Hotarus Malfoyus, Ched, Cati3M, anulaqt, laguna, Sylwio, Cimeriers - DZIĘKUJĘ! :* Właśnie dla takich kochanych czytelników się pisze i publikuje, nie ukrywam. Jesteście cudowne, naprawdę dziękuję Wam za motywację i miłe słowa. Cimeriers - mam szczerą nadzieję, że ten rozdział Cię usatysfakcjonuje :)
Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania!
Zaraza, rozdział X
Jeden ze śmierciożerców podbiegł do bezwładnie leżącego ciała i klęknął tuż obok, nie ośmielając się jednak go tknąć.
— Panie! — krzyknął i zbladł z przerażenia, kiedy zdał sobie sprawę, że Voldemort nie żyje. Mężczyzna poderwał głowę i spojrzał w osłupieniu na Grahama stojącego nieopodal.
Wtedy magomedyk ponownie podniósł różdżkę. Promień jadowicie zielonego światła trafił w pierś klęczącego śmierciożercy, który padł jak kłoda obok swojego pana.
„Zdrajcy!", usłyszał Harry, zanim wszystko pogrążyło się w chaosie.
Rozpętało się piekło.
Półmrok panujący w pomieszczeniu gwałtownie się rozproszył, kiedy w powietrzu pojawiły się wijące wstęgi klątw. Harry uchylił się przed jedną z nich i padł płasko na podłogę. Śmierciożerca obrócił się przeciwko śmierciożercy; niektórzy z nich ginęli zanim zdążyli rozeznać się w sytuacji. Magomedycy ani na chwilę nie przestawali walczyć z nowym wrogiem. Harry'emu tylko jedna myśl tłukła się po jego głowie: uciekaj.
Uciekaj! Ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, zanim zdążył się podnieść, świat zatrząsł się w posadach. Ktoś zaczął krzyczeć, ktoś upadł, tracąc równowagę, a klątwy w jednym momencie przestały przecinać powietrze.
Harry już kiedyś to czuł, znał ten niepokojący powiew magii, dokładnie taki sam, kiedy znajdowali się na Grimmauld Place 12 i Tonks… umierała, a osłony… osłony opadały…
Severus. Udało mu się.
Niewiele myśląc, Harry zerwał się do biegu.
Severus znalazł się przy Draco. Pod rozwaloną ścianą gęsty pył niemal uniemożliwiał oddychanie, więc mężczyzna szybkim machnięciem różdżki rozrzedził chmurę. Chwycił chłopaka za ramiona i odwrócił go na plecy; wystarczyło tylko jedno spojrzenie na jego twarz, by żołądek Severusa boleśnie się ścisnął.
— On żyje! — sapnął z niedowierzaniem, kiedy w końcu udało mu się wyczuć pod palcami słaby puls na tętnicy szyjnej.
— On umiera — wymamrotał Ron. I, co najgorsze, miał rację – Draco był wyczerpany, skatowany, poświęcił własną krew, a może nawet magię, by dać im szansę na ucieczkę.
Teraz to oni musieli działać szybko. Jeszcze mieli szansę go uratować, nie mogli zwlekać ani chwili dłużej. Każda minuta była na wagę złota.
— Weasley — Snape zwrócił się twardo do chłopaka, który teraz patrzył tępo na swoje zakrwawione dłonie i próbował je wytrzeć o spodnie; dopiero teraz do niego docierało to, co zrobił. — Weasley! Spójrz na mnie! — chwycił jego twarz w dłonie i zmusił go do spojrzenia mu prosto w oczy. W takim stanie umysł chłopaka był jak otwarta księga i mężczyzna nie musiał go nadmiernie forsować legilimencją. Severus skupił się i zaczął wysyłać Weasleyowi wspomnienia.
Czechy. Górzyste tereny, gęste lasy iglaste, ogromne zaspy śniegu. Schronienie ulokowane na szczycie stromego zbocza. Stare, drewniane drzwi wejściowe. Skromna sypialnia Severusa, a w niej szafka, w której trzymał wszystkie eliksiry…
Celowo odrzucił od siebie jakiekolwiek myśli o Potterze; każde wspomnienie o schronieniu było z nim ściśle powiązane. Nie chciał, by jakikolwiek obraz z Harrym w roli głównej nieumyślnie przeciekł do umysłu Weasleya.
Przerwał połączenie, a Ron zamrugał kilkukrotnie, nieco skołowany.
— Aportuj się tam razem z Draco — zaczął powoli. — Widziałeś to miejsce, uda wam się. Musi się udać. Promień obszaru antyaportacyjnego od schronienia wynosi czterysta metrów, musicie jakoś je przejść. Przeszedłeś wraz z innymi członkami Zakonu podstawowe szkolenie medyczne, więc wiesz, jakich eliksirów użyć. Pamiętaj, najpierw go ocucisz, choćby siłą, podasz mu eliksiry, potem zastosujesz zaklęcia. Aportacja tylko pogorszy jego stan, więc musisz działać szybko. Nie spieprz tego. Zrozumiałeś? — warknął, a Ron pokiwał szybko głową. — Po tym skontaktujesz się z Dumbledorem.
— Ale Hermiona…
— Wydostanę ją — uciął ostro. Kiedy Weasley znowu otworzył usta, mężczyzna dodał szybko: — Znam to miejsce, ty natomiast nie. Osłony runęły, lada moment powinno pojawić się wsparcie — oby, pomyślał Severus, ale nie wypowiedział tego na głos. — Znajdę Pottera. Spotkamy się w schronieniu.
Wyraz twarzy Weasleya sugerował, że chce zaprotestować, jednak chłopak kiwnął głową i pochylił się nad nieprzytomnym Draco, ostrożnie owijając wokół niego ramię.
Severus chwycił różdżkę Flannery'ego, przelotem zerkając na twarz strażnika; oczy miał szeroko otwarte, a wokół głowy na posadzce rozlewała się spora plama krwi. Weasley umyślnie nie patrzył w stronę martwego śmierciożercy. Severus wcisnął różdżkę w trzęsącą się rękę chłopaka.
— Nie spieprz tego — powtórzył mężczyzna, starając się brzmieć groźnie; wiedział, że pomimo niewielkiego drżenia w głosie udało mu się odnieść zamierzony efekt; twarz Weasleya nabrała zaciętego wyrazu, oczy błyszczały jak w gorączce. Po chwili chłopak kiwnął głową i jeszcze mocniej chwycił Malfoya.
— Wydostań ich — powiedział, zanim czarodzieje aportowali się z głośnym trzaskiem.
Kiedy tylko Harry podniósł się z podłogi, walka rozpoczęła się na nowo. Znalazł się pod ostrzałem zarówno śmierciożerców jak i magomedyków; słyszał trzask klątw odbijających się od ścian i posadzki, ponaglające krzyki i długi, niepokojący gwizd.
Upadł koło martwego śmierciożercy i porwał jego różdżkę. Wyczarował zaklęcie tarczy i mleczna powłoka przysłoniła mu pole widzenia; błyskawicznie skierował różdżkę w sufit i krzyknął z całej siły w płucach, nawet o tym nie myśląc:
— Exitium totalum! — W sali rozległ się ogromny huk. Harry odskoczył w ostatniej chwili przed padającymi kawałami sufitu, gruzu i pyłu. Zaklęcie było tak silne, że pajęczyny pęknięć rozprzestrzeniły się na niemal całym sklepieniu i zaczęły pojawiać się na ścianach.
Harry'emu pozostało niewiele czasu, wiedział o tym. Odwrócił ich uwagę, ale na jak długo?
Nie słyszał nic poza hukiem spadających fragmentów sufitu. Pobiegł w stronę drzwi i kolejnym zaklęciem je wyważył.
Na długim korytarzu, oświetlonym przez nieliczne żyrandole, nikogo nie było. Gwizd rozlegający się w całym Malfoy Manor przybierał na sile, był coraz donośniejszy i coraz bardziej niepokojący. Ewakuacja. Harry zdał sobie sprawę, że nie było to nic innego, jak sygnał do rozpoczęcia ewakuacji.
I wtedy po posiadłości potoczył się grzmot, a żyrandole i długie kandelabry zachybotały; niektóre z nich się poprzewracały z trzaskiem na kamienną podłogę. Harry instynktownie zasłonił uszy, hałas był nie do wytrzymania.
Chłopak ruszył pędem przed siebie; mijał długie korytarze, ostre zakręty, zbiegał po schodach. Adrenalina parzyła w jego żyłach, odebraną różdżkę trzymał tak mocno, że prawie stracił czucie w dłoni; w każdej chwili ktoś mógł go zaatakować, złapać, zabić. Zza każdego zakrętu mógł się wyłonić jakiś śmierciożerca, jakieś niebezpieczeństwo, ale Harry musiał biec, za wszelką cenę musiał dostać się do podziemi. Wiedział, że znajdzie tam uwięzionych przyjaciół, a skoro osłony opadły, w posiadłości musieli znajdować się członkowie Zakonu z Severusem na czele… I nie mylił się – z niższych pięter dobiegło do niego echo toczącej się walki. Ruszył w tamtą stronę, chociaż strach próbował przejąć nad nim kontrolę, coś w środku kazało mu uciekać i teleportować się jak najdalej stąd. Zignorował resztki zdrowego rozsądku, które mu pozostały i biegł dalej, nie zastanawiając nad tym ani chwili dłużej.
Udało się. Udało. Powtarzał to jak mantrę, a jego serce tłukło się w klatce piersiowej. Musiał się pospieszyć; wiedział, że jeśli śmierciożercom i magomedykom uda się opanować zaklęcie i odwrócić jego skutki, lada moment rzucą się za nim pościg. Z jakiegoś powodu nadal był im potrzebny żywy, chociaż nie miał najmniejszego pojęcia, dlaczego – ze wszystkich rzuconych w jego stron klątw żadna nie była uśmiercająca. Voldemort nie żył – nie żył! – w przeciwieństwie do Harry'ego, który wciąż nie wiedział w jaki sposób to się w ogóle stało.
Zbiegł po ostatnich schodach i jego nozdrza uderzył swąd spalenizny, a donośny gwizd stłumił wszystkie inne odgłosy.
Rzeź.
Nic innego nie przyszło Harry'emu do głowy; niemal stracił dech. Nie było już ogromnych wrót dworu – jedynie ich szczątki leżały porozrzucane po całym zadymionym pomieszczeniu. Przez gęsty pył przebijały się błyski zaklęć, kłęby dymu aportacyjnego i jakieś niewyraźne sylwetki. Chłopak dostrzegł też ciała leżące bezwładnie na podłodze – martwi mężczyźni, martwe kobiety – i tylko nieliczne miały na sobie granatowe mundury śmierciożerców; widział ciała wojskowych ministerstwa i aurorów, których twarzy wolał nie rozpoznać. Harry nie chciał, nie chciałujrzeć żadnych znajomych twarzy.
Po wielu przeskokach, unikach i rzuconych zaklęciach, w końcu dopadł do kolejnego korytarza, który kończył się schodami prowadzącymi na sam dół. Nie miał czasu walczyć razem z innymi, nie mógł; miał jasne i konkretne zadanie, które za wszelką cenę musiał wykonać, o reszcie pomyśli później. Poradzą sobie– a przynajmniej Harry miał taką nadzieję.
Klątwa z głośnym świstem przecięła powietrze tuż nad jego ramieniem. Zaklęcie rykoszetem odbiło się od ściany i czerwone iskry rozprysły się po kamieniach.
Harry prędko się odwrócił, i kiedy już wycelował różdżką w śmierciożercę biegnącego za nim, i kiedy już miał zaklęcie na końcu języka, ktoś go ubiegł.
Promień zielonego światła przeleciał obok Harry'ego i trafił w pierś śmierciożercy, który zachwiał się i padł prosto na twarz. Czyjeś ręka złapała Harry'ego za ramię, pociągając go w dół, w kierunku schodów; chłopak stracił równowagę i zsunął się po paru stopniach, boleśnie się obijając, ale mocny uścisk przytrzymał go w porę w miejscu.
— Uważaj na tyły, Potter! — warknął Severus, który ponownie podniósł różdżkę i posłał kilka kolejnych zaklęć w kierunku wejścia korytarza. Z sufitu polała się gęsta maź, która całkowicie zaślepiła wejście, szczelnie wypełniając każdą szczelinę. W korytarzu natychmiast zapanowała ciemność — To ich na chwilę zatrzyma.
Oczy Harry'ego zrobiły się wielkości spodków.
— Jak—
— To ja powinienem ci zadać to pytanie! — krzyknął mężczyzna, pociągając chłopaka w swoją stronę i stawiając go na równe nogi. Harry zachwiał się; było tu ciemno jak w grobowcu i nie widział stopni schodów, na których teraz stał. — Miałeś się aportować, idioto!
Ulga, którą odczuł po zobaczeniu Severusa, natychmiast z niego wyparowała.
— Jak się tu znalazłeś?! — odkrzyknął Harry i machnął różdżką, światłem rozpraszając ciemność. Chłopak w jednej chwili zbladł, dopiero teraz zauważając, w jakim stanie był Severus. — Co się stało? — wyjąkał.
Pierś mężczyzny unosiła się i opadała od ciężkiego oddechu, ubranie miał ubrudzone – czy to krew? – i całe w pyle. Na twarzy i ramionach miał kilka siniaków i zadrapań.
— Złapali mnie — wydyszał, po czym chwycił Harry'ego i pociągnął w dół schodów. Żyjesz. Żyjesz, całe szczęście, chciał mu powiedzieć Severus, ale w porę się powstrzymał. Uczucie ogromnej ulgi rozlało się ciepłem w jego piersi. — Chodź za mną.
— Skoro ty jesteś tutaj, to jak—
— Draco zniszczył bariery ochronne.
— On… nie żyje? — wydukał zszokowany Harry, posłusznie zbiegając ze schodów tuż za Severusem.
— Nie wiem — odparł gorzko i zgodnie z prawdą. — Kazałem Weasleyowi aportować się z nim do naszego schronienia. Powinni być bezpieczni, ale śmierciożercy zabrali Granger. Wydostaniemy ją, nie minęło dużo czasu, mamy jeszcze szansę. Po tym aportujesz się z nią do Czech, zanim—
— Voldemort nie żyje — przerwał mu Harry, a Severus nagle zatrzymał się na schodach, przez co chłopak prawie na niego wpadł.
— Co? — wyrzucił z siebie mężczyzna i odwrócił się w stronę Harry'ego; jego twarz wyrażała skrajne niedowierzanie.
— Nie żyje!
— Co? Jak? Czy ty—
— Nie! Nie wiem, nie mam pojęcia jak to się stało! Zabrali mnie na górę, byli tam magomedycy i mówili o Tonks – wypędzili z niej duszę, rozumiesz? Duszę! I był tam Voldemort, jego ciało gniło, on umierał, i magomedycy… mówili coś o transplantacji… transplantacji duszy… I dlatego chcieli mnie żywego, chcieli moje ciało, ale coś poszło nie tak, i kiedy już… Kurwa. On umarł! To oni mu coś zrobili, oni go zdradzili! I wtedy osłony opadły, uciekłem…
Harry nagle złapał Severusa za ramiona, przyciągnął go do siebie i wcisnął twarz w zgłębienie między ramieniem a szyją, głęboko wciągając powietrze. Każde uderzenie serca bolało, czuł zawroty głowy, żółć podchodziła mu do gardła. Ulga. Przerażenie. Severus objął go jednym ramieniem i przycisnął do siebie bardzo mocno, wpijając palce w materiał kurtki. Harry oddychał coraz szybciej, panika próbowała przejąć nad nim kontrolę. Dopiero teraz zaczynał zdawać sobie sprawę, przez co przeszedł.
— Żyjesz — westchnął Severus w czarne, poczochrane włosy, a Harry zaczął się trząść. Śmiech. Harry się śmiał. — Żyjesz, ty cholerny, głupi szczęściarzu.
— Żyję — potwierdził Harry na wydechu, zgnieciony w uścisku mężczyzny. To było szalone – stali, obejmując się mocno, jakby byli niespełna rozumu; znajdowali w samym środku bitwy, ludzie nad nimi wyżynali się nawzajem i wszystko działo się tak szybko – ale nie potrafili tego przerwać, nie w tej kradnącej oddech chwili.
Żyjemy. I damy sobie radę. Doświadczenie tej nadziei było jak powitanie dawno niewidzianego przyjaciela.
Po budynku potoczył się kolejny grzmot i prosto na nich posypały się drobne odłamki sklepienia. Zachwiali się na schodach, w ostatniej chwili łapiąc równowagę.
— Zaraz zrównają to miejsce z ziemią — wydyszał Severus, odpychając ich od ściany na którą wpadli. — Szybko!
Snape pognał w dół długich, szerokich schodów, Harry ruszył tuż za nim. Dochodziło do nich przytłumione echo walki, czyjeś krzyki, trzaski, huki. Voldemort nie żył, ale bitwa ciągle trwała i nie pozostało im wiele czasu – Severus zaślepił wejście do podziemi, ale zaklęcie w każdej chwili mogło runąć. Musieli wydostać Hermionę.
Im dalej schodzili w dół, mijali kolejne korytarze, było coraz zimniej. Harry zauważył rozwaloną ścianę, gruzy, słabo migoczące pochodnie. O ile sama posiadłość Malfoyów była wielka, podziemia zdawały się ogromne – dziwnie wysokie sufity, labirynt korytarzy – przez to Harry zaczął się zastanawiać, czy pomieszczenia przypadkiem nie były magicznie powiększone.
Nagły szelest w jednym z korytarzy zatrzymał ich obu w miejscu. Nie byli sami. Harry poczuł, jak pot spływa mu po plecach, a każdy mięsień w jego ciele jest napięty do granic możliwości.
To było szybsze niż jedno uderzenie serca – skrawek granatowego munduru ledwie mignął im przed oczami, a Severus posłał w jego kierunku klątwę. Dobiegł do nich okrzyk i odgłos upadającego ciała. Podbiegli do leżącego na wznak śmierciożercy – żył, był nawet przytomny; oczy miał szeroko otwarte i można z nich było wyczytać przerażenie. Twarz mężczyzny była mokra od potu i niezdrowo się świeciła, kiedy Severus podstawił pod jego gardło rozżarzony koniec różdżki.
— Laboratorium — wycedził lodowatym głosem, od którego brzmienia wszystkie włoski na ciele Harry'ego stanęły dęba. — Jeśli powiesz nam, gdzie jest laboratorium, daruję ci życie.
Śmierciożerca nie wydusił z siebie ani słowa; jedynie rozbiegane spojrzenie powędrowało w głąb jednego z korytarzy i zatrzymało się tam na dłużej. Usta Snape'a rozciągnęły się w zimnym, niepokojącym uśmiechu.
— Kłamałem — powiedział i jadowicie zielony promień wystrzelił z jego różdżki. Wszystkie mięśnie w ciele śmierciożercy zwiotczały, oczy pozostały szeroko otwarte, ale zdawało się, że znikł z nich cały blask.
Harry miał wrażenie jakby dostał czymś ciężkim w tył głowy. To jest wojna.
Severus posłał chłopakowi ciężkie do odczytania spojrzenie.
— Było z nami jeszcze dwóch strażników. To jeden z nich — mężczyzna wskazał głową na zwłoki. — Drugi musi być gdzieś ciągle w pobliżu. Nie opuszczaj różdżki i uważaj na tyły. Pójdę przodem.
Harry zebrał się w sobie i gorliwie pokiwał głową. Wyjdziemy stąd. W milczeniu ruszył za Severusem.
Chłód przenikał przez kilka warstw ubrań i wbijał swe szpilki w rozgrzane mięśnie, a każdy oddech uchodzący z ust przeobrażał się w obłok pary. Harry dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie słyszy już nic poza dudnieniem swojego serca, ich niespokojnymi oddechami i odgłosami kroków na posadzce. Musieli zapuścić się naprawdę głęboko w podziemia – i w końcu – dotarli do drzwi, za którymi prawdopodobnie znajdowało się laboratorium.
Zanim Severus je pchnął, spojrzał na Harry'ego, który kiwnął głową.
Drzwi zostały otwarte na oścież. Nie były zabezpieczone żadnym zaklęciem.
Harry poczuł, jak grunt osuwa mu się spod stóp; złapał Severusa za bark, aby nie upaść.
Sala była ogromna, słabo oświetlona, choć nad każdym z metalowych stołów unosił się niebieski, migotliwy płomień, jakby pochodził od dużej, niewidzialnej świecy. Przez umysł Harry'ego przebiegła surrealistyczna myśl, prawie jak świeże wspomnienie koszmaru: Wielka Sala w Hogwarcie i tysiące świec pod sklepieniem, oświetlających wszystkie cztery długie stoły – ale przecież na żadnym z tych stołów nie powinny znajdowały się ludzkie ciała– i nie potrafił wydać z siebie żadnego dźwięku. W jego gardle utknęło coś gorzkiego, coś, co uniemożliwiało zaczerpnięcie wdechu.
Nogi Severusa wrosły w podłogę; wpatrywał się szeroko rozwartymi oczami w dziesiątki metalowych stołów, na których leżeli… ludzie? Severus tak bardzo chciał się mylić, tak bardzo chciał, by mu się to wszystko przywidziało, ale nie – widział zarysy ludzkich sylwetek pod białymi płachtami, a spod nich wystające zsiniałe kończyny… a może tak tylko mu się zdawało i to padający cień nadawał im taki koloryt…?
Uścisk dłoni Harry'ego na jego barku nie zelżał nawet na sekundę.
— Cmentarz — wymamrotał w końcu chłopak. — Dlatego tu jest tak zimno — wyjaśnił, jakby to było coś oczywistego. Zabrał dłoń z barku Severusa i wyminął mężczyznę, powoli kierując się na przód; jego plecy były nienaturalnie proste. Harry uniósł różdżkę i szepnął najzwyklejsze Lumos, a płomyki w całej sali rozbłysły ostrym, zimnym światłem. Było tak rażące i natrętne, że ich oczy zaszły łzami.
Czas się zatrzymał. Nie istniała już żadna wojna, nie było żadnej bitwy, która wciąż toczyła się kilka kondygnacji nad nimi; nie było niczego poza tą salą z dziesiątkami stołów, oślepiającym światłem i białym materiałem, pod którym leżała góra… mięsa. Harry'emu ciężko było uwierzyć, że niegdyś ta bezkształtna masa stanowiła jakiekolwiek życie, że to coś istniało w jakikolwiek sposób. Kiedy tak powoli kluczył między stołami, czuł się niemal jak odkrywca – miał przed oczami dziwnie fascynujący, nowy gatunek czegoś, czego nie potrafił w żaden sposób sklasyfikować. Widział groteskowo bezkształtne sine stopy, a przynajmniej coś, co dawniej mogło nimi być; w niektórych miejscach materiał się wybrzuszał. Harry zwalczył w sobie chęć dotknięcia napiętej tkaniny; był ciekaw, czy jego palce napotkają jakikolwiek opór, jeśli to zrobi. Niektóre z istot były nagie, a nad nimi unosiła się jakby spłaszczona, szklana kopuła, która szczelnie odgradzała ciała od reszty świata; widział ich żółtawą, paskudną skórę i niekiedy doskonale widoczną sieć niebieskich żył.
Harry podszedł bliżej do jednego ze stołów, tam, gdzie spod materiału wypływały długie, brązowe włosy. Chwycił za płachtę i ostrożnie odsłonił twarz kobiety; miała zamknięte oczy, ale szeroko otwarte usta, jakby nie zamierzała przestać krzyczeć nawet po śmierci. Jego dłoń musnęło najzwyklejsze w świecie zaklęcie konserwujące – to samo, którego używali z Severusem do przechowywania żywności – i Harry poczuł obrzydzenie.
— Hermiony tu nie ma — powiedział po chwili, nie odrywając wzroku od twarzy kobiety. — Musimy poszukać jej gdzie indziej. Nie ma jej tu!
Oddech Harry'ego przyspieszał, kolor cery zrobił się chorobliwie ziemisty; chłopak był tylko o malutki krok od histerii. Podchodził do każdego ze stołów, do którego tylko mógł, i ściągał płachty na tyle, by odkryć twarz. Mamrotał pod nosem ni to przekleństwa, ni to modlitwę (nie, nie, to nie ona), i przestawał tylko kiedy miał przed oczami zakonserwowane ciało w różnym stopniu rozkładu – wtedy zaciskał usta i wstrząsały nim torsje.
Severus podbiegł do Harry'ego, chwycił go mocno od tyłu i odsunął od stołu, na którym leżała młoda, jasnowłosa dziewczyna. Mężczyzna jak nigdy wcześniej był świadom każdego swojego uderzenia serca, każdego wdechu i wydechu; w jego głowie kołatała się tylko jedna myśl – on oszalał, oszalał, oszalał… Harry szarpnął się, z jego gardła wyrwało się histeryczne łkanie, i kiedy już Severus chciał unieść różdżkę i zabrać ich z tego piekła, chłopak się wyrwał i pobiegł przed siebie.
— Nie! Wracaj!
— Tam są drzwi! — krzyknął Harry i zanim Severus zdążył go dogonić, dopadł do nich, gwałtownie otworzył i wpadł do kolejnego pomieszczenia.
Sala była podobnej wielkości co poprzednia; tu również znajdowały się metalowe stoły, ale nie było nagich, bezkształtnych istot, ani śladu białej płachty… Tutaj ściany nie były puste –na całej ich długości stało mnóstwo podświetlonych półek, pełno papierów, butelek, słojów i innych dziwnych przedmiotów … I było tu znacznie cieplej. To tutaj musiało znajdować się prawdziwe laboratorium! Tutaj byli prawdziwi ludzie!
Harry podbiegł do najbliższego ze stołów i leżącego na nim starszego, siwego mężczyzny.
Podstawił skostniałą z zimna dłoń pod jego usta.
— Oddycha… on oddycha! — wykrzyknął podniecony Harry, jego oczy błyszczały dziko.
Jednak Severus nie podzielał entuzjazmu chłopaka; rozglądał się dookoła z uniesioną na wysokości ramienia różdżką, brwi miał zmarszczone. Coś wisiało w powietrzu i mężczyzna wiedział, że w tym momencie stąpają po bardzo cienkim lodzie.
Zanim Harry zdążył wycelować różdżką w stronę leżącego mężczyzny, Severus jednym ruchem ręki go powstrzymał, jednocześnie nakazując mu być cicho.
Chrzęst
Obaj odwrócili głowę w stronę, z której dobiegł dźwięk, ale nic nie zobaczyli. Cisza dźwięczała im w uszach. Każdy wdech i wydech był z wysiłkiem kontrolowany, byle jak najcichszy, jak najspokojniejszy.
Harry mógł przysiąc, że czuje na sobie czyjś wzrok.
Chrzęst
Niepokojący odgłos dobiegł do nich z zupełnie innej strony; brzmiał jak skradający się szczur, jak echo przesuwanego kamienia, albo… szuranie podeszwy buta o kamienne płyty…
Ktoś tu był i ich uważnie obserwował, najprawdopodobniej będąc pod działaniem Zaklęcia Kameleona.
Byli takimi głupcami – przez pośpiech nie zamaskowali się w żaden sposób i teraz byli widoczni jak na dłoni. Ale… ich obserwator do tego momentu miał sporo czasu, jeśli chciał ich wykończyć.
Ten ktoś czekał, zamierając w pół kroku niczym drapieżnik gotowy do skoku.
To była pułapka.
Harry złapał wzrok Severusa; mężczyzna wpatrywał się w niego uparcie, ciągle trzymając różdżkę na wysokości ramienia. Żaden z nich się nie poruszył nawet o centymetr. Sekundy wlokły się w niewyobrażalnie wolnym tempie.
I wtedy Severus spojrzał prosto przed siebie, wszystkie mięśnie na jego ciele się spięły, i Harry już wiedział, co planuje mężczyzna.
Severus gwałtownie ruszył ze swojego miejsca, rzucając się naprzód, a następnie odbijając w bok za jednym ze stołów, robiąc w ten sposób unik przed klątwą śmierciożercy. Harry tylko tego potrzebował: ich obserwator został wytrącony z równowagi i zdemaskował się poprzez atak. Nie tracąc czasu, chłopak posłał w tamtą stronę zaklęcie. Powietrze dziwnie zafalowało, zupełnie jakby miał przed oczami zjawisko mirażu, i Harry niewiele myśląc wykrzyczał kolejne zaklęcie; usłyszał przytłumione huknięcie i ostry zgrzyt przesuwanego metalu.
Następna klątwa posłana w kierunku stołu pozostawiła jedynie wypaloną, rozżarzoną dziurę w posadzce. Severus nie pozostawał w tyle, rzucał klątwę za klątwą, ale efekt pozostawał ten sam – zaklęcia rozpryskiwały się na kamieniach lub pozostawiały wypalone dziury na podłodze. Harry zbladł. Trafił śmierciożercę wcześniej? Czy ten zdążył uciec? W dalszym ciągu nie było go widać i chłopak nie wiedział, gdzie ma teraz celować. A może udało się chociaż w jakiś sposób go ogłuszyć?
— Szybko! — krzyknął Severus. Nie mieli czasu na bawienie się w kotka i myszkę, czy na szukanie ciała śmierciożercy. Mieli do wykorzystania kilka cennych sekund przewagi. —Musimy znaleźć Granger!
— Ale ci ludzie—
— Nie mamy na to czasu! — odparował mężczyzna, ruszając wzdłuż stołów. Harry przełknął ciężko i puścił się biegiem na drugi koniec laboratorium. Severus się myli. Uratujemy ich. Zdążymy. Harry był tego pewien, ale teraz ich priorytetem była Hermiona.
Obaj mijali dziesiątki stołów i leżących na nich ludzi, dziko rozglądając się dookoła. Nic. Nic. Nie. To nie ona. Minął pierwszy rząd. Drugi rząd. Trzeci… Hermiony nie było. Panika za wszelką cenę chciała przejąć nad Harrym kontrolę; coś lodowatego zaczynało się zaciskać na jego gardle. Czas mijał.
— JEST! Tutaj!
Krzyk Severusa sprawił, że Harry gwałtownie odwrócił się w miejscu, niemal się wywracając. Spojrzał na mężczyznę, który jakieś piętnaście metrów od niego pochylał się nad drobną postacią.
Ale zanim Harry'ego zdążyła ogarnąć ogromna ulga, poczuł mocne uderzenie w plecy; z jego płuc wyrwał się zduszony odgłos zaskoczenia i bólu.
Severus poderwał głowę, a następnie uniósł różdżkę w stronę Harry'ego, ale było już za późno.
Coś niewidzialnego owinęło się wokół chłopaka – ramię, to było ramię, ktoś go złapał – i dosłownie w tym samym momencie poczuł znajome szarpnięcie w okolicach pępka. Severus krzyczał, ale Harry nic nie zrozumiał, nic, ponieważ przez strach stracił resztki rozumu.
Ostatnim obrazem, który zobaczył, była twarz Severusa wyrażająca skrajne niedowierzanie i przerażenie. Wszystko gwałtownie się rozmyło.
Harry stracił świadomość, przestał czuć cokolwiek.
Cisza
Zgrzyt gwałtownie odsuwanego krzesła
— Harry…?
Szybkie, głośne kroki
— Harry!
Odgłos walenia pięścią w drzwi
— Koniec wizyty! Otwierać!
— Harry, co ty—
— Koniec! — Wściekłe szarpanie za klamkę — Otwórzcie te pierdolone drzwi! Wizyta się skończyła, słyszycie?! Otwierać!
TRZASK
— Dobry Mer—
— Nie otwierają… dlaczego? Dlaczego?
— Harry, proszę cię, wstań…
Szmery, odgłosy szarpaniny
— Nie dotykaj mnie!
Długa cisza, przerywana jedynie szybkimi, chrapliwymi oddechami
— Powinni otworzyć drzwi…
— Może zaraz to zrobią. Harry, proszę cię, spokojnie… Może usiądź na krześle… Nie, proszę, przestań, nie rób tego, wiesz, że to mnie przeraża…
— Powinno.
— Już, spokojnie. Wdech, wydech. Właśnie tak. Wdech przez nos, potem wydech ustami. Tak, tak. Dobrze, już dobrze.
Cisza
— To koniec mojej historii.
— Jaki koniec? O czym ty mówisz?
— Wtedy widziałem… Severusa… widziałem go po raz ostatni. Nigdy… do tej pory nigdy więcej go nie zobaczyłem.
— Co? Co się z tobą działo? Jak to się stało?
— Wylądowałem tutaj.
Zaskoczone westchnienie
— Tutaj? W sensie, w ośrodku?
— No, a gdzie?
— Dobry Boże… Dlacze—
— Zespół stresu pourazowego, zaburzenia psychotyczne, a także ataki paniki. To już powinnaś wiedzieć.
— Porwali cię i przynieśli tutaj…?
— Nie wiem. Nie pamiętam dokładnie. Znaczy, pamiętam, ale jak przez mgłę. Pamiętam Sever… Severusa, pamiętam aportację... Coś, a raczej… ktoś mnie ogłuszył. Pamiętam polanę, błyski zaklęć, a potem… czyjeś krzyki. Dużo się darli, nieustannie. Myślałem, że pęknie mi głowa, chociaż nie do końca wiedziałem, co się ze mną dzieje. Potem kołysanie, kołysanie, zimno, kołysanie, ktoś mnie dotykał, ktoś mnie podniósł. I nic, dalej nic. Długo nic, a potem… to. Cisza
— Nie rozumiem.
— A co tu jest do rozumienia?
— Dlaczego? Dlaczego tu jesteś?
— Widzisz, to już jest niepokojące – powinni już dawno przyjść, rozumiesz? Magomedycy powinni już dawno przyjść… dlaczego pozwalają nam jeszcze rozmawiać? To jest dopiero pytanie. Dlaczego nikt nie przychodzi? Nie powinni pozwolić nam już rozmawiać! — Uderzanie pięścią o metalowe drzwi — Otwórzcie — trzask — te pierdolone — trzask— drzwi!
— Harry…
— Jesteś przerażona. To cię przeraża.
— To… to nie jest szpital.
Śmiech
— Dopiero teraz zrozumiałaś?
— To jest więzienie.
— Właściwie i jedno, i drugie.
— Merlinie… mówiłeś… Niewygodnych ludzi eliminuje się albo unieszkodliwia…
— A kiedy jesteś uważany za wariata, nie stanowisz wielkiego zagrożenia. Rozumiesz? Rozumiesz już?
— Tak, tak…
— Więc dlaczego cię wpuścili, Deirdre? Dlaczego tu jeszcze jesteś? Dlaczego pozwalają nam jeszcze rozmawiać? Co się dzieje?
— Proszę, uspokój się…
— Jesteś przerażona.
— Dziwisz mi się?
— Jesteś cholernie przerażona. Jakbyś wcale nie chciała, by otworzono drzwi.
Cisza
— Harry, przestań się tak zachowywać.
— To w sumie podejrzane, dlaczego tutaj jesteś, w końcu—
— Przestań! Uspokój się, już!
Zdławiony odgłos
— Masz rację. Przepraszam. Zaczynam świrować aż za bardzo.
— To… to oni ci to zrobili?
Pauza
Śmiech
— Wyglądamy jak idioci. Siedzimy na podłodze.
— Wróćmy na krzesła, dobrze? Mam jeszcze kilka papierosów. Chcesz?
— Głupie pytanie. Oczywiście, że chcę.
— Już dobrze?
— Tak, już jest okej. Przepraszam. Dałem niezły popis, co?
— Trudno się nie zgodzić.
Cisza
— Chcesz jeszcze?
— Chcę: co?
— Opowieści.
— Głupie pytanie. Oczywiście, że chcę. Mamy zmarnować taką okazję? Może są zajęci i dlatego nie przychodzą, albo… sama nie wiem. Mamy jeszcze trochę czasu. Nie słyszą nas, prawda, Harry?
— Nie wiem. Nie jestem pewien. Ale to byłoby dziwne, gdyby nie podsłuchiwali naszej rozmowy. Może tylko nas podglądają, ale nie słyszą. Nie wiem. Ale… zdajesz sobie sprawę, że cię ocenzurują? Każą ci wyciąć co najmniej połowę? Albo częściowo wyczyszczą ci pamięć, jeśli powiem zbyt niewygodne rzeczy? Nie pozwolą, by pewne sprawy ujrzały światło dzienne.
— Wiem. Domyśliłam się.
— Zatem wyłącz dyktafon.
— Nie. Nie wyłączę.
Ciężkie westchnienie
— Niech będzie.
Ból głowy wyrwał Harry'ego ze snu. Chłopak otworzył oczy i kilkukrotnie zamrugał powiekami, strzępem świadomości zdając sobie sprawę z ich ogromnego ciężaru. Miał wrażenie, jakby całe jego ciało było wykonane z ołowiu; leżał, nie mając nawet krzty siły, by się podnieść. Obserwował irytująco jasny sufit, sunął opuszkami palców po szorstkiej tkaninie, a po chwili wziął przez nos głęboki, senny wdech. Pasta do polerowania podłogi, pomyślał. Nie wiedzieć czemu, zaczął dumać o Dursleyach.
Kiedy tak dryfował wśród dziwnych, niczym nie związanych ze sobą myśli, zdał sobie sprawę, że jest unieruchomiony. Jego serce zabiło szybciej. Nie miał ciała wykonanego z ołowiu – to coś ciężkiego i grubego ciążyło na jego nadgarstkach i oplatało w pasie.
— Widzę, że się obudziliśmy — zaskrzeczał kobiecy głos. — Jeśli będziemy spokojni, odepniemy.
Harry prędko odwrócił głowę w stronę hałasu, przełykając krzyk, który zaczął formować się mu w gardle. Powstrzymał się przed dzikim szarpaniem, kiedy zauważył starszą, korpulentną kobietę zbliżającą się do niego z różdżką w dłoni. Jeśli będziemy spokojni? Oddech chłopaka zaczął przyspieszać.
— Przykro mi, musieliśmy unieruchomić — powiedziała kobieta, ale wyraz jej twarzy był daleki od współczucia. — Nie cackamy się z pacjentami, którzy nie są spokojni.
Umysł Harry'ego zaczął pracować na najwyższych obrotach. Dwór Malfoyów, przypomniał sobie. Severus. Laboratorium. Śmierciożerca. Pustka. Pustka.
— Pacjentami? — wychrypiał głosem, który nie mógł należeć do niego; słaby i chropowaty, jakby zdarty od zbyt długiego krzyczenia.
— Pacjentami — przytaknęła. — Święty Filip. Jesteśmy w szpitalu. Nic nie pamiętamy?
Harry pokręcił przecząco głową, czując się strasznie i absurdalnie. Wszystko, czego pragnął, to zerwać się do ucieczki. Albo obudzić się. Obudzić się.
— O czym—
— Jesteśmy bezpieczni. Pytania nie są potrzebne — ciągnęła kobieta w bezosobowym tonie. Zdawało się, że już wiele rozmów tego typu przerobiła w swoim życiu. — Jak będziemy spokojni, to wszystkiego się dowiemy. To jak?
Harry przez chwilę pomyślał, że ma do czynienia z maszyną. Posiekana zmarszczkami twarz kobiety nawet nie drgnęła, ton głosu nie zmienił się ani o jotę. Grube, niekształtne ciało było wciśnięte w uniform, przez co w niektórych miejscach materiał nieestetycznie się napinał i zdawałoby się, że gdyby nie on, ciało kobiety by wypłynęło i rozlazło się na wszystkie strony.
Harry kiwnął głową, zdając sobie sprawę, że to jedyna w miarę sensowna rzecz, jaką może obecnie zrobić. Kobieta przyglądała się chłopakowi jeszcze przez kilka sekund, jakby czekała na dodatkową reakcję z jego strony, a po chwili machnęła różdżką.
Dziwna rzecz, która oplatała nadgarstki i pas nagle zniknęła. Harry przekalkulował swoje możliwości: mógł rzucić się do ucieczki. Mógł spróbować się wyrwać, jakimś cudem zabrać tej wielkiej kobiecie różdżkę – nie musiał się nawet domyślać, że jakiś czas temu jego własna została mu odebrana siłą. Mógł posłuchać się poleceń i być spokojny. Wciąż leżąc, rozejrzał się po pomieszczeniu: pokój był niewielki, kwadratowy, zupełnie bez okien i z dosyć wysokim sufitem. Chłopak przełknął ciężko ślinę i podjął szybką decyzję, kiedy zza boku kobiety dostrzegł ciężkie, stalowe drzwi.
Zanim jednak zdążył zerwać się z posłania i spróbować swoich sił w ucieczce, poczuł jakby dostał czymś ciężkim w potylicę. Ból głowy stał się niemal morderczy, krew i jeszcze coś dziwnego uderzyły mu prosto do głowy i mroczki wypełniły mu pole widzenia. Ruchy ciała miał tak spowolnione, że poczuł się nagle jak mucha topiąca się w smole. Opadł z powrotem na łóżko, przyciskając dłoń do oczu i jęcząc z bólu. .
— Spokojnie — usłyszał niczym przez szybę — Już idziemy.
W pomieszczeniu rozbrzmiał długi, raniący uszy zgrzyt, a zaraz po tym odgłosy kroków więcej niż jednej osoby. Dwie pary silnych rąk chwyciły Harry'ego za ramiona, stawiając go gwałtownie do pionu. Został wyprowadzony z pokoju na korytarz.
W całym swoim życiu nie czuł się tak dziwnie i jednocześnie źle fizycznie; serce biło szaleńczo, pompując zatrutą krew w kończyny i w ociężałą głowę. Nie nadążał z oddychaniem, płuca domagały się tlenu, którego nie był im w stanie dostarczyć. Miał ochotę położyć się na podłodze, zwinąć się w kłębek i przeczekać ten koszmar, wyskrobać sobie żołądek i całą jego treść. Przez zaciśnięte powieki widział błyski światła, plamy cieni, dźwięki docierały do mózgu z opóźnieniem. Nie był pewien żadnego z kroków, które zdołał do tej pory postawić, a po pewnym czasie dotarło do niego, że jest ciągnięty przez mężczyzn idących po obu jego stronach.
I kiedy tak wlókł się i wlókł, do jego uszu dotarły odgłosy szarpaniny, czyjeś podniesione głosy i coś, co brzmiało straszliwie źle, straszliwie żałośnie i desperacko. Nie, nie – ktoś mówił, być może nawet krzyczał. Harry podniósł głowę i odważył się otworzyć oczy; w tym kalejdoskopie zszarzałych, zimnych barw i surrealistycznych sylwetek zdołał wyłowić jedną: młody człowiek wyrywał się z czyjegoś uścisku i patrzył się prosto na niego, patrzył, i zdawał się jakoś dziwnie znajomy. Harry mógłby przysiąc, że jego nozdrza uderzył swąd palonego drewna, ludzkiego mięsa, znowu poczuł swędzenie w poparzonej skórze ręki, ponownie usłyszał „inaczej bym cię nie ratował" – słowa wypowiedziane tak dawno temu, choć mimo upływu czasu zapamiętane doskonale. Andy Sturgis, pomyślał Harry. To musiał być ten magomedyk, ten sam, który dwukrotnie uratował mu życie, podczas krwawej nocy w Staines i jeszcze później w św. Mungo. Ten sam, który naraził swoje życie dostarczając niezwykle cenne informacje Harry'emu i Zakonowi. „Wszystko w twoich rękach", przypomniał sobie.
Uratujesz mnie znowu, chciał mu powiedzieć Harry, kiedy tak odwzajemniał jego spojrzenie, ale… coś mu tutaj nie pasowało. Sturgis był naprawdę przerażony, zrozpaczony, i co najważniejsze, nie miał na sobie oficjalnych szat swojej profesji, ani nawet lekarskiego kitla, tylko szarą piżamę podobną do tej, którą miał na sobie Harry.
Mocne szarpnięcie, następnie trzask zamykanych drzwi. Nikt już nie trzymał jego ramion. Harry tracąc równowagę oparł się o ścianę i bezwładnie się po niej osunął.
Koniec rozdziału X
I jesteśmy coraz bliżej końca...
Jak zwykle będę przeogromnie wdzięczna za każdą opinię, kochani Czytelnicy!
