Hotarus Malfoyus, Cati3M, , Sylwio, Guleczek, Raithorna, MaxwellAi, Cimeriers i Layferen – DZIĘKUJĘ! Naprawdę Wam dziękuję za te komentarze, dzięki nim aż chce się pisać! Jesteście przecudowne :)

Rozdział znowu przedzielony na pół (ale znając mnie druga "połowa" będzie dwa razy dłuższa XD). Niestety musiałam tak zrobić, bo już stanowczo z długą przerwę zrobiłam. Przepraszam za to, piszę w każdej wolnej chwili, których... no cóż, za wiele nie ma. Ale staram się!

Z pozdrowieniami dla Komentujących :*, mojej bety Ewy i wszystkich Cichych Czytelników (zaś przełamcie swą nieśmiałość, ohohoh! :D)


Zaraza rozdział IX, część 1.
Pocałunek Judasza

Harry przekręcił się na drugi bok. Nie był w stanie zliczyć, który to już raz.

(Tysiączny, podpowiedział sfrustrowany głos w jego głowie.)

Wstał z posłania. Jego oczy zdążyły się przyzwyczaić do ciemności panującej w domu. Przeszedł ostrożnie po drewnianych deskach, zwinnie omijając przeszkody, które były gotowe napatoczyć się pod zziębnięte, nagie stopy.

Pchnął drzwi sypialni Severusa, biorąc głęboki, uspokajający wdech. Wśliznął się najciszej jak tylko potrafił. Przez okno wlewało się delikatne, zimne światło; niebo tej nocy musiało być bezchmurne.

Wsłuchiwał się przez chwilę w nieregularny oddech Severusa, leżącego na skołtunionym posłaniu. Harry ostrożnie zamknął za sobą drzwi.

— Nie mogę zasnąć — wyszeptał, co nie miało najmniejszego sensu. Wiedział, że mężczyzna nie śpi.

Westchnienie.

— Też mi niespodzianka — odpowiedział Severus normalnym głosem. Harry prawie się wzdrygnął; wśród wszechobecnej ciszy ten dźwięk wydawał się niesamowicie głośny. Obcy. Chłopak przestąpił z nogi na nogę. — Czemu tu jesteś?

Nie chcę zostać sam.

— Głupie pytanie — odparł na pozór lekko. — Mogę?

Proszę.

Kolejne westchnienie. Po chwili usłyszał jak Severus przekręca się na materacu. Rozkładające się na pościeli plamy światła sugerowały, że mężczyzna przesunął się na drugi koniec łóżka. Harry podszedł i – z niepokojąco coraz szybciej bijącym sercem – wsunął się pod przykrycie. Ciepło. Miękko.

Niezręcznie.

Leżeli w ciszy, nie poruszywszy się ani odrobinę. Po chwili:

— Ciężko jest zasnąć, kiedy… — wiesz, że to może być ostatnia noc w twoim życiu. Harry nie miał odwagi dokończyć tego zdania. Przekręcił się plecami do Severusa, moszcząc się wygodniej. — Nieważne. Dobranoc. Dzięki.

— Wiem — powiedział miękko Severus.

I było coś w tym pocieszającego. Po chwili wahania Harry przysunął się bliżej mężczyzny. Westchnął z ulgą, kiedy nie usłyszał głosu sprzeciwu. Nie dotykali się w żaden sposób, ale Harry mógł wyczuć ciepło bijące od ciała Severusa. Ich wcześniejsze zbliżenie było bardzo szybkie i tak chaotyczne, że nie było czasu nawet zastanowić się nad niezręcznością całej sytuacji. Teraz było zupełnie inaczej.

Harry zamknął oczy, starając się uspokoić bezład pędzących myśli. Nagle jego wargi wykrzywiły się w niewielkim, przewrotnym uśmiechu.

— Złamałeś kolejne postanowienie.

— Jakie postanowienie?

Harry niemal widział oczami wyobraźni jak Severus marszczy brwi.

— Pamiętasz nasz pierwszy dzień tutaj? Powiedziałeś, że nie masz zamiaru dzielić ze mną łóżka więcej niż jeden raz. To było tuż po tym jak się aportowaliśmy i przyniosłeś mnie tu—

— Śpij już — uciął mężczyzna cicho, ale też stanowczo. Jego głos był zabarwiony irytacją, przez co Harry musiał zagryźć wargi by się nie roześmiać. Jednak posłuchał się Severusa i już więcej się nie odezwał.

Czekał. Uderzenia serca odmierzały upływający czas. Bał się tego, co zastanie po ponownym otwarciu oczu.

Wsłuchiwał się w głęboki, spokojny oddech Severusa przy swoim uchu. Upragniony sen w końcu przyszedł.


— To nie mogło skończyć się dobrze.

Westchnienie

— Oczywiście, że nie. Jakżeby inaczej.

— Musiało was to kosztować dużo odwagi, prawda?

— Prędzej głupoty. Wyruszyliśmy właściwie bez żadnego przygotowania, bez dobrego planu. Wypełnieni strachem i niewyobrażalnie wielką, głupią odwagą. Ale nie mogliśmy tego zostawić od tak. Ja nie mogłem. Jak mógłbym potem z tym żyć?

— To zrozumiałe.

— Nie dla wszystkich. Szczęście w nieszczęściu, prawie wszyscy odpowiedzieli na wezwanie Severusa. Problem polegał na tym, że nasze posiłki przybyły za późno.

— Za późno?

— To oczywiste, że Śmierciożercy się przygotowali. Porwali Rona, Hermionę i Draco, ale nie zabili ich. Byli przynętą. Powodem, dla którego miałem wyjść z ukrycia.

— Wiedzieli, gdzie uderzyć.

Suchy śmiech

— A jak. Nasz plan polegał na tym, by zdążyć powiadomić jak najwięcej członków Zakonu. Severus był jedynym – nie licząc oczywiście Draco – który znał dokładne położenie Malfoy Manor. Dwór jest otoczony gęstym lasem, co stanowiło dla nas doskonałą kryjówkę. Przynajmniej tak sądziliśmy. Mieliśmy się tam spotkać, przeorganizować się, prześliznąć się przez osłony i przeprowadzić zmasowany atak. Nie udało się.

— Ustawili zasadzkę?

— Zasadzki. Najprawdziwszy tor przeszkód. Mnóstwo klątw i magicznych sideł. Byliśmy ich zwierzyną. Polowanie rozpoczęło się w momencie postawienia mojej nogi w tym pieprzonym lesie. Stąd możesz wywnioskować, że nasz plan się nie powiódł. Cóż, przynajmniej pod pewnymi względami.


Śnieżny krajobraz był skąpany w świetle szybko zachodzącego słońca. Z tej odległości ich schronienie było ciemnym punktem na tle czerwonego nieba.
Harry odetchnął głęboko mroźnym, kłującym w płuca powietrze. Był cały spięty, co nie mogło umknąć uwadze Severusa.

— Trzymaj się planu — powiedział mężczyzna, wpatrując się w niego intensywnie — I pamiętaj, jeśli tylko coś pójdzie nie tak…

— Użyj świstoklika — dokończył cicho Harry, dotykając miejsca na szyi, gdzie powinien mieć przewieszony srebrny łańcuszek. Był dobrze schowany pod warstwami ubrań. — Tym bardziej, jeśli stracisz różdżkę. Nie oglądaj się za siebie. Uciekaj, ile starczy ci sił w nogach. Pamiętam, Snape. I to samo tyczy się również ciebie.

Mężczyzna nie odpowiedział mu od razu.

— Pamiętam, Potter — westchnął w końcu.

Wszystko mogło pójść nie tak. To przerażało Harry'ego najbardziej.

Ich plan został wymyślony na szybko, był porywczy i posiadał wiele luk. Aportować się w lasach Wiltshire. Ukryć się. Nie dać się do tego czasu złapać. Czekać na resztę członków Zakonu. Prześliznąć się przez osłony Malfoy Manor. Zaatakować – ale czy zdążą? Uratować – ale w jaki sposób? Przeżyć – ale czy na pewno im się uda?

Nie było już odwrotu.

Musieli zaufać swojej intuicji. I Dumbledore'owi, który miał przekazać wiadomość dalej. Od tego zależało ich życie.

Harry złapał mocno przedramię mężczyzny. Choćby chciał, nie potrafił zapanować nad swoim głosem.

— Po tym wszystkim… wrócimy tutaj. — jego palce miażdżyły nadgarstek mężczyzny. Nie odrywał wzroku od ciemnej plamy schronienia na linii czerwonego horyzontu. — Wrócimy.

Severus nawet się nie poruszył, słysząc te słowa. Wpatrywał się z szeroko otwartymi oczami w twarz chłopaka.

Harry zsunął swoją rękę niżej i chwycił zimną dłoń Severusa. Dopiero po chwili poczuł, jak palce mężczyzny zaciskają się na jego własnych.

Trzask aportacji.


Puścił dłoń Severusa i wylądował kolanami na ziemi usłanej oszronionymi liśćmi. W ostatniej chwili wyciągnął ręce przed siebie, chroniąc się przed upadkiem na twarz. Przemknęło mu przez myśl, że chyba nigdy nie nauczy się lądować na prostych nogach. Uniósł głowę i spojrzał na górującą nad nim sylwetkę mężczyzny.

Cisza. Przenikająca na wskroś i niepokojąca. Co prawda nie mieli pojęcia, czego mogą się spodziewać, ale…

Coś było nie tak.

Było tu zdecydowanie ciemniej niż na otwartej przestrzeni. Niewiele śniegu, jak na tę porę roku. Zewsząd otaczał ich gęsty las; rzędy grubych i niemal czarnych pni drzew, pajęczyny gałęzi ogołoconych z liści. Harry mocniej ścisnął różdżkę w swojej dłoni i zaczął powoli podnosić się z klęczek.

Impuls. Coświsiało w powietrzu. Wszystkie włoski na jego ciele stanęły dęba.

Ostrzegawcze skrzeki. Trzepot wielu skrzydeł. W jednym momencie mnóstwo ptaków wzbiło się w powietrze.

Świst.

Ciężkie ciało zwaliło się na Harry'ego; z gardła wyrwał mu się okrzyk zaskoczenia i jednocześnie przerażenia. Poczuł rękę mężczyzny na swojej głowie, mocno dociskającą go do podłoża; o twarz otarły się suche, kruche liście. Niebieskie światło rozbłysło pod jego zaciśniętymi powiekami. W nozdrza uderzył zapach zgnilizny ziemi i czegoś jeszcze, jakby siarki… Ostry, krzykliwy jazgot spłoszonych ptaków ranił uszy.

— Biegnij.

Harry nie zastanawiał się dwa razy, słysząc nieznoszący sprzeciwu głos mężczyzny. Severus wstał z podłoża; chłopak podążył jego śladem i zmusił swoje zdrętwiałe ze strachu nogi do biegu. Usłyszał kolejny świst, a dosłownie sekundę po tym dojrzał błysk w miejscu w którym przed chwilą stali. Zaklęcia pojawiały się dosłownie znikąd. Byli sami w lesie, Harry był tego pewien. Klątwy nie mogły zostać rzucone przez człowieka, były zbyt nieprecyzyjne.

Miny. Zawczasu przygotowane pułapki, samoistnie odpalające się przy każdym najmniejszym poruszeniu. Słyszał o nich wielokrotnie, ale nigdy wcześniej się z nimi nie zetknął, w przeciwieństwie do Severusa.

Głowę wypełnił mu pulsujący szum krwi w uszach. Starał się nadążyć za Severusem. Przeskakiwał wystające korzenie drzew. Nisko zawieszone gałęzie zaczepiały o ubranie. Kątem oka widział błyski odpalonych przez nich klątw. Harry poczuł nieprzyjemne mrowienie w lewym ramieniu. Kurwa. Zaklęcie paraliżujące musnęło rękaw jego kurtki.

Las zaczął się przerzedzać.

Oznaczało to tylko jedno. Biegli w stronę wyjścia, zamiast kierować się w głąb, tak jak wcześniej planowali. Wypędzano ich prosto w paszczę wroga. Nawet nie mieli szans się przygotować. Nie mieli czasu, by odnaleźć resztę członków Zakonu.

W powietrzu rozniosło się echo trzasku aportacji, a po chwili wysoki, niemal zwierzęcy ryk. Ludzki, to był jak najbardziej ludzki krzyk… Nie, nie byli sami w lesie. Klątwa kogoś dopadła. Kogoś, kto odpowiedział na ich wezwanie i nie miał tyle szczęścia co oni. Harry starał się ze wszystkich sił nie dopasowywać głosu do osoby. Biegnij. Biegnij, do cholery. Nie myśl. Nie przystawaj, nie zastanawiaj się. Inaczej spotka cię to samo. Coraz ciężej było utrzymać równowagę, kiedy biegł jak szalony tuż za Severusem. Świat był jedną wielką rozmytą smugą. Słyszał już tylko swój gwałtowny, urywany oddech.

Severus nagle się zatrzymał, przez co Harry prawie na niego wpadł. Przemęczone płuca paliły ogniem. Miał ochotę wyrzygać swoje wściekle galopujące serce.

Minęli zaminowany teren. Nie goniły ich żadne zaklęcia. To dlatego przystanęli?

— Co jest? — wydyszał Harry, pochylając się i opierając dłonie na zgiętych kolanach. Nie mógł złapać tchu.

Severus uniósł rękę w znajomym geście. Bądź cicho. Klatka piersiowa mężczyzny gwałtownie unosiła się i opadała. Stał i uważnie nasłuchiwał. Dłoń miał mocno zaciśniętą na różdżce. Ciało napięte niczym struna. Wyglądał jak drapieżnik gotowy do skoku.

Ziemia pod ich stopami zadrżała. Harry czuł to. Słyszał. Severus machnął różdżką, ale wypowiedziane w połowie zaklęcie zamarło mu na ustach.

Za późno. Obok nich coś eksplodowało, wyrzucając w górę duże ilości zamarzniętej ziemi. Coś szybkiego, lodowatego i giętkiego owinęło się dookoła łydki Harry'ego, który nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy został przewalony na plecy z siłą wyduszającą powietrze z płuc. Poczuł jak jest ciągnięty po ziemi.

Diabelskie sidła! Panika zalała jego umysł. Nie był w stanie zrozumieć wykrzyczanych słów Severusa. Kolejne pnącza wystrzeliwały z przemarzniętego gruntu, jedno po drugim, owijając się ciasno wokół ciała niczym węże duszące swoją ofiarę.

Huknięcie. Severus został powalony na kolana mocnym uderzeniem w plecy. Harry wierzgnął, usilnie starając się wyrwać sidłom, które zaciskały się coraz mocniej, uniemożliwiając zaczerpnięcie oddechu. Nie mógł wypowiedzieć zaklęcia pomimo różdżki w dłoni. Nie miał nawet jak sięgnąć po swój przenośny świstoklik, będąc skrępowanym. To koniec, zostanie uduszony przez tą cholerną roślinę w tym pieprzonym lesie, a nawet—

Błysk światła, tak mocny i natarczywy, że mimo zaciśniętych powiek wciąż raził w oczy. Do uszu Harry'ego dobiegł zduszony krzyk Severusa.

— Nie ruszaj się!

Roślina momentalnie poluźniła swój uścisk. Harry zaczerpnął chrapliwy, desperacki haust powietrza i prawie się nim zakrztusił. Diabelskie sidła zaczęły wycofywać się z powrotem w ziemię, uciekając przed ostrym światłem dobiegającym z różdżki Severusa. Mężczyzna rzucił kolejne zaklęcia, tym razem rozrywające, odcinając Harry'ego od granatowej plątaniny; chłopak szarpnął się, czując jak na łydce pojawia się krótkie, ale dosyć głębokie rozcięcie.

— Mówiłem, żebyś się nie ruszał! — warknął Snape, dopadając do leżącego Harry'ego i gołymi rękoma ściągając z niego martwe pozostałości sideł. Prędko rzucił zaklęcie uzdrawiające w kierunku jego nogi. Krwawiąca rana zasklepiła się natychmiast, ale zanim Harry zdążył mu chociażby podziękować, poczuł jak jest ciągnięty za poły kurtki. Zamek ustąpił z trzaskiem. Spojrzał wściekle na mężczyznę i przytrzymał jego rozgorączkowane dłonie.

— Co ty—

— Świstoklik! Użyj go! — krzyknął Severus, a oczy Harry'ego rozszerzyły się z szoku.

— Oszalałeś? — wrzasnął, odpychając go od siebie.

— Straciliśmy za dużo czasu! Za chwilę tu będą, wszystko przez sidła i światło! Wiedzą, gdzie jesteśmy!

Harry podniósł się z ziemi. Szybko rozejrzał się dookoła. Znajdowało się tu niewiele drzew, przez co byli widoczni jak na dłoni; nie mieli szansy się ukryć. Co mieli zrobić? Wrócić w głąb lasu? To mogło okazać się niebezpieczne, nie wiedzieli czego mogą się spodziewać… Mimowolnie skierował wzrok w górę. I wtedy cała krew odpłynęła mu z twarzy.

Na coraz bardziej ciemniejącym niebie pojawiły się wysokie słupy światła. Wydobywały się spomiędzy drzew w głębi lasu, ale też bliżej nich, i wyglądało to jak…

… Turniej Trójmagiczny i labirynt, i długie snopy czerwonych iskier ponad nim, powiadamiające o kolejnym wyeliminowanym zawodniku…

Nie. Nie.

— Merlinie…

Matowy głos Severusa tylko utwierdził go w przekonaniu, że się nie mylił. Nie mieli żadnych szans. Żadnych. Gdzieś tam głęboko w lesie członkowie Zakonu padali jak muchy, byli po kolei unieszkodliwiani przez zastawione zasadzki, bo przecież… Byli takimi głupcami. To oczywiste, że Śmierciożercy przygotowali się na ewentualny atak ich twierdzy. Harry nie wiedział, czy członkowie Zakonu byli zabijani, czy też po prostu unieszkodliwiani, ale jednego był pewien – dzisiejszej nocy przez jego ręce przeleje się krew niejednej osoby.

Nie. Nie mogą tego tak zostawić. Zaszli stanowczo za daleko. Ucieczka byłaby najgorszą rzeczą, jaką mogliby teraz zrobić.

Myśl, myśl! Nie mamy wiele czasu!

Harry zagryzł wargi prawie do krwi podejmując decyzję. Jego serce waliło tak mocno w klatce piersiowej, jakby miało go rozerwać od środka. Przerażenie. Adrenalina.

— Rozdzielimy się — oznajmił rozkazującym tonem, a Severus posłał mu niedowierzające i jednocześnie pełne furii spojrzenie. Zanim otworzył usta, Harry warknął: — Wiem, to szalone! Ale nic innego nie przychodzi mi do głowy!

Wiedział jak groteskowo w tej sytuacji wygląda jego nieporadne machnięcie rękoma. Mężczyzna chwycił go za ramiona i szarpnął wściekle.

— Co znowu ci strzeliło do tego pustego łba?

— Jeśli znajdą nas obu, to zabiją cię od razu! — wrzasnął chłopak. — Mnie nie! Przynajmniej nie teraz! Ja jestem im potrzebny, rozumiesz? Zabiorą mnie do Voldemorta, a ja kupię ci czas! Wrócisz do tego pierdolonego lasu i znajdziesz naszych ludzi! Nie możemy teraz się wycofać!

Severus wyglądał jakby chciał rozszarpać Harry'ego na strzępy; zaciskał boleśnie dłonie na jego ramionach, oddech miał ciężki i chrapliwy. Chyba po raz pierwszy w życiu zabrakło mu słów. Jednak wyraz jego oczu mówił wszystko; błyszczały dziko, a przez twarz przewijało się tak wiele emocji, jakby… jakby zaczął się zastanawiać nad tym wariackim planem.

Harry poczuł, jak oddech więźnie mu w gardle, a w oczy kłują łzy. Wiedział, że to szalona, samobójcza misja, ale…. był na to gotowy od samego początku. Wiedział, że prędzej czy później do czegoś takiego dojdzie. Tak bardzo się bał, ale nie miał innego wyjścia, musiał zaryzykować.

I wtedy to usłyszeli.

Krzyki. Echo ponaglających nawoływań. Śmierciożercy. Zbliżali się. Co prawda byli jeszcze dosyć daleko, ale to tylko kwestia czasu…

— Mam świstoklik — zaczął Harry głosem, nad którego brzmieniem nie potrafił zapanować. Chwycił swoimi zimnymi, brudnymi od ziemi dłońmi twarz Severusa. Wyraz oczu mężczyzny przyprawiał go o ból; coś lodowatego zacisnęło się na jego sercu. Wziął drżący, głęboki wdech — Będę biec. Będę uciekać. Zaufaj mi. Odciągnę ich od ciebie, to za mną rzucą się w pogoń, a ty… zyskasz czas i przeprowadzisz naszych ludzi przez osłony. Nie złapią mnie szybko, ale jeśli zajdzie taka potrzeba… u-użyję świstoklika, wrócę do Czech…

Severus jeszcze mocniej zacisnął palce na jego ramionach. Był o krok od utraty panowania nad sobą; wyglądał jakby chciał przywalić Harry'emu w twarz, albo pocałować, albo jedno i drugie na raz. Ten cały plan go przerastał, ale… miał sens. To było z tego wszystkiego najgorsze.

Harry przyciągnął mężczyznę do siebie, stanął na palcach i wycisnął na wąskich ustach mocny, miażdżący wargi pocałunek. Nie został odepchnięty – chociaż już przez chwilę był pewien że tak będzie – i dzięki bogu, ponieważ chciał powiedzieć Severusowi tyle rzeczy, ale nie mógł wydusić z siebie ani słowa. Chciał mu pokazać przez to że wszystko będzie dobrze, że im się uda, że przeżyją, wrócą… Mężczyzna wplótł dłonie w jego włosy i oddał pocałunek równie mocno i żarliwie. Smakował rozgoryczeniem, co Harry'ego tak bardzo bolało, w głębi serca, w głębi duszy, bo nawet nie wiedział kiedy ta druga osoba stała się dla niego tak bardzo ważna, że to bolało tak mocno…

Groźne nawoływania niosły się coraz głośniejszym echem. Śmierciożercy skracali dystans, byli coraz bliżej; dzieliło ich zaledwie kilkaset metrów, może więcej, może mniej, ale wciąż się zbliżali…

— Nie daj się zabić — wydyszał mężczyzna, kiedy oderwał usta od warg Harry'ego — Uciekaj, a jeśli coś pójdzie nie tak—

— Wiem — wyszeptał gorączkowo, błądząc oczami po twarzy Severusa — Ty też. Znajdź naszych. Zrób to. Uda się. Wierzę w to.

Nie.

Trzaski łamanych gałęzi. Krzyki. Jeszcze chwila, już zaraz tu będą…

— Teraz — wymamrotał rozpaczliwie Harry, odpychając Severusa od siebie. Jego płuca, jego serce chciały wyrwać się z klatki piersiowej.

Mężczyzna rzucił mu ostatnie, trudne do odczytania spojrzenie i odwrócił się na pięcie. Wbiegł między drzewa skąd wcześniej przybyli, prosto w ciemność.

Nie wierzył.

Zganił siebie za te myśli. Weź się w garść, Potter. Potrzebujesz planu, i to natychmiast. Czuł, jakby znajdował się między młotem a kowadłem; gdziekolwiek by się nie skierował, czekało na niego niebezpieczeństwo. Severus wiedział, jak unikać klątw i pułapek, natomiast Harry… stanowczo za mało czasu spędził w terenie. Nie był wystarczająco wyszkolony. Musiał zaufać swojemu instynktowi i szczęściu.

Przeskoczył przez zniszczone pozostałości Diabelskich sideł i skierował się na lewo, byle jak najdalej od Śmierciożerców i Severusa. Skoncentrował się i rzucił zaklęcie skanujące otoczenie. Teren na pierwszy rzut oka wydawał się w miarę bezpieczny – w końcu nie mogli zaminować całej powierzchni tak ogromnego lasu.

Przykucnął za masywnym pniem drzewa. Poluzował swoją ciasno zwiniętą moc. Pozwolił, by stopniowo kumulowała się w różdżce, spływając mrowiącymi falami od kręgosłupa po dłoń. Śmierciożercy byli już niedaleko, ale Harry nie uciekał – żeby jego plan zadziałał, najpierw musieli go zobaczyć. Czekał.

Po kilku chwilach na polanie zjawiło się pięć… nie, sześć osób. Jednak poza tą znaczącą przewagą liczebną, Harry'ego zaniepokoiła jeszcze jedna rzecz – nie mieli na sobie długich, czarnych szat Śmierciożerców. To były… mundury. Na pierwszy rzut oka podobne do tych z Ministerstwa Magii, różniące się jedynie kolorem. Były o wiele ciemniejsze, ale mógł się mylić – słońce zaszło za linię horyzontu i nie widział zbyt dokładnie.

Jeden z mężczyzn kucnął przy zniszczonych sidłach. Reszta rozglądała się dookoła polany, zastanawiając się, w którą stronę się udać.

Teraz. Harry wychylił się zza drzewa i rzucił skumulowane zaklęcie eksplodujące pod stopy kucającego mężczyzny. Było tak silne, że Harry'ego minimalnie odrzuciło do tyłu. Rozległ się ryk podobny do tego wydawanego przez konające zwierzę. Kurwa. Poczuł jak coś bolesnego szarpie się w jego klatce piersiowej. Nie, Harry nie został zraniony. Przynajmniej nie fizycznie. Zacisnął zęby i puścił się biegiem w głąb lasu.

Dokładnie w tym samym momencie usłyszał krzyki. Rozpaczliwe. Podniecone. Ponaglające.

— Tam jest! Potter! Tam jest Potter!

Został zauważony.

Teraz pozostało mu już tylko jedno – więc biegł, jakby od tego zależało jego życie. Na tyle ostrożnie, by nie zaczepić o wystające gałęzie i konary, i na tyle szaleńczo, by nie dać się złapać. Panujący zmierzch utrudniał poruszanie się, ale jednocześnie dzięki niemu nie był zbyt widoczny. Podłoże usłane przesuszonymi liśćmi nie tłumiło jego kroków, wręcz przeciwnie. Śmierciożercy nie widzieli go dokładnie, ale mogli go usłyszeć. Harry jednak nie zamierzał rzucać na swoje stopy zaklęcia wyciszającego. O to mu właśnie chodziło: być celem trudnym do złapania.

Modlił się, by jego plan wypalił.

Znalazł się pod deszczem klątw, jednak żadna z nich nie zdołała go dosięgnąć. Trzymał Śmierciożerców na wystarczająco bezpieczny dystans, jednak nie był pewien, czy długo go utrzyma. Po przebiegnięciu kilkuset metrów Harry wypluwał płuca. Miał jedynie nadzieję, że jego myśliwi również niedługo padną z wycieńczenia.

Impuls. Znowu to samo. Powietrze dziwnie zgęstniało. Wiedział, co to oznacza.

Wbiegł w zaminowany teren.

Zmuszenie swoich nóg do jeszcze szybszego biegu było niemal niewykonalne, ale zrobił to. Całe jego ciało krzyczało z bólu – pękająca głowa, serce, płuca, przemęczone mięśnie. Pojawił się błysk odpalonych klątw. Harry cudem uchylił się przed jedną z nich, a ta niestrudzenie popędziła dalej. Usłyszał odgłos padającego ciała i kolejne krzyki.

Pozostało czterech z sześciu.

Harry zrobił kolejny unik o sekundę za późno. Zaklęcie trafiło w ramię i poczuł, jak traci równowagę. Z gardła wyrwał mu się jęk ból. Runął na ziemię, ale natychmiast się podniósł i zmusił do biegu. Jak to bolało, jednakże nie mógł się zatrzymywać. Cierpiał tak bardzo, że z jego oczu płynęły gorące łzy.

Po kolejnych kilkudziesięciu metrach, przeskokach i unikach, w końcu minął niebezpieczny teren. I opadł z sił. Nie dał rady biec. Schował się za jednym z drzew i osunął na ziemię. Zacisnął dłoń na ramieniu, w które trafiła klątwa i poczuł pod palcami wilgoć. Zagryzł wargi by nie krzyknąć z bólu. Krew. Dużo krwi. Wykrwawiał się. Był na skraju wytrzymałości.

Ale nie on jeden. Śmierciożercy przystanęli po przekroczeniu zaminowanego terenu. Byli wykończeni.

— Gdzie… Gibbon? — wydyszał jeden z mężczyzn, ale nikt mu nie odpowiedział.

Pozostało trzech. Szanse Harry'ego wciąż były marne. Trzech na jednego. Przewaga liczebna. Brakowało mu sił. Wykrwawiał się. Był w gównie po uszy i nawet nie mógł użyć zaklęcia uzdrawiającego, bo błysk zdradziłby jego kryjówkę. Śmierciożercy byli zaledwie kilkanaście metrów od niego.

— Długo jeszcze zamierzasz się bawić w kotka i myszkę, Potter? — wysapał inny mężczyzna. — Wykurz go.

Błysk. Huk. Huk. Nieznane Harry'emu zaklęcie przecięło powietrze i trafiło w sąsiednie drzewo. Instynktownie uchylił się i zasłonił rękoma, kiedy zasypał go deszcz wielkich drzazg. Z jego gardła wyrwał się niekontrolowany okrzyk.

Świstoklik! Nie miał wyjścia, musiał go użyć. Był bez szans. Zdradził miejsce swojego położenia. Błagał wszystkich bogów tego świata, by Severusowi się udało. Harry miał nadzieję, że kupił mu wystarczającą ilość czasu. Sięgnął po łańcuszek.

Poczuł mocne uderzenie w bok. Zaklęcie. Czerwień rozbłysła pod jego zaciśniętymi powiekami.

Nie zdążył.


Kilka chwil później Posiadłość Malfoyów
Lochy

Severus poczuł jak jest potrząsany za ramię. Jęknął z bólu. Miał wrażenie jakby został staranowany przez stado pędzących hipogryfów.

— Snape! — usłyszał czyjś histeryczny, dziwnie znajomy głos.

Otworzył oczy i natychmiast je zamknął.

— Weasley — westchnął cierpiętniczo Severus, a po chwili dodał bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. — Jestem w piekle.

Do jego uszu dobiegł chrypliwy śmiech, po którym nastąpił atak niepokojąco brzmiącego kaszlu.

— Trudno się nie zgodzić. Żyjesz, całe szczęście. Już myśleliśmy o najgorszym.

Weasley wskazał głową i Severus bezwiednie spojrzał w tamtą stronę. Serce podeszło mu do gardła. Draco siedział podparty o kamienną ścianę z wyprostowanymi nogami. Milcząco wpatrywał się w mężczyznę, a jego oczy… były przerażająco puste i zimne. Był chudszy niż ostatnio go zapamiętał, wymizerniały i posiniaczony. Granger będąca w podobnym stanie siedziała skulona tuż obok niego. Wyglądali bardzo, bardzo źle. Ale żyli. Żyli.

Severus poderwał się gwałtownie; próbował wstać, jednak ból okazał się silniejszy. Został przytrzymany w miejscu przez duże, brudne dłonie Weasleya.

— Leż. Nieźle cię poturbowali. Na Merlina, jak tu się znalazłeś?

Zawiodłem. Nie udało się. Złapali mnie, zanim zdążyłem przebiec dwieście metrów. Nie udało—

— Potter — powiedział cicho, czując jak coś lodowatego obmywa jego ciało. Przerażenie.

Twarz Weasleya pobladła jeszcze bardziej.

— Co? — spytał słabo. — Gdzie jest—

— Nie wiem — uciął Severus. — Rozdzieliliśmy się.

— Harry tu jest?

— Już nie, jeśli zrobił użytek ze swojego mózgu.

Cichy śmiech Draco był suchy i dziwnie gorzki; brzmiał, jakby chłopak był niespełna rozumu. Severus przełknął ciężko czując rosnącą gulę w gardle. Doskonale wiedział, jakie czynności są praktykowane przez Śmierciożerców. Klątwy. Przemoc fizyczna i psychiczna. Zastanawiające było, dlaczego młody Malfoy jeszcze żyje – zdrajców krwi obowiązywały inne zasady. Minęły dwa dni od ich porwania. Merlinie, przez te dwa dni mogło wydarzyć się wszystko. W normalnych okolicznościach powinien już nie żyć. Czyżby wpływ Lucjusza? Błagał, by nie zabijano jego jedynego syna? Jaki układ zawarł z Czarnym Panem? Co poświęcił?
Jedno było pewne – Draco w tym stanie długo nie pociągnie. Na pierwszy rzut oka widać było skutki długotrwałego torturowania zaklęciem Crutiatus. Apatia, osłabienie, drżenie mięśni; a jeśli dodać do tego przenikliwą wilgoć i chłód lochów, niedożywienie, odwodnienie… Nie pozostało mu dużo czasu.

— Kurwa mać — wyjęczał Ron zrezygnowanym głosem. Zbyt dobrze znał swojego najlepszego przyjaciela. Harry nigdy nie dawał za wygraną. — Jak… jak to w ogóle się stało? Jak się tu znalazłeś?

— Dostaliśmy wiadomość od Dumbledore'a o waszym zniknięciu. Postanowiliśmy działać.

— Na własną rękę?

— Nie. Odesłaliśmy sowę do dyrektora, który miał powiadomić resztę członków Zakonu. Mieliśmy się spotkać w lesie, przeorganizować się i przystąpić do ataku.

Weasley z ciężkim westchnieniem opadł z klęczek do siadu. Wplótł dłoń w rude, splątane włosy.

— To miejsce jest chronione bardziej niż pieprzony Gringott.

— Zauważyłem — odparł kwaśno Severus. Zebrał się w sobie i podniósł się do siadu. Rozejrzał się dookoła. Znajdowali się w podziemiach. Severus tylko raz widział lochy dworu Malfoyów; zimne, wilgotne i obskurne miejsce, tak bardzo różniące się od pięknych sal i bogato zdobionych korytarzy. Trudno było uwierzyć, że znajdują się w tym samym budynku. — Powinienem był się domyślić, że Śmierciożercy przygotowali się na naszą wizytę. Nie wiem, ilu członków Zakonu odpowiedziało na nasze wezwanie. Nieszczęśliwie, wpadliśmy prosto w magicznie zaminowany teren, przez co musieliśmy się rozdzielić. Potter miał odciągnąć ode mnie Śmierciożerców, natomiast ja odnaleźć naszych ludzi i przeprowadzić przez osłony. Nie udało się. Potter miał również rozkaz aportowania się w razie niebezpieczeństwa.

— Nie zrobi tego.

— Nie — przyznał mężczyzna z westchnieniem. To nie było w stylu Harry'ego.

Nagle Draco poruszył się niespokojnie, jakby ktoś go dźgnął między żebra. Wpatrywał się intensywnie w Severusa, a w jego pytaniu pobrzmiewało szczere zdumienie.

— Dlaczego jeszcze żyjesz?

Bezwiedne słowa „nie mam pojęcia" zamarły na końcu jego języka. Nie, Severus doskonale zdawał sobie sprawę, z jakiego powodu go jeszcze nie zabili. Śmierciożercy chcieli zostawić go sobie na później i wymierzyć własną, osobistą wendettę. Będzie umierał powoli i w niewyobrażalnych męczarniach. Już się o to postarają. W końcu jest zdrajcą.

— Myślę, że oboje wiemy dlaczego — odparł z krzywym, mało przyjemnym uśmiechem. Draco odwrócił wzrok i wpatrzył się w kamienną podłogę.

To tłumaczyło, dlaczego użyli wobec Severusa przemocy fizycznej, a nie klątw. Chcieli mieć go w jednym kawałku. Na szczęście, niczego mu nie złamali. Na razie. Cała zabawa dopiero się rozpoczęła. W ustach czuł metaliczny smak krwi. Wolał nie wiedzieć, w jakim stanie jest jego twarz – a sądząc po reakcji swoich byłych uczniów, nie wyglądała najlepiej.
Śmierciożercy zabrali mu wierzchnie ubranie i różdżkę; wątpił, że kiedykolwiek znowu ją odzyska. Skazali go na śmierć, więc zapewne została przełamana na pół. Przesunął dłonią po szyi. Niech to, zabrali mu również przenośny świstoklik. Musieli go naprawdę porządnie przeszukać zanim wrzucili go do lochów.

— Stąd nie ma ucieczki — powiedział Ron, obserwując rozglądającego się wokół Severusa. — Żadnej szczeliny w osłonach, czy nawet w murach. Sprawdzaliśmy wszystko. Przed wejściem do lochów stoi dwóch Śmierciożerców.

Mężczyzna kiwnął głową w zamyśleniu. Weasley się mylił. Severus wiedział z własnego doświadczenia, że każde zabezpieczenie jest do obejścia.

— Wyglądają dziwnie — odezwała się dotąd milcząca Hermiona, wskazując głową na wyjście lochów. — Śmierciożercy. Nie mają na sobie szat ani białych masek.

— Mundury — wymruczał Snape, przesuwając dłonią po kamiennej ścianie. Czuł przepływającą między palcami moc zaklęć osłonnych.

Granger niespiesznie kiwnęła głową; wyraz jej twarzy był trudny do odczytania.

— Są podobne do tych z Ministerstwa, ale nie są niebieskie. Są granatowe.

Najwidoczniej Severus nie był osamotniony w swoim zaniepokojeniu. Coś tu było nie tak. Przez wiele lat znakiem rozpoznawczym Śmierciożerców były długie, czarne szaty i maski przypominające czaszki; zniknęły bezpowrotnie na rzecz wygodniejszych ubrań w stylu typowo ministerialnym i wojskowym. Jedynie mroczny znak pozostawał na swoim miejscu – przedramiona zwolenników Czarnego Pana pozostały nietknięte. Gdyby nie tatuaż wystający zza podwiniętych mankietów mundurów, Severus nie byłby pewien, z kim ma do czynienia. Najwidoczniej wiele się zmieniło od czasu jego odejścia z szeregów. Nie rozpoznawał twarzy żadnego ze swoich oprawców. Kiedy zdążyli nabyć tylu młodych czarodziei? Większość z nich nie miała więcej niż trzydzieści lat.

Te zmiany następowały nazbyt szybko, co było przerażające i szokujące. Wcześniejszy brak aktywności Śmierciożerców błędnie ocenili jako stan recesji. Nie. Oni działali nieustannie.

Wszyscy się wzdrygnęli, kiedy wśród gęstej ciszy rozbrzmiał niepokojący hałas, odbijający się echem od kamiennych ścian.

Głosy. Krzyki. Tak samo podniecone i ponaglające, jak wtedy w lesie. Severus poczuł zimny pot oblewający jego plecy. To nie był dobry znak; widział to chociażby po tym, jak Weasley wstał ze swojego miejsca, a Granger wlepiła oczy w drzwi; wyglądała jak dzikie zwierzę zaciągnięte w pułapkę.

— Nadchodzą — szepnęła i skuliła się jeszcze bardziej pod ścianą.

Rozległy się kroki na schodach więcej niż jednej osoby, a po chwili ciężkie, mosiężne drzwi otworzyły się na oścież z przeciągłym zgrzytem. Weasley zacisnął z całej siły pięści. Nie zgrywaj bohatera, idioto. Nie teraz, pomyślał Severus, obserwując postawę młodzieńca.

Do pomieszczenia wkroczyły cztery osoby. Tak jak wcześniej, mieli na sobie ciemnogranatowe mundury przepasane skórzanym pasem i zieloną przepaską na lewym ramieniu. Całości dopełniały długie, czarne buty z mocnym podbiciem. Severus rozpoznał wśród nich dwóch swoich oprawców – to oni złapali go w lesie i niemal skatowali.

— Niezły połów mamy dzisiaj — rzekł przypuszczalnie najmłodszy z mężczyzn. Ręce miał nonszalancko włożone do kieszeni ciemnych spodni. Na przystojnej, młodej twarzy widniał mało przyjemny uśmiech. Dla podkreślenia swojej pewności siebie nie trzymał różdżki w dłoni. — Nawet udało nam się złowić najcenniejszą rybkę.

Severus zobaczył utkwione w sobie spojrzenia współwięźniów. Zesztywniał.

Najmłodszy Śmierciożerca zacmokał z niezadowoleniem i zaczął balansować na palcach u stóp. W przód, w tył, w ten sposób trochę przypominając niesforne dziecko.

— Nie mówię o tym śmieciu — wskazał głową w kierunku Severusa, którego oczy rozszerzyły się w przerażającym zrozumieniu. — Mamy Pottera.


Kącik pytań i odpowiedzi, ta da-da-daaa

Droga Sylwio :) Prawda jest taka, że ogólny zarys opowiadania jest ( teraz wszystko mam zaplanowane od początku do końca!), ale ciągle coś do niego dodaję – nieustannie wpadają coraz nowsze pomysły, jakieś sceny… Na początku „Zaraza" miała mieć mniej niż pięć rozdziałów, czyli miała być dosyć krótkim i na dodatek gorzkim tekstem bez happy endu ;) A teraz tak wyewoluowała, że w planach jest sequel. Ba, w planach – na pewno będzie druga część :D O ile czas i Wen pozwoli.

I Cimeriers… aż zabrakło mi słów czytając te komentarze. Dosłownie szczęka mi opadła. I za to Ci dziękuję, dosłownie skakałam jak pojebana z radości :* :D