Samuel Dilectus - dziękuję Ci pięknie za komentarz :* Jak i również Two years ago - chociaż niewiele z tego zrozumiałam, ale zawsze to jakiś odzew :D

Postanowiłam dzielić rozdziały mniej-więcej po połowie. Mam nadzieję, że nie będziecie mi mieli za złe. Jest jeden plus takiego zabiegu – dzięki temu aktualizacje będą częstsze. Pozdrawiam i zapraszam do czytania.
Beta: Ewa :*


Zaraza rozdział VIII, część I

Cisza przed burzą


Tego poranka Harry'ego powitała cisza.

Kiedy tylko otworzył oczy, poczuł jak jego ciało tężeje z niepokoju. Każdego dnia był budzony przez Severusa krzątającego się po domu, a jako że mieszkanie nie należało do największych, wszystko było doskonale słychać (wciąż nie wiedział, czy mężczyzna umyślnie serwował mu takie pobudki – ciągle zapominał go o to spytać).
Nic, żadnych odgłosów kroków czy trzasków zamykanych drzwi.
Żadnego „pobudka, panie Potter. Ile jeszcze zamierza pan marnotrawić czasu w tej parodii łóżka?". (Harry zawsze wtedy się odgryzał, że i tak nie ma nic do roboty, co było zbywane lekceważącym prychnięciem.)

Odrzucił koc na bok i zerwał się posłania. Szybko wciągnął dżinsy, założył okulary na nos i wybiegł z gabinetu.
Drzwi sypialni Snape'a były otwarte na oścież. Harry zajrzał do środka, omiótł wzrokiem porozrzucane wszędzie książki (nic nowego), starannie poskładane części garderoby i rzeczy osobiste, których nie było zbyt wiele – jeśli można zaliczyć do nich niewielkie pudełko z eliksirami „na wszelki wypadek". Nic nie zginęło.
Poza Severusem Snape'em.
Zniknął.

Harry poczuł się, jakby dostał czymś ciężkim w tył głowy. Co, jeśli znaleźli nasze schronienie i… – pomyślał gorączkowo, po chwili ganiąc siebie za te myśli – jeśli ktokolwiek miałby tu przyjść, najpierw dobrałby się do Harry'ego, a nie Severusa.
Rozsądek podpowiadał mu: „nic się nie stało, uspokój się". Wbrew sobie, postanowił go posłuchać.

Westchnął ciężko, kierując swoje kroki do kuchni. Opadł na rozklekotane, drewniane krzesło, oparł łokcie o blat stołu i wplótł palce we włosy.

Co wczoraj mu strzeliło do tego zakutego łba? Kurwa mać. W nocy odwalił takie przedstawienie, że Severus najprawdopodobniej potrzebował ochłonąć. To nie zdarza się codziennie – były uczeń dobierający się swojemu (na dodatek, niezbyt lubianemu) profesorowi do spodni.
Znając Snape'a, teraz pewnie nie chciał go w ogóle widzieć na oczy.

Miniona noc należała do najcięższych w życiu Harry'ego. Kiedy tylko poskromił szaleńczo galopujące myśli i wciąż napływający atak paniki, z trudem udało mu się zasnąć. Sam sen również nie należał do najspokojniejszych – był wypełniony lękami i koszmarami. Dawniej radził sobie dzięki niewielkim dawkom Eliksiru Uspokajającego, ale teraz nie miał pod ręką nawet kropli. Wiedział, że Snape posiada w swoich zbiorach kilka porcji, ale nie miał odwagi go o to poprosić. Nie po tym, co przeszedł ostatnio ( „Głupi chłopaku, na nic się nie przydasz ze spieprzonym układem nerwowym!" ). Teraz tym bardziej nie zbierze się na odwagę.
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nadużywa eliksiru. Wystarczającym dowodem na to były symptomy odstawienia, które pojawiły się już po kilku dniach – chroniczne zmęczenie, drżenie rąk i kołatanie serca. Wiedział, że jest pod czujnym okiem mężczyzny, który wszystkiego się domyślał.

Teraz jeszcze to.
„Proszę, błagam, pozwól mi…"
Merlinie… Był o krok od spalenia się ze wstydu.
„To nie jest złe, nie jest nieodpowiednie..."
Osiągnął mistrzostwo w dziedzinie komplikowania sobie życia.

Podniósł głowę i wyjrzał przez okno, mrużąc oczy od zbyt ostrego słońca. Wczorajsza zawierucha przykryła śniegiem wszystko w zasięgu wzroku. To był jeden z najładniejszych poranków, jakie miał okazję oglądać.
Potarł dłońmi zziębnięte ramiona – siedział w samych dżinsach i podkoszulku, ale nie zawracał sobie głowy pójściem do pokoju i założeniem cieplejszego ubrania. Wspomnienie wczorajszej nocy wyssało z niego siłę do robienia czegokolwiek. I tak w końcu się stąd ruszy, jeśli nie chce zamarznąć na śmierć.

Nagle uwagę Harry'ego przyciągnęła mała, czarna plamka doskonale widoczna na tle białego krajobrazu.

Severus?

Pełen nadziei zerwał się z krzesła i dopadł do drzwi frontowych, otwierając je na oścież. Wiedział, że wygląda jak kompletny idiota stojąc tak ubrany przy ujemnej temperaturze, ale miał to gdzieś – z tej odległości był już w stanie rozpoznać wysoką, szczupłą sylwetkę Snape'a. Po Harrym spłynęło uczucie ulgi.

— Przeziębisz się, idioto — warknął mężczyzna, podchodząc do drzwi. Harry przesunął się odrobinę, krzyżując ramiona na piersi. Dopiero teraz zauważył, że Snape trzymał swoją czarną torbę, w której zwykle nosił eliksiry. — Po co tu sterczysz?

— Cóż — odrzekł Harry, wykrzywiając wargi w niewielkim uśmiechu. — Powiedzmy, że trochę mnie zaniepokoiłeś swoim nagłym zniknięciem. — Mężczyzna na te słowa spojrzał na niego ze zdziwieniem, marszcząc brwi. — Gdzie byłeś? — odezwał się ponownie, chcąc przegonić uczucie zażenowania.

— W miasteczku, nieopodal — odparł Snape, otrzepując buty ze śniegu i zamykając za sobą drzwi. — Potter, chyba nie myślisz, że ukryłbym się w miejscu, którego wcześniej bym dokładniej nie poznał? — dodał powątpiewająco, widząc zdumiony wyraz twarzy chłopaka.

— Racja — mruknął zawstydzony, przeczesując palcami poczochrane włosy. Być przygotowanym na każdą możliwość – to było bardzo w stylu Snape'a. — Czy… Czy byłeś tam w celu zdobycia informacji?

Severus nie spuszczał z niego wzroku, przez co Harry ponownie poczuł się głupio; zażenowanie powoli przejmowało nad nim kontrolę i chłopak zaczął przestępować z nogi na nogę.

— Nie bądź śmieszny — prychnął mężczyzna. — Zauważyłeś kiedykolwiek, żebym biegle władał językiem czeskim? Potrzebowałem paru rzeczy, to wszystko.

Harry kiwnął głową na znak zrozumienia, zaciskając usta. Snape odwiesił płaszcz na hak, znajdujący się tuż obok drzwi.

— Coś jeszcze, Potter?

Czemu zachowujesz się tak, jakby wczorajsza noc nie miała miejsca? , chciał go spytać Harry, jednak w ostatniej chwili ugryzł się w język. Już się odwracał, gotów odejść, gdy nieoczekiwanie mężczyzna ponownie się odezwał:

— Czekaj, Potter. Mam coś dla ciebie — burknął, po czym zaczął grzebać w przepastnej kieszeni swojego płaszcza. Po chwili wyciągnął z niej niewielkie, prostokątne pudełeczko.

— Skąd… — wydusił zdumiony chłopak, ale zamilkł, widząc ostrzegawcze spojrzenie; zamiast tego pokręcił niedowierzająco głową i – pomimo najszczerszych chęci, by tego nie robić – uśmiechnął się szeroko. — Ja… Dzię-

— Skończ z tym nonsensem. Weź to po prostu — przerwał mu podirytowany Snape, po czym wcisnął w jego dłoń paczkę papierosów.

Lucky Strike. Szczęśliwy strzał.*

Chłopak pogładził kciukiem czarny napis, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się właśnie stało. Absurd. Totalny absurd. Severus stał sztywno w miejscu, obserwując reakcję chłopaka.

— Wiesz, skąd się wzięła nazwa? — zaczął Harry rozbawionym głosem, podnosząc wzrok na mężczyznę. Kiedy nie usłyszał odpowiedzi, kontynuował: — Podobno od tego, że zrzucenie bomby atomowej na Japonię było „szczęśliwym strzałem", albo jak kto woli – „uderzeniem"…. Koniec drugiej Wojny Światowej niemagicznego świata — odparł, widząc zaskoczony wyraz twarzy Snape'a. — Stąd czerwone kółko na opakowaniu, przywodzące na myśl flagę Japonii…

— Doprawdy.

— Nawet nie mam pojęcia, skąd to wiem — uśmiechnął się lekko, pocierając dłonią kark. — Pewnie od Hermiony, ale…

— Jeśli chcesz smrodzić, rób to na zewnątrz — uciął Severus, wymijając chłopaka i kierując się do kuchni.

Harry jedynie wyszczerzył się w odpowiedzi (doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wyglądał przez to jak głupek) i porwał kurtkę z wieszaka. Szybko nałożył buty i wyszedł na zewnątrz. Nawet nie zauważył, jak wargi Snape'a wykrzywiły się w złośliwym uśmiechu.

Merlinie, już nie pamiętał, kiedy ostatnio miał papierosa w ustach. Zniecierpliwiony rozerwał cienkie, plastikowe zabezpieczenie.

— Wiesz, Snape, koniec końców… nie jesteś taki zły — zawołał radośnie do niedomkniętych drzwi tak, by mężczyzna go usłyszał. Odpowiedziała mu cisza.

Krótkim smagnięciem różdżki wywołał ogień, wetknął pierwszego papierosa pomiędzy wargi i odpalił.

Huk

Papieros eksplodował mu w ręku, zanim chłopak zdążył się porządnie zaciągnąć.
Harry zgiął się w pół, zanosząc się gwałtownym kaszlem. Gryzący dym wdarł mu się do ust i nosa; pomimo napływających do oczu łez był w stanie zobaczyć swoje osmolone dłonie.

— Snape! — wykrztusił. — Ty skur–

Szczęśliwy strzał, panie Potter? — zawołał mężczyzna. W jego głosie słychać było dziką satysfakcję.


Pomimo dużej ilości mydła i gorliwego szorowania, na jego nosie i policzkach pozostało kilka szarych smug. Podobnie było z dłońmi – za nic w świecie nie mógł ich domyć. Podniósł głowę znad umywalki i przez chwilę obserwował swoją twarz w lustrze. Poczochrane czarne włosy, jasnozielone oczy, wystające kości policzkowe i mocny zarys szczęki. Przesunął palcami po policzku, czując początki kiełkującego zarostu. Lodowate krople wody ściekały z brody po jabłku Adama i długości szyi, by następnie wsiąknąć w ubranie.
W środku dalej gotował się ze złości.

— Chciałeś mnie zabić!
— Zemsta jest rozkoszą bogów, panie Potter.

„Zemsta jest rozkoszą bogów."

— Więc w taki sposób radzisz sobie z nadpobudliwymi gówniarzami, Snape? — mruknął cicho do swojego odbicia. Wytarł się ręcznikiem i rzucił nim zamaszyście w kąt.

Wyszedł z łazienki i oparł się o framugę kuchennych drzwi, obserwując jak mężczyzna wypakowuje ze swojej torby coś, co wyglądało na składniki eliksirów. Na stole znajdowało się mnóstwo buteleczek i kępki najróżniejszych roślin.
Snape złapał jego zacięte spojrzenie; przyglądał się chwilę chłopakowi z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym wyprostował się i westchnął:

— Nie zamierzam siedzieć bezczynnie, Potter.

— To świetnie — burknął Harry dalej obrażony.

— Tobie polecałbym zrobić to samo. Zajmij się czymś — odparł, wbijając w niego twarde spojrzenie. Harry doskonale znał ten wzrok – mężczyzna po raz kolejny wydał mu rozkaz. Postawił kolejne ultimatum.
Chłopak wiedział, co kryło się za tymi słowami. Snape równie dobrze mógł powiedzieć: „zajmij się czymkolwiek, żeby nic głupiego nie strzeliło ci do głowy. Ponownie."

— Jeśli zamierzasz udawać, że wczorajsza noc nie–

— Przestań — przerwał mu zimny głos. Mężczyzna oparł się dłońmi o blat stołu, pochylając się nad nim. Kurtyna ciemnych włosów zasłoniła jego twarz. — Nie będziemy o tym rozmawiać.

Harry zacisnął wargi.

— Świetnie — powtórzył. — Obierając taką strategię, pozabijanie się nawzajem nie zajmie nam dużo czasu — dokończył cicho, wkładając w słowa tyle jadu, ile tylko zdołał. Po czym odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia, nie oglądając się za siebie.

Snape odetchnął ciężko.


Kolejne dni były dla Harry'ego prawdziwą mordęgą. Czuł się jak tykająca bomba zegarowa, gotowa wybuchnąć w każdej chwili.
Zapobiegawczo unikał Snape'a przy każdej możliwej okazji – nie jadał z nim posiłków, wymijał w ciszy w przejściach pomiędzy pokojami. Odpowiadał na jego zimne spojrzenia z taką samą gorliwością. Porozumiewał się za pomocą krótkich, ostrych słów.

Natomiast Severus przestał przychodzić do niego nocami. Harry wiedział, że tak było – jakość jego snu w ostatnich dniach znacznie się pogorszyła. Przez większość nocy kręcił się na materacu, nie mogąc znaleźć odpowiedniej pozycji; zmęczony szaleńczą gonitwą myśli zasypiał dopiero nad ranem. Od czasu ich kłótni Snape nawet do niego nie zajrzał.
Chłopak zwlekał się z posłania każdego dnia coraz bardziej wyczerpany – i fizycznie, i psychicznie.

To oczywiście nie przeszkodziło mu w zajęciu się. Przez długie godziny barykadował się w gabinecie, otoczony zewsząd książkami. Całe szczęście, że ich schronienie posiadało całkiem pokaźną biblioteczkę (domyślał się, że była to zasługa Snape'a) – gdyby nie ona, zapewne umarłby z nudów. Kiedy już nie dawał rady dłużej czytać, wychodził na spacery i nie wracał dopóki nie poczuł jak wszystkie jego kończyny tracą czucie z zimna. Brnięcie przez ogromne zaspy śniegu było na swój sposób uspokajające.

Po raz pierwszy cieszył się, że nie zdążyli zabrać z Grimmauld Place 12 badań Śmierciożerców. Przez kilka pierwszych dni był na siebie wściekły, że zupełnie o tym nie pomyślał; każda pojedyncza myśl o dokumentach wprawiała go w stan frustracji. Nie mieli nad czym pracować, przez co ponownie stali w martwym punkcie.
Teraz natomiast był wdzięczny za taki obrót spraw – i mniej musiał oglądać twarz mężczyzny, tym lepiej.

Z drugiej strony… nie dość, że byli kompletnie uziemieni, to jeszcze nie posunęli się o krok ku poprawie swojej sytuacji. Jedyne co mogli teraz zrobić to oczekiwać na rozkazy, które nie nadchodziły.
Bezczynność powoli go zabijała, kawałek po kawałku. I nawet świadomość, że czytał ogromne ilości książek – o magii, historii i zaklęciach – wcale nie poprawiała jego gównianego samopoczucia.

Strzepnął energicznie kurz ze szmaty.
Sprzątanie. Kolejna rzecz, która działała na niego uspokajająco.
Przetarł jedną z wielu półek z zapasami, a zaklęcie konserwujące delikatnie musnęło jego dłoń. Za każdym razem, kiedy radził sobie z bałaganem w stary, mugolski sposób, czuł się śmiesznie pod bacznym spojrzeniem Snape'a.

Jakakolwiek nie była relacja z tym człowiekiem, zawsze przypominała walkę. Od kiedy tylko pamiętał. Kiedy już miał nadzieję, że w jakiś (jakikolwiek! ) sposób zdołał do niego dotrzeć, ten sprowadzał Harry'ego na ziemię swoim nieprzystępnym usposobieniem.
Mężczyzna pomimo swojej siły, inteligencji i przebiegłości był emocjonalnym kaleką. Harry co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Najlepsze w tym wszystkim było to, że pod tym względem byli w jakiś zadziwiający sposób podobni do siebie.

„Czyżbyś w końcu przyznał się do swojego pociągu do starego mistrza eliksirów, panie Potter?" – zagrzmiał w jego głowie głos, który ponownie zabrzmiał jak Snape. Harry nie potrafił się powstrzymać i z ust wyrwało mu się parsknięcie.

Nagle jego uwagę przyciągnął długi kształt, wciśnięty w róg zawalonej słoikami półki; sięgnął ręką ponad nimi i wyczuwając pod palcami zimne szkło, wyciągnął ostrożnie.
Przyglądał się chwilę butelce, w której przelewała się żółta, półprzezroczysta ciecz.

Alkohol?

Usta Harry'ego rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.


— Skąd to wytrzasnąłeś?

Harry spojrzał spode łba na Snape'a, siedzącego na krześle przy kuchennym stole i czytającego książkę. Chłopak ścisnął mocniej w dłoni szyjkę butelki.

— Znalazłem w spiżarni. — Mężczyzna na te słowa uniósł brwi w znajomym geście. Gryfon widząc to uśmiechnął się złośliwie, odkorkował butelkę i przyłożył do ust, patrząc mistrzowi eliksirów prosto w oczy. — Na zdrowie, Snape.

Pociągnął spory łyk i momentalnie się skrzywił. Szybko wytarł usta rękawem.

— …wa mać, z czego–

— Na twoim miejscu wolałbym nie wiedzieć — odparł mężczyzna z dziwnym błyskiem w oku. — Zamierzasz pić do lustra, Potter? Jakie to żałosne.

Słysząc ostre słowa Harry się najeżył. Jednakże po chwili jego twarz się rozjaśniła, kiedy wpadł na pewien pomysł. Pewnym krokiem podszedł do kuchennego stołu. Postawił z hukiem butelkę na środku blatu, drugą ręką chwycił za krzesło stojące naprzeciwko, które zaszurało nieprzyjemnie po podłodze. Usiadł na nim okrakiem i wlepił wyzywające spojrzenie w Snape'a.

— Co znowu? — wysyczał mężczyzna, odchylając głowę.

Chłopak w odpowiedzi machnął różdżką i przywołał z szafki dwa popękane kubki.

— Cóż, najwidoczniej będziemy musieli obyć się bez kieliszków — oparł niewinnie, a Snape wywrócił oczami, zamykając książkę.

— Jesteś niemożliwy. Czy ty mi właśnie zaproponowałeś wspólne picie?

Harry nic nie powiedział, ciągle wpatrując się intensywnie w mężczyznę. No, dalej, Snape.

Wargi mistrza eliksirów wykrzywiły się w nieprzyjemnym uśmiechu, a oczy pociemniały. Pochylił się kierunku stołu, położył łokcie na jego blacie i popchnął długim palcem wyszczerbiony kubek w kierunku Harry'ego.

— Z przyjemnością, panie Snape — odparł chłopak, nie mogąc powstrzymać uśmiechu pełnej złośliwej satysfakcji, kiedy nalewał alkohol do obu kubków. Chwycił za naczynie, i uprzednio stuknąwszy o drugie w parodii toastu, przełknął całą zawartość za jednym zamachem. — Koszmarne — stwierdził, marszcząc nos.

Snape nawet się nie skrzywił, kiedy wypił swoją porcję, a Harry poczuł ukłucie irytacji.

— Gwoli ścisłości, panie Potter: po tym wszystkim nie mam zamiaru sprzątać pańskich zwłok.

— Czyżbyś wysnuwał przypuszczenie, że nie potrafię pić? — odgryzł się Harry, nalewając drugą kolejkę. — I skończ z tym cyrkiem. Pan Potter to, pan Potter tamto — mruknął, naśladując niski głos Snape'a.

— Nie muszę nic wysnuwać. To doskonale widać — odparł, nie spuszczając wzroku z Harry'ego. — Chociażby po tempie, jakie narzucasz. Niedługo nie będziesz w stanie ustać prosto.

Chłopak rzucił Snape'owi mordercze spojrzenie i wypił swoją porcję, zanim ten zdążył chwycić swój kubek.
Harry wpatrywał się intensywnie w czarne oczy, szukając w nich cienia jakiejkolwiek emocji – i jak na złość, nie znalazł jej. Twarz mężczyzny pozostała niewzruszona. Obojętna.
Drażniło go to tak bardzo, że z trudem mu było usiedzieć spokojnie na krześle. Ledwo powstrzymał się od walenia pięścią w stół.
Zamiast tego, sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął na blat paczkę papierosów.

Twarz Snape'a nawet nie drgnęła, kiedy Harry wetknął papierosa pomiędzy wargi i odpalił. Z głośnym westchnieniem wypuścił szary dym z samych głębi płuc.

— To najmarniejsza prowokacja w twoim wykonaniu, jaką miałem okazję zobaczyć — mruknął Snape, a Harry zatrząsł się ze złości. — Nie zachowuj się jak gówniarz.

— Cóż, czyli jednak cię to ruszyło. Co, Snape? — rzucił butnie.

Z premedytacją strzepnął popiół na stół. Mężczyzna siedział sztywno na krześle, obserwując poczynania swojego byłego ucznia, który z kolei zagapił się w niknącą w powietrzu smugę siwego dymu. Zapadła między nimi pełna napięcia cisza. To była ich pierwsza tak bliska konfrontacja od tamtego felernego poranka.

„Nie będziemy o tym rozmawiać."

Jeśli nic nie powiesz, zrobię z twojej dłoni popielniczkę, ty dupku,

pomyślał Harry, czując jak frustracja zżera go od środka. Oczywiście, że zachowywał się jak dzieciak – chłopak nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Zdawał sobie z tego sprawę doskonale. Jednakże nauczony doświadczeniem, wiedział również, że jeśli chce dotrzeć do tego mężczyzny w jakikolwiek sposób, musi najpierw zburzyć mur jego opanowania.

Snape nie odezwał się ani słowem. Zamiast tego, chwycił pewnie za nadgarstek Harry'ego, zabierając papierosa drugą ręką. Co?
Chłopak był już niemal pewien, że dopiero co rozpoczęty papieros zaraz zostanie zgaszony na blacie stołu. Tak się jednak nie stało.
Harry zamarł; jak zahipnotyzowany obserwował mężczyznę, który z błyskiem w oku powoli podnosił papierosa do swoich ust. Zaciągnął się głęboko, nie spuszczając wzroku z chłopaka.

— Kurwa. Snape — sapnął z niedowierzaniem, wyszarpując dłoń. — W co ty grasz, do–

— Równie dobrze mogę zapytać o to ciebie — przerwał mu sucho Severus, obracając papierosa w palcach; spojrzał na niego z odrazą, po czym oddał go Harry'emu. Gryfon z przerażeniem odkrył, że jego własna dłoń zaczyna drżeć. Przegrał. Znowu.
To właśnie Snape po raz kolejny wytrącił go z równowagi, chociaż miało być zupełnie inaczej. To był jeden z najbardziej popieprzonych i zarazem najintymniejszych gestów, jakie miał okazję kiedykolwiek doświadczyć.
Po plecach przebiegł mu dreszcz, kiedy poczuł pomiędzy wargami lekko wilgotną końcówkę filtra.

— Jesteś niemożliwy — Harry pokręcił głową z niedowierzaniem.

— Nie ja jeden — odparł mężczyzna, rozsiadając się wygodniej na krześle i krzyżując ramiona na piersi. Sprawiał wrażenie odprężonego i spokojnego, jednakże zdradzały go mocno zaciśnięte dłonie. Zaciętość na jego twarzy wyostrzyła się.

Harry próbując zignorować szaleńczo bijące serce, wyciągnął rękę w kierunku butelki.


Po kilku następnych kolejkach, pierwsza próba powstania z krzesła zakończyła się porażką.

— Wypiłem. Zapaliłem. Jedyne co mi pozostało to spierdolić stąd w radosnych podskokach — wymamrotał uszczęśliwiony Harry.

Jak zza mgły, do jego uszu dobiegło podirytowane westchnienie.

— Na pewno nie w tym stanie. Potter, ty naprawdę nie potrafisz pić. — Chłopak poczuł szarpnięcie za ramiona i został postawiony do pionu; zachwiał się nieznacznie, uczepiając się Snape'a. Parsknął rozbawiony, kiedy mężczyzna spiął się pod wpływem dotyku.

— To naprawdę mocne gów–

— Przymknij się. I tak już wystarczająco poraniłeś moje uszy swoim niewybrednym językiem.

Harry zarechotał pijacko, zdając sobie sprawę z dwuznaczności tych słów. Ochoczo zarzucił swoje ramię na barki Snape'a, pozwalając ponieść część ciężaru ciała. Mężczyzna wywrócił oczami i wzmocnił uścisk na talii chłopaka, powoli przemieszczając ich w kierunku gabinetu.

— Dopiero się rozkręca. — szepnął mu do ucha, a ciemne włosy załaskotały go w nos. Długie palce wbiły się boleśnie w żebra Harry'ego w geście ostrzeżenia. — …rwa, auć, auć.

— Wierzę na słowo — odparł zimno mężczyzna i szarpnął jeszcze mocniej, chcąc jak najszybciej pozbyć się kłopotliwego balastu. — Opanuj się.

— To ty mnie znowu dźgasz — fuknął Harry, a kiedy Snape posłał mu mordercze spojrzenie, podniósł wolną rękę w parodii obrony — palcyma. Palcami — poprawił pospiesznie.

Stłumione warknięcie.

Koślawym krokiem przekroczyli próg gabinetu. Zanim Harry zdążył się zorientować w całej sytuacji, poczuł jak jest puszczany na skołtunione posłanie. Z gardła wyrwał mu się odgłos zaskoczenia, a cały świat zawirował przed oczami.

Kiedy opanował szaleńcze zawroty głowy (i czegoś dziwnego w żołądku), z trudem skupił wzrok na pochylającego się nad nim Snape'a. Ciemna sylwetka doskonale odcinała się na tle światła dobiegającego z kuchni. Harry zdał sobie sprawę, że trzyma w żelaznym uścisku przedramię mężczyzny.

— Złamałeś postanowienie — zaczął nagle chłopak, a Severus drgnął niespokojnie — zarzekałeś się, że nie będziesz taszczyć moich zwłok.

Ku jego zdumieniu, mężczyzna kucnął przy materacu, znacznie zmniejszając dystans. Coś gorącego rozlało się w podbrzuszu Harry'ego, kiedy wspomnienie tamtejnocy uderzyło mu do głowy. Severus pochylił się jeszcze bardziej w jego kierunku i powiedział poważnie:

— Pierwsze i ostatnie, które zamierzałem złamać.

— Nie. Nie wierzę ci. — odparł Harry pewnym głosem, kręcąc głową; przez moment poczuł się całkowicie trzeźwy, co było dosyć dziwne, zważywszy na to, że jeszcze chwilę temu był kompletnie zalany. — Nie.

Mężczyzna wpatrywał się w gorączkowo błyszczące zielone oczy; starał się to przypisać pijaństwu, ale – mimo wszystko – nie potrafił. Potter nagle przybrał smutny wyraz twarzy.

— Przestałeś tu przychodzić nocami — wymamrotał żałośnie.

— Merlinie, śpij już — żachnął się Snape, strząsając jego rękę z ramienia. Nie mógł pozwolić, by chłopak po raz kolejny wyprowadził go z równowagi. Przez parę ostatnich dni walczył ze sobą zbyt mocno, by utrzymać opanowanie na wodzy. —Nigdy więcej nie tkniesz przy mnie alkoholu. O ile normalnie jesteś nieznośny, to po wypiciu stajesz się jeszcze koszmarniejszy.

Harry wykrzywił wargi w uśmiechu, którego Severus wcześniej nigdy nie widział.

— Ucałuj swój koszmar na dobranoc — wybełkotał nieprzytomnie, po czym zaczął się mościć wygodniej na ugniecionym posłaniu; senność zwalała go z nóg. Świat wirował zbyt szaleńczo, by mógł panować nad swoimi słowami, czy nawet myślami.
Po chwili milczenia do jego uszu dobiegł cichy głos Severusa.

— Nie zapomnę.

Przymknął ciążące powieki.


Tego samego dnia, popołudnie

Francja
Półwysep Bretoński

Ron Weasley obserwował niewyraźny zarys statków malujących się na otwartych wodach Oceanu Atlantyckiego. Jak na tę porę roku, pogoda była niezwykle łaskawa dla tutejszych rybaków; pomimo nisko zawieszonego słońca, dopiero teraz zdecydowali się zawinąć sieci. Jak widać, nie próżnowali i korzystali z każdej możliwej okazji.

Zimny, porywisty wiatr wdarł się za kołnierz grubego, zimowego płaszcza. Ron mocniej opatulił się materiałem i ścisnął pod pachą najnowszy numer Le Monde**.Odwrócił się. Chciał dotrzeć do schronienia tuż przed zapadnięciem zmroku.

Miał szczerą nadzieję, że tym razem nie zastanie Malfoya w domu – Ślizgon i tak wystarczająco działał mu na nerwy. Nie miał ochoty słuchać kolejnych złośliwych uwag na temat swojego miernego talentu do języków. Mimo wszelkich wysiłków Hermiony, dalej nic nie rozumiał z tych francuskich krzaczków i był zmuszony prosić o ich tłumaczenie na angielski. Nie czuł się winny z tego powodu. Nie to, że brakowało mu czasu na naukę, ale… nie miał kompletnie do tego głowy. Nie potrafił wystarczająco skupić swoich myśli. Nie po tym, co wydarzyło się ostatnio.

Z pomocą Hermiony (i co dziwniejsze, Malfoya) udało mu na tyle się ogarnąć, by przestać się zachowywać się co najmniej apatycznie. Po ucieczce z Grimmauld Place 12 przez pierwszych kilka dni schodził z zasięgu wzroku i w ogóle się nie odzywał. Wspomnienia przebytego koszmaru tłukły się szaleńczo po jego głowie, dając o sobie znać na każdym kroku.
To właśnie Malfoy wziął sobie za punkt honoru ciągłe wytrącanie go z tej groteskowej, pełnej marazmu równowagi. Irytował go i podszczypywał słownie przy każdej możliwej okazji – i o ile Ron na początku był wściekły, teraz był mu za to… wdzięczny. Oczywiście, nie powiedział tego Ślizgonowi wprost, nie, nie miał najmniejszego zamiaru.
Kiedy pewnego wieczoru wspomniał o tym Hermionie, ona jedynie uśmiechnęła się delikatnie w odpowiedzi. Nigdy wcześniej nie sprawiała wrażenia tak kruchej. Obserwował jej ściągniętą w zmartwieniu twarz i smukłe palce, przewracające stronice kolejnych książek. Myślał wtedy o tym jak bardzo (bardzo) kocha tę dziewczynę. Musiał wziąć się w garść, chociażby właśnie dla niej.

I tak zrobił. Cóż, starał się ze wszystkich sił.

Martwił się. Martwił się o nich wszystkich. Zaczęło mu nawet zależeć na tym dupku Malfoyu, który przez ostatnich parę miesięcy okazał się całkiem znośnym towarzyszem (ale tylko pod pewnymi względami).
Ale najbardziej niepokoił się o Harry'ego. O ile Hermionę miał ciągle na oku – o tyle przez kilka ostatnich dni żył w przerażającej niewiedzy, nie posiadając żadnych informacji o swoim najlepszym przyjacielu.
Wiążący zmysły strach rozpłynął się dopiero wraz z nadejściem wiadomości od dyrektora.

( „Jest bezpieczny. AD." )

Suchy, lakoniczny liścik podziałał niezwykle kojąco na skołatane nerwy. Więcej nie potrzebował wiedzieć; wierzył, że gdziekolwiek Harry by się teraz nie znajdował, był w dobrych rękach.

Wszystko zdawało się uspokajać i zamierać.
Jedyne co mogli teraz zrobić to oczekiwać na rozkazy, które nie nadchodziły. Całym sobą próbował powstrzymać wypływające na wierzch jego świadomości niepokojące podszeptywania: za cicho. Za spokojnie. Źle, bardzo źle.

(— Coś nadchodzi — wyznał mu pewnego dnia Malfoy. — Coś wielkiego.)

To był paradoks. Dzielenie tych samych lęków powinno go w jakiś sposób uspokoić – koniec końców, nie był w tym przecież osamotniony. Jednak po usłyszeniu słów Malfoya utwierdził się w swoim zaniepokojeniu. Coś się działo. Miał wrażenie, jakby rzucił się w pościg za jakimś cieniem i nieustannie był o krok do tyłu. Nic nie mogli zrobić.
Czekanie z tego wszystkiego było najgorsze.

(— To cisza przed burzą — Ron zamarł. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział strach w stalowoszarych oczach Ślizgona.)

Machnął różdżką i zdjął z siebie zaklęcie maskujące. Przez chwilę obserwował jak jego dłoń znowu staje się blada i pokrywa mnóstwem maleńkich piegów.
Niespiesznie wszedł do niepozornego domu, który z zewnątrz bardziej przypominał ruderę niż cokolwiek innego. Zamknął za sobą drzwi. Rzucił gazetę na komodę stojącą w sieni i odwiesił płaszcz na hak.
Nie przejął się panującą w domu ciszą – Hermiona zapewne czytała, a Malfoy siedział zamknięty w swoim pokoju. Dzień jak co dzień, od kiedy się tutaj znaleźli.

Z salonu dobiegało słabe światło. Bez większego namysłu wszedł do pomieszczenia, domyślając się, że jego dziewczyna spędzała kolejne późne popołudnie pośród ogromnej ilości książek.

Nie mylił się – Hermiona siedziała w swoim ulubionym, starym fotelu. Duży, pokryty materiałem mebel był zwrócony oparciem w jego stronę. Dziewczyna nie poruszyła się nawet o centymetr, kiedy Ron wszedł do pokoju.

Coś go tknęło.

— Hermiono? — zawołał. Dziewczyna wzdrygnęła się. Ron wziął głęboki oddech, który miał w sobie coś z ulgi. — Wszystko w porządku?

Odpowiedziało mu lekkie skinienie głowy. Chłopak uśmiechnął się i podszedł bliżej. Znając życie, Hermiona znowu się zaczytała i zapomniała o całym świecie. To było dla niej takie typowe.

Opierając dłoń o wysokie oparcie fotelu, pochylił się nad nim i złożył delikatny pocałunek na czole dziewczyny.

— Nie za dużo tego czytania? Co? — rzucił lekko i zsuwając dłoń z oparcia, wplótł w jej włosy. — Gdzie ten gad, swoją drogą? Znowu gdzieś go poniosło?

Z pewnym zaniepokojeniem odkrył, że skóra na karku dziewczyny pod jego palcami była mokra od potu. Hermiona ani razu nie spojrzała na niego; wpatrywała się tępo w tekst, a dłonie miała tak mocno zaciśnięte na brzegach woluminu, że aż pobielały jej knykcie. Klatka piersiowa dziewczyny unosiła się w powolnym, usilnie kontrolowanym oddechu. Książka, którą trzymała na kolanach była odwrócona do góry nogami.

Wcale nie czytała. Była przerażona.

— Hermiono? — spytał podniesionym, zdenerwowanym głosem. Coś zimnego spłynęło mu po plecach i poczuł jak panika wdziera się do jego umysłu. — Co się stało? Gdzie jest Malfoy?

Dziewczyna podniosła wzrok znad książki i spojrzała na pobladłą twarz Rona. Jej oczy były szeroko otwarte i błyszczały intensywnie, a oddech stał się płytki i urywany; była o krok od histerii.

Uciekaj" — wyczytał z jej ruchu warg, a Ron poczuł jak tężeje mu ciało.

Znaleźli nas.

Zanim zdążył chwycić za różdżkę, usłyszał spanikowany krzyk Hermiony.

Zaklęcie uderzyło w jego plecy.


*Lucky Strike – pl wikipedia org/wiki/Lucky_Strike
Słowniki podają różne tłumaczenie tych słów, jak na przykład: strzał w dziesiątkę, szczęśliwy traf, szczęśliwe uderzenie, szczęśliwe odkrycie i tak dalej. Wybrałam jednak „szczęśliwy strzał", bo tak mi najbardziej pasowało ;) Istnieje jeszcze jedna legenda odnośnie pochodzenia nazwy, też z okresu II Wojny Światowej – podobno jeden na sto papierosów miał w sobie marihuanę.

** Popularny dziennik francuski