a/n: Na wstępie chciałam Wam przeogromnie podziękować za ten odzew :* Szczerze powiedziawszy – totalnie się go nie spodziewałam. I tym bardziej jest mi miło.
Koko, Sylwio, Asfo, Girl-with-dragontattoo, admirre, Hotarus Malfoyus, Spojrzenie zabójcy, Anko, JessicaKallina, Raithorna, Tulu – Dziękuję Wam pięknie za motywujące komentarze. Z każdym nowym otwierałam Worda i trzaskałam jak oszalała w klawiaturę, przysięgam! XD
Beta: Ewa :* Wszelkie inne błędy są moją winą.
Komentarze jak zwykle baaardzo mile widziane, nawet te króciutkie!
Cisza przed burzą, część 2
— Pobudka, panie Potter. Ile jeszcze czasu zamierza pan marnotrawić w tej parodii łóżka?
Harry wzdrygnął się gwałtownie, kiedy przez jego sen przebił się trzask zamykanych drzwi.
Natychmiast zasłonił ręką oczy, do których wdarło się ostre, poranne słońce. Starał się uspokoić wściekle galopujące serce. Nienawidził być budzony właśnie w ten sposób. Cały Snape – doprowadzać Harry'ego do szału od samego rana.
Próbował odrzucić od siebie nieprzyjemne uczucie odrealnienia, które kurczowo trzymało się jego umysłu. Został wyrwany z najbardziej osobliwego snu, jaki tylko mógłby mu się przyśnić.
Zsunął z oczu dłoń i potarł palcami suche wargi.
Pocałunek, doprawdy.
Naprawdę musiał się wczoraj porządnie spić, skoro jego głowa podsuwała mu takie obrazy. Jak na zawołanie, poczuł narastające, rytmiczne dudnienie w skroniach. Merlinie… Nigdy więcej nie tknę tego świństwa, przyrzekł sobie, krzywiąc się na nieprzyjemny posmak w ustach. Jeśli nie skorzysta z toalety i natychmiast nie umyje zębów, zwymiotuje tu i teraz. Jeśli tylko miałby czym. Wstał z trudem i skierował się do łazienki. Zrzucił z siebie pogniecione i nieświeże ubranie.
Wszystkie czynności w toalecie wykonywał automatycznie i wyjątkowo powoli. Już dawno nie czuł się tak wypompowany z sił.
Ułożył się wygodniej w nieco zardzewiałej wannie i zanurzył całkowicie głowę pod wodę. Mógłby tak leżeć całą wieczność. Cóż, przynajmniej do czasu, dopóki starczy mu oddechu.
Do jego uszu dobiegło stłumione, natarczywe walenie w drzwi. Wynurzył się gwałtownie, czerpiąc głęboki wdech i rozchlapując dookoła wodę.
— Potter! — warknął Snape.
— Jeszcze chwila! — odkrzyknął Harry, przecierając piekące oczy. — Co się tak pieklisz z samego rana?
Snape nie odpowiedział. Kiedy Harry nie usłyszał oddalających się kroków, westchnął rozeźlony i wstał z wanny. To tyle, jeśli chodzi o odprężającą kąpiel.
Chwycił ręcznik i owinął go dookoła bioder. Podszedł do drzwi, starając się nie pośliznąć na posadzce.
— Co jest? — burknął Harry, pociągając stanowczo za klamkę. Odgarnął mokre włosy z twarzy i rzucił mężczyźnie podirytowane spojrzenie.
Snape zamarł. Harry zmrużył oczy; nie miał na sobie swoich okularów i nie był w stanie dokładnie dostrzec jego wyrazu twarzy, choć bardzo tego chciał. Mężczyzna wyglądał na… zdziwionego? Stał niewzruszenie w miejscu, w ciszy przyglądając się niemal nagiemu chłopakowi.
— Więc? — ponaglił Harry, przystępując z nogi na nogę; chłodne powietrze owiało jego rozgrzane przez wodę ciało. Zadygotał z zimna, czując jak dreszcze przebiegają po jego skórze — Jeśli nie zamierzasz się odezwać, Snape, pozwól, że wrócę do wanny. Po wczorajszym czuję się jak gówno, i naprawdę chciałbym dokończyć swoją kąpiel.
— Oczywiście — mruknął mężczyzna, cofając się o krok.
Oczy Harry'ego rozszerzyły się w szoku. Snape wcale nie był zdziwiony. Był zmieszany.
— Cudownie — odburknął zakłopotany chłopak, prędko zamykając drzwi. Odwrócił się, opierając się mokrymi plecami o chłodne drewno.
To było… dziwne. Jak można jednocześnie być tak zażenowanym i przejętym? Harry nie odnalazł odpowiedzi na te pytanie.
Tamten wieczór zmienił wszystko, i Harry co do tego nie miał żadnych wątpliwości.
Coraz rzadziej prowadzili swoje małe, słowne wojny. Zdawało się, że spojrzenia Snape'a straciły na swej zjadliwości.
Ale nie Harry'ego; czuł, jak pod jego skórą stopniowo kumuluje się napięcie. Chodził nabuzowany po domu, wściekle przemierzał ogromne zaspy śniegu, gniewnie przewracał stronice książek. Coś od tamtego momentu się zmieniło – a najgorsze w tym wszystkim było to, że miał najmniejszego pojęcia co. I dlaczego.
Severus nigdy wcześniej nie unikał konfrontacji – a teraz zdawał się schodzić z zasięgu wzroku Harry'ego przy każdej możliwej okazji.
— Dlaczego? Zupełnie cię nie rozumiem.
Zadanie tego pytania wbrew pozorom nie było łatwe. Dla Harry'ego ubranie swoich emocji w odpowiednie słowa zawsze było trudne, szczególnie jeśli chodziło o jakąkolwiek relację z tym mężczyzną. Poza tym, nie był pewien czy zostanie zrozumiany.
— Jestem zmęczony. — odparł Severus, nawet nie zaszczycając Harry'ego spojrzeniem.
Oczywiście, chłopak się wściekł. Cóż innego miałby zrobić? Nie dość, że to były słowa na które za nic świecie nie potrafił odpowiedzieć, to jeszcze na dodatek nie miał pojęcia jak ma nie zareagować.
To było tak bardzo męczące.
Wszystko powoli zamierało i cichło. Harry miał wrażenie, jakby znajdował się w zupełnie innym wymiarze; jakby wcale nie był sobą i nie miał tych dwudziestu lat. Ciężko nawet mu było uwierzyć w to schronienie na krańcu świata, niemal całkowicie zasypane przez zimny, mokry śnieg. Ostre promienie słońca wdzierały się za jego powieki każdego cholernego dnia, ale nie był pewien, czy do tej pory zdążył się obudzić z tego dziwnego snu. Coś trzymało w żelaznym uścisku jego gardło, uniemożliwiając zaczerpnięcie głębokiego wdechu.
Harry starał się za wszelką cenę uciszyć niepokojące głosy w swojej głowie. Robił wszystko, byle za dużo nie myśleć.
Kaszlnął krótko, kiedy nieprzyjemnie gryzący pył podrażnił jego gardło.
Nawet jeśli miał uciszać napastliwe szepty poprzez zachowywanie się jak skrzat domowy, niech tak będzie. To było lepsze niż siedzenie i nic nie robienie.
Rozejrzał się po gabinecie, który przypominał pobojowisko. Kto by pomyślał, że przy zwykłym udrożnieniu kominka narobi tyle bałaganu. Wystarczyłoby jedno machnięcie różdżką i byłoby po sprawie, jednakże zamiast niej w jego ręku spoczywał wilgotny strzęp materiału. Zdjął okulary, których szkła pokryły się cienką warstwą pyłu i przetarł je o brzeg swojej koszulki.
— Czemu nie użyjesz zaklęcia? — Głos Snape'a przeciął ciszę, a Harry siedzący przy kominku się wzdrygnął; odwrócił głowę i ujrzał niewyraźny zarys postaci opierającej się o framugę drzwi.
— Nie chciałem — odpowiedział Harry. Był ciekawy ile czasu mężczyzna mu się tak przyglądał.
— Nie mówię o sprzątaniu. Chodziło mi o twój wzrok. Mogłeś użyć tymczasowego zaklęcia korekcyjnego.
— Przyzwyczaiłem się do okularów — przyznał szczerze Harry, w zamyśleniu przeczesując palcami włosy. — Poza tym, dokładnie nie wiem jaka jest… Ciągle zapominam sprawdzić…
— Jaka jest inkantacja? — dopowiedział mężczyzna, wyjmując jednocześnie różdżkę z tylniej kieszeni spodni. Ciało Harry'ego na ten szybki ruch spięło się nerwowo, dopiero po chwili się uspokajając. Cholera. Taka reakcja już była odruchem bezwarunkowym, gdy ktoś w jego obecności wyciągał w ten sposób różdżkę. Severus posłał chłopakowi niepokojące spojrzenie. — Nie zamierzam cię przekląć, Potter. W każdym razie, nie szkodliwie.
Harry przytaknął, nie wstając ze swojego miejsca i obserwując w skupieniu mężczyznę. Severus westchnął i przykucnął przy nim; złączył palec wskazujący ze środkowym i przyłożył do jednej skroni chłopaka, do drugiej natomiast różdżkę.
— Na początku może trochę szczypać — mruknął Severus, po czym wypowiedział zaklęcie. Harry zacisnął powieki, czując lekki dyskomfort. Uczucie było porównywalne do otworzenia oczu pod wodą. — Niedługo przestanie. Zaklęcie należy powtórzyć kiedy zauważysz pogorszenie się wzroku, czyli zwykle po około miesiącu.
Severus opuścił różdżkę. Jednak nie zabrał drugiej ręki, której zimne opuszki palców dotykały delikatnie skroni chłopaka. Harry po chwili poczuł, jak dłoń Severusa chwyta oprawki okularów.
— Nie będą ci już potrzebne, przynajmniej na razie — powiedział miękko mężczyzna, zsuwając okulary z jego nosa. Harry otworzył oczy i zamrugał kilka razy.
— Dziękuję.
Severus nie poruszył się, patrząc na chłopaka. Harry zdał sobie sprawę, że o ile często obserwował mężczyznę, mało kiedy patrzył mu prosto w oczy. Nie licząc oczywiście chwil, w których się kłócili.
— Zupełnie cię nie rozumiem — zaczął nagle, a Snape uniósł brwi.
— Zgaduję, że korzystanie z zaklęcia jest wygodniejsze od noszenia okularów, które w każdej chwili możesz zgubić.
— Nie mówię o okularach. Chodzi mi o… o to wszystko — machnął ręką wokół, jak gdyby to miało wyjaśnić co chłopak miał na myśli. — Wiem, że nie jestem idealnym kompanem do rozmowy. Ale jeśli mamy tu spędzić tyle czasu… musimy znaleźć jakiś sposób. Nie możemy tak ciągnąć w nieskończoność. To na dłuższą metę nie wypali.
— To męczące — przyznał Snape.
— Ja również jestem tym wszystkim zmęczony — odpowiedział Harry, wzdychając ciężko. — Nasze animozje są ostatnią rzeczą, której chcę dokładać do całego tego gówna.
— Masz na to jakąś radę, Potter?
Harry wziął głęboki wdech, zastanawiając się nad odpowiedzią; szukał na twarzy mężczyzny jakiegokolwiek cienia złośliwości. Nie znalazł go. Severus był… spokojny. Może nawet zaciekawiony.
— Myślę, że… spokojna rozmowa nie byłaby takim złym pomysłem — odparł szczerze Harry, zaskakując samego siebie.
Wargi Severusa wykrzywiły się w nieco złośliwym, delikatnym uśmiechu. Odsunął się trochę od chłopaka, siadając tuż obok na materacu.
— Przekonajmy się.
— Zawieszenie broni?
Śmiech
— Można tak powiedzieć. W końcu.
— Ulżyło ci?
— Oczywiście! To było dziwne, ale jednocześnie dobre i prawidłowe. Musieliśmy tak zrobić, jeśli nie chcieliśmy się pozabijać. W końcu nadszedł czas by zacząć zachowywać się jak dorośli.
— O czym rozmawialiście?
Westchnienie
— Na pewno nie o wszystkim. Na początku było ciężko i… koślawo. Tak, dobre słowo. Koślawo, w jakiś sposób niezręcznie. Znałem tego człowieka nie od dziś, ale… dopiero wtedy zacząłem go poznawać naprawdę.
— I jakim był człowiekiem?
— Zamkniętym. To pierwsze, co mi przychodzi na myśl. Uważnym. To drugie. Ostrożnym, ale mimo to łatwo dającym wyprowadzić się z równowagi. Słuchającym, ale nie współczującym czy pocieszającym. To nie było w jego stylu. Jednocześnie był jedyną osobą, która potrafiła mnie postawić do pionu. W jednej chwili mógł mnie wytrącić z równowagi, a zaraz po tym ją przywrócić.
— Był twoim mentorem?
— Nie wiem, czy mógłbym go tak nazwać. Niekiedy irytował mnie swoim usposobieniem, ale szanowałem go. Myślę, że Severus też w jakiś sposób zaczął mnie szanować, przynajmniej po pewnym czasie, jaki tam spędziliśmy. Tak jak mówiłem, to był czas kiedy musiałem w końcu zacząć zachowywać się jak dorosły. Musiałem brać odpowiedzialność za swoje słowa i czyny, musiałembyć uważny. To właśnie Severus mnie w tym uświadomił, w jakiś sposób utwierdził. Najwidoczniej potrzebowałem osoby, która potrafiłaby mnie kontrolować. A jak sama wiesz, to nie jest łatwe zadanie.
Śmiech
…
Cisza
— Ile czasu spędziliście w Czechach?
— Stosunkowo niewiele. Pewnie coś koło miesiąca, może trochę więcej. Nie jestem pewien. To zabawne, ale nie mieliśmy tam żadnego kalendarza.
— Tylko miesiąc?
— Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie żarliśmy się jak pies z kotem. Potem przyszło te porozumienie… Ta idylla trwała ponad tydzień… może nawet więcej. Ale to wciąż mało, prawda?
— W takim razie, dlaczego opuściliście schronienie? Gdzie się udaliście?
— Do Wiltshire. A dokładniej do posiadłości Malfoyów.
— Co? Takie nadeszły rozkazy?
— Nie, żadne rozkazy nie nadeszły. Na tym właśnie polegał problem. Ale nadeszła wiadomość.
— Jaka wiadomość?
— Pytałaś się jakiś czas temu, co ma do tego wszystkiego Lucjusz Malfoy. Pamiętasz?
— Oczywiście, Harry.
— Przejdźmy do momentu, kiedy to Kwatera Główna Zakonu Feniksa została zrównana z ziemią… chociaż można powiedzieć, że zaczęło to się jeszcze wcześniej: wraz z dołączeniem Dracona Malfoya do Zakonu… W każdym razie. Pamiętasz, jak opowiadałem ci o przenośnych świstoklikach?
— Jak najbardziej. I Draco też miał…
— Tak, Hermiona próbowała zrobić awaryjny świstoklik z jego pierścienia rodowego. Z tego co mi wspominała, to nie było łatwe zadanie – miał na sobie pewne zaklęcia ochronne, które należało złamać. To nie był byle jaki pierścień, senior Malfoy już się o to postarał – a jak wiadomo, uwielbiał pławić się w luksusach i otaczać się drogimi zabawkami.
— Ale udało się zrobić ten świstoklik? I czemu mi o nim opowiadasz?
Prychnięcie
— Ponieważ malutka, na pozór zwykła błyskotka stała się naszą zgubą.
— W jaki sposób?
— Niedokończony świstoklik Draco został w bibliotece, gdzie pracowała nad nim Hermiona. Potem odzyskaliśmy Tonks. Bum, Kwatera poszła z dymem. Ja uciekłem ze Snape'em. Ron i Hermiona – jak się później okazało – z Draco. Nie wiem jakim cholernym cudem, ale Śmierciożercy odnaleźli pośród gruzów ten pieprzony pierścień. Musieli naprawdę porządnie przeczesać to miejsce. To aż zakrawa o niemożliwość, ale jednak! Życie jest pełne niespodzianek. Odnaleźli pierścień, wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce, i co tu więcej mówić… Domyślili się, że Draco jest zdrajcą.
— Ale jak?
— Lucjusz, a któżby inny. Może już wcześniej coś podejrzewał odnośnie Draco – tego nie wiem. Nie miał wcześniej żadnych niezbitych dowodów, że jego własny syn może go zdradzić. Przecież to jego jedyne dziecko, prawda?
— Takich osób nigdy się nie podejrzewa.
— Cóż za ironia. Najprawdziwszy judaszowy pocałunek, nie sądzisz? W każdym razie… Wystarczyło odnalezienie pierścienia, który nie dość że był świstoklikiem, to dodatkowo po aktywowaniu był przekierowywany wprost na Grimmauld Place 12. To nie mógł być przypadek, nie sądzisz? Po takim okryciu nikt nie miałby problemów z dopasowaniem reszty faktów… Trudniejszym zadaniem okazało się odnalezienie syna – Draco po ataku na Kwaterę Główną dosłownie rozpłynął się w powietrzu. Lucjusz nie wiedział, gdzie jest; w końcu Draco uciekł wraz z moimi przyjaciółmi i został w schronieniu na moim miejscu. Nie mógł już wrócić do Śmierciożerców i dalej odgrywać swojej roli, jeśli nie chciał zdradzić miejsca położenia kryjówki. Czyli można powiedzieć, że już wtedy się zdekonspirował jako szpieg. Swoją drogą, podobnie było z Severusem, ale nie zbaczajmy z tematu… Cała trójka sądziła, że są bezpieczni – przecież byli w dobrze ukrytym miejscu w zupełnie innym kraju. Nawet nie przypuszczali, że Śmierciożercy mimo to ich odnajdą.
— I to dzięki sygnetowi Malfoya?
— Nie bądź taka sceptyczna, moja droga. Magia pozostawia ślady, już ci o tym mówiłem. Tym bardziej, że pierścień miał w sobie coś na rodzaj magicznej sygnatury swojego właściciela. A Draco, cóż… był synem swojego ojca. Nie, nie, w niczym nie zawinił. To Lucjusz. On naprawdę poruszył niebo i ziemię, by odnaleźć swoje dziecko.
— I udało mu się.
— Oczywiście. Zajęło mu to trochę czasu, ale tak, udało mu się.
— Więc… to dlatego ty i Snape opuściliście schronienie? Jak się w ogóle o tym dowiedzieliście?
— Już ci o tym mówiłem. Nadeszła wiadomość.
Harry wchodził po niewielkim wzniesieniu wprost do domu. Śnieg w tym miejscu sięgał mu niemal po kolana. Czuł skraplający się na plecach pot i zimne powietrze wdzierające się do płuc. Od tego chodzenia nogi mu właziły w tyłek; dałby teraz wszystko za porządną kąpiel i kubek gorącej herbaty. Po takim wysiłku nie miał siły myśleć, co było cudownym uczuciem.
Ale to nie był jedyny powód, przez który Harry miał znakomity humor.
Dogadał się ze Snape'em. W końcu. Przez tydzień (tydzień! ) nie mieli żadnej poważnej kłótni, co było niesamowite samo w sobie. Co prawda na samym początku ich rozmowy były przepełnione przesadną uprzejmością (przynajmniej ze strony Harry'ego – Snape do końca swoich dni pozostanie złośliwym dupkiem, chłopak nie miał co do tego żadnych wątpliwości), ale teraz… było normalnie. Było dobrze. Spokojnie, ale nie niepokojąco.
Wiedział, że Snape jest świetnym dyskutantem, ale sporym zaskoczeniem było przetestowanie tego na własnej skórze. Mężczyzna posiadał ogromną wiedzę – a jeśli dodać do tego głęboki, niski i przejmujący w brzmieniu głos – słuchanie go było niesamowicie przyjemnym doświadczeniem. Harry czasami zastanawiał się, dlaczego mężczyzna nie prowadził w taki sposób swoich lekcji w Hogwarcie.
(—Na samym początku chciałem wierzyć, że mam misję do spełnienia — odparł Severus, odpowiadając zaskoczonemu chłopakowi na pytanie — Przekazywać swoją wiedzę dalej. Sprawiać by młody, plastyczny umysł zafascynował się piękną i subtelną sztuką eliksirów, jak to ja miałem w zwyczaju.
Harry poczuł jak jego usta wykrzywiają się w głupim, szerokim uśmiechu. Przypomniał sobie o pierwszym wykładzie mężczyzny, który pamiętał doskonale pomimo upływu czasu. Nie mogąc się powstrzymać, przemówił niskim głosem na granicy szeptu:
— Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymać śmierć, jeśli tylko…
— … jeśli tylko nie jesteście bandą bałwanów, jakich zwykle muszę nauczać.* — dokończył Severus, rzucając zimne spojrzenie — Właśnie, Potter. Bandą bałwanów. Chociaż to i tak nic w porównaniu do jednego wyszczególnionego przypadku, któremu nawet zwykłe siekanie korzeni sprawia problem. Uważaj na palce, bałwanie— warknął, a Harry sapnął oburzony. Po chwili jednak syknął z bólu, kiedy przez swoją nieuwagę przejechał nożem po opuszce palca. Szybko włożył krwawiący palec do ust pod czujnym okiem mężczyzny.)
I tak to właśnie wyglądało przez ostatni tydzień. Harry naciskał na Severusa, by ten pozwolił mu chociaż trochę pomóc w przygotowywaniu eliksirów. Tłumaczył to kolejnym krokiem ku ich porozumieniu, za co początkowo został wyśmiany, ale… propozycja została przyjęta. Rola chłopaka ograniczała się do przynieś-podaj-pozamiataj, ale był bardziej niż szczęśliwy. Miał już przynajmniej pewność, że nie umrze z nudów (w domu wypucował na błysk wszystko, co wymagało wysprzątania).
Przygotowywali eliksiry bezpieczne do uwarzenia w warunkach domowych i niewymagające trudnych do zdobycia składników. Czyli cały wachlarz mikstur uzupełniających krew, wzmacniających, nasennych i uspokajających. Przy tych ostatnich Harry walczył sam z sobą, by któregoś nie przemycić do własnego późniejszego użytku. Jego łapczywe spojrzenie oczywiście nie mogło umknąć uwadze Severusa.
(Jakiś czas później, mężczyzna podsunął parujący kubek tuż przed twarz Harry'ego.
— Co to jest? — Chłopak zmarszczył nos na mocny ziołowy zapach, a wargi Snape'a wykrzywiły się w mało przyjemnym uśmiechu.
— Melisa. A dokładniej, napar z suszonej melisy. Doskonała na ukojenie skołatanych nerwów i rozplątanie supłów żołądkowych.**
— Ty chyba sobie żartujesz. — Harry posłał mu niedowierzające spojrzenie. Był wściekły — W takiej chwili… dajesz mi pieprzoną herbatę? )
Severus nie byłby sobą bez swojej codziennej dawki złośliwości; Harry żartował, że jest mu ona potrzebna do życia jak powietrze. Takie uwagi były zbywane spojrzeniem, którego chłopak za nic nie potrafił rozszyfrować.
Mężczyzna miał zbyt wiele tajemnic. Nigdy o wszystkim nie mówił, uważnie dobierał słowa, ale nie urywał wypowiedzi w pół zdania. Zupełnie jakby miał już wcześniej przygotowane odpowiedzi na wszystkie pytania Harry'ego, który ten tydzień zdążył zadać mnóstwo.
Dopiero teraz do niego dotarło, jak interesującym człowiekiem jest Severus Snape. Mistrz eliksirów był inteligentny, oczytany i posiadał najbardziej pokręcone poczucie humoru, z jakim kiedykolwiek się zetknął (ale do tej pory nie potrafił mu wybaczyć tego żartu z papierosami).
Jeśli tak miały wyglądać kolejne miesiące spędzone z tym człowiekiem – Harry nie miał nic przeciwko. Oczywiście wszystko w granicach rozsądku, pomyślał z małym zakłopotaniem.
(—Uważaj na palce, bałwanie— warknął, a Harry sapnął oburzony. Po chwili jednak syknął z bólu, kiedy przez swoją nieuwagę przejechał nożem po opuszce palca. Szybko włożył krwawiący palec do ust pod czujnym okiem mężczyzny.
— Jakiś problem? — wymamrotał niewyraźnie z palcem pomiędzy wargami. Poczuł jak gorąco uderza w jego policzki. Po raz kolejny się zbłaźni.
Severus nie spuszczał z niego wzroku.
— Absolutnie żaden — odparł mężczyzna cichym, dziwnie bezbarwnym głosem. — Podaj rękę. Wolałbym nie mieć krwi w swoim eliksirze.
Uspokój się, pomyślał Harry z coraz szybciej bijącym sercem, tylko spokojnie. Podał lewą dłoń mężczyźnie, który chwycił ją w mocnym uścisku i następnie stuknął delikatnie różdżką w skaleczony palec. Rana zasklepiła się w okamgnieniu.
Harry czuł się jak kompletny idiota, stojąc z tak wyciągniętą ręką. W jego umyśle szaleńczo zatańczyły sceny z mugolskich filmów, które namiętnie oglądała ciotka Petunia, a on sam przez to był ich mimowolnym widzem. Książe z bajki klękający przed wybranką swojego serca z pierścionkiem w dłoni.
Książe. Z bajki. Snape, na boga. Klękający. Niekoniecznie z pierścionkiem. O czym ty myślisz, ty pieprzony świrze, pomyślał chłopak. Ze wszystkich sił starał się powstrzymać przed wybuchnięciem histerycznym śmiechem, który ugrzązł w gardle i za wszelką cenę chciał się z niego wydostać.
— W porządku, Potter? Wyglądasz jakbyś miał się zaraz udusić— stwierdził Severus, po czym… przesunął kciukiem po bliznach na dłoni chłopaka. Bardzo delikatnie, niemal pieszczotliwie.
Harry nie wytrzymał.)
Rozsądek.
Wbrew pozorom – i wszystkiemu innemu – Harry powoli go tracił.
Mógł jedynie zgadywać, czy był osamotniony w kwestii tracenia zmysłów. Przecież nie był głupi i nie mógł nie zauważyć intensywnych spojrzeń mężczyzny.
Starał się przekonać samego siebie, że to wszystko prędzej czy później się skończy. Próbował również usprawiedliwiać reakcje swojego ciała – w końcu Severus był jedynym człowiekiem, z którym miał do czynienia w ciągu ostatnich paru tygodni… a jeśli brać uwagę czas spędzony na Grimmauld Place 12, mógł mówić nawet o miesiącach.
Miał dwadzieścia pieprzonych lat i zero jakiejkolwiek aktywności seksualnej. Był odseparowany od świata. Severus natomiast był starszym, dojrzałym i zapewne doświadczonym mężczyzną.
Ciężko było mu myśleć o sobie jak o… geju? Bo będąc już całkowicie szczerym… nigdy wcześniej o tym nie rozmyślał. Zawsze miał mnóstwo innych rzeczy na głowie, więc przejmowanie się swoją orientacją seksualną było co najmniej nie ma miejscu. Owszem, za czasów szkoły podobały mu się dziewczyny, ale teraz to…
Siedział w zamknięciu z mężczyzną, który w jakiś szalony sposób go pociągał. Severus imponował mu swoją inteligencją, pewną dozą tajemnicy i siłą – także tą psychiczną, której jemu samemu brakowało. Harry zdał sobie sprawę, że Snape był jedynym człowiekiem przy którym czuł się bezpiecznie: mężczyzna opiekował się nim i chronił go w dziwny, pokrętny sposób. Właściwie od zawsze – od kiedy tylko pamiętał.
Harry zmrużył oczy. Jego potok myśli został gwałtownie przerwany, gdy zauważył na czerwonym niebie dość duży, ciemny kształt. Czy to był… ptak? Tak, to musiał być ptak, tego charakterystycznego ruchu skrzydeł nie można pomylić z niczym innym … Serce chłopaka zabiło szybciej.
Do ich schronienia nadlatywała sowa.
Zaczął biec w kierunku domu, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Sowa w tym czasie zdążyła wylądować na parapecie; okno otworzyło się na oścież i została wpuszczona do środka przez Severusa.
Nadeszły rozkazy. W końcu.
Ostatnie parę metrów Harry pokonał w kilku długich skokach, niemal się przewracając. Wbiegł do domu, nie zawracając głowy czymś tak trywialnym jak zamykanie za sobą drzwi czy zdejmowanie ośnieżonych butów.
Zastał Severusa w swojej sypialni, dzierżącego w ręku kawałek pergaminu. Ptak obok niego niecierpliwie podskakiwał na biurku.
— Co to za wiadomość? — wydyszał Harry, a mężczyzna drgnął niespokojnie. — Jakie są rozkazy?
Twarz Severusa z każdą chwilą robiła się coraz bledsza.
— Co… — zanim zdążył cokolwiek wydukać, mężczyzna odwrócił głowę w jego stronę. Niedowierzanie. Szok. Strach. — Co jest? Co się stało?
Severus zgniótł pergamin w dłoni.
— Potter… — zaczął, ale Harry podszedł do niego i szarpnął za ramiona.
— Powiedz mi!
— Zejdź mi z oczu, Potter.
Severus ani razu nie użył tych słów od czasu ich małego porozumienia. Chłopak poczuł jak krew odpływa mu z twarzy. Z przerażenia i jednocześnie wściekłości.
— Ty chyba… Snape, do kurwy nędzy! — Uderzył mocno pięścią w ramię mężczyzny. — Co tam jest napisane? Powiedz mi!
— Nie mogę—
Ale Harry chwycił dłoń Severusa, w której trzymał zmięty pergamin. Nie, nie, nie rozumiał, czemu Snape nie chciał mu powiedzieć co się znajduje na tej pieprzonej wiadomości… Co się dzieje? Ktoś nie żyje? Czemu ten uparty dupek nie chciał mu powiedzieć…
Starał się wyrwać pergamin z zaciśniętej dłoni, nawet o tym nie myśląc; mężczyzna szybko zabrał rękę z zasięgu Harry'ego, którego ogarnęła furia. Zaczął krzyczeć.
— CO JEST NA—
— Znaleźli ich.
Chłopak momentalnie zamarł. Co? Nie, musiał się przesłyszeć…
— Znaleźli? Kogo? O czym ty w ogóle…
— Granger. Weasleya. I Draco, który ukrywał się razem z nimi.
Stracił dech, kiedy dziwnie suche słowa mężczyzny głucho potoczyły się po pokoju.
Wpatrywał się w zastygłą twarz Severusa, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. Błądził oczyma po bladym obliczu mężczyzny, starając się znaleźć odpowiedź, próbując zwietrzyć kłamstwo. Przekonać się, że nie ma racji, że nie mówi poważnie, że on sam musiał się przesłyszeć, cokolwiek…
— Nie żyją? — wymamrotał niedowierzająco, a jego umysł w stał się kompletnie pusty.
— Nie… nie wiemy. Gdy tylko opuścili schronienie uaktywnił się alarm. Dumbledore wysłał swojego człowieka, by sprawdził sytuację. Nikogo nie znaleziono, poza strzępami obcej magii. Musieli się pojedynkować…
— Co? Kto…
— Na miejscu rozpoznano magiczną sygnaturę Lucjusza Malfoya.
Nie. Nie.
Harry chciał krzyczeć. Nie zrobił tego; otwierał i zamykał usta, ponieważ nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.
— Nie — wykrztusił w końcu, kręcąc głową. — Nie, nie, nie… — oparł rozpalone czoło o ramię mężczyzny, który zastygł w bezruchu. Oddech Harry'ego zaczął niebezpiecznie przyspieszać i drżeć.
To byli jego przyjaciele. Jego najlepsi, najserdeczniejsi przyjaciele; ludzie, którzy nigdy nie zostawili go w potrzebie. Ludzie, których szczerze kochał i nie wyobrażał sobie bez nich życia. Znaleźli ich. A jeśli nie żyją, jeśli zostali…
Wziął głęboki wdech, uświadamiając sobie pewną rzecz.
Ale gdyby Śmierciożercy zamierzali ich zabić, to na pewno zostawiliby ciała na widoku. To było w ich stylu. A jeśli wierzyć wiadomości i Severusowi… Nie, nie mogli ich zabić.
Znaleźli ich i zabrali. Tylko gdzie? I kiedy to się stało? Jest nadzieja, jest, musi być…
Czterysta metrów.
Dokładnie tyle wynosił krąg antyaportacyjny wokół schronienia. Wystarczy go tylko przekroczyć, aportować się, znaleźć ich, uratować… Jest nadzieja. Jest.
— Potter? — Harry podniósł głowę i spojrzał na mężczyznę; nigdy się nie spodziewał, że usłyszy przerażenie w jego głosie. Ale nie mógł się przesłyszeć, ponieważ twarz Severusa w tym momencie była jak otwarta księga. Po chwili jego oczy rozszerzyły się w zrozumieniu — Nawet o tym nie myśl, Potter.
Harry puścił jego ramiona i odwrócił się. Nie było już w nim strachu. Tylko determinacja.
— Nawet, kurwa, o tym nie myśl! — wykrzyczał Severus, chwytając jego przedramię i próbując zatrzymać go w miejscu. Nigdy wcześniej przy Harrym nie podnosił głosu.
— Puść mnie! — warknął chłopak, po czym szybko wyciągnął różdżkę i wycelował prosto w jego twarz. Snape wyglądał, jakby zobaczył go po raz pierwszy w swoim życiu. Palce na rękawie Harry'ego natychmiast się poluźniły — Mam dość. Nie zamierzam—
— To samobójstwo!
Ale Harry go nie słuchał; wyrwał się mężczyźnie i wybiegł na podwórze. Severus coś wykrzyczał, ale nie słuchał go, nie, nie miał najmniejszego zamiaru… Chłopak miał dość słuchania rozkazów, których wcale nie miał ochoty wykonywać. Musiał w końcu zacząć działać po swojemu. Nie mógł zostawić tego innym. To była jego sprawa i nikogo więcej. Musiał pomóc ludziom, których kochał.
Kątem oka zauważył, jak Snape podąża tuż za nim, starając się go dogonić, ale Harry był szybszy.
Pędził przed siebie przez śnieżne zaspy, próbując się na nich nie wywrócić. Lodowate powietrze chlastało go po twarzy i boleśnie kłuło w płuca. Wzrok miał utkwiony w linię drzew iglastych, doskonale widocznych na horyzoncie. Wystarczy w nie wbiec, a wtedy już będzie poza kręgiem ochronnym, aportuje się i…
Usłyszał świst. Chybione zaklęcie eksplodowało tuż obok niego, wyrzucając w powietrze duże ilości śniegu. Zachwiał się. Pieprzony Snape. Chciał go zatrzymać! Nie, nie podda się tak łatwo. Wyprostował się i zaczął biec dalej, nie oglądając się za siebie; mogłoby go to niepotrzebnie spowolnić.
Adrenalina szaleńczo krążyła w jego żyłach, a każde uderzenie serca bolało. Uda mu się. Poradzi sobie. Przecież jest cholernym Harrym Potterem, Wybrańcem i Chłopcem Który Przeżył. To była jego chwila, to był jego moment… Nikogo innego.
Kolejne zaklęcie musnęło nogawkę jego spodni i znowu trafiło w podłoże. Harry stracił równowagę i wylądował w śniegu; jego odsłonięte dłonie zatopiły się w zimnej zaspie, a na twarzy poczuł wilgoć.
— Ty pieprzony idioto! — usłyszał wściekły krzyk Snape'a. Harry zaczął prędko podnosić się z klęczek. Do jego uszu dobiegło warknięcie, krótkie smagnięcie różdżką i zaklęcie mężczyzny uderzyło go w nogę. Chłopak wydał z siebie krótki okrzyk zaskoczenia i bólu jednocześnie. Ramiona ugięły się pod jego ciężarem — Ty skończony, pieprzony idioto!
Harry zacisnął zęby i ignorując rwący ból w łydce, próbował wstać. Całe ubranie zaczęło mu przemakać od topniejącego na nim śniegu. W końcu z wielkim trudem podniósł się. Jednakże zanim zdążył zrobić chociaż jeden krok, poczuł silne uderzenie w plecy; to Severus dopadł do niego i oplótł mocno ramionami. Tym razem oboje stracili równowagę i upadli.
— Zostaw mnie! — krzyknął Harry, starając się wyrwać z silnego uścisku mężczyzny. — Puść, inaczej tego pożału—
Ale zanim Harry zdążył wycelować różdżką, została mu ona wytrącona z dłoni; rozjuszyło go to jeszcze bardziej i tym zacieklej próbował zrzucić z siebie mężczyznę.
— To samobójstwo! Tego właśnie chcą, nie rozumiesz? — krzyknął Snape do jego ucha, a chłopak z całej siły wbił paznokcie w jego odsłonięte przedramiona. — To jest pułapka! Tego właśnie chcą, byś wyszedł z ukrycia!
— Odpieprz się!
Próbował odepchnąć od siebie mężczyznę, który ciągle nie dawał za wygraną. Kiedy tylko Harry'emu udało się wyswobodzić, Snape wykorzystał sytuację i przyciągnął go do siebie, tym samym odwracając przodem. Severus zebrał wszystkie pokłady swojej siły i przyszpilił chłopaka do miękkiego, ośnieżonego podłoża.
— I co zamierzałeś zrobić? — wywarczał prosto w twarz Harry'ego. — Aportować się? Gdzie? Nie masz żadnego planu! Nie mamyżadnego planu! Równie dobrze możesz oddać się dobrowolnie w ich łapy i dać się zabić! Nie możesz nic zrobić! NIC!
Chłopak łapczywie brał każdy haust lodowatego, kłującego w nozdrza powietrza. Świat szaleńczo wirował wokół niego, ale nie widział niczego poza wściekłym błyskiem w ciemnych oczach mężczyzny. Furia. Strach. Czyste przerażenie, a to wszystko z obawy o Harry'ego… który nigdy, przenigdy nie miał w sobie tyle emocji co teraz; był pewien, że za chwilę zostanie rozerwany od środka przez ich ogrom. Poczuł, jak coś, co trzymało jego gardło w żelaznym uścisku przez parę ostatnich dni – tygodni, miesięcy, wieczność– w końcu puszcza.
Zawył zachrypniętym głosem z całej siły jaką tylko miał w płucach. Wylał z siebie wszystko: całą niemoc, całą bezradność, wszystko co tylko miał w sobie i rozprzestrzeniało się jak zaraza w każdej komórce ciała. Strach, wściekłość, desperację, ból, wszystko. Pozwolił, by jego krzyk – wołanie o pomoc– niósł się echem po surowym, białym otoczeniu.
Mężczyzna nieświadomie poluźnił swój uścisk na dłoniach Harry'ego; nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.
Maska Złotego Chłopca w końcu opadła, ukazując (tak młodego) człowieka, który przekroczył próg swojej wytrzymałości.
— Poddaję się! Mam dość, poddaję się! — wykrzyczał Harry, wierzgając się pod Severusem; chciał kopać, gryźć, rozorać paznokciami skórę. Gorące łzy toczyły się po skroniach i niknęły u nasady włosów. Płakał po raz pierwszy w swoim cholernym, żałosnym życiu i nie mógł za nic przestać. Snape wpatrywał się w niego z niedowierzaniem — Błagam, nie… nie patrz na mnie, nie teraz… mam dość, poddaję się… Poddaję się… — głos załamał się i odmówił posłuszeństwa. Wyśliznął dłonie spod rąk mężczyzny i zakrył ramieniem swoją twarz. Nie chciał być widziany, nie teraz, nie podczas najgorszego momentu swojego życia, chwili swojej największej słabości. Nie mógł przestać się w niej zatracać. Nie miał siły się opierać. Już nie.
Harry Potter został złamany. Pokazał swoje prawdziwe oblicze.
Oblicze osoby, która się poddała i w jednym momencie straciła wszystko. Siłę, wolę walki, chęć życia.
Osoby, która miała wszystkiego dość i w końcu przestała się bać przed ujawnieniem prawdy.
Severus delikatnie chwycił ramię chłopaka i odsunął od twarzy, odkrywając zapłakane oczy. Czerwone policzki, na których widniały ślady łez. Drżące usta, przegryzane co chwilę przez ostre zęby.
Severus wiedział, że czegoś tak szczerego już więcej nie ujrzy. Nie w tym życiu.
Ignorując gonitwę sprzecznych myśli i szaleńczo galopujące serce, pochylił się nad Harrym, którego szeroko otwarte oczy odzwierciedlały niedowierzanie. Szaleństwo. Potrzebę. Głód. Oboje wstrzymali oddech.
Severus pocałował słone, zaczerwienione usta.
Poddał się. Miał dość.
Harry zamknął oczy; z jego gardła wydobyło się warknięcie, szczere, z pasją, niemal zwierzęce. Chwycił mocno dłońmi twarz Severusa, wplótł palce we włosy i zacisnął mocno na długich, ciemnych pasmach. Oddał pocałunek tak żarliwie, jak tylko potrafił. Z takim zapałem, jakiego nigdy by się po sobie nie spodziewał. Powietrze zostało wypompowane z jego płuc, serce waliło jak oszalałe w klatce piersiowej, krew szumiała w uszach.
Pocałunek był słony, mokry, gorący i obezwładniający zmysły.
Harry'emu zabrakło powietrza, nie mógł oddychać. Oderwał usta, ale nie odszedł daleko; dysząc, błądził wilgotnymi ustami gdzie tylko mógł sięgnąć. Zapadnięte policzki, ostre kości policzkowe, skroń, płatek ucha.
— Potrzebuję cię — wyszeptał, a mężczyzna zadrżał na całym ciele — tak bardzo cię potrzebuję…
To było to. Pragnął tego od tak dawna. Pragnął ciepła, drugiego człowieka, tego człowieka, wyzbycia się strachu i wściekłości.
Więcej, potrzebował więcej…
— Wracaj — powiedział cicho Severus, muskając ustami mokrą skroń. Głos miał na granicy załamania — Wracajmy.
Harry kiwnął głową. Odetchnął głęboko. Ubranie mu przemokło, a wdychanie zimnego powietrza raniło spękane wargi. Wysunął skostniałe dłonie z włosów Severusa i pozwolił, by mężczyzna zsunął się z niego.
Harry zrzucił ciężką, przemoczoną kurtkę na podłogę. Snape zatrzasnął drzwi.
Chłopak wzdrygnął się, kiedy zimne, wilgotne od śniegu ręce objęły go od tyłu i wsunęły się pod bluzę, muskając brzuch. Większe ciało naparło na niego, popychając wprost na ścianę. W ostatniej chwili oparł się dłońmi. Cała krew spłynęła na dół, a kolana ugięły przez ogrom rosnącego podniecenia.
— Kurwa — wyjęczał, czując zimne palce sunące po klatce piersiowej, zaczepiające się o sutki i usta mocno przyciśnięte do karku. Odchylił głowę, a wargi Severusa zaatakowały szyję, ucho, policzek; wszystko, czego tylko były w stanie dosięgnąć.
Harry odwrócił się, objął w obie dłonie twarz mężczyzny i przyciągnął do mocnego, nieskładnego pocałunku. Snape chwycił za jego biodra i docisnął do siebie.
— Więcej — wymamrotał, odrywając usta. Wbił palce w ramiona Severusa. — Dół, dół, na dół…
Mężczyzna ugiął nogi, pociągając chłopaka za sobą. Harry mocno popchnął go na podłogę, siadają okrakiem na biodrach. Czuł jak obija sobie kolana, ale to nie było ważne. Był tak niesamowicie twardy, czuł, że jeśli nie dostanie tego czego pragnie, umrze. Wiedział, że z mężczyzną było tak samo, ponieważ te dłonie błądzące gorączkowo po ciele nie mogły kłamać, i usta, i zęby zatapiające się w skórze. Ciężki, chrapliwy oddech, mrukliwe ponaglenia uciekające z gardła.
Snape ściągnął jego bluzę przez głowę wraz z koszulką. Harry zadrżał, czując powiew zimnego powietrza na wilgotnej od potu skórze. Długie palce boleśnie się wbiły w talię; został zepchnięty z ciała Severusa.
Przez ten jeden, przerażający moment Harry myślał, że mężczyzna znowu go zostawi, że pójdzie i nie wróci, tak jak tamtej pamiętnej nocy. Ale po chwili poczuł pod gołymi plecami twarde, chłodne drewno, a Snape położył się na nim. Harry zacisnął oczy i otworzył szeroko usta w niemym krzyku. Pomimo tylu warstw ubrania poczuł erekcję mężczyzny, och, boże, tak bardzo tego potrzebował, tak, tak…
— Zabiję cię, jeśli odejdziesz — warknął, szarpiąc za koszulę mężczyzny na plecach, próbując ją ściągnąć — nie możesz—
— Nie zamierzam — syknął Severus, a chłopak prawie doszedł, słysząc ten niski, głęboki głos. — Nie chcę — i na potwierdzenie tych słów, ugryzł go mocno w skórę szyi. Harry załkał, to aż bolało, to było tak niesamowite, tak cudowne, chciał więcej, więcej…
Wsunął dłonie pod koszulę, przeciągnął paznokciami po plecach, dzięki czemu zarobił mruknięcie pełne aprobaty. Owinął nogi dookoła Severusa, na których ciągle miał przemoczone dżinsy i ciężkie buty, i potarł. Mężczyzna sapnął.
— Ty niemo—
Nie dokończył, ponieważ zęby Harry'ego chwyciły mocno jego dolną wargę. Severus wcisnął dłonie pomiędzy ich ciała, zsunął niżej, do zapięcia spodni i szarpnął, a chłopak podążył za nim, naśladując jego ruchy i mocując się z paskiem.
— Tak, tak — wyjęczał, a palce Severusa zniknęły w spodniach, pod bieliznę i dotknęły — Kurwa, tak— poruszył biodrami. W oczach zakłuły łzy, był tak niesamowicie podniecony, potrzebował tego tak bardzo… Usłyszał huknięcie, kiedy jego stopy odziane w buty uderzyły o podłogę. Ręka Snape'a zniknęła z jego penisa, ale tylko na chwilę; zmusił chłopaka do uniesienia bioder i ściągnął luźne spodnie na tyle, by mieć dostęp. Usta mężczyzny przeniosły się na brzuch, schodząc coraz niżej, niżej…
Harry zacisnął dłoń na długich, ciemnych włosach, ponaglając; prawie krzyknął, czując jak mokry, gorący język przejeżdża po całej długości penisa. Zagryzł wargi i zajęczał niewyraźnie. Mokro, gorąco, tak miękko… Wciągnął głośno powietrze, desperacko go potrzebował, w jego głowie się kręciło… Usta pochłonęły go, boże, to było najwspanialsze uczucie, jakie tylko mogło spotkać go w życiu. Spojrzał w dół, widząc ciemną plamę włosów pomiędzy swoimi udami i dłonie zaciśnięte na biodrach. Pomruki mężczyzny wysyłały wibracje w ciało i czuł je tak głęboko, to było takie dobre… Wargi przesuwały się w górę, w dół, w górę, w dół, on zaraz…
— Przestań, nie… — pociągnął Severusa za włosy; nie mógł teraz dojść. Mężczyzna posłusznie oderwał od niego usta i wspiął się na górę, żarliwie całując chętne wargi. Harry leżąc płasko na plecach znowu zaczął mocować się z paskiem mężczyzny; kiedy udało mu się rozpiąć spodnie, wsunął dłoń do środka. Badał palcami długą twardość, czuł miękką, gorącą i delikatną skórę. Mężczyzna wydał z siebie gardłowy jęk i odchylił głowę, a Harry zachęcony reakcją, polizał wnętrze drugiej dłoni, która chwilę potem również zniknęła w spodniach. Owinął pewnie palce wokół erekcji. Severus otworzył szeroko oczy, wpatrując się rozgorączkowanym wzrokiem w zaczerwienioną twarz. Dłoń podążyła do penisa chłopaka i chwyciła pewnie, rytmicznie przesuwając się po całej długości — A-a…
Serce Harry'ego tłukło się boleśnie w klatce piersiowej, walczył o każdy oddech, nigdy, przenigdy nie był tak podniecony, gorąco, tak gorąco… Poruszali się we wspólnym rytmie, szybkim, nieskładnym, chaotycznym. Robili to na podłodze, nie będąc nawet do końca rozebranymi, co było samo w sobie niemożliwie podniecające. Harry czuł, jak jego nagie plecy ocierają się o drewniane deski, oczami wyobraźni widział swoją czerwoną i podrażnioną skórę, ale wcale go to nie obchodziło.
Załkał z poczuciem straty, kiedy przez jego ciało przeszły pierwsze fale dreszczy zbliżającego się orgazmu. Choćby chciał się powstrzymać to nie potrafił, to było…
— Za wiele, to jest za… — wymamrotał Severus, jakby odgadując jego myśli. Harry otworzył usta, utkwił wzrok w ciemnych oczach mężczyzny i zadygotał. Doszedł mocno, szybko, prawie boleśnie, rozlewając się z jękiem w dłoni mężczyzny i na swoim brzuchu. Odchylił głowę, a usta mężczyzny wpiły się w jego gardło. Zacisnął mocniej dłoń na jego penisie, przesuwał w górę, w dół, ciągle, nieustannie, jeszcze chwila, już zaraz… Poczuł jak erekcja dziko pulsuje pod jego palcami, już, już…Teraz, właśnie tak… Severus zacisnął oczy, zęby, i osiągnął spełnienie w dłoni wilgotnej od potu i śliny, w swoich własnych spodniach.
Opadł na Harry'ego, wgniatając go w podłogę; dyszał ciężko, serce waliło jak oszalałe, podchodząc do samego gardła. Wszystkie mięśnie chłopaka zwiotczały, jakby miał się zaraz rozpłynąć. Odetchnął głęboko, zanurzając nos we włosach mężczyzny i wdychając ich zapach. Ciepło, lepko, kurewsko niewygodnie, ale tak dobrze, tak cholernie dobrze… Słodki Merlinie, to było…
Do jego uszu dobiegło zniecierpliwione pohukiwanie. Odwrócił głowę i zobaczył utkwione w nich zirytowane, złote ślepia sowy. Była tu przez cały ten czas? , pomyślał Harry, czując się śmiesznie i absurdalnie.
— Mieliśmy towarzystwo — wydyszał, a leżące na nim ciało Severusa zatrzęsło się. Czy on się… śmiał? — Zboczone ptaszysko. Sio — machnął ręką w kierunku sowy, która z każdym podskokiem zbliżała się do nich. Ramię natychmiast opadło na deski. Nie miał na nic siły, nawet na odgonienie ptaka.
— Czeka na odpowiedź — odparł Severus, kiedy w końcu się uspokoił. Głos miał nieco zachrypnięty; chrząknął i zaczął zsuwać się z ciała chłopaka. Był wykończony. Może nie był to najdłuższy… stosunek (jeśli można to tak nazwać) w jego życiu, ale jeden z najintensywniejszych. I najbardziej podniecających.
Usta Harry'ego rozciągnęły się w uśmiechu. Dopiero teraz zauważył, jak się ściemniło; słońce musiało chować się za linią horyzontu. Severus położył się obok niego na podłodze i przełożył luźno rękę przez talię. Chłopak odwrócił głowę w jego stronę; zaschło mu ustach, widząc wbite w siebie niesamowite intensywne spojrzenie czarnych oczu.
— Zrobiliśmy to — rzucił lekko, prawie niedowierzająco, a oczy Severusa rozbłysły. — Szaleństwo. Szybkieszaleństwo — nie mógł się powstrzymać i zachichotał. Poczuł mocne uszczypnięcie bok.
— Nie spodziewaj się niczego więcej po tylu miesiącach celibatu — mruknął mężczyzna, ale w jego głosie nie było złości.
— Wiecznego celibatu — wtrącił rozbawiony Harry. Severus spojrzał na niego z niedowierzaniem, a chłopak uświadomił sobie swój błąd o wiele za późno; mężczyzna zaczął podnosić się z podłogi. Głos miał poważny i dziwnie surowy.
— Jeśli chcesz mi powiedzieć, że—
— Nie teraz, proszę — przerwał błagalnie. Ku jego zdumieniu (i ogromnej uldze) mężczyzna z powrotem opadł na deski, jednak dalej nie przestawał mu się przyglądać z tym dziwnym, niepokojącym błyskiem w oczach. — Nie było kiedy. Wiem, to żałosne. Ale nie było jak, czy z kim…
— Rozumiem — odpowiedział spokojniej, co zdziwiło Harry'ego jeszcze bardziej; spodziewał się reprymendy. Chociaż nie był do końca pewny, dlaczego.
Wszystko zaczęło się uspokajać. Świat zaczął przybierać swoje normalne, zimne barwy. Wyjątkowa chwila zaczęła mijać, a koszmar odpowiedzialności powoli wracał na swoje należyte miejsce.
Mimo to… było lepiej. O wiele, wiele lepiej. Nie był w tym wszystkim sam. Nie żeby wcześniej był osamotniony, ale… To wszystko jest takie poplątane, pomyślał nieprzytomnie.
Spojrzał na sowę, która ciągle czekała na ich odpowiedź. Zahuczała i przekrzywiła puchatą, brązową głowę.
— Nie powstrzymasz mnie — powiedział Harry, nagle poważniejąc. Ciało Severusa stężało. — Nie zostawię tego. Zamierzam zacząć działać.
Zaczął podnosić się z podłogi, ale ręka mężczyzny przetrzymała go w miejscu; rzucił mu zimne spojrzenie (a przynajmniej miał taką nadzieję).
— Nie w pojedynkę — oznajmił Severus, a oczy Harry'ego zrobiły się wielkości spodków. Poczuł jak coś zimnego rozlewa się w piersi.
— Ty…
— Pójdę z tobą.
— Nie ma mowy — pokręcił stanowczo głową. — Nawet o tym—
— Albo idziesz ze mną, albo w ogóle — warknął mężczyzna. — Nie będę powtarzał tego po raz drugi. Zastanowiłeś się chociaż przez chwilę, co zamierzasz zrobić?
Harry wziął głęboki, uspokajający wdech. Zamknął oczy, starając się uporządkować myśli.
— Nie mogli ich zabić. Musieli ich gdzieś zabrać, są przynętą…
— To oczywiste.
— Zamierzam ich znaleźć.
— A wiesz, gdzie zacząć poszukiwania? — rzucił powątpiewająco Severus.
— Draco. Zabrali też Draco, a skoro Lucjusz był w ich schronieniu i maczał palce w ich porwaniu, zatem—
— Muszą być więzieni w ich posiadłości — dokończył mężczyzna. Harry kiwnął twierdząco głową. — Ale nie wiesz, jak tam się dostać.
— Nie — potwierdził chłopak. Po chwili dodał pewnie — Ale znalazłbym sposób. Prędzej czy później.
— Nie bądź śmieszny — żachnął się Severus. — Dwór jest chroniony zaklęciami. Tylko osoba wtajemniczona jest w stanie tam się dostać. Osoba, która już raz tam była.
— Ale nie jest to niemożliwe. Skoro Śmierciożercy odnaleźli schronienie Rona i Hermiony, mi też powinno się udać odnaleźć dwór Malfoyów. Sam mówiłeś, że magia pozostawia ślady, a skoro…
— Wiem, jak tam się dostać — przerwał mu mężczyzna. Harry spojrzał na niego. Oczywiście. Nie pomyślał o tym wcześniej. — To już mamy z głowy. I co, Potter, zamierzałeś stawić się tam w pojedynkę? Nawet we dwóch nie mamy najmniejszych szans. Pomyślałeś o czymś takim jak rozkład sił? Mierz realnie swoje możliwości. Naszemożliwości. Może i jesteś Wybrańcem, ale—
— Przestań — warknął Harry. Był wściekły. I zażenowany. Dopiero teraz zauważył, jak bezmyślne było jego postępowanie. — Masz rację, jestem idiotą. Wygrałeś.
Severus westchnął ciężko. Przez ten cały czas bezwiednie głaskał nagi bok Harry'ego.
— Jesteś — przyznał.
— Więc? Masz jeszcze jakieś genialne pomysły?
Zarobił kolejne ostrzegawcze uszczypnięcie.
— We dwójkę nie mamy żadnych szans. Ale jeśli uda nam się powiadomić resztę…
— Nie zgodzą się.
— Postawimy ich przed faktem dokonanym.
Harry'emu opadła szczęka.
— Ty… nie mówisz chyba poważnie — pokręcił z niedowierzaniem głową. — To… chyba najbardziej bezmyślna i zarazem najniebezpieczniejsza rzecz, na jaką akurat ty mógłbyś się pokusić…
— Żebyś się nie zdziwił.
Usta Harry'ego wykrzywiły się w niewielkim, ironicznym uśmiechu.
— Stanowczo za dużo czasu ze mną spędziłeś. Oszalałeś.
Głos Severusa miał w sobie coś ze zrezygnowania.
— Nawet sobie nie wyobrażasz.
Tego samego dnia, kilka godzin później
Hogwart,
Gabinet dyrektora
Albus Dumbledore w zamyśleniu gładził miękkie, brązowe pióra. Sowa w odpowiedzi na pieszczotę dziobnęła go czule w sękaty palec.
— Dziękuję ci, Cladis — westchnął. Rozprostował zmięty pergamin, wypełniony znajomym, kanciastym pismem Severusa. — Nie przynosisz najlepszych wieści, prawda? W końcu twoje imię zobowiązuje*** — rzucił na pozór lekko. Ptak wlepił w niego złote spojrzenie.
Wiltshire
51°26′06″N 2°10′57″W
jutrzejszego dnia
po zapadnięciu zmroku
Powiadom wszystkich
SS
Albus wpatrzył się w ciemny krajobraz za oknem swojej wieży. Tegoroczna zima była wyjątkowo piękna.
Potarł palcami pomarszczone czoło. Wysyłając wiadomość do Severusa i Harry'ego w głębi duszy spodziewał się takiej odpowiedzi. Był zbyt stary i doświadczony, by móc sądzić inaczej.
Mieli mniej niż dwadzieścia cztery godziny.
Niecała doba. Niewystarczająco, by móc temu zapobiec.
Wstał z fotela, ciężko opierając dłonie o blat stołu. Powolnym, ostrożnym krokiem podszedł do kominka. Nabrał dłonią proszku z pojemnika i następnie rzucił w płomienie, które rozbłysły jadowitą zielenią.
— Kingsley Shacklebolt — powiedział Albus pewnym, ale i zmęczonym głosem. W kominku pojawiła się znajoma twarz, której oczy wyrażały zaniepokojenie. — Czas wydać rozkazy.
Koniec rozdziału VIII
* - tak, nie mylicie się. To są słynne słowa naszego mistrza eliksirów z pierwszego tomu Harry'ego Pottera (rozdział siódmy). Tłumaczenie: A. Polkowski.
** Melisa, znane i kochane zielsko o działaniu uspokajającym. Doskonała na wszelakie problemy trawienne. Wielkie pozdro dla Wilczycy, która zwróciła mi uwagę na zbyt częste stosowanie kolokwializmów i słynnego "żołądek zawiązał mu się w supeł". Przysięgam, to był ostatni supeł żołądkowy! XD
*** Cladis - łac. nieszczęście
dla ciekawskich: współrzędne odsyłają tutaj: en wikipedia org/wiki/Corsham_Court
Kącik pytań i odpowiedzi XD
Spojrzenie zabójcy – jeśli kiedykolwiek znajdziesz czas i chęci, byłabym wdzięczna, gdybyś mi napisała o które niezrozumiałe momenty Ci chodziło :) Właśnie na tym polega problem w pisaniu – nigdy nie jest się pewnym, ile można ujawnić z tych tajemnic. I może uda mi się zapobiec tym błędom w przyszłości. Także bardzo dziękuję Ci za zwrócenie uwagi, ponieważ mi jako autorce jest ciężko spojrzeć na to z dystansem :D Gdybyś miała chęć, zapraszam na swój e-mail: nyanko the fangirl[at]gmail com (XD w miejsce spacji wstaw kropki, bo na durnym ff net nawet wstawienie maila jest problemem X_x)
JessicaKallina - nie szkodzi za pomyłkę, zdarza się każdemu :D a odnośnie inspiracji... tak, tym okresem bardzo się inspirowałam, zgadłaś :) Nie ważne, gdzie i kiedy jest toczona wojna - zawsze sięga się po te same środki, a jak już - to bardzo podobne.
Jeśli chodzi o narrację, powiem, że nawet się nad tym zastanawiałam. Potem jednak stwierdziłam, że chyba zamęczyłabym na śmierć czytelnika taką ilością narracji pierwszoosobowej, a jak nie czytelnika to samą siebie. Prędzej czy później po prostu bym wymiękła :D
Pozdawiam serdecznie :)
