropnie wstyd. Pisanie tego rozdziału było dla mnie prawdziwą mordęgą – najpierw straciłam (dwukrotnie!) tekst z dysku (w tym jeden prawie napisany do końca rozdział…), potem zmagałam się z kryzysem twórczym i studiami.
W takich ciężkich chwilach czytałam na okrągło Wasze komentarze. I gdyby nie one, pewnie rzuciłabym ten tekst w cholerę, jeśli mam być szczera. I tutaj chciałabym Wam bardzo podziękować :* Jesteście kochani. Doceniam każdy, nawet ten najmniejszy odzew – po prostu znak, że ktoś to czyta. Czuję się śmiesznie, aż tak dopraszając się o Wasze komentarze, ale wierzcie mi, one naprawdę podnoszą na duchu i dają kopa motywacyjnego :)
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania.

Dziękuję również mojej Ewie, która nigdy nie odpuszcza :* To właśnie ona sprawia, że moja pisanina jest zdatna do czytania


Zaraza rozdział VII

— Zamyśliłaś się.

Cisza

— Mam tak wiele pytań, że sama nie wiem, które najpierw zadać.

— Pierwsze, które ci tylko przyjdzie do głowy.

— Dlaczego bariery ochronne runęły?

— Dobre pytanie. To trochę skomplikowane. Aby udzielić właściwej odpowiedzi, prawdopodobnie powinienem zacząć od… Cholera, sam nie wiem.

Śmiech

— Pierwsze, co ci przyjdzie na myśl.

— Rodzina. Jak zapewne wiesz, Nimfadora Tonks była blisko spokrewniona z rodziną Blacków.

— Ale przecież Grimmauld Place było przepisane w spadku tobie. Nie rozumiem, czemu…

— Chwilka, wszystko po kolei. Tu przyznaję ci rację, byłem spadkobiercą domu. Jednak osłony były powiązane z Tonks. Pamiętasz, kiedy mówiłem ci o magicznym powiązaniu domów z członkami rodzin, którzy je zamieszkiwali?

— Oczywiście, pamiętam. Ale dlaczego…

— Merlinie, Deirdre, niecierpliwa kobieto. Już tłumaczę. Matką Nimfadory była Andromeda Black. Została ona jednak wyklęta z rodziny po tym, jak wyszła za mąż za czarodzieja mugolskiego pochodzenia – Teddy'ego Tonksa. Ale wróćmy do początku, o tym jeszcze będzie mowa. Jak już zapewne wiesz, reszta tej charyzmatycznej rodzinki to Narcyza Black-Malfoy, oraz Bellatriks Black-Lestrange – siostry Andromedy. Do tego możesz doliczyć jej kuzynów, Regulusa i Syriusza – mojego ojca chrzestnego. Dom był przepisany na Andromedę*, jeszcze długo przed jej wyklęciem z rodu. Możesz się domyślać, dlaczego. Bellatrix od dziecka była bardziej niż trochę szurnięta, Regulus zginął w młodym wieku, Narcyza była zobowiązana wobec rodu Malfoyów. Natomiast Syriusz jako jedyny z Blacków został przyjęty do Gryffindoru i miał w poważaniu wartości rodzinne. Tak, cóż, prawdziwa hańba.

— Ale skoro Andromeda została wyklęta z rodziny tuż po tym, jak wyszła za mugolaka…

— Tak, w takim przypadku nie powinna posiadać żadnych praw związanych z Grimmauld Place. Ale! Była to mądra i zapobiegawcza kobieta. Jeszcze przed wydziedziczeniem związała się z tym miejscem, jakkolwiek perwersyjnie to nie zabrzmi.

Śmiech

— Związała?

— Więcej patosu w jednym zdaniu zawrzeć się nie da… Związała się z domem ciałem, magią i krwią. Jeden z tych starych, paskudnych, czarnomagicznych rytuałów. Paskudnych, ale skutecznych.

— Możesz powiedzieć mi coś więcej o tym rytuale? I czy rodzina Andromedy domyśliła się, co zrobiła? Jeśli tak, co zrobili w związku z tym?

— Hej, spokojnie, spokojnie. Wszystko w swoim czasie. Teraz mogę ci udzielić odpowiedzi tylko na jedno pytanie. Rodzina Andromedy zdała sobie sprawę z tego co zrobiła dopiero po jakimś czasie; prawdę mówiąc, nie mieli już wtedy nic do gadania. Jeśli mam być szczery… żałuję jedynie, że Andromeda jest na tyle dobrą i miłą kobietą, że nie posłała reszty tej cholernej rodziny w diabły. Pomijając Syriusza, oczywiście. Był jej ulubionym kuzynem, wiele ich łączyło.

— Harry…

— Merlinie, kocham to twoje karcące spojrzenie. Dzięki niemu czuję się znowu piękny i młody, zupełnie jak za czasów szkoły.

— Spoważniej. Tracimy wątek.

— Tak więc, kończąc mój fascynujący wywód… Nimfadora była córką Andromedy. Krótka piłka: sądzono, że powierzenie jej osłon domu będzie najrozsądniejszym wyjściem. Cóż, źle to rozegrali. Z drugiej strony, przecież Tonks wcale nie wydawała się osobą na tyle racjonalną i silną, by móc zdecydować się na tak poważny krok jak ochrona Grimmauld Place. Zapewne chcieli zmylić w ten sposób przeciwnika; na pozór logiczniejszym posunięciem było pozostawienie osłon Andromedzie… Bądź mi, jako spadkobiercy. Jak widać, pomysł nie wypalił. I nie zdziwiłbym się, gdyby w planie wykurzenia nas z kryjówki maczała palce Bellatrix. Musiała jakimś cudem domyślić się, że to właśnie Tonks powierzono ochronę Kwatery Głównej. Wszystko było ukartowane.

— Morderstwo również?

— Słucham?

— Sam przed chwilą powiedziałeś, że to Ronald Weasley zamordował Nimfadorę Tonks. Miałam rację, tymczasem gdy ty zarzucałeś mi niezrozumienie–

— Hola, hola. Nic takiego nie powiedziałem.

— Ale przecież…

— Trudno zabić kogoś, kto już od dawna nie żyje. Prawda?

Pauza

Co?

— Cóż, trochę źle się wyraziłem. Trudno zabić kogoś, kto już od pewnego czasunie żyje.

— O czym, na Merlina, ty w ogóle mówisz–

— Byliśmy głupcami. Teraz to widzę. Kilka tygodni po uprowadzeniu Tonks znajdujemy ją nieprzytomną – przynajmniej wtedy tak sądziliśmy – niedaleko Kwatery Głównej. Nie wydaje ci się to podejrzane? Wszystko było ukartowane, tak jak już wcześniej mówiłem. Przez prawie dwadzieścia cztery godziny gościliśmy w Grimmauld Place zwłoki naszej przyjaciółki. Żywego trupa sterowanego czarną magią, dokładniej mówiąc. Byliśmy sentymentalnymi głupcami.

— Ja… nie mogę w to uwierzyć.

— Też początkowo nie mogłem. To zbyt potworne, by mogło być prawdziwe.

— Ale jak…?

— Śmierciożercy. Nimfadora była ich najdoskonalszym dziełem. Całe szczęście, jedynym do tej pory ukończonym. Chociaż… Biorąc pod uwagę czas, jaki tutaj spędziłem, mogę nie mieć racji…

— Harry? Co chcesz przez to powiedzieć?

— Tak jak mówiłem, zostawiłem za sobą zbyt wiele niedokończonych spraw. Ale wróćmy do naszej historii. Wiele jeszcze przed nami.


Harry nie mógł oderwać wzroku od swoich kolan, na których materiał spodni powoli przesiąkał ciemną, ciepłą krwią. W jego głowie huczało, dźwięki w jakiś sposób wydawały mu się kompletnie obce, jakby słyszał je po raz pierwszy w swoim życiu. Czuł w gardle ucisk, który za nic nie chciał zelżeć; po chwili zdał sobie sprawę, że dławi go histeryczny śmiech.

— Ron… — Chłopak drgnął, słysząc roztrzęsiony głos Hermiony. Zmusił się do spojrzenia na dziewczynę; oddychała ciężko, dalej klęcząc i podpierając się na drżących ramionach. Orzechowe oczy błyszczały jak w gorączce. — Spójrz na mnie. Błagam, spójrz na mnie… — wyszeptała słabo.

Zdawało się, że jej słowa wcale nie docierały do Rona; wpatrywał się tępo w martwą Nimfadorę leżącą u jego stóp. Z jego gardła wydobył się stłumiony dźwięk na pograniczu bulgotu i jęku. Chłopak padł bezsilnie na podłogę. Chwycił rozdygotanymi, zakrwawionymi dłońmi jej nieruchome ciało i wcisnął twarz w klatkę piersiową. Zupełnie jakby chciał się wsłuchać w bicie jej serca, które już przecież…

— Zostaw — wychrypiał Harry, widząc reakcję przyjaciela. — Zostaw, nie żyje. — Ron na te słowa ścisnął mocno ramiona kobiety i szarpnął. Ciało bezwładnie falowało pod naciskiem jego rąk. — Zostaw, zostaw...

Wyglądał, jakby miał się rozsypać na kawałki.

Harry nigdy nie słyszał, by ktoś tak żałośnie i rozpaczliwie płakał.

Huk.

Tak ogromny, tak natarczywy i nagły, że Harry nie zdążył w porę zasłonić uszu; miał wrażenie, jakby bębenki miały mu za chwilę eksplodować z bólu. Ramiona ugięły się pod wpływem kolejnych silnych wstrząsów. Przez moment zdawało mu się, że ogłuchł, jednak po chwili do jego uszu dobiegła seria innych dźwięków, znacznie cichszych, które swoim brzmieniem sprawiły, że krew odpłynęła mu z twarzy.

Trzask, trzask, trzask

Obserwował, jak na posadzce, ścianach, wszędziepojawiały się małe pęknięcia, początkowo cienkie niczym rysy na szkle. Było ich coraz więcej i więcej, mnożyły się w zastraszającym tempie, rozszerzały się z każdą sekundą i...

Kurwa mać. Zaklęcie detonacji.

Więc w ten sposób chcieli wykurzyć ich z kryjówki.

„UCIEKAJ!" , ryknął szaleńczy głos w jego głowie.

Hermiona oniemiała, wlepiając przerażony wzrok w sufit. Otworzyła usta, jednak nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Widząc to, Harry w jednej chwili zerwał się z miejsca i skierował różdżkę do góry.
Protego Maxima! — wykrzyczał z całych sił w momencie, gdy tylko małe kawałki tynku zaczęły spadać wprost na ich głowy. To podziałało na Hermionę jak kubeł zimnej wody – szybko podniosła swoją różdżkę, podążając śladem przyjaciela, po czym doskoczyła do Rona i szarpnęła nim mocno za ramiona. Chłopak stanął na drżących nogach, umazany krwią na bladej twarzy; wyglądał, jakby nie docierało do niego to wszystko, co się dzieje, a przecież...

Mlecznobiała powłoka wywołana zaklęciem niepokojąco zafalowała. Do uszu Harry'ego dobiegło stłumione dudnienie, nie, nie, klątwa dalej się rozprzestrzeniała, nie powstrzymają tego, muszą jak najszybciej stąd wiać, jeśli nie chcą zostać pogrzebani żywcem...

Trzask, trzask, trzask

„UCIEKAJ!", po raz kolejny rozbrzmiał głos, którego barwa niepokojąco przypominała Snape'a.

Snape. Severus. Laboratorium.

Hermiona rzuciła się w kierunku Harry'ego, wyciągając rękę, jednak chłopak ją zignorował i błyskawicznie odwrócił się na pięcie. Wybiegając z kuchni, usłyszał jak zszokowana dziewczyna wykrzykuje jego imię, ale nie zwracał na nią uwagi, nie miał na to czasu, musiał zdążyć, musiał...

Chmura siwego pyłu buchnęła mu prosto w twarz, gdy tylko znalazł się na korytarzu. Zaniósł się gwałtownym kaszlem, do oczu napłynęły mu łzy, lecz mimo to dostrzegł ogromne ilości gruzu zawalające hol wejściowy – to tutaj musiało znajdować się epicentrum wybuchu. Pęknięcia na ścianach były znacznie szersze, większe, przypominające wyglądem pajęczą sieć; w szparach pobłyskiwała magia, płynęła jak woda, jarząc się czerwienią, rozprzestrzeniając się coraz dalej i dalej.
Ludzie albo uciekali w popłochu, albo wszelkimi siłami próbowali odwrócić skutki zaklęcia, ale było to bezcelowe: grube, wieloletnie mury Grimmauld Place 12 pękały jak skorupki jajek.
Harry dopadł do drzwi prowadzących do laboratorium i pociągnął z całej siły, niemal wyrywając je z zawiasów. W tym samym momencie rozbłysło za nim jadowicie zielone światło, po czym usłyszał jeszcze więcej krzyków. Śmierciożercy musieli przedrzeć się przez obalone osłony i postanowili kontynuować swój – przynajmniej już teraz – samobójczy atak.

Pognał ile sił w nogach w dół kamiennych schodów, nieomal się na nich wywracając. Sypiący się zewsząd kurz i pył wdzierał się do oczu, ust i nosa, ale on musiał się pospieszyć, musiał, ponieważ zaklęcie płynęło wściekle tuż za nim po ścianach i sklepieniu, jakby chciało go dorwać, ale to Harry był szybszy...

— Snape! — krzyknął rozpaczliwie, dziko rozglądając się po pomieszczeniu przypominającym pobojowisko. Szklane słoje szczękały, uderzając o siebie; książki osuwały się z półek na podłogę, wstrząsy nieustannie przybierały na sile i coraz trudniej było utrzymać równowagę. Jeszcze trochę, jeszcze chwila i wszystko runie...

Nikt nie odpowiedział.

Harry przełknął ciężko, podejmując najszybszą i zarazem najbardziej szaloną decyzję w swoim życiu. Już podnosił różdżkę, gotów aportować się gdziekolwiek, jednak w ostatnim momencie zauważył kątem oka Snape'a wybiegającego ze składziku. W ręku trzymał małe czarne zawiniątko.

Oczy mężczyzny zapłonęły furią, jednak po ułamku sekundy rozszerzyły się. Strach. Strach wymalowany na jego bladej twarzy, kiedy wpatrzył się w punkt tuż ponad ramieniem Harry'ego... Chłopak instynktownie się uchylił, a zaklęcie stojącego za nim Śmierciożercy przeleciało tuż nad jego głową, muskając włosy. Klątwa trafiła w półkę z eliksirami, a szkło rozprysło się na wszystkie strony, poczuł mocne uderzenie w bok, i–

Silne ramię Snape'a złapało go w pasie, odbierając resztki tchu.

TRZASK, TRZASK

–świat eksplodował czerwienią.

Szarpnięcie. Smugi ognia rozmyły mu się przed oczami.


Uderzył mocno plecami o twardy grunt, przez co płuca odmówiły mu posłuszeństwa. Ciężkie ciało zwaliło się na niego z impetem i gdyby tylko mógł, jęknąłby z bólu. Desperacko próbując zaczerpnąć oddech, zwalił z siebie Snape'a, który jednak dalej go nie puszczał, oplatając żelaznym uściskiem talię. Harry poczuł, jak mężczyzna wciska twarz w jego szyję, ciężko oddychając.
W końcu, kiedy Harry'emu udało się otworzyć zaciśnięte gardło, zaczerpnął gwałtowny i głośny haust powietrza. Znowu się zakrztusił, a pył zachrzęścił między zębami. Zimny wiatr obmył ciało chłopaka, wdzierając się za kołnierz koszuli i mierzwiąc włosy. To powietrze... nie, to nie była Anglia, tego był pewien. Było znacznie świeższe, lżejsze. Inne. Smakowało wolnością.
Kolejno w nozdrza chłopaka uderzył nieprzyjemny swąd spalenizny. Nie, błagam, tylko znowu nie to, pomyślał gorączkowo, zaciskając zabliźnioną lewą rękę. Ale nie poczuł tam nic poza bólem w przemęczonych mięśniach, nic, żadnego poparzenia, przynajmniej tak mu się wydawało...

Odważył się otworzyć oczy. Ogrom krwistoczerwonego nieba rozpościerał się tuż nad nim i powodował zawroty głowy. Gdzie oni byli, do cholery? Co się właśnie stało? – pytał swój zamroczony umysł. To wszystko wydarzyło się tak szybko... Żyjemy. Żyjemy.

— Dlaczego? — wargi mężczyzny musnęły skórę chłopaka w cichym szepcie, wywołując falę dreszczy.

Serce tłukło się boleśnie w jego klatce piersiowej, a oddech za nic nie chciał się uspokoić. Dlaczego? Chwycił dłońmi oplatające go ramię Severusa i ścisnął tak mocno jak tylko potrafił, ponieważ tak bardzo chciał mu pokazać, powiedzieć...

— Ta cisza — wymamrotał łamliwym głosem Harry. — Jest cudowna.

Potrzebuję cię.


— Pierdolone Czechy.

Śmiech

— Słucham?

— Ze wszystkich miejsc na świecie musieliśmy wylądować akurat w pierdolonych Czechach.

— Widzę, że byłeś z tego powodu przeszczęśliwy. Dlaczego Czechy?

— Ponieważ tam był ulokowany nasz tymczasowy raj.

— Raj?

Westchnienie

— To był plan awaryjny planu awaryjnego. Specjalnie przygotowane schronienia dla członków Zakonu, porozsiewane po całej Europie, na wypadek... no właśnie. Na wypadek. Nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak – wiadomo jedynie, że stworzono je w miejscach nienanoszalnych, czyli co się rozumie samo przez się... praktycznie nie do odnalezienia. No chyba, że poruszyłabyś niebo i ziemię, tak jak zrobił to Lucjusz Malfoy.

— Senior Malfoy? A co on ma do tego?

— O tym później.

— Dobrze, więc... Czemu zignorowałeś dłoń Hermiony? Wspomniałeś o tym, że ją odtrąciłeś i pobiegłeś do Snape'a. Jest jakiś konkretny powód?

— Zadajesz dobre pytania. Tak dobre, że każą mi się nad sobą zastanowić, i po dłuższej chwili mogę stwierdzić, że... jest mi z tym trudno. To znaczy, jest mi trudno odpowiedzieć na te pytania. Bo widzisz, ja najpierw robię, potem myślę. To cecha, która stała się moją wizytówką. Tak samo jak nieodpowiedzialność, niewyobrażalna głupota, brawura. Okresowe odłączanie mózgu od reszty ciała, jak to powiedział kiedyś Severus.

— Chcesz powiedzieć, że...

— ... z własnej głupoty po raz kolejny niemal wpakowałem się do grobu? Tak, dokładnie to chciałem powiedzieć. Z całej naszej trójki tylko Hermiona znała lokalizację kryjówki. A ja? Pognałem na złamanie karku po Snape'a, nawet nie wiedząc, czy tam jest. Co, jeśli zdążyłby się już aportować? Zostałbym z niczym. Byłbym łatwym celem, a nałożenie na mnie zaklęcia tropiącego nie stanowiłoby większego problemu. Tym bardziej, że jeden Śmierciożerca siedział mi już na ogonie.

— Czyli nie wiedziałeś nic o schronieniach, Harry?

— Wiedziałem. Wiedzieli wszyscy członkowie Zakonu, tylko nie każdemu podawano ich dokładną lokalizację. Na ten prestiż mogły liczyć tylko osoby zaufane.

— Auć.

— Dokładnie, auć. Najwyraźniej bali się, że im spierdolę bez ostrzeżenia.

— Zrobiłbyś to, gdybyś miał okazję? Tylko szczerze.

Śmiech

— A czy ja kiedykolwiek byłem w stosunku do ciebie nieszczery, Deirdre?

— No nie wiem, nie wiem...

— Podstępna żmija. Wracając do pytania: nie, myślę, że nie zrobiłbym tego. O, widzę, że jesteś zdziwiona.

— Ponieważ spodziewałam się innej odpowiedzi.

— Nie wiem, czy potrafiłbym. Tak jak powiedziałem, byłem zobowiązany. Poza tym, dokąd miałbym się udać? To nie miejsce mnie więziło, tylko ludzie i okoliczności.


To było dziwne – znosić obecność Snape'a, przy tym jednocześnie starając się nie rozszarpać go na strzępy.

Jeszcze dziwniejszy był fakt, że zaczął przyzwyczajać siędo takiego stanu rzeczy. A minęło zaledwie osiem dni.

Nic nie mów. Nie dotykaj. Uważaj, co robisz, dzieciaku. Zejdź mi z oczu.

Poza tymi stałymi kwestiami mężczyzna nie odzywał się, o ile nie było to absolutnie konieczne.

Zejdź mi z oczu, Potter.

Kiedy tylko Harry doprowadził się do stanu względnej używalności, dano mu do zrozumienia, że jego obecność nie jest tutaj mile widziana.

Co, na Merlina, mu odbiło? Czemu nie aportował się razem z Ronem i Hermioną? W takich chwilach jak ta, pluł sobie w brodę, że nie chwycił wtedy dłoni dziewczyny. Nie, Harry stanowczo nie byłby sobą, gdyby najpierw pomyślał o tym co robi.

Ty mały, bezmyślny gówniarzu! — To były pierwsze słowa, jakie usłyszał po obudzeniu się z długiego snu po ataku na Grimmauld Place 12. Zaraz po tym jak się aportowali, Harry został zaniesiony siłą do skromnej sypialni, rzucony na łóżko i przykryty stęchłym kocem, brudny, spocony i cały w pyle. Nie miał nawet siły się zastanawiać nad tym, jak mu jest z tego powodu niekomfortowo – właściwie stracił przytomność po przekroczeniu progu niepozornej, drewnianej chatki. Ze zmęczenia, z nadmiaru wrażeń, z nadmiaru wszystkiego.

Kopnął wściekle jeden z wielu kamieni znajdujących się pod jego stopami. Obserwował przez chwilę, jak spada ze stromego zbocza, wywołując przy tym spore ilości hałasu. Zimny, porywisty wiatr przybierał na sile – szarpał jego ubraniem, koronami wysokich drzew i popędzał ciężkie, nisko zawieszone chmury na niebie. A mógł przysiąc, że jeszcze przed chwilą świeciło tutaj słońce. Pieprzone Czechy. Jakby tego było mało, ich schronienie znajdowało się w górach – w otoczeniu surowym, kanciastym, wypłowiałym w kolorach i niesamowicie zmiennym, jeśli chodzi o pogodę.

Cholera, czy ten facet musi być taki trudny w obyciu?

Tutaj masz kuchnię, łazienkę, a na lewo mały salon, który służy mi za gabinet. Piwnica z zapasami jest za tymi drzwiami. Jest to mieszkanie przeznaczone dla jednej osoby, tak więc nie mamy drugiej sypialni, ani tym bardziej zapasowego łóżka. Proszę sobie samemu radzić w tej kwestii, panie Potter, ponieważ nie mam zamiaru dzielić z panem posłania więcej niż ten jeden raz. — Snape wypowiedział te słowa takim tonem, że Harry'emu trudno było się nie zaczerwienić.

Oczywiście, radził sobie jakoś. Z wielkiej części sterty starych, brudnych koców zdołał wytransmutować równie stary i rozklekotany materac. Dobre było i to – ważne, że nie capił stęchlizną.

Został już opieprzony praktycznie za wszystko, nawet za to, że pierwszego dnia zdążył przytargać swoje prowizoryczne łóżko do gabinetu.

Co ty, do diabła, robisz? — wycedził zimnym głosem mężczyzna, ścinając go wzrokiem od progu.

Albo nocuję w gabinecie, albo w twojej świętej sypialni, Snape. Wybieraj — odparł spokojnie Harry, rozsiadając się z godnością na materacu.

Tak więc od tamtej pory dni spał w gabinecie, w towarzystwie regałów sięgających aż po sufit i uginających się od książek. Czasami w nocy wyobrażał sobie, że półki nie wytrzymują ciężaru woluminów i się łamią, a on przypadkowo ginie zasypany przez deszcz kilogramowych ksiąg. Największą frajdę sprawiało mu wtedy wyobrażanie sobie wyrazu twarzy Snape'a, szczególnie kiedy ten musiał odkopać jego martwe ciało spod ich sterty. Za każdym razem bawiło go to tak samo.

Był tu też kominek, który wyglądał, jakby nie używano go od bardzo długiego czasu. Harry obiecywał sobie go wyczyścić i udrożnić (lata praktyki uczyniły go mistrzem, jeśli chodzi o sprzątanie), by móc któregoś dnia rozpalić w nim ogień. Noce w czeskich górach okazały się o wiele mroźniejsze niż w Anglii. Co prawda zaklęcia podtrzymujące ciepło teoretycznie działały bez zarzutu, lecz mimo to chłopak potrafił dygotać z zimna przez pół nocy. Gwałtowny podmuch wiatru, gwiżdżącego nieprzyjemnie pomiędzy szybami, potrafił wyrwać z najgłębszego snu.

Nie mieli żadnego sztucznego źródła światła, przez co musieli ratować się świecami i zaklęciami. Harry'ego doprowadzało to do szewskiej pasji, tym bardziej, że mieli bez problemu działającą kanalizację.

Jakim. Pieprzonym. Cudem?

Snape w odpowiedzi wywrócił oczami, zirytowany jak zawsze, gdy chłopak przerywał ich (jednostronną) umowę milczenia.

Pomimo że ich rozmowy były ograniczone do niezbędnego minimum, Harry z każdym dniem poznawał Snape'a coraz lepiej. Mężczyzna warczał na niego za każdym razem, gdy tylko ten otwierał usta, ale... kto powiedział, że nie może go obserwować?

Nawet jeśli Severus przyłapywał go na gapieniu się i przyszpilał morderczym spojrzeniem, Harry nie odwracał wzroku.

Ale nie zawsze tak było.

Najpierw ciche skrzypnięcie drzwi, a następnie rozlewający się skąpy, bladoniebieski strumień światła. Materac Harry'ego znajdował się na podłodze, skąd miał doskonały widok na nagie stopy Snape'a. Pamiętał, jak za pierwszym razem o mało się nie wydał – ledwo co się powstrzymał od zaskoczonego westchnięcia. To było dziwne – leżeć nieruchomo, udawać, że się śpi i obserwować kościste stopy mężczyzny, które stąpały ostrożnie po długich, drewnianych deskach. Ich właściciel zawsze zatrzymywał się przy tej jednej półce z książkami, tuż koło posłania chłopaka. A Harry? Mógł wtedy jedynie uchylić lekko powieki i starać się oddychać jak najrówniej… a dałby wiele, by móc zobaczyć twarz mężczyzny – czy Snape, będąc pod osłoną nocy, przyglądał mu się w tym momencie? Jeśli tak, dlaczego miałby to robić?
Harry szczerze wątpił, by mężczyzna cierpiał na (aż taką) bezsenność i by musiał z tego powodu ratować się książkami; nawet jeśli, to czemu nie zabierał ich wcześniej, za dnia? No dobrze, może Snape nie chciał tego robić, kiedy on sam był przytomny – i zachodził do niego wtedy, kiedy teoretycznie nie był w stanie otworzyć ust. Z drugiej strony, Harry nie siedział ciągle w gabinecie.

Ta cała sytuacja tak go drażniła, że miał ochotę przewrócić się na plecy, spojrzeć na niego i spytać się "Co ty, do diabła, robisz?", ale wiedział, że w ten sposób zburzyłby ten conocny rytuał, czego za nic w świecie nie chciał.

I tak od ośmiu dni. Od ponad tygodnia próbował egzystować w tym zamkniętym, surowym świecie, bez żadnych informacji o swoich bliskich. Jego zmysły odrywały się od niego kawałek po kawałku, zostawiając go coraz bardziej sfrustrowanego. Do tej pory myślał, że zamknięcie w Grimmauld Place 12 było najgorszym, co mogło mu się przytrafić.

Był uziemiony. Totalnie. Nie tylko nie wiedział, gdzie dokładnie jest, ale także nie miał najmniejszego pojęcia, co ma robić. Umysł mu podszeptywał głupie zacznij działać, zrób cokolwiek, ale rozsądek kazał siedzieć spokojnie i czekać na rozkazy z góry.
Mając nad sobą Snape'a, ciężko było nie słuchać się rozsądku.

Jesteśmy od teraz na moich warunkach, Potter.

Tak więc czekał. Słuchał. Potakiwał głową. Nie pyskował, gryzł się w język, próbował być miły. Starał się tak bardzo, nie robił żadnych głupich rzeczy…

Kolejny kamień kopnął tak mocno, że zachwiał się nad urwiskiem. Odchylił się gwałtownie, czując jak grunt osuwa mu się spod stóp. Przeklął szpetnie, odzyskując równowagę w ostatnim momencie.

— Nie zabij się, dzieciaku — Harry prawie podskoczył, słysząc za swoimi plecami głos Snape'a. Odwrócił się; mężczyzna stał z wyciągniętą ręką dosłownie dwa kroki od niego, gotów złapać chłopaka za bark. Severus widząc wlepione w siebie zszokowane spojrzenie, szybko cofnął dłoń.

— Wracaj do środka, ściemnia się — mruknął, a Harry ledwo powstrzymał uśmieszek. Wsunął skostniałe z zimna dłonie do kieszeni starych, wytartych dżinsów.

Symbioza. Dziwna, pokrętna, ale jednak.

— Przynajmniej się nie nudzisz, co? — zawołał do oddalającego się Snape'a.

— Przynajmniej jeszcze żyjesz, co? — odgryzł się mężczyzna, oglądając się za siebie, by ruchem ręki ponaglić Harry'ego. Wiatr smagał coraz mocniej i niósł ze sobą małe płatki śniegu. Było już tak ciemno, że jedynym najbliższym jasnym punktem były okna ich malutkiego domu.

Tak, to było dobre słowo.


Śnieżyca na zewnątrz rozpętała się na dobre. Harry siedział na krześle przy kuchennym stole, grzebiąc widelcem w przygotowanej przez Snape'a skromnej kolacji. To stało się ich kolejnym rytuałem – i chociaż chłopak był ogromnie zdziwiony takim obrotem spraw, nie dał po sobie tego poznać nawet pierwszego dnia. Zdawało się, że obaj chcieli w ten sposób zapełnić luki w mijających powoli dniach.

Zająć się czymś, czymkolwiek, byle nie zwariować.

— Snape? — mężczyzna nawet nie podniósł wzroku znad książki, którą trzymał w rękach. Pusty talerz został odsunięty na bok, a Severus rozsiadł się wygodniej na krześle. — Jak myślisz, jak długo tutaj jeszcze będziemy tkwić? — kontynuował Harry, niezrażony brakiem reakcji.

Snape westchnął, i podsyłając uprzednio znane już spojrzenie (żadnych rozmów, Potter), odpowiedział niechętnie:

— Tyle, ile będzie trzeba.

— To znaczy ile? Jak myślisz?

— Zapasów starczy nam na kilka miesięcy. Co będzie później – o tym się jeszcze pomyśli — odparł wymijająco, a Harry'emu o mało widelec nie wyśliznął się spomiędzy palców.

— Miesięcy? — sapnął z niedowierzaniem.

Snape zamknął książkę i posłał mu ciężkie spojrzenie.

— Posłuchaj mnie, Potter. Mi tym bardziej nie uśmiecha się siedzieć tutaj z tobą…

— Nie o to mi chodziło, Snape — burknął Harry. — Jak możemy tutaj ukrywać się miesiącami, kiedy wokół szaleje cholerna wojna?

— Potter…

— Tak, wiem, mamy czekać na rozkazy. A co, jeśli one nigdy do nas nie dotrą, a my będziemy tutaj siedzieć jak jacyś idioci? Przez te dni mogło się zdarzyć wszystko, już nawet nie mówiąc o miesiącach, a my…

— Znowu zaczynasz ten dramat?

— … siedzimy tutaj, niemal codziennie skacząc sobie do gardeł!

Książka z hukiem trzasnęła o stół, aż zabrzęczały znajdujące się na nim naczynia i sztućce. Harry wzdrygnął się.

— Jesteś koszmarny. Masz pojęcie o tym, Potter? — fuknął mężczyzna, a chłopak natychmiast przybrał skruszoną minę, uświadamiając sobie swój błąd o wiele za późno. — Ale w jednej kwestii masz rację. Nie byłoby tego skakania do gardeł, jak to sam raczyłeś nazwać, gdybyś…

— Tak, oczywiście — warknął Gryfon. — Znowu zaczynasz ten dramat? — przedrzeźnił wcześniejsze słowa Snape'a, za co zarobił wściekłe spojrzenie. — Gdybym co? Przyjął radośnie dłoń Hermiony i aportował się Merlin wie–

Dlaczego?

Ostry głos gwałtownie przerwał wywód Harry'ego, który zamarł w pół słowa. Snape już dwa razy zdążył zadać mu to kluczowe pytanie, a on za nic w świecie nie potrafił udzielić na nie odpowiedzi. Dlaczego? Chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę, że wstał od stołu i górował nad mężczyzną, a dłonie miał boleśnie zaciśnięte na krawędzi blatu.

Dlaczego?

— Nie wiem — odparł miękko chłopak, nagle zbity z tropu. — Nie myślałem…

— Nic nowego — westchnął Snape, podnosząc się z krzesła. — To nie jest odpowiedź, Potter — dodał po chwili namysłu. — Jeśli kiedykolwiek dorośniesz do tego, by mi powiedzieć…

— Nie traktuj mnie jak jakiegoś dzieciaka — wycedził Harry, ponownie czując jak opanowanie wyrywa mu się spod kontroli. — Nie jestem nim.

— Doprawdy?

— Który mamy miesiąc?

Teraz to Snape został zbity z tropu. Na tę jedną chwilę wzburzenie na twarzy mężczyzny ustąpiło zaskoczeniu.

— Myślę, że grudzień. Czemu pytasz, Potter? I nie zmieniaj–

— Nie zmieniam tematu — wciął się gwałtownie Harry. — Jeśli mamy grudzień, to za około miesiąc będę miał dwadzieścia lat, oczywiście rocznikowo, i nie…

— Jakby to robiło jakąkolwiek różnicę — parsknął ironicznie Severus, machając lekceważąco ręką. — Doprawdy, dwadzieścia lat. Masz pstro w głowie. Popełniasz błędy, a nawet nie zdajesz sobie sprawy, że konsekwencje, z którymi będzie ci potem dane się zmierzyć, będą ciążyły nad tobą przez resztę życia…

— Czyżbyś tak mówił na podstawie własnego doświadczenia? — odparł chłopak lodowatym głosem, wbijając szpilę w czuły punkt. Pochylił się nad stołem, patrząc mężczyźnie prosto w oczy.

Między nimi zapadła ciężka cisza, przerywana jedynie głośnymi, sfrustrowanymi oddechami i nawałnicą szalejącą na zewnątrz. Snape zacisnął lewą dłoń tak mocno, że zaczęła się trząść. Twarz miał ściągniętą i wyglądał, jakby był o krok od wybuchnięcia gniewem. Sam Harry ledwie nad sobą panował; jak nigdy wcześniej, miał ochotę złapać tego dupka za kołnierz koszuli i…

— Zejdź mi z oczu, Potter.

— Oczywiście — warknął chłopak, unosząc obie dłonie w geście i protestu, i poddania się, i wszystkiego innego na raz. Walczył ze sobą, by nie zwinąć ich w pięści i nie wymierzyć ciosu; czuł, jak jakaś dziwna emocja bulgocze mu tuż pod skórą. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i zacznie kipieć. Odwrócił się i rozjuszonym krokiem wyszedł z kuchni.

Odpuścił. Po raz kolejny.

Z całej siły zatrzasnął za sobą drzwi gabinetu.


— Powiedział, że jestem doskonała.

Odrobinę głośniejszy od szeptu głos wyrwał go ze snu. Harry wzdrygnął się gwałtownie, czując lodowate wargi muskające jego ucho. Oddech chłopaka stał się ciężki i chrapliwy z przerażenia. Coś tutaj nie pasowało, coś było nie tak…

„Nie żyjesz" – chciał jej powiedzieć, lecz słowa nie opuściły jego ust.

Jego kończyny nie chciały z nim współpracować i pomimo wszelkich wysiłków nie potrafił poruszyć żadną z nich nawet o milimetr. Silne dłonie chwyciły go za ramiona i podniosły do siadu. Został przyciśnięty do twardego, zimnego kształtu. Stracił oddech, jego gardło było całkowicie zablokowane; gęsta, smolista maź wypełniała mu płuca i uniemożliwiała zaczerpnięcie oddechu. Był przerażony, tak bardzo się bał, jednak nie mógł się poruszyć…
Tonks zaczęła kołysać się w tył i w przód, ciągle trzymając Harry'ego w żelaznym uścisku; czuł zawroty głowy, jakby za chwilę wszystko miało się zawalić i pochłonąć go całkowicie, brakowało mu tchu…

Zaczął zatapiać się w lodowatym ciele, scalając się w jedność.

Ze strachu serce przestało mu bić.

— Potter.

Głos odrobinę głośniejszy od szeptu wyrwał go ze snu. Wzdrygnął się gwałtownie i otworzył oczy. Łykał powietrze głośnymi haustami, w końcu, w końcu mógł oddychać.
Silna ręka zacisnęła się na ramieniu Harry'ego. Chłopak szarpnął się gwałtownie, próbując się uwolnić, ale uścisk był zbyt mocny; poczuł, jak jest potrząsany. Uciekaj– szepnął głos w jego głowie.

— Potter, uspokój się — powiedział Snape.

Chłopak chwycił przedramię mężczyzny i zamarł.

Skóra pod jego palcami była ciepła i miękka. Pulsowała życiem.

— Mój boże… — wypuścił powietrze z płuc z żałosnym, cichym jękiem. — Boże, to tylko…

— Potter?

Harry przesunął rękę wyżej, muskając wnętrze łokcia, ramię i bark. Wbił paznokcie w skórę mężczyzny i zbierając resztki sił, pociągnął w swoją stronę.

Severus, kucający tuż przy posłaniu chłopaka, zachwiał się – Harry usłyszał zaskoczone sapnięcie i poczuł jak ciężkie, ciepłe ciało upada wprost na jego własne. Chłopak stracił dech (tak, tak), oplótł jedną nogą biodro Snape'a, ramieniem owinął jego tors, podźwignął się i przewrócił zdumionego mężczyznę na plecy, przygniatając go swoim ciałem. Wcisnął twarz w długą szyję Severusa i wziął drżący, chrapliwy wdech. Zapach wdarł się w nozdrza Harry'ego, był taki cudowny, smakował życiem, ciepłem, człowiekiem. Tak, tak, coś gorącego zaczęło wściekle krążyć w jego żyłach. Tak bardzo tego pragnął; był pewien, że marzł przez całe wieki, a teraz wypełniało go ciepło, miał je w sobie, pod sobą, trzymał je w dłoniach, między udami…

Harry jęknął głośno, jakby zaraz miał umrzeć z potrzeby i pragnienia. Już prawie zdążył zapomnieć, jak cudownie jest być podnieconym – dreszcze przyjemności przebiegały po jego skórze i napięcie stopniowo kumulowało się w podbrzuszu (więcej, więcej). Nie potrafił powstrzymać się przed ocieraniem biodrami o ciało znajdujące się pod nim.

Snape zadrżał; dopiero teraz dotarło do niego, co robił leżący na nim chłopak.
Spróbował odepchnąć go od siebie, ale usłyszał niecierpliwie warknięcie, a uścisk przybrał na sile.

— Potter, co ty… — nie dokończył zdania, ponieważ zimna dłoń Harry'ego została dociśnięta do jego ust. Mężczyzna zadrżał, czując gorący oddech na swoim uchu; jego ciało zaczęło odpowiadać na ten napastliwy dotyk wbrew jego woli. Chłopak ścisnął kolana, ocierając się coraz mocniej i szybciej; odrzucił do tyłu głowę i otworzył zaciśnięte do tej pory powieki. Snape wciągnął głośno powietrze, zdumiony mocą spojrzenia młodzieńca; wyglądał niepokojąco, jak gdyby to spojrzenie wcale nie należało do niego – rozszerzone źrenice, oczy błyszczące jak w gorączce. Mężczyzna zdał sobie sprawę, że nawet gdyby chciał, nie miał siły odtrącić od siebie Harry'ego; ostatkiem zdrowego rozsądku zmusił swoją rękę, by sięgnęła po porzuconą obok posłania różdżkę, z której wylewało się bladoniebieskie światło.

— Proszę — wymamrotał nieprzytomnie chłopak, znowu zamykając oczy i zatracając się zupełnie. — Proszę, błagam, pozwól mi… — oparł rozpalone czoło o grzbiet swojej dłoni, która dalej była przyciśnięta do ust mężczyzny. Czuł, jakby śnił dalej, jego umysł był całkowicie pochłonięty, nie potrafił przestać… Było mu tak ciepło, nie, gorąco; to aż parzyło. Nigdy wcześniej nie czuł takiego podniecenia, i wiedział, że ze Snape'em było podobnie… Wiedział, że tak było, ponieważ przez cienkie warstwy ubrania wyczuł długą twardość na swoim biodrze, tuż obok swojej własnej erekcji…

Szarpnięcie. Dłonie Snape'a zacisnęły się boleśnie na talii chłopaka i odciągnęły go. Harry zsunął się z posłania i wylądował plecami na twardej, drewnianej podłodze; zimne powietrze owiało jego rozgrzane ciało, ale tylko na sekundę, ponieważ po chwili znowu poczuł, jak przykrywa go coś gorącego – to był Severus, który zrzucił go z siebie i teraz to on na nim leżał, i wsunął dłoń w plątaninę ciemnych włosów, i pociągnął mocno, odsłaniając szyję… boże, teraz to on wcisnął twarz w zgłębienie między szyją a obojczykiem, oddychając ciężko…

— Przestań, to za dużo, za wiele, nie mogę…

Severus brzmiał na pokonanego. Harry poczuł ostry koniec różdżki wbijający mu się w gardło. Zamarł.

— Przestań — wyszeptał mężczyzna błagalnie. — To jest…

— … szalone. — dokończył na wydechu chłopak. — Wiem. Boże, ja tak bardzo…

— Nie — warknął Snape, a różdżka zadrżała mu w ręku; moc wściekle pulsowała pod jego skórą, kumulując się i nie mogąc znaleźć ujścia. Wyglądał, jakby był o krok od utraty samokontroli.

Harry rozwarł szeroko powieki, zdawszy sobie sprawę, że podobna sytuacja już miała miejsce – ale zamiast ogromu krwistoczerwonego nieba ujrzał nad sobą niewyraźny zarys sufitu. Ciemne kosmyki załaskotały go w rozgrzany policzek.

— Przychodzisz tutaj każdej nocy — zaczął cicho Harry, a ciało Snape'a zastygło na te słowa — każdej pieprzonej nocy, od kiedy się tutaj znaleźliśmy. Dlaczego?

— To ja byłem pierwszym, który zadał to pytanie, Potter — odparł gardłowo Snape, zaciskając mocniej palce na włosach chłopaka, którego ciało przeszył gwałtowny dreszcz. — Powiedziałem, żebyś przestał! — warknął ponownie, czując jak Harry zaczyna się pod nim wiercić.

— To ty na mnie leżysz, w dodatku dźgasz mnie swoją różdżką— zachichotał chłopak, poruszając biodrami po raz kolejny, przez co zarobił podirytowanie westchnienie i ostrzegawcze pociągnięcie za włosy. — Auć.

Severus odsunął różdżkę od gardła Harry'ego, ale poza tym nie poruszył się nawet o centymetr.

— Dlaczego pobiegłeś do mnie, zamiast aportować się z Granger i Weasleyem? Odpowiedz mi.

— Nie oczekuj ode mnie odpowiedzi na pytanie, na które sam sobie nie potrafię…

— Zaryzykuję — syknął Severus w miękką skórę, tuż obok wściekle pulsującej żyły w zagłębieniu między szyją a szczęką. Harry bezskutecznie próbował wyrównać oddech.

— Instynkt. Działałem pod wpływem chwili, nie myślałem do końca co robię…

— Okresowe odłączenie mózgu od reszty ciała. To takie typowe dla ciebie, Potter.

— … bałem się.

Snape drgnął zaskoczony.

— Bałeś się? Czego?

— Dostałeś swoją odpowiedź — odparł zimnym głosem Harry. — Teraz twoja kolej. Dlaczego przychodzisz tutaj każdej nocy? Nie myśl, że tego nie zauważyłem.

Cisza. Po chwili:

— Obawiałem się.

— Czego? — Kiedy Harry nie uzyskał odpowiedzi, położył dłonie na barkach mężczyzny i pchnął mocno, próbując wyśliznąć się spod napierającego ciała. — Ta rozmowa do niczego nie prowadzi — sapnął zirytowany. Był twardy jak skała i jeśli jeszcze chociaż przez chwilę będzie leżał w takiej pozycji, to…

— Tego, że jesteś nieobliczalnym, nieokrzesanym gówniarzem — odparł spokojnie Severus, zsuwając się z Harry'ego. Mimo to nie odszedł daleko — położył się na drewnianych deskach tuż obok i nieskutecznie próbował ukryć doskonale widoczną erekcję przez cienki materiał piżamy. Chłopakowi zaschło w ustach na ten widok. — Ktoś musi mieć na ciebie oko. Twoja kolej, Potter.

— Ponieważ jestem nieobliczalnym, nieokrzesanym gówniarzem. Ktoś musi mnie pilnować, bym nie zrobił czegoś głupiego — wiedział, jak absurdalnie wygląda w tej sytuacji jego zawadiackie mrugnięcie okiem. Cienie na twarzy Severusa wyostrzyły się.

— Już to zrobiłeś.

— Nie wyglądałeś na osobę, której jakoś specjalnie to przeszkadzało – Snape drgnął niespokojne, kiedy chłopak rzucił wymowne spojrzenie w kierunku jego bioder.

— Potter, to jest…

— Tak, wiem, szalone. Tę część już przerabialiśmy. Dwukrotnie, jeśli mam być dokładny.

— Więc dlaczego…

— Ale nie jest nieodpowiednie. Nie jest złe.

— W normalnych warunkach coś takiego nigdy nawet nie przeszłoby ci przez myśl.

— Ale to nie są normalne warunki! Nigdy nie były i nigdy nie będą! — Harry nie potrafił zapanować nad swoim głosem. — Jesteśmy w trakcie cholernej wojny, z Kwatery Głównej najprawdopodobniej nie pozostał kamień na kamieniu, siedzimy w zamknięciu i jesteśmy na siebie skazani. Nie mamy żadnych informacji o reszcie członków Zakonu, nie wiemy nawet, czy żyją…

— A gdyby zamiast mnie znajdowała się tu Granger? Albo Weasley? Zrobiłbyś to samo?)

— Merlinie, co to w ogóle za pytanie — westchnął chłopak, wznosząc oczy do góry. — Oczywiście, że nie. Jestem tego pewien.

— Jesteś pewien? — powtórzył powątpiewająco Severus.

— Tak, jestem.

— Wyjaśnij mi. — Usłyszał prośbę w głosie mężczyzny, i gdyby Harry tylko mógł, zdziwiłby się jeszcze bardziej – sytuacja i bez tego była wystarczająco groteskowa. Leżał tuż obok Snape'a w środku nocy na twardej, zimnej podłodze, na dodatek był cholernie podniecony i ostatkiem sił próbował uspokoić szalejące w środku emocje.

Wziął głęboki oddech, zanim zaczął mówić.

— Nie potrafię do końca tego wyjaśnić. Nie znosisz mnie, racja. Ja też mało kiedy potrafię ciebie ścierpieć. Ale… to jest naprawdę dziwne, ponieważ… — znowu zaczął się plątać, czego tak bardzo nienawidził — jesteś prawdziwy w tym, co robisz. Nie udajesz. Nie patrzysz na mnie poprzez pryzmat… tego — wskazał na swoją bliznę. — Widzisz mnie takim, jakim jestem naprawdę. Dzieciakiem, który wdepnął w jedno wielkie gówno. Nie jestem dla ciebie bohaterem. — Brwi Snape'a wystrzeliły w górę, a Harry na ten widok uśmiechnął się lekko. — To jest nawet zabawne. Osoba, która szczerze cię nie znosi, jako jedyna traktuje cię jak człowieka.

— Nigdy nie spodziewałem się po tobie jednocześnie tak spójnej i beznadziejnej odpowiedzi.

— To nie pierwszy i ostatni raz, kiedy cię zaskoczę — zaśmiał się miękko chłopak. Oczy Severusa błyszczały w bladoniebieskim świetle różdżki, którą nadal trzymał w dłoni. Harry'ego uderzyła intymność całej sytuacji – była ona nawet intensywniejsza niż to, co się stało… przed chwilą. Na wspomnienie reakcji mężczyzny ciepło ponownie rozlało się w jego podbrzuszu.
Nigdy wcześniej nie był tak obnażony jak w tej chwili. Pierwszy raz w życiu poczuł się całkowicie bezbronny.

— O czym śniłeś? — spytał bardzo cicho mężczyzna, nie spuszczając wzroku z twarzy swojego byłego ucznia. Harry spiął się, kiedy przez jego umysł przebiegło wspomnienie snu. Jak na zawołanie, znowu zrobiło mu się zimno.

— Tonks — odparł słabym głosem. — Śni mi się praktycznie co noc, od kiedy… — Zamknął oczy i odwrócił głowę. Czuł się zażenowany. Przerażony. Bezsilny. — Boże, dałbym wszystko, by móc teraz zapalić. Wypić. Uciec. Mieć wszystko gdzieś. Być kimś innym — dokończył ledwie słyszalnym szeptem, zakrywając dłońmi twarz.

Zapadła między nimi cisza, przerywana jedynie gwiżdżącym wiatrem między szczelinami okien.

To było to. Moment prawdy i chwila jego słabości. I Harry pozwolił na jej ujście – wypowiedział słowa, których nikomu wcześniej nie odważył się wyznać.
Zadrżał na całym ciele, czując się niesamowicie zziębniętym i bezradnym. Tak bardzo potrzebował…

— Severusie — wymamrotał niewyraźnie spomiędzy palców, czując jak histeria powoli zaczyna przejmować nad nim kontrolę. — Wyjdź. Błagam cię, jeśli nie… nie jesteś pewien… jeśli nie chcesz, żebym zrobił teraz cokolwiek, co mogłoby… jeśli nie jesteś w stanie dać mi tego, co ja… Kurwa. Proszę cię, wyjdź. Ponieważ…

… tak bardzo teraz kogoś potrzebuję.

Ciepło bijące od ciała leżącego tuż obok bynajmniej nie pomagało mu w uspokojeniu się; oddech ponownie zaczął mu przyspieszać, a serce kołatać w klatce piersiowej i już wiedział, że jeszcze chwila, jeszcze moment...

Skrzypnięcie.

Usłyszał, jak Snape powoli wstaje z drewnianej podłogi – a Harry za nic w świecie nie miał odwagi, by oderwać ręce od twarzy i na niego spojrzeć, ponieważ był na cholernym skraju swojej wytrzymałości.

Potrzebuję ciebie.

Do jego uszu dotarły odgłosy oddalających się kroków i cicho zamykanych drzwi.

Został sam.


Tydzień wcześniej
Londyn, godziny poranne

Zimne, blade promienie słońca ukazały światu niecodzienny widok – w ogromnej, starej kamienicy przy ulicy Grimmauld Place pomiędzy numerem jedenastym a trzynastym widniały szczątki kilkupiętrowego domu, którego nigdy wcześniej tam nie było. Dookoła znajdowały się przypadkowo zaparkowane mugolskie ambulanse medyczne, radiowozy policyjne i wozy strażackie; od jakiegoś czasu stały puste, jakby osoby zajmujące się służbą porządkową całkowicie wyparowały w ciągu kilku sekund od zatrzymania się powozów na miejscu zdarzenia.
Na pierwszy rzut oka cała okolica zdawała się być martwa, gdyby nie dwie postaci przemierzające zgliszcza.

Gibbon, na oko trzydziestoletni mężczyzna, odziany w niebieski mundur Ministerstwa Magii, oderwał wzrok od nieustannie migoczących kogutów policyjnych.

— Jak chcą, to potrafią działać szybko — rzucił kpiąco do swojego towarzysza, wysokiego mężczyzny o posiwiałych włosach. — W końcu nałożyli tę cholerną kwarantannę. Już myślałem, że wyczerpię całą swoją magię od otępiania Mugoli. Parszywe kundle, zwietrzą wszystko.

— Gibbon, nie gadaj, tylko rusz się. Chyba nie chcesz spędzić tutaj całego dnia, prawda? — warknął mężczyzna do swojego młodszego współpracownika; ten natomiast skrzywił się i pchnął stopą jeden z wielu zalegających kawałów gruzu. Usłyszał chrzęst, po czym niewielka chmura pyłu wzbiła się w mroźne, listopadowe powietrze.

— Tutaj i tak nie ma czego zbierać, Travers — stwierdził, otrzepując swój mundur. Rozejrzał się dookoła. — Sam gruz i spalenizna. I mnóstwo ciał.

Travers westchnął podirytowany.

— W takim razie przydaj się na coś wreszcie i zrób porządek z tymi trupami. Pojawią się niewygodne pytania, jeśli ktoś znajdzie zwłoki naszych wojskowych w szatach Śmierciożerców. Spal ich.

— Czemu zawsze to właśnie ja muszę wykonywać brudną robotę? — Gibbon skrzywił się z obrzydzeniem. Po chwili umilkł, łapiąc ostrzegawcze spojrzenie mężczyzny. — Dobra, dobra. Już. Tak w ogóle… co za idiota użył klątwy detonującej? Mieliśmy ich wykurzyć, nie rozwalić.

— Pierdolony Mulciber — mruknął Travers. — Już dostał to, na co zasłużył — kopnął z satysfakcją leżące pod jego stopami martwe ciało, odziane w czarną szatę. Krótkie smagnięcie różdżką i zwłoki zajęły się ogniem, podobnie jak leżąca kilka metrów dalej maska Śmierciożercy. W powietrzu uniósł się smród — Jeśli znajdziesz kogoś z Zakonu, daj mi znać. Ich zostaw. Zajmiemy się tym ścierwem później.

Gibbon kiwnął głową i odwrócił się, chcąc jak najszybciej uwolnić się od odoru spalonego ciała.

Czasami naprawdę nienawidził swojej roboty.

Ruszył w głąb pogorzeliska, zostawiając w tyle towarzysza. Stąpał ostrożnie po kamiennych odłamach, rozglądając się wokół – miejsce wciąż nie było bezpieczne, pomimo zastosowania zaklęć skanujących otoczenie. Wyglądało na to, że oprócz tego wywołanego klątwą detonującą miał tu miejsce drugi potężny wybuch.

Mijał zwęglone fragmenty ścian i zawalone części konstrukcji. Po sporej ilości drewnianych elementów i niemal doszczętnie spalonych książek wywnioskował, że w tym miejscu musiała się znajdować biblioteka. Nieoczekiwanie jego uwagę przykuł maleńki błysk. Zmrużył oczy i podszedł bliżej.

Pośród zniszczonych woluminów leżał mały, wykonany ze złota przedmiot. Biżuteria? Jednak nie to było najdziwniejsze – nie licząc jego położenia, przedmiot wydawał się być nietknięty. Płomienie nie zdołały go w żaden sposób strawić; nie był nawet osmolony.

Sygnet? Przyjrzał się dokładniej – może i nie był ekspertem w tej dziedzinie, ale z daleka widać było, że został wykonany wprawną ręką goblina. Złoto najwyższej jakości, piękny grawerunek. Horrendalnie droga zabawka.

— Hej, Travers! — zawołał z szerokim uśmiechem. Podniósł się z klęczek i wystawił na wyciągniętej dłoni pierścień. — Jak myślisz, ile jest warta ta błyskotka? — Słysząc te słowa, mężczyzna ruszył ku niemu ze znudzonym wyrazem twarzy.

— Co znowu? — burknął, przyglądając się znalezisku towarzysza; po chwili jego oczy rozszerzyły się w szoku i porwał sygnet z ręki Gibbona.

— Ej! — wykrzyknął oburzony.

— Gdzie to znalazłeś? — spytał Travers podniesionym głosem i rozejrzał się prędko po okolicy. Żadnego ciała w promieniu paru metrów. Nic, poza spalonymi elementami biblioteki – nic, co mogłoby wskazywać na to, że gdzieś w pobliżu mógłby znajdować się właściciel owej biżuterii.
Znowu spojrzał na sygnet i potarł kciukiem starannie wygrawerowany na nim znak: tarczę trzymaną przez dwa smoki i wijące się węże**. Herb rodu Malfoyów. — Z tego co widziałem, żaden z Malfoyów nie brał udziału w akcji — powiedział ciszej, głęboko się nad czymś zastanawiając. Pierścień w jego palcach wręcz wibrował od magii. — Jest zaczarowany, doskonale poznaję to zaklęcie… To świstoklik. Niedokończony, ale jednak.

Ciekawe…

Travers spojrzał na swojego partnera z dzikim błyskiem w oku. Twarz Gibbona wyrażała czyste zdumienie.

— Ściągnij tu Lucjusza Malfoya. Myślę, że będzie zainteresowany.

Koniec rozdziału VII


*Tutaj namieszałam trochę w kanonie, przyznaję :) W oryginale Grimmauld Place 12 należało do Syriusza, nie Andromedy. Zmieniłam na potrzeby fabuły, mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone.

** A tak on wygląda: .nocookie net/_cb20110711145929/harrypotter/images/a/a5/Malfoy_family_