Znowu trochę to trwało…
Przepraszam, kochani, za taką przerwę. Prawda jest taka, że to był jeden z najcięższych dla mnie rozdziałów – można powiedzieć, że już się rozpoczął początek końca :) Jest to najprawdopodobniej przedostatni rozdział Zarazy i jednocześnie najdłuższy, jaki do tej pory napisałam (prawie 30 stron!)
Chciałam przeogromnie podziękować Cimeriers, Mermaid Sheenaz, Vega, Mangha, Cati3M, SSakk, Ched, Sylwii, klod, sevy90, myk-myk, Darca, AprilRyan, smirek i Neqwallyen za komentarze pod ostatnim rozdziałem, ale nie tylko… Jestem przeogromnie wdzięczna za Wasze wiadomości, odzew, zainteresowanie. Rozjaśniacie mój dzień, sprawiacie, że chcę kontynuować pisanie tego fanficka i staram się jak tylko mogę, by zrobić to jak najszybciej i jak najlepiej. Tacy Czytelnicy to prawdziwy skarb!
Dziękuję!
Beta: Ewa, moja kochana. Dziękuję, że masz jeszcze siłę walczyć z moimi bykami!
Zaraza, Rozdział XI
— Panie Potter?
Harry nawet nie drgnął.
— Panie Potter — przemówił głos po raz kolejny, tym razem ciszej i spokojniej. — To najprawdopodobniej skutki uboczne eliksirów, nic strasznego. Zaraz powinno przejść. Jeśli poczuje się pan lepiej, proszę dać mi znać.
Harry usłyszał kroki, następnie skrzypnięcie i szelest kartek papieru. Każdy dźwięk odbijał się echem w jego głowie, w ustach czuł gorzki nieprzyjemny posmak; chłopak zastanawiał się kiedy ostatnio mył zęby i kiedy miał cokolwiek w żołądku. Nie jadł od tak dawna, że zaczynał odczuwać tępy ból brzucha, daleki od zwyczajnego ssania z głodu.
Nie wiedział, ile czasu mogło już minąć, trwał w tym osobliwym zawieszeniu i mógł nawet przysnąć, nie zdając sobie z tego sprawy.
— No dobrze. Panie Potter, proszę to wypić, poczuje się pan lepiej.
Harry w końcu uniósł głowę i zauważył wyciągniętą w jego stronę dłoń, a w niej szklankę z mętną cieczą. Pachniała słodko i tak pysznie, że bez cienia oporu przyjął szklankę i wypił płyn duszkiem, czując jednocześnie ciepło rozlewające się w kończynach. Cokolwiek to było, działało cudownie: żołądek odkleił się na chwilę od kręgosłupa, a pulsujący ból w skroniach został przytłumiony.
— Dziękuję — wychrypiał Harry wzdychając z ulgą. Górujący nad nim mężczyzna zaśmiał się miękko i pomógł mu wstać z podłogi. Harry zwrócił uwagę na jego wypielęgnowane dłonie z równo przyciętymi paznokciami; przy nich jego własne wyglądały jakby należały do starego, zaniedbanego człowieka.
— William Buckley, magomedyk najwyższego stopnia — przedstawił się mężczyzna. — Jestem kierownikiem ośrodka, w którym pan się znajduje i odbędzie leczenie, o ile okaże się to konieczne, oczywiście.
Pod skórą Harry'ego zaczął kiełkować niepokój, chociaż był dziwnie przytłumiony i odległy, nie sięgający umysłu. Harry od wieków nie był tak wyciszony; w głowie myśl mignęła mu, że nie powinien ufać mężczyźnie, jednak zignorował ją i pozwolił podprowadzić się do krzesła. William Buckley usiadł naprzeciw niego, przysuwając się bliżej ogromnego biurka, na którym leżały sterty papierów. Mężczyzna chrząknął i zaczął przeglądać teczki.
W międzyczasie Harry zaczął błądzić wzrokiem po pomieszczeniu: było małe i całkiem przytulne, na ścianach wisiały półki zapełnione książkami i oprawione w ramy dyplomy. Znajdująca się w rogu kanapa wyglądała tak nieprzyzwoicie wygodnie, że Harry cudem nie zerwał się z krzesła i nie podążył w jej kierunku.
— Ach, mam! — mruknął Buckley, wyciągając ostrożnie teczkę ze środka wieżyczki dokumentów. — Harry James Potter, lat dziewiętnaście, urodzony w Dolinie Godryka, Anglia. Absolwent Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie, wychowanek domu Gryffindor. Ale to wszyscy wiemy, prawda? — Mrugnął zawadiacko w jego kierunku i kontynuował: — Nie wiemy jedynie, co panu dolega.
— Co… co mi dolega?
— Nie wiemy. Zgodził się pan pozostać na obserwacji.
Harry poczuł uderzenie gorąca w twarz, nad górną wargą zaczęły formować się pierwsze kropelki potu. Starł je wierzchem dłoni.
— Na nic się nie zgadzałem — sprzeciwił się. — Jakiej obserwacji? O czym ty mówisz?
Buckley zamknął teczkę i posłał mu podejrzliwe spojrzenie.
— Nic pan nie pamięta? — spytał poważnie. Harry pokręcił głową, a jego kończyny zrobiły się ciężkie i ospałe; nagle poczuł, jakby jego ciało i umysł nie należały do niego. Buckley chrząknął ponownie i poprawił kołnierz koszuli. — Mogę mówić do pana po imieniu, prawda? W takim razie… Harry. Wiele przeszedłeś w ciągu ostatnich dni. Jesteś w szoku. Możesz mieć zaburzenia pamięci krótkotrwałej i cierpieć na zespół stresu pourazowego. Twój umysł może płatać ci figle i wypierać z pamięci dramatyczne wspomnienia. Jesteś tylko człowiekiem, ale, dzięki Merlinowi, wszystko jest wyleczalne…
— Gdzie jestem? — przerwał oschle Harry. Na moment zapadła cisza.
— W szpitalu. Święty Filip. Najlepszy w czarodziejskiej Anglii ośrodek leczenia zaburzeń zdrowia psychicznego.
Żołądek Harry'ego gwałtownie opadł na dół. Źle. Bardzo, bardzo źle. Co najgorsze, nie był w stanie ruszyć się ze swojego miejsca, jakby został przyklejony do krzesła.
— Dlaczego…
— To już mówiłem, Harry. Jesteś na obserwacji, bo się zgodziłeś, jesteś pełnoletni i sam decydujesz o swoim zdrowiu. Podpisałeś dokumenty. Teraz będziemy działać według procedur, a po tym czasie postawimy diagnozę i podejmiemy kolejne kroki…
— Niczego nie podpisywałem!
Buckley ponownie otworzył teczkę i podał ją Harry'emu.
— Proszę spojrzeć. Chce pan powiedzieć, że to nie jest pana podpis? — zapytał, nagle zmieniając ton na zimniejszy i poważniejszy. Harry sięgnął po papiery, wlepiając w nie niedowierzające spojrzenie.
Na samym dole w rogu kartki znajdował się jego najprawdziwszy podpis. Oddech Harry'ego przyspieszył.
— Niczego nie podpisywałem — powtórzył ciszej, podnosząc wzrok na Buckleya, który uśmiechnął się nieprzyjemnie samym kącikiem ust.
— Ależ owszem, podpisał pan. Zostały przedstawione warunki pobytu i zgodził się pan pozostać na obserwacji. Jednakże… zaraz po tym wpadł pan w szał i musieliśmy interweniować. Miałem zamiar teraz z panem porozmawiać, ale widzę, że to bezcelowe… Nie ma co się spieszyć, możemy poczekać. Wiele pan przeszedł. Szok, rozumiemy? To najzupełniej normalne, że pamięć w takich chwilach może szwankować. Nie ma powodów do niepokoju.
Harry z każdym kolejnym słowem odpływał myślami coraz dalej. Powieki zaczęły mu ciążyć wbrew jego woli. Chciał się sprzeciwić, ponieważ wszystko poszło tak bardzo źle… Teczka wyśliznęła mu się spomiędzy zdrętwiałych palców i usłyszał, jak kartki rozsypują się po podłodze.
— Jest pan zmęczony. Frankie, proszę odprowadzić pana Pottera do jego pokoju.
Zanim Harry stracił przytomność, poczuł jak czyjeś silne dłonie w porę uchroniły go od upadku.
Harry zerwał się gwałtownie, kiedy do jego świadomości przebił się długi, raniący uszy skowyt. Bezskutecznie próbował uspokoić gwałtowny oddech i galopujące serce, które chciało wyrwać się z jego klatki piersiowej. Obraz wirował mu szaleńczo przed oczami, jakby chłopak miał we krwi kilka promili alkoholu.
Nagle jazgot ustał tak samo gwałtownie jak się zaczął; ten dźwięk przypominał mugolską syrenę pożarową, którą Harry wielokrotnie słyszał w dzieciństwie.
To nie był sen, uświadomił sobie gorzko, rozglądając się po pomieszczeniu. Znajdował się w jasnym, skromnie urządzonym pokoju z dwoma łóżkami, z czego jedno było puste. Tym razem Harry nie był do niczego przywiązany, ale to go nie uspokoiło; nie miał różdżki i nie wiedział co może czaić się za drzwiami jasnego pokoju, a za szybą jedynego okna znajdowała się krata o gęstych oczkach. Nie miał szans na ucieczkę, gdziekolwiek teraz by się nie znajdował.
Co się właśnie stało? , pytał swój skołowany umysł. Pamiętał Dwór Malfoyów, pamiętał Severusa, laboratorium… Pamiętał śmierciożercę i aportację, ale co było potem? Jakim cudem się tutaj znalazł? I najważniejsze – gdzie, do cholery, właściwie się znajdował? Tak wiele pytań przewijało się przez jego głowę i już nie wiedział, które ze wspomnień było prawdziwe, a które było tylko sennym koszmarem. Nie mógł być niczego pewien. Nie był w stanie uporządkować swoich myśli.
Kim byli ci wszyscy ludzie? Czego od niego chcieli?
Coś zimnego i ostrego wbiło się w jego pierś. Żal. Było już o wiele za późno, by czuć się przerażonym. Harry potarł zaciśnięte powieki, pod którymi zakłuły łzy. Próbował ze wszelkich sił nie dać się ponieść ogarniającej go panice i rozgoryczeniu.
Rozległ się łomot.
— Przeliczanie!
Harry natychmiast zeskoczył z posłania i chwycił za buty stojące tuż obok łóżka. Były za duże i ze zdziwieniem stwierdził, że nie miały sznurowadeł – ale założył je, nie mając innego wyboru.
Po otwarciu drzwi znalazł się oko w oko z wielkim, barczystym mężczyzną.
— Harry James Potter — warknął, a chłopak kiwnął głową. Mężczyzna oznaczył coś w papierach, które trzymał w ręku i poszedł dalej.
Przez całą długość korytarza ciągnął się sznur takich samych drzwi, a przed nimi szereg mężczyzn w różnym wieku, ubranych w te same szare piżamy i buty bez sznurowadeł. Pielęgniarze – sądząc po specyficznym ubiorze – podchodzili do kolejnych osób i wyczytywali numery i nazwiska, których Harry za nic nie potrafił skojarzyć.
Poza jednym.
— Trzysta trzy. Andrew Sturgis.
Harry bez problemu dostrzegł młodego magomedyka. Sturgis chwiał się na nogach i wyglądał, jakby miał za chwilę zwymiotować, jednak po chwili wziął się w garść i wyburczał w odpowiedzi coś, czego Harry nie zdołał usłyszeć.
Kiedy przeliczanie dobiegło końca, wszyscy niemal jednocześnie odwrócili się w prawo i ruszyli przed siebie. Harry starał się nie pozostawać w tyle, słysząc za sobą ponaglające syknięcie.
— Umieram z głodu — wyjęczał ktoś za nim i jak na zawołanie Harry'emu zaburczało w brzuchu; jednocześnie poczuł ogromną ulgę. Nie zamierzają ich zabijać, w przeciwnym przypadku w jakim celu mieliby dawać im jedzenie? To byłoby bez sensu. Zresztą, sądząc po znudzonych twarzach pielęgniarzy i bezbarwnych spojrzeniach pacjentów, przeliczanie było swego rodzaju rutyną.
Weszli do przestronnej sali z długimi stołami i mnóstwem metalowych krzeseł; na samym końcu było coś w rodzaju w bufetu, a za ladą stali ludzie wyznaczeni do wydawania jedzenia. Harry stanął za uformowaną kolejką, kątem oka zauważając pielęgniarzy, którzy obcinali ich wzrokiem z góry na dół, przez co czuł się jak robak pod lupą. Jeszcze nigdy nie czuł się tak nagi i bezbronny; bez różdżki był jak bez ręki i nie pozostawało mu nic innego, jak tylko podążać owczym pędem za innymi.
Pacjent za Harrym znowu zaczął syczeć i mamrotać; nawet na niego nie spojrzał, kiedy ten odwrócił się ze swoją porcją jedzenia w dłoniach. Nie zamierzał nawiązywać z kimkolwiek kontaktu wzrokowego, chciał jedynie jak najszybciej zjeść posiłek, by następnie usunąć się spoza pola widzenia (chociaż wiedział, że to jest bezcelowe – tutaj nie było gdzie się ukryć). Wypatrzył sobie puste krzesło na samym końcu długiego stołu i bez zastanowienia ruszył w jego kierunku.
Zanim zdążył nabrać na łyżkę szarą breję znajdującą się w misce, usłyszał odgłos gwałtownie odsuwanego krzesła. Zrezygnowany podniósł głowę, starając się nadać swojej twarzy najbardziej odpychający wyraz, na jaki tylko mógł się zdobyć.
— Cholera, znowu owsianka — rzucił przesadnie przyjaźnie mężczyzna i usiadł naprzeciw Harry'ego. Miał szeroki, irytujący uśmiech i zbyt gwałtowne ruchy; zanim podniósł łyżkę do ust, zdążył rozchlapać wodnistą breję na tacce. — A więc to prawda — odezwał się poważniej, jawnie gapiąc się na chłopaka.
— Co?
— Harry Potter. Tutaj — mężczyzna uniósł niedowierzająco brwi i zatoczył w powietrzu łyżką niewielkie koło. — Jestem Martin.
Harry ostrożnie skinął głową, spuszczając wzrok i starając zająć się swoim jedzeniem.
— Mało rozmowy jesteś. Więc, oznakowali cię już?
— Co? — powtórzył chłopak. Zanim jednak Martin zdążył odpowiedzieć, tuż obok Harry'ego z trzaskiem wylądowała kolejna taca z jedzeniem. Obaj podskoczyli na swoich miejscach.
— Pyta się, czy dostałeś już swój numer — wtrącił Andy Sturgis, opadając na sąsiednie krzesło. Martin wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, który jakby przepołowił jego twarz.
— Oznakowali. Jak świniaka na rzeź — zarechotał i podciągnął rękaw, ukazując niewielki tatuaż znajdujący się poniżej wewnętrznej strony prawego nadgarstka.
0246 CM 2
Harry cudem uniknął zakrztuszenia się owsianką. Prędko podwinął swój własny rękaw, ale jego skóra pozostała w tym miejscu nietknięta.
— Nic nie ma!
— Jeszcze nie. Te cyfry na początku to numer pacjenta w rejestrze — wyjaśnił Martin. — Potem pierwsze litery nazwiska i imienia. Ostatnia cyfra to oznaczenie twojego przypadku. Albo, jak kto woli, stopień ześwirowania. Widzisz, wszyscy znajdujący się tutaj—
— Wypad — warknął Andy.
Zapadła cisza. Harry ze zdumieniem odwrócił głowę w stronę Andy'ego; wyraz jego twarzy był zacięty, oczy błyszczały dziko i niebezpiecznie. Martin z głośnym brzdękiem rzucił łyżkę na tackę i odchylił się na krześle. Po serdecznym, zbyt entuzjastycznym uśmiechu nie pozostało ani śladu; zamiast tego wąskie wargi mężczyzny nieprzyjemnie się wykrzywiły. Harry poczuł ukłucie niepokoju, widząc tak nagłą zmianę nastroju.
— Nie było cię wczoraj wieczorem — powiedział Martin. Andy widocznie stężał. — Delektowałeś się ciszą? Ile? Pewnie kwadrans, bo wyglądasz jak gówno. Czemu nie poprosiłeś strażników o kilka dodatkowych minut?
Harry, nic nie rozumiejąc, przyjrzał się uważniej Andy'emu; ten faktycznie nie wyglądał najlepiej, jego twarz była chorobliwie blada, oczy zaczerwienione i opuchnięte, a suche wargi pokrywały małe strupy krwi. Chociaż mężczyzna sprawiał wrażenie opanowanego, zdradzała go zaciśnięta szczęka.
— Wyraziłem się jasno. Spierdalaj.
Martin przyglądał mu się jeszcze przez chwilę z wyzywająco podniesioną brwią, po czym niedbale wzruszył ramionami i bez dalszego szemrania zrobił to co mu kazano. Oczy Harry'ego zrobiły się wielkości spodków.
— Hej, co—
— Nie tutaj — odburknął Andy i zajął się swoim jedzeniem. Harry rozejrzał się dookoła; zarówno pielęgniarze (strażnicy, poprawił się w myślach) jak i najbliżej siedzący pacjenci bacznie obserwowali całą scenę. Chłopak prędko odwrócił wzrok, czując się ciężko pod obstrzałem spojrzeń.
Do końca posiłku nikt więcej się do niego nie dosiadł. Andy nie odezwał się ani słowem.
Owsianka wyglądała jak rozmokła tektura – i mógłby przysiąc, że tak też smakowała – ale wypełniła dziurę w żołądku Harry'ego. Kiedy przełykał ostatnią porcję, Andy wstał i wskazał głową w stronę wyjścia ze stołówki.
— Chodź — powiedział, a Harry bez cienia sprzeciwu podążył za nim. Miał kompletny mętlik w głowie, ale wiedział, że najlepiej zrobi jeśli posłucha się mężczyzny. Co prawda nie znał go, a ten nie wydawał się zbyt przyjazny, ale chłopak w jakiś pokręcony sposób mu ufał. Dwa razy uratował mi życie, przypomniał sobie. Nie mógł być złym człowiekiem, nawet jeśli był gburem i w taki sposób potraktował Martina.
Nawet przez chwilę nie przestał się nad tym zastanawiać. Dlaczego? I o co chodziło z tym „delektowaniem się ciszą"? Dlaczego Sturgis tak się wściekł?
Harry jednak nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Zdawał sobie sprawę z tego, że niektórzy pacjenci wytykali go palcami i szeptali między sobą, przez co Harry poczuł się jak za starych dobrych czasów w Hogwarcie. Jednak tym razem to nie uczniowie, ale pacjenci czarodziejskiego szpitala psychiatrycznego plotkowali między sobą; czarne, hogwarckie szaty zostały zastąpione przez szare piżamy; zamiast krawatów w paski i naszywek z herbem domu mieli tatuaże na nadgarstkach. Oznakowani. Należycie do tego miejsca. To było przerażające.
Znaleźli się w sali wypełnionej przypadkowo poustawianymi fotelami i mnóstwem szafek, na których leżały sfatygowane książki – prawdopodobnie mugolskie, ponieważ obrazy na okładkach nie poruszały się. Zresztą cały budynek (a przynajmniej to, co Harry zdążył zobaczyć) wyglądał mało magicznie i nie przypominał żadnych znanych mu czarodziejskich instytucji. Wszystko było wielkie, irytująco jasne i czyste. Harry nie wyczuł żadnych wibracji magii, ponieważ w pomieszczeniu nic nie było zaczarowane, nawet głupie książki. Budynek był… sterylny. Pod każdym względem. Merlinie, czy to samo dotyczyło znajdujących się tutaj ludzi? Byli tak samo sterylni? Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nawet jego własna magia była dziwnie rozproszona i przytłumiona. Niewyraźna.
Jednak zanim zdążył spanikować, Andy prędko odwrócił się do niego przodem i oparł plecami o ścianę.
— Idiota — warknął Sturgis, rozglądając się pospiesznie ponad jego ramieniem. Harry się najeżył.
— Co—
— I cały plan poszedł w diabli. Jakim cudem dałeś się złapać?
Chłopakowi opadła szczęka. Był wściekły.
— Wyobraź sobie, że nie planowałem tego!
Sturgis uśmiechnął się półgębkiem, w dalszym ciągu nie zaszczycając Harry'ego ani jednym spojrzeniem. Znajdowali się w najbardziej opustoszałym kącie pomieszczenia. Najwidoczniej Andy'emu zależało na tym, by nie przyłapano ich na rozmowie – albo żeby nikt nie miał szansy ich podsłuchać.
— Dostałeś moją wiadomość? Kilka miesięcy temu, kiedy wydostałeś się ze św. Mungo?
Harry kiwnął głową, a Sturgis odetchnął z ulgą.
— Przynajmniej to. Dobrze.
Zamilkli, kiedy przykuśtykał się do nich przygarbiony starzec i klapnął z westchnieniem na kozetkę obok. Harry zesztywniał, widząc utkwione w sobie nieobecne, jasnoniebieskie spojrzenie.
— Niegroźny — uspokoił chłopaka Sturgis. — Słuchaj, Potter. Masz pojęcie, gdzie się znajdujesz?
Harry wziął głęboki, pełen podenerwowania wdech.
— Nie. Nawet nie wiem jakim cudem się tutaj znalazłem. Znaczy, wiem, ale… Kurwa. Wszystko jest tak poplątane. Nic nie pamiętam, a jakiś facet wymachiwał mi przed oczami dokumentem, który niby podpisałem i zgodziłem się na pobyt tutaj, ale nie jestem…— Wariatem? Typowe — zaśmiał się Andy. — Myślisz, że wszyscy są tutaj z własnej woli? Najpierw tracisz przytomność, potem budzisz się zakuty w pasy. Mówią ci, że wpadłeś w szał i to dla twojego dobra. Zmuszają cię pod Imperiusem do podpisania dokumentu – tu nie jestem pewien, zgaduję – a potem czyszczą ci pamięć. — Harry bladł coraz bardziej z każdym słowem. — Brzmi znajomo? Wierz mi, nie jesteś jedyny. Mnie spotkało to samo.
— Kiedy?
Sturgis w końcu raczył się na niego spojrzeć.
— Niecałą godzinę po tym jak wysłałem wiadomość. Znaleźli mnie. Nie ważne ile bym się ukrywał, prędzej czy później by mnie złapali. Najwidoczniej to samo tyczyło się ciebie.
— Dlaczego…
— … jeszcze żyję po tym co zrobiłem? — dokończył Andy, a Harry kiwnął twierdząco głową. — Cóż. Najwidoczniej uznali, że jeszcze im się do czegoś przydam. Niewygodnych ludzi zabija się albo unieszkodliwia. My zostaliśmy unieszkodliwieni. Masz pojęcie, dlaczego? Wiesz, kto to za tym stoi?
Harry pokręcił głową. Nic nie rozumiał. Był w kropce, a musiał wziąć się w garść i działać jak najszybciej, musiał zebrać jak najwięcej informacji i wydostać się stąd, ponieważ… szukają go, prawda? Severus, Ron i Hermiona, z którą powinno być wszystko w porządku, w końcu znaleźli ją zanim było za późno. Severus zabrał ją i ukryli się gdzieś, a teraz pewnie wyruszyli na poszukiwania…
— Prysznice raz na dwa dni — powiedział nagle i bez sensu Andy, prostując się.
— Sturgis, co ty wyprawiasz? — rozbrzmiał obcy głos za plecami Harry'ego; odwrócił się prędko i w tym samym momencie poczuł jak jego żołądek gwałtownie opada na dół. Strażnik stał dwa kroki od niego, wielki i niepokojący; już pierwszy rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że lubuje się w rozwiązywaniu problemów siłą. Mężczyzna był sporo wyższy od nich obu, dobrze zbudowany, toporny i kanciasty, jakby cały został wyciosany z granitu.
— Oprowadzam nowego, Frankie. To chyba nie jest zabronione.
Grymas na twarzy mężczyzny był daleki od uśmiechu.
— Oczywiście, że nie, Sturgis. Ale będąc na twoim miejscu byłbym bardziej rozważny. Wczoraj dopiero co wyszedłeś z cichego pokoju, prawda? Poza tym, Buckley chce się z tobą widzieć.
Andy zbladł.
— Dlaczego? Sesję miałem dwa dni temu.
— Masz dziesięć minut — odparł Frankie i ściął wzrokiem Harry'ego od góry do dołu. — Witamy na pokładzie, Potter.
Harry nawet nie zdobył się na skinięcie głową; obserwował tylko, jak strażnik oddala się powolnym krokiem, leniwie spoglądając na nowo przybyłych pacjentów; sala była teraz niemal całkowicie zapełniona.
Andy wypuścił wstrzymywane powietrze z płuc, cicho przeklinając pod nosem. Jego ramiona znacznie opadły.
— Chory sukinsyn — mruknął, wskazując brodą na strażnika. — Trzymaj się od niego z daleka.
Harry'emu nie trzeba było tego powtarzać po raz drugi. Przez chwilę rozglądali się na boki, nie wypowiadając ani słowa.
— Cichy pokój? — podsunął chłopak, nie mogąc znieść milczenia.
— Izolatka. Jeśli będziesz posłusznym wariatem, być może nigdy tam nie trafisz. Wierz mi, nie chciałbyś. Kilka dobrych rad: nie sprzeciwiaj się. Nie próbuj nawet uciekać, bo trafisz do trzynastki, co prawdopodobnie równa się śmierci. Nie próbuj uciekać — powtórzył Andy dobitniej, kiedy Harry otworzył usta.
— Nie jestem wariatem!
— Jeszcze nie. Kto powiedział, że nim nie będziesz? — zaśmiał się. — Jesteś na obserwacji, prawda? Zachowuj się dobrze, a może będą dla ciebie łaskawi. Koniec końców to jest szpital, a przynajmniej takie pozory to miejsce musi sprawiać. Uczęszczaj na wszystkie posiłki, rozmawiaj podczas… terapii, współpracuj z magomedykami. Przyjmuj wszystkie eliksiry, bo inaczej zaczną faszerować twoje jedzenie, co jest jeszcze gorsze, bo wtedy nie będziesz miał nad niczym kontroli. Patrz ludziom na ręce – jeśli zobaczysz tatuaż i na jego końcu dwójkę – nie wdawaj się z tymi pacjentami w rozmowę i schodź im z pola widzenia. Rozumiesz? Unikaj dwójek, a już w szczególności Martina.
— Dlaczego? — Harry zmarszczył brwi, będąc nagle zbitym z tropu. — Wydawał się norm… miły.
— Mili goście nie kolekcjonują trupów — warknął Andy, a chłopak wytrzeszczył oczy. — To więzienie i jednocześnie szpital psychiatryczny, poza nami – dysydentami – są też prawdziwi psychopaci!
— Dobra, dobra! Zrozumiałem! Unikać dwójek i Martina. Łapię. Coś jeszcze?
— Postaraj się nie zwariować? — rzucił z przewrotnym uśmiechem Sturgis, po czym wyminął Harry'ego i ruszył ku wyjściu. — To chyba najważniejsza rada.
Starzec siedzący na kozetce obok zaczął klaskać. Andy zniknął, pozostawiając Harry'ego samemu sobie.
— Dysydentami.
— No nie mów, że jesteś zaskoczona. Właśnie tym były siódemki. Ludzie, którzy śmieli się komuś sprzeciwić i są potencjalnie niebezpieczni. I jednocześnie są zbyt potrzebni, by trzymać ich gdziekolwiek indziej.
— Ty, Sturgis…
— Tak. I jeszcze parę innych osób. Można powiedzieć, że mieliśmy pecha. I jednocześnie ogromne szczęście, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Tak… równie dobrze mogliby mnie wsadzić do jedynki lub dwójki i wtedy w ogóle miałbym przesrane. Wyobrażasz sobie być na jednym poziomie z najbardziej niebezpiecznymi ludźmi jaki świat widział? A mogłem, wiesz?
— Jak?
— Czy uwierzyłaś chociaż przez chwilę w to, że byłem… potulnym wariatem?
Śmiech
— Nie.
— No właśnie. Już w pierwszym tygodniu trafiłem do cichego pokoju. Miałem ogromne szczęście, że ostatecznie jestem siódemką. Pierwsze tygodnie tutaj są najważniejsze i decydujące. Jeśli dobrze się zachowujesz, możesz jeszcze mieć względnie dobre życie. Jeśli jednak po odbytej obserwacji stwierdzą, że jesteś niebezpieczny albo - co gorsza - niepotrzebny… Mogą wpakować do trzynastki.
— Trzynastki? Ach, już pamiętam… Tam są ludzie, którzy mieli za sobą próbę samobójczą?
— Ach, tak. Odpady. Ludzie, którzy z faktyczną próbą samobójczą prawdopodobnie mieli niewiele wspólnego. Zresztą, skąd ja to mogę wiedzieć? Ten poziom jest owiany tajemnicą, nikt nie wie, co się później dzieje z tymi pacjentami. Po prostu… pewnego dnia pacjent nie pojawia się na śniadaniu. Przychodzi strażnik i mówi, że osoba o takim numerze miała załamanie, próbę samobójczą i jest… odizolowana. Dla własnego dobra.
— Powiedziałeś: odpady. Ci ludzie są… zabijani?
— Nie wiem, choć myślę, że to całkiem możliwe.
— Czy ktoś ci znany trafił do trzynastki?
Westchnienie
— Tak.
— I nie wrócił?
— Nie.
— Kto to był?
— Później.
— Dobrze. Więc… czym jest cichy pokój?
— Izolatką. I to najgorszą z możliwych. Nawet sobie nie wyobrażasz… Pokój jest całkowicie wygłuszony, nieważne ile byś waliła pięściami w drzwi, w podłogę… nie możesz wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Zanim cię wpakują do pokoju, rzucają na ciebie zaklęcie Silencio. Możesz krzyczeć do całkowitego zdarcia gardła, ale nie usłyszysz tego. Nic, poza coraz szybszym biciem swojego serca i doprowadzającym do obłędu szumem krwi w uszach. Wiedziałaś, że można od tego zwariować?
— Nie.
— Początkowo nawet nie chciałem w to uwierzyć. Dopóki mnie tam nie wpakowali, oczywiście. Nikt nie wytrzymał dłużej niż godzinę; mnie za pierwszym razem wrzucili na dwadzieścia minut, ale już wtedy zdawało się, że minęła wieczność. W tym miejscu nawet czas inaczej płynie. Torturowanie ciszą. Kto by pomyślał? Nie słyszysz nic poza odgłosami wydawanymi przez własne ciało, których normalnie nie jesteś w stanie wychwycić, bo są zagłuszane przez inne dźwięki dochodzące z otoczenia. Dokładna praca serca, układu pokarmowego i oddechowego… Panikujesz, kiedy jesteś w tak nagły i nienaturalny sposób odcięty od jednego ze swoich zmysłów i zamiast słyszeć zaczynasz czuć. Mimowolnie skupiasz się na coraz szybszym biciu serca, coraz szybszym i jeszcze szybszym… sam siebie nakręcasz w tym ataku paniki. Jeszcze gorzej jak zgaszą światło i nic nie widzisz. Niektórzy mają halucynacje, inni słyszą głosy.
— Ale przed chwilą powiedziałeś—
— Nie, nie. Głosy, chodzi mi o głosy w twojej głowie. Andy tak miał; raz wpakowali go na tak długo, że pomiędzy tymi szaleńczymi uderzeniami serca zaczął je słyszeć. Mówiły, szeptały do niego. Strażnicy wyciągnęli go stamtąd w dosłownie ostatnim momencie; był tak przerażony i miał tak wysokie tętno, że niemal wysiadło mu serce. Jeszcze chwila i umarłby ze strachu. Dosłownie.
— Merlinie… a ty już po kilku dniach dałeś się tam wpakować… Jak to się stało?
— O tym za chwilę.
— Jak zauważyliście, moi drodzy, mamy nowego pacjenta.
Harry poruszył się nerwowo na krześle, kiedy skierowało się na niego kilka par oczu. Nic nie powiedział, czując się potwornie nieswojo. Mężczyzna obok niego zaczął mamrotać pod nosem jakieś niezrozumiałe rzeczy; chłopak zdał sobie sprawę, że to był ten sam pacjent, który stał za nim w kolejce przed śniadaniem i syczał. Martin siedział zrelaksowany i rozwalony na krześle naprzeciw Harry'ego i nie spuszczał z niego wzroku, od kiedy zostali zmuszeni uczestniczyć w tej farsie.
Terapia grupowa. Dobry Merlinie, to nawet źle brzmi.
— Może się przedstawisz, Harry?
Mamrota wydał z siebie krótki, jakby ostrzegawczy krzyk, przez co chłopak prawie podskoczył na swoim krześle.
— Harry Potter — odparł zwięźle.
— Bardzo dobrze — pochwalił magomedyk, zerkając w swoje papiery. Martin zaśmiał się cicho pod nosem. — Dwieście czterdzieści sześć, Conroy. Twoja grupa ma zajęcia po obiedzie. Nie powinieneś uczestniczyć w tej terapii.
— Och, nudziłem się — powiedział Martin. — Poza tym, jak mógłbym przegapić coś takiego?
Harry spuścił głowę i zapatrzył się na swoje splecione dłonie. Od kiedy Andy zniknął, Martin nie dawał mu spokoju, ciągle za nim łaził i nagabywał. Pomimo wszelkich ostrzeżeń i zapewnień, Harry nie miał możliwości się od niego uwolnić przez cały ranek – tutaj naprawdę nie było gdzie się ukryć. Próbował nawet dostać się do swojego pokoju, ale drzwi pozostawały zamknięte, a kiedy poszedł do łazienki za potrzebą, nadal słyszał za sobą kroki. Spadaj! — krzyknął wtedy Harry, tracąc zupełnie cierpliwość. Odpowiedział mu już znany cichy śmiech, ale nic poza tym. Nic się nie zmieniło. To było tak męczące i niepokojące, że Harry sam już nie wiedział, czy ma się bardziej bać, czy wkurzać.
— Niech będzie — powiedział magomedyk; na jego wychudzonej, zapadłej twarzy pojawił się niewielki i sztuczny uśmiech. — Zatem kontynuujmy.
Harry w duchu odetchnął z ulgą, kiedy zaczęto zadawać pytania pacjentowi kilka krzeseł dalej, który nieustannie grzebał ręką w krótkich, przerzedzonych włosach. Gdy nadchodziła jego kolej, odpowiadał na pytania tak lakonicznie i bezosobowo, jak tylko potrafił. Harry, jak się czujesz? — Nieswojo. Dlaczego? — Dużo ludzi. Niepokoi cię to? — Tylko trochę.
Całość trwała jeszcze z godzinę, zanim nie rozbrzmiał gong oznajmujący nadejście pory obiadowej. Wszyscy poderwali się z krzeseł i ruszyli w stronę stołówki. Harry przyspieszył kroku i starał się wmieszać w szary tłum, by jak najszybciej stanąć w kolejce i odebrać swoją porcję. Kiedy znowu usłyszał za sobą znajome mamrotanie i syczenie, nie potrafił powstrzymać zirytowanego westchnienia.
Tym razem poczekał, aż większość miejsc zostanie zajęta. W końcu odnalazł jedno puste krzesło i usiadł na nim, wciskając się między dwóch innych pacjentów. Bezpieczny. Harry wypuścił z płuc wstrzymywane powietrze, jednocześnie ukradkiem zerkając na błądzącego po stołówce Martina.
— Siedzisz na miejscu Roberta — odezwał się nagle mężczyzna po jego lewej.
— Robert już nie wróci — odparował mężczyzna siedzący po prawej. — Może tu siedzieć. Jesteś Jedynką? Dwójką? — Harry wzruszył ramionami, przezornie wkładając do ust łyżkę z jedzeniem, byle tylko nie odpowiadać na pytanie. — Widzisz, może tu siedzieć.
I wtedy zauważył Andy'ego; wkroczył do stołówki w widocznie bojowym nastroju. Nawet nie spojrzał na Harry'ego, kiedy przechodził obok.
Po obiedzie nadszedł czas wolny, który przysługiwał pacjentom nie mającym żadnych terapii grupowych czy indywidualnych. Harry skierował się do sali głównej, nie mając pojęcia co ma ze sobą zrobić. Martin całe szczęście był jedną z tych osób, które w tym czasie obowiązywała terapia, więc nie podążał za nim jak cień. Andy natomiast zdawał się go unikać za wszelką cenę.
Harry opadł bez życia na kanapę tuż obok Starca, który wcześniej przysłuchiwał jego rozmowie ze Sturgisem. Niegroźny, przypomniał sobie; jednak na wszelki wypadek zerknął na odsłonięty nadgarstek starszego mężczyzny. 0211 GB 7.
— Siódemka — mruknął w jego kierunku Harry. — Dlaczego tu jesteś?
Starzec powoli uniósł lewą dłoń i dotknął palcem wskazującym swojego czoła, po wyciągnął rękę w kierunku chłopaka i powtórzył gest. Obaj nawet nie wydali z siebie ani słowa; Harry'ego zmroziło, natomiast Starzec powrócił do przerwanej czynności – bezowocnego gapienia się w dal.
Chłopak dopiero po jakiejś minucie rozluźnił spięte mięśnie. To było dziwne. Po chwili parsknął w duchu: jesteś w wariatkowie, Potter. To nawet nie jest dziwne, to wszystko jest koszmarne. Bez przerwy powtarzał sobie: w co on się wpakował?
Postaraj się nie zwariować.
Szczerze wątpił, czy podoła temu zadaniu. Minęło tak mało czasu od kiedy się tutaj znalazł, ale atmosfera tego miejsca i ludzie byli tak przytłaczający i przerażający… Ze wszystkich sił starał się zachować pozory, że wszystko z nim w porządku. Nie był głupcem. Jesteś na obserwacji, zachowuj się dobrze, może będą dla ciebie łaskawi. Tylko kto ma być dla niego łaskawy? Kto za tym wszystkim stoi? Czy jest stąd jakiekolwiek wyjście?
Ostatnie dni zlewały się w jedną plamę – schronienie w Czechach, Severus… Zaczynał się nawet zastanawiać, czy te chwile nie były urojeniami jego wymęczonego umysłu. Potem z kolei zalewały go wspomnienia, które już nigdy nie opuszczą jego głowy i do tej pory powodowały skręt wnętrzności. Wiltshire, pościg w lesie, śmierć Voldemorta, Laboratorium – z jakiegoś powodu Harry widział związek pomiędzy tymi wydarzeniami a swoim obecnym położeniem. Jesteśmy unieszkodliwieni– tak powiedział Sturgis, ale niestety nie było mu dane dokończyć, kto za tym wszystkim stoi. Harry obiecał sobie złapać mężczyznę za wszelką cenę, byle tylko dostać swoje odpowiedzi.
To z kolei rodziło kolejne pytania: do czego jest im potrzebny Andy? Skoro został unieszkodliwiony, jest temu komuś potrzebny tak samo jak Harry. Pamiętał, że młody magomedyk współpracował niegdyś z Grahamem, tym samym człowiekiem, który zabił Tonks i przyczynił się do tajemniczej śmierci Voldemorta.
Harry poderwał głowę, próbując poskładać wszystkie elementy układanki w sensowną całość. Andy przesłał wiadomość Zakonowi i powiadomił ich, że ministerstwo i czarodziejska służba zdrowia współpracuje ze śmierciożercami. Dał im do zrozumienia, że badania zapuściły korzenie o wiele głębiej, niż członkowie Zakonu kiedykolwiek mogliby się spodziewać. Andy musiał wiedzieć o laboratoriach i o tym, co w nich się wyprawia. Wiedział, jak głęboko to sięga i kogo dotyczy.
Sturgis o wszystkim im powiedział, ale mimo to nie zabili go – tylko unieszkodliwili. Zdrajca. Dysydent, więzień polityczny. Złapali go niecałą godzinę po tym, jak wysłał wiadomość i uratował Harry'ego… przed tym. Prędzej czy później też by cię złapali. Harry zadrżał, zdając sobie sprawę, że gdyby Severus nie wydostał go ze św. Mungo, trafiłby do tego szpitala o wiele, wiele wcześniej. Ale dlaczego? Dlaczego aż tak bardzo chcieli go unieszkodliwić? Nie łatwiej byłoby go po prostu zabić?
Harry poczuł jak w jego skroniach pulsuje tępy ból. Za dużo, za dużo tego wszystkiego.
Jedno było pewne – Andy Sturgis był odpowiedzią.
Kolejne dni przebiegły według tego samego schematu – koszmarne pobudki, paskudne posiłki, bezsensowne terapie grupowe, wszechobecna nuda, zabawa w kotka i myszkę z niektórymi pacjentami, przesiadywanie w ciszy ze Starcem w najbardziej opustoszałym kącie sali głównej i przyjmowanie eliksirów. To ostatnie było najprawdopodobniej najgorsze ze wszystkich; Harry czuł, jak z każdą kolejną wypitą miksturą nadchodzi otępienie i brak motywacji do jakiegokolwiek działania. Kilka godzin po spożyciu czuł drżenie mięśni, rąk, przyspieszone tętno i oddech; niemal nieustannie czuł się źle fizycznie. Dostawał – o zgrozo – eliksiry uspokajające, które przez bardzo długi czas próbował odstawić. Poprzedni… odwyk (o ile mógł to tak nazwać) był tak bolesny i szargający nerwy, że bał się myśleć o następnym.
Stępiono ci pazury, Potter. Mógł walczyć, mógł się sprzeciwiać – ale nie był głupcem. Coś w środku kazało mu się podporządkować tym ludziom, co było tak bardzo, bardzo dziwne. Harry nigdy wcześniej taki nie był, w tym miejscu nie był sobą. Wiedział, że poza eliksirami uspokajającymi dostaje coś jeszcze – ale nie był do końca pewien, co to jest. Po tej tajemniczej miksturze czuł mrowienie w karku, w kończynach i jego magia nie odpowiadała na żadne wezwanie; nie był w stanie skumulować większej ilości mocy, by móc rzucić bardziej skomplikowane zaklęcie od Lumos. Zresztą, to i tak już nie miało znaczenia, skoro nie miał przy sobie różdżki.
Myśląc o tym, Harry leniwie roześmiał się w głos, przez co siedzący na kanapie obok pacjent spojrzał na niego podejrzliwie. To było nawet zabawne.
— Potter! — zawołał ktoś.
W pierwszej chwili nie zareagował.
— Harry Potter!
Chłopak uniósł głowę i zmrużył oczy, zdając sobie sprawę, że stoi przed nim … wielkolud. Frankie. To był ten wielki strażnik, przerażający gbur, którego przestraszył się Andy. Harry skulił się w sobie, wiedząc, że musi unikać tego człowieka za wszelką cenę.
Mimo to nawet nie zaprotestował, kiedy został pociągnięty mocno za ramię i postawiony do pionu.
— Zmiana gniazdka, Potter. Od dzisiaj będziesz miał współlokatora.
Co? , chciał zapytać, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku. Bez słowa sprzeciwu dał się poprowadzić labiryntem korytarzy. Frankie trzymał go boleśnie za ramię i ciągnął, ciągnął, ciągnął…
Droga zdawała się nie mieć końca, ale w pewnym momencie przystanęli i strażnik pchnął drzwi prowadzące do nowego pokoju Harry'ego.
— Merlinie — wyjęczał znajomy głos. Chłopak ponownie przymrużył oczy i poczuł ukłucie złości w piersi. Stał oko w oko z Andym Sturgisem, tym dupkiem, który ostatnio unikał go jak ognia, pomimo, iż wcześniej…
Nagły trzask zamykanych drzwi sprawił, że się gwałtownie się wzdrygnął. Andy stał naprzeciwko i przyglądał mu się, nie wypowiadając ani słowa.
— Cześć — wychrypiał Harry.
— Cześć? Cześć? Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak bardzo mamy przesrane? Dostaliśmy „apartament"!
Harry pokręcił przecząco głową, jednocześnie rozglądając się wokół.
— Miło. Mamy łazienkę.
— Tak, mamy. Wiesz, co to oznacza? Że spędzimy w tym pokoju bardzo dużo czasu, bez możliwości wyjścia na zewnątrz!
Chłopak uśmiechnął się, zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego ten facet tak dziwnie się zachowuje. Zupełnie jakby… wyrządzili mu krzywdę, albo coś w tym stylu. Harry ziewnął po raz setny tego dnia i skierował ku wolnemu łóżku. Był tak bardzo zmęczony, chociaż nie robił dzisiaj nic oprócz siedzenia…
— Potter? Hej, Potter! Spójrz na mnie! — zawołał Andy, dopadając do niego i potrząsając za ramię. Kiedy nie uzyskał odpowiedzi, kilka razy pstryknął palcami tuż przed jego twarzą. Harry machnął ręką, jakby chciał się pozbyć wyjątkowo natrętnej muchy, a Andy sekundę później trzasnął go z otwartej dłoni w policzek.
— Ej!
— Jasna cholera, czym oni cię naćpali? Jakie eliksiry ci podają?
Harry go zignorował, zwijając się w pozycję embrionalną i zakrywając dłońmi uszy. Pragnął ciszy i spokoju. Dlaczego w ogóle został uderzony? Nie, to już nie było ważne – dryfował, dryfował wśród swoich myśli, co było tak bardzo przyjemne… Widział mieniący się śnieg, niemal czuł go na swojej twarzy i dłoniach, zimny i mokry. Tak bardzo tęsknił za Ronem, Hermioną… i Severusem. Tak, za Severusem najbardziej. Pamiętał książki, zapach kurzu, smak papierosów i pocałunku, drewnianą podłogę. Pamiętał, ale wszystko było tak rozmazane, jednocześnie rozdygotane, jakby to były realne wspomnienia pomieszane ze snem, zbyt piękne, by mogły być prawdziwe. Och, dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo był wtedy szczęśliwy.
Harry zajęczał z frustracji, nie mogąc zasnąć. Andy ciągle się kręcił po pomieszczeniu, przesuwał różne rzeczy i nie dawał mu odpocząć. Ciągle coś mówił do niego, coś o jedzeniu, eliksirach, o tym, że sobie poradzą.
Nie wiedział, ile czasu mogło minąć. Podniósł się z posłania dopiero wtedy, gdy jakaś kobieta przyniosła tacę z eliksirami. Zażył je ochoczo, bo wiedział, że po tym czeka go spokojny, niczym niezmącony sen. Był bardzo, bardzo zmęczony.
Zaraz po tym, jak pielęgniarka zamknęła za sobą drzwi, Andy doskoczył do niego i siłą wyciągnął z łóżka. Harry wydał z siebie mruknięcie, słabą manifestację bólu. Został pociągnięty w stronę toalety.
— Rzygaj! — warknął Andy, wciskając jego głowę w muszlę klozetową. Harry nie chciał, próbował odepchnąć od siebie mężczyznę, ale miał problem ze skoordynowaniem ruchów. Chłopak poczuł brutalne pociągnięcie za włosy i uderzenie w brzuch; jęknął i obce palce wpakowały mu się do otwartych ust i podrażniły gardło. Zakrztusił się, ale nie zwymiotował. Palce w odpowiedzi zaszarżowały gwałtowniej i głębiej, i Harry już nie mógł się powstrzymywać. W ostatniej chwili nachylił się nad muszlą. Dusił się, łzy napłynęły do oczu, nie był w stanie oddychać. Zacisnął boleśnie palce na brzegach muszli, zakaszlał i zwymiotował po raz drugi.
Usłyszał szum spuszczanej wody w toalecie i poczuł coś mokrego na wargach; to była ręka, wilgotna od wody, oczyściła go.
— Teraz śpij — powiedział Andy, tym razem o wiele łagodniej. W gruncie rzeczy, chłopak nigdy nie słyszał, by ten brzmiał kiedykolwiek przyjaźniej. — Za kilka godzin przejdzie, tak myślę.
Harry nawet nie śmiał się sprzeciwić. Przyjął pomocne ramię, dzięki któremu wstał i jakimś cudem dokuśtykał się do łóżka.
Kilka godzin później Harry'ego obudził morderczy ból głowy. Zajęczał niewyraźnie, dociskając dłoń do oczu, ledwie zdając sobie sprawę, że ktoś w łóżku obok kręcił się i wzdychał, wybudzając się ze snu.
— Nie śpisz? — wymamrotał Sturgis, przekręcając się w stronę Harry'ego.
— Nie — wychrypiał.
— Jak się czujesz?
— Jak gówno.
— Dobrze. Zadziałało — zarechotał Andy, przewalając się na plecy. — Nie byłem pewien, czy zadziała.
Harry obrócił się na bok; w tej pozycji nie dokuczały mu mdłości. Rozejrzał się po niewielkim, ciemnym pokoju. Musiał być środek nocy.
— Pić mi się chce.
— Obok kibla jest umywalka. — Po tych słowach chłopak wygramolił się z łóżka. Nawet najgorszy kac nie mógł się równać z tym potwornym uczuciem. Wymacał w ciemności kran i odkręcił go; pił cudownie zimną wodę tak łapczywie, jakby spędził kilka dni na pustyni. Kiedy zaspokoił pragnienie, z powrotem wszedł do łóżka. Obrócił głowię, dostrzegając niewyraźny zarys sylwetki Andy'ego.
— Śpisz? — szepnął Harry po kilku minutach ciszy.
— Nie — odpowiedział całkiem przytomnie mężczyzna.
— Dziękuję.
— Za to, że dałem ci w pysk i zmusiłem do rzygania?
Pomimo, iż wszystko było wypowiedziane w żartobliwym tonie, Harry nie potrafił powstrzymać zirytowanego westchnienia.
— Tak, właśnie za to. Dobry Merlinie, jestem w stanie myśleć, chociaż czuję się strasznie. Co to było?
— Nie jestem pewien. Masz przyspieszone tętno? — Harry przytknął dwa palce do miejsca, gdzie znajdowała się tętnica szyjna i po chwili mruknął twierdząco. — Cholera. I tak nie jestem pewien. W każdym razie, nieźle cię naszprycowali tymi eliksirami, prawie przez uszy ci wypływały.
— Merlinie — powtórzył, wzdychając ciężko. — Ostatnie dni pamiętam jak przez mgłę.
Zapadła niezręczna cisza, przerywana spokojnymi oddechami. Andy znowu zaczął wiercić się w łóżku.
— Dlaczego mnie unikałeś? — zapytał poważnie Harry.
— Nie unikałem.
— Nie, wcale.
Do chłopaka dobiegło ciche przekleństwo.
— Nie chciałem, żeby doszło do takiej sytuacji. — Andy podniósł rękę i zatoczył nią duże koło w powietrzu. — Jak widać, nie udało się. Mamy przejebane.
— Dlaczego?
— Będą robić z nami cokolwiek tylko zechcą. Mają swoje sposoby, wierz mi. Mają czas i mnóstwo możliwości.
— To dlaczego nie wrzucili nas do brudnej, ciasnej celi, skoro jest aż tak źle? — sarknął Harry.
— Złudne poczucie komfortu coś ci mówi, Potter?
Harry zacisnął wargi, czując ukłucie irytacji.
— Dlaczego? Dlaczego jesteśmy tutaj?
— Najwidoczniej uznali, że dobrze się dogadujemy — prychnął Andy. — Jestem zmęczony. Śpij.
— Kto tak uznał? — Chłopak nie dawał za wygraną i zamierzał drążyć ten temat tak długo, jak tylko mógł. — Czego od ciebie chcą? Ode mnie?
— Graham. Buckley. Mnóstwo innych osób.
— Czego chcą?
— Spokoju. Mieć pewność, że w niczym im nie przeszkodzimy.
— Chodzi o te… badania, prawda? — zapytał ostrożnie. Andy westchnął głęboko, niemal sennie i wymamrotał coś w rodzaju „nawet nie masz pojęcia…". Harry czekał w napięciu, oczekując dalszej części odpowiedzi. Nie dostał jej.
— Potter! Obudź się!
Chłopak wzdrygnął się i spojrzał zaspanym wzrokiem na Andy'ego, który szybko i z wyraźnym podenerwowaniem zakładał dół od szpitalnej piżamy.
— Co jest? — wymamrotał, z trudem unosząc ociężałą głowę.
— Przeliczanie! Wychodzimy na zewnątrz! — odparował mężczyzna, nurkując pod łóżko w poszukiwaniu butów.
Harry zerwał się z posłania i zaczął ubierać się tak szybko, jak tylko potrafił. Zza drzwi dochodziło zniecierpliwione pokrzykiwanie strażnika, wyraźne nakazujące im się pospieszyć
Z tego co zrozumiał z wcześniejszej rozmowy, wychodzenie z pokoju w ich obecnym położeniu było czymś niezwykłym. Zresztą, jemu samemu zaczęło udzielać się lekkie zdenerwowanie, widząc tak zaaferowanego Sturgisa.
Strażnik gwałtownie otworzył drzwi.
— Trzysta trzy, Andrew Sturgis. Trzysta dwadzieścia siedem, Harry James Potter.
Andy potwierdził krótkim „tak", natomiast Harry zatrzymał się w połowie zakładania butów.
— Trzysta dwadzieścia siedem, Harry James Potter — powtórzył z rozdrażnieniem mężczyzna. Chłopak podniósł głowę, czując jak krew odpływa mu z twarzy.
— T-tak. Obecny — wyjąkał.
— Ruszcie się, nie mamy całego dnia.
Andy rzucił mu nie do końca zrozumiałe spojrzenie i wyszedł z pokoju za strażnikiem. Harry przyspieszył kroku, nie chcąc pozostawać w tyle. Odwinął rękaw szpitalnej piżamy i jego oczom ukazał się niewielki tatuaż, wyraźnie odcinający się od jasnej skóry.
0327 PHJ 7
Jakim cudem wcześniej tego nie zauważył? Kiedy został oznaczony i dlaczego w ogóle tego nie poczuł?
Harry był tak przerażony i zdezorientowany, że ledwo nadążał za Andym i strażnikiem, nogi miał jakby zrobione z waty. Świadomość, że stracił kontrolę nad swoim umysłem i ciałem była straszna, niepokojąca. Jak wielka była luka w jego pamięci? Mogli zrobić z nim wszystko, a on nawet nie miał możliwości by się temu sprzeciwić.
Dotarli do skrzydła sanitarnego, gdzie co drugi dzień brali zbiorowe prysznice. Harry rozebrał się, starając nie rozglądać się na boki i nie zwracać uwagę na to, że jest obserwowany. Był jeden plus wcześniejszego odurzenia eliksirami – zupełnie nie przejmował się tym, że stoi nagi przed innymi ludźmi, nawet jeśli oni sami nie mieli na sobie ubrań.
Andy stanął obok i chociaż Harry naprawdę próbował nie zerkać w jego stronę, nie potrafił się powstrzymać. Jego uwagę przykuły liczne siniaki na klatce piersiowej i plecach mężczyzny – od tych częściowo zagojonych w żółtawym kolorze, po całkiem świeże, o czerwono-fioletowym zabarwieniu.
— Gapisz się — cicho upomniał Andy. Co dziwne, nie brzmiał na złego czy zawstydzonego; prędzej na zmęczonego.
Harry odwrócił wzrok, nie wypowiadając ani słowa. Pomimo ciepłej wody spływającej mu po głowie i plecach, poczuł nieprzyjemny dreszcz.
Dość tego, powiedział sobie. Dość. Nie zamierzał więcej godzić się na to wszystko i być „potulnym wariatem". Nie zamierzał poddawać się bez walki.
Od wyjścia spod pryszniców Andy zachowywał się wyjątkowo cicho. Nie zareagował nawet, kiedy jeden z pacjentów rzucił w jego stronę butne „znowu dostałeś wpierdol, Sturgis? ". Harry nie skojarzył jego twarzy, ale nie wiedzieć czemu był przekonany, że jeśli zobaczyłby tatuaż na nadgarstku, odnalazłby na nim jedynkę albo dwójkę.
Sturgis podążał za Harrym jak cień w czasie śniadania i porannej terapii grupowej. Siadał blisko i był w zasięgu wzroku, prawie w ogóle się nie odzywając. Chłopak czuł się niezręcznie, szczególnie, że Andy ostatnio zachowywał się tak, jakby wcale nie istniał. Jednak dzięki temu Martin dał mu spokój i nie łaził za nim krok w krok - z jakiegoś powodu wolał nie wchodzić w drogę byłemu magomedykowi.
Harry ziewnął tak mocno, że niemal zwichnął sobie szczękę. Ciągle czuł zmęczenie i irytujące pulsowanie pod czaszką – domyślił się, że to skutki uboczne przyjmowanych eliksirów. Wczorajszą porcję co prawda zwrócił, jednak dalej odczuwał nieprzyjemne mrowienie rozchodzące się od kręgosłupa aż po kończyny. Właśnie tak to będzie wyglądać? , zapytał siebie. Za każdym cholernym razem będzie musiał prowokować wymioty, byle tylko nie chodzić odurzony?
Tradycyjnie już usiadł na kanapie obok milczącego Starca. Andy wcisnął się w wolne miejsce pomiędzy nimi, ale dosłownie po sekundzie zerwał się z miejsca jak oparzony i podbiegł w kierunku wyjścia sali głównej.
— Mats! — wykrzyknął zdumiony. Harry uniósł głowę, będąc kompletnie zdezorientowanym. Tuż przy wyjściu stał dosyć rosły mężczyzna, którego wiek określił na około czterdzieści lat. Nigdy wcześniej nie widział tego pacjenta; sądząc po zachowaniu Andy'ego, ten musiał nie wychodzić „na zewnątrz" przez dłuższy czas.
Na zmęczonej, bladej twarzy starszego mężczyzny pojawił się uśmiech. Sturgis zatrzymał się krok przed nim z lekko uniesionymi ramionami, nieco zagubiony i szczęśliwy, jakby zupełnie się tego nie spodziewał. Mats widząc to parsknął i powiedział coś, czego Harry nie zdołał usłyszeć i krótko objął Andy'ego ramieniem, mocno klepiąc go po plecach.
Co to było? Jego brwi powędrowały do góry; jeszcze nigdy nie widział tak rozradowanego Andy'ego – zirytowanego, zmęczonego, zrezygnowanego – owszem. Ale nie radosnego.
— Już byłem pewien, że wylądowałeś w trzynastce. — Dosłyszał Harry, kiedy tylko mężczyźni zbliżyli się do kanapy. Mats wykrzywił wargi, chwytając najbliższe krzesło i przysuwając je bliżej siebie.
— Dostałem apartament. Jak widać, nie spieszyli się z wypuszczeniem mnie na zewnątrz — odparł, siadając. Miał ciężki, wyraźnie niemiecki akcent.
— Zabawne. My też dostaliśmy — mruknął Andy i wskazał głową na Pottera. Jasnoniebieskie oczy Matsa skierowały się ku niemu i ścięły jego całą sylwetkę z góry na dół, by następnie wrócić i zatrzymać się dłużej na czole.
— To twój nowy współloka… a niech mnie! — wymamrotał niedowierzająco, przez co chłopak nieznacznie się spiął. — Harry Potter?
— Ten sam — odpowiedział z niewielkim, przyklejonym do twarzy uśmiechem.
— Mats Drossel — wyciągnął rękę mężczyzna. Harry energicznie potrząsnął podaną dłonią, gapiąc się na nią dłużej niż powinien. — Bez obaw, siódemka. Pracuję… pracowałem jako dziennikarz w Der Tagesprophet, niemieckiego wydania waszego Proroka Codziennego. Twoja sława dotarła nawet do Niemiec! Jakim cudem się tutaj znalazłeś?
— Długa historia — odparł wymijająco. — Ty?
— Długa historia — zaśmiał się Mats. — Jak u wszystkich, długa, podziurawiona historia. Jesteś siódemką, prawda? — Harry kiwnął głową. — Tak myślałem. Nie wyglądasz na świra. Nie mogę w to uwierzyć… czym podpadłeś?
— Zgaduję, że samym istnieniem — wtrącił się Andy, a potem dodał ciszej: — To jemu wysłałem wiadomość.
Mats stężał i prędko rozejrzał się dookoła. W sali głównej ruch był umiarkowany; większość pacjentów była na popołudniowych terapiach grupowych i żaden ze strażników szczęśliwie nie kręcił się w pobliżu.
— On… wie? — cicho zapytał Andy'ego.
— Wystarczająco. Myślę, że został złapany z tego samego powodu co my.
— Powodu? — powtórzył Harry.
— Jesteś niewygodny — odparł Mats, wywracając oczami. — Jak my wszyscy. Ja węszyłem zbyt blisko, Sturgis…
— Również był niewygodny — warknął Andy. — Wiesz, dlaczego cię wypuścili? Powiedzieli?
— Nie. Ostatnio mało kiedy zawracali mi dupę. Dobry Merlinie, jak dobrze znowu cię zobaczyć. Już myślałem, że pozwolą mi tam zgnić.
Harry przegryzł wargi, głęboko się nad czymś zastanawiając. Pochylił się do przodu, oparł łokcie na kolanach i wyszeptał:
— A ty, Mats? Dlaczego tu jesteś? Powiedziałeś, że jesteś dziennikarzem. Czy… badałeś jakąś sprawę? — Kiedy złapał ostrzegawcze spojrzenie Andy'ego, wzruszył ramionami i odparł: — sam mówił, że wszyscy jesteśmy tu z jednego powodu. Mam prawo wiedzieć, na czym stoję.
Na wargach Matsa pojawił się niewielki, nieco zawadiacki uśmiech.
— Młody ma rację, nie burz się. Powiem ci, ale pod jednym warunkiem: historia za historię.
Harry wziął głęboki wdech, szybko ważąc wszystkie za i przeciw.
— Zgoda.
— Mats Drossel… Merlinie. Nie. Nie wierzę.
— Deirdre? Wszystko w porządku?
— Nie wierzę! Ten Mats Drossel, czołowy dziennikarz Der Tagesprophet?! Doskonale znam jego publikacje; nie bał się kontrowersyjnych i trudnych tematów, już nie raz udowodnił, jak potrafi być skorumpowana niemiecka, czarodziejska władza... Laureat wielu literackich nagród, ceniony pisarz… Merlinie! O jego zaginięciu były wzmianki nawet w angielskiej prasie! Jest tutaj?! W tym miejscu?
Cisza
— Był.
— Słucham?
— Był. Trafił do trzynastki dwa dni później.
Zgrzyt odsuwanego krzesła
— Nie. To niemożliwe!
— Niestety. Andy do tej pory nie może się otrząsnąć. Kiedy tylko się dowiedzieliśmy… prawie przypłacił swoim życiem przez wściekłość i rozgoryczenie.
— Nad czym pracował Mats Drossel? Dlaczego się tutaj znalazł? Harry, musisz mi powiedzieć. Musisz.
Westchnienie
— W skrócie? Jak mówiłem wcześniej: złapali go, bo węszył zbyt blisko. Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie – a dokładniej, od kupna ogromnych ilości ziem przez wysoko postawionych czarodziejów. To nie powinno być nic podejrzanego, prawda? Jednak takie rzeczy nie przechodzą bez echa, szczególnie, jeśli wchodzi się w transakcje z mugolskimi przedsiębiorcami. To wszystko zbiegło się w czasie z nowym projektem reformy czarodziejskiej służby zdrowia. Chodziły plotki, że rząd chce unowocześnić system publicznej opieki zdrowotnej, stworzyć coś na wzór tej mugolskiej. Znaleziono temat zastępczy i sprawę uciszono, zanim zdążył rozpętać się skandal; zapewne chodziło o masowe, przymusowe szczepienia na takie choroby jak smocza ospa, pojawienia się terminu jednostka magiczna…
— Jednostka magiczna?
— Chodzi o dokładne wyliczenie poziomu twojej magii. Obecnie tego typu rzeczy pozostają w sferze domysłów, możesz jedynie subiektywnie ocenić, czy dany czarodziej jest potężny, czy też nie. To wszystko miało się zmienić z tą reformą – magia miała być mierzona… liczbami. Coś jak mugolskie testy na iloraz inteligencji, przynajmniej tak myśli Andy, ale nie jesteśmy pewni. Dodatkowo, te informacje miały być podane publicznie. Od dłuższego czasu niemiecki czarodziejski rząd próbował przeforsować ustawę o… cholera, jakby to dobrze ująć… potrzebie dokumentacji twojej osoby? Nie jestem pewien, ale chyba chodzi o coś takiego. No, w każdym razie, chciano przeprowadzić dokładny spis ludności magicznej, wraz z precyzyjnym wymierzeniem poziomu mocy każdego czarodzieja.
— Dokumentacja wszystkiego i wszystkich? Po co?
— A ja wiem? Sam sobie zadaję to pytanie: po co nagle czarodziejowi dokument tożsamości z takimi danymi? Nigdy wcześniej czegoś takiego nie było; wręcz przeciwnie, z tego co zauważyłem, czarodzieje raczej trzymali się z dala od papierologii. Ale to nie wszystko. Mats Drossel dowiedział się z wiarygodnego źródła, że na nowo zakupionych ziemiach są prowadzone szeroko zakrojone projekty budowlane. Mówiąc w skrócie, zaczęto masowo stawiać nowe ośrodki opieki zdrowotnej. Ale to nie tylko w Niemczech – mówimy o całej Europie. Jak myślisz, skąd wziął się ten szpital? Odłączyli od św. Munga sektor zajmujący się leczeniem chorób umysłowych i utworzyli nowy, niezależny szpital. Odseparowali się. Placówka nie ma nawet jednego roku, ale w ogólnej dokumentacji jest mowa o tym, że ten oddział istnieje już jakiś czas. Bardzo długo w gruncie rzeczy, jakby chcieli przez to powiedzieć: istniejemy od zawsze, nie ma się czym przejmować; jesteśmy skuteczni, jesteśmy potrzebni.
Cisza
— Czyli jest więcej takich… szpitali? Jak św. Filip?
— Tak, prawdopodobnie. Mats ze swoimi badaniami udał się do Anglii, której czarodziejska część była pogrążona w wojnie domowej. Jakoś to wszystko powiązał i dowiedział się, że Anglia jest sercem tego ogromnego przedsięwzięcia. W tym chaosie wszystko łatwiej przepchnąć. Ale przecież wojna się skończyła, prawda? Ha, tylko pozornie. Czarodziejska Anglia zawsze od zawsze była potężna, jednak wojna domowa nieźle nadszarpnęła nasz budżet, kulturę, populację… tak, głównie populację. Jesteśmy chorzy, wyniszczeni, można powiedzieć, że zdziesiątkowani przez walkę między sobą, która trwa z przerwami… ile, trzydzieści lat? Wiesz, co w takich wypadkach robi państwo?
— Próbuje powstrzymać ten regres…
— Tak, dokładnie. Próbuje na nowo dźwignąć się na nogi, stać się potężniejszym – za wszelką cenę.
— Ale to nie jest nic złego, Harry.
— Poczekaj. Jeszcze się przekonasz. O tym trochę później, za chwilę wszystko ci wyjaśnię.
— Dobrze. Zastanawia mnie jedynie, jak Mats do tego doszedł… Zdaję sobie sprawę, że to—
— Wiesz, dlaczego, Deirdre? Bo historia lubi się powtarzać. Coś takiego już się kiedyś wydarzyło, prawda? Niecałe sześćdziesiąt lat temu. Mats zdawał sobie z tego sprawę, wiedział, co nas czeka. Był niewygodny, niebezpieczny i zupełnie im już niepotrzebny – dlatego go zabili.
Cisza
Śmiech
— D… Deirdre? Co jest? Deirdre!
— Teraz i ja zaczynam wątpić, czy kiedykolwiek wyjdę stąd żywa.
Harry przekręcił się na drugi bok i przez chwilę obserwował spokojnie śpiącego Andy'ego; jego oczy już dawno zdążyły przyzwyczaić się do ciemności panującej w pomieszczeniu. Nie mógł zasnąć od co najmniej kilku godzin, nieustannie wiercił się w posłaniu, szukając wygodniejszej pozycji.
Szczerze nienawidził tego stanu, kiedy miał za dużo czasu na rozmyślenia. Co najgorsze, w jego obecnym położeniu była to jedyna rzecz, jaka pozostała mu do roboty. Pomimo znużenia nie mógł zasnąć; nie po tym, co usłyszał od Matsa Drossela.
Historia za historię. Chłopak zamknął oczy i próbował wymazać ze swojej pamięci wyraz twarzy Matsa i Andy'ego (w szczególności jego), kiedy opowiedział im… właściwie wszystko. Począwszy od desperackiej wiadomości młodego magomedyka, po Wiltshire, Dwór Malfoyów, śmierć Voldemorta i to, co Harry zobaczył w laboratorium. Oczywiście, wiele pominął w swojej historii – nie wspomniał ani słowem o Severusie. Wiedział, że nie powinien. Zresztą i tak pewnie nie potrafiłby tego zrobić; samo myślenie o mężczyźnie powodowało bolesny skręt wnętrzności. Czy jeszcze kiedykolwiek go zobaczę? – to pytanie aż nazbyt często kołatało mu się po głowie i zmuszało go do podjęcia jakichkolwiek kroków, byle tylko się stamtąd wydostać.
Poczekaj, szepnęła jego podświadomość. Wcześniej Harry planował uciec stąd jak najszybciej (musi być jakieś wyjście! ), jednak teraz… Dlaczego Andy był tak przerażony, kiedy dowiedział się o śmierci Voldemorta? Z jakiego powodu tak zawzięcie unikał odpowiedzi na pytania Harry'ego?
Dlaczego tu jesteś? Czego od ciebie chcą?
Kim jesteś?
To było męczące, frustrujące i… jednocześnie była to jedyna rzecz, która trzymała tutaj Harry'ego – ciekawość, potrzeba zrozumienia… intuicja. Z jakiegoś powodu wiedział, że Andy Sturgis jest ważnym elementem układanki, ale im bardziej na niego naciskał, tym dalej ten się odsuwał. Harry musiał za wszelką cenę zdobyć jego zaufanie – a tym samym ważne informacje. Był dosłownie o krok od połączenia wszystkiego w logiczną całość.
Andy westchnął głośno przez sen i zaczął się kręcić w łóżku, skopując koc na podłogę. Harry przypomniał sobie o siniakach na jego torsie i plecach, które zobaczył dzisiejszego ranka podczas wspólnych pryszniców; teraz było zbyt ciemno, by mógł cokolwiek dostrzec.
Harry już dawno zauważył, że nikt ze szpitalnego personelu nie posiada przy sobie różdżki – to było zbyt niebezpieczne, biorąc pod uwagę stan niektórych pacjentów. Miejsce było oczyszczone z magii jak tylko się dało, dlatego uciekano do mugolskich rozwiązań w niemal każdej płaszczyźnie życia szpitala.
Dotyczyło to też przemocy. Chociaż Harry zdawał sobie sprawę, że św. Filip wcale nie jest taką placówką, za jaką chciała i powinnauchodzić, niemniej jednak przeżył wstrząs. To nie pacjenci bili Andy'ego (bo i po co, skoro większość schodziła mu z drogi, nawet Martin?), ale personel. Czy mężczyzna sprzeciwiał się im i sprawiał problemy? Czy raczej… próbowano coś z niego wyciągnąć? Tak, to musiał być powód, dla którego Andy tak często znika w gabinecie Buckleya na „prywatne sesje terapeutyczne" i chodzi poobijany.
Wydostanę się stąd. Harry zacisnął pięści i zwinął się w pozycję embrionalną. Dostanę swoje odpowiedzi i ucieknę stąd jak najszybciej.
Następnego ranka również pozwolono im wyjść na zewnątrz.
W zachowaniu Andy'ego nic się nie zmieniło, wciąż był podejrzanie niespokojny i wytrącony z równowagi. Przy śniadaniu towarzyszył im milczący Mats, który w zamyśleniu przeżuwał porcję swojego jedzenia.
Harry potarł skronie; ból głowy znowu dawał o sobie znać.
— Wszystko w porządku? — mruknął Mats.
— Nie wiem — odparł, ukradkiem wzdychając. Przełknął łyżkę gumowatej owsianki i zacisnął usta, próbując zatrzymać jedzenie w żołądku. Czuł się coraz gorzej; zgadywał, że i nieprzespana noc miała w tym swój udział.
— Jakie eliksiry ci podają?
— Uspokajające — wtrącił niespodziewanie Andy. — I jeszcze jakieś gówno, podobne do tego, które podają nam na tymczasowe osłabienie rdzenia magicznego – podejrzewam, że jakąś zmodyfikowaną wersję, bo jest o wiele mocniejsze. Dziwne. Wczoraj zwróciłeś kolejną porcję, ale niektóre składniki eliksirów bardzo szybko wchłaniają się do ustroju… Nie. Nie powinieneś czuć się aż tak źle.
— Ale się czuję — warknął rozdrażniony Harry, a brwi Matsa wystrzeliły do góry.
— Świetnie. Jesteś królikiem doświadczalnym — stwierdził.
— Jakby w ogóle cię to obchodziło. — Zimny pot oblał plecy chłopaka. Jasna cholera. Testowali na nim jakiś nieznany eliksir?
— Obchodzi mnie — odparł Mats, nie przejmując się niemiłą odpowiedzią. — Jeśli jesteś… scheiße! Strażnik — rzucił ostrzegawczo i szybko zajął się swoim jedzeniem.
— Trzysta dwadzieścia siedem!
Harry podniósł głowę i utkwił butne spojrzenie w strażniku, który zbliżał się do ich stołu szybkim krokiem.
— Obecny.
— Buckley chce cię widzieć w swoim gabinecie zaraz po śniadaniu — powiedział mężczyzna, przystając kilka kroków przed nimi. — Pokój zero cztery. Od dnia dzisiejszego rozpoczynasz terapię indywidualną, trzysta dwadzieścia siedem.
Andy siedzący po jego prawej stronie wciągnął gwałtownie powietrze. Strażnik rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie, po czym prędko się odwrócił i odszedł. Harry nie mógł się poruszyć; miał szczerą nadzieję, że się przesłyszał.
— Zaczęło się — wymamrotał wstrząśnięty Andy. — Cholera. To za szybko! Nie daj po sobie poznać, że nie jesteś pod wpływem eliksirów, inaczej…
— Nie jestem idiotą — wycedził, ale Sturgis zignorował go i pochylił się ku niemu, mówiąc cicho i bardzo szybko:
— Cokolwiek by się nie wydarzyło, bądź spokojny. Nie daj się sprowokować pod żadnym pozorem. Będą zadawać pytania. Najlepiej nic nie mów, udawaj, że nie rozumiesz, że jesteś naćpan—
— Teraz sypiesz złotymi radami? — uciął Harry, odsuwając od siebie miskę z niedokończoną owsianką. Coś dzikiego szarpnęło się w jego piersi; ten człowiek doprowadzał go do szału. — Poradzę sobie.
— Potter!
Ale Harry wstał już ze swojego miejsca, nie zaszczycając mężczyzn ani jednym spojrzeniem. Nienawidził być traktowany jak idiota. Nie był głupi, już jakiś czas temu zdał sobie sprawę, co kryje się pod terminem terapia indywidualna.
Czeka go przesłuchanie. Zastanawiał się nawet przez chwilę, czy się gdzieś nie ukryć (co i tak byłoby bezsensowne), ale wtedy niewiadomo skąd pojawił się kolejny strażnik, który chwycił go za przed ramię i mocno pociągnął. Jego „potrafię chodzić" zostało zbyte cichym prychnięciem. „Bez dyskusji, trzysta dwadzieścia siedem".
Został podprowadzony pod pokój numer zero cztery. Strażnik zapukał w drzwi i następnie je otworzył.
— Ach, pan Potter! — rozpromienił się Buckley, zerkając nad niego znad uporządkowanego biurka. — Mam nadzieję, że czuje się już pan lepiej.
Harry zacisnął usta. Strażnik położył dłoń płasko na jego plecach i bezceremonialnie popchnął go do przodu. Drzwi zamknęły z cichym kliknięciem.
— Grahamie, poznaj naszego specjalnego pacjenta… Harry? Dobrze się czujesz? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha — zaśmiał się nieszczerze Buckley i pokręcił głową, jednocześnie sięgając po szarą teczkę znajdującą się tuż przed nim.
Z eleganckiego fotela z wysokim oparciem wydobyło się ciche trzeszczenie; dotąd siedzący na nim mężczyzna wstał i wygładził klapy oficjalnej szaty.
— Pan Potter — Graham podszedł z wyciągniętą ręką w stronę spetryfikowanego Harry'ego. — Graham Ray, magomedyk najwyższego stopnia. Jestem tutaj, aby wspomóc pańskie leczenie nad…
Reszta zdania gdzieś umknęła Harry'emu. Usta starca wciąż się poruszały i wypowiadały kolejne słowa, ale jego mózg nie był w stanie ich zarejestrować.
Nie. To niemożliwe. Musiał mieć omamy. Tuż przed nim stał człowiek, który zamordował Tonks i przyczynił się do… tego wszystkiego… i jak gdyby nigdy nic zamierzał się z nim przywitać.
Spokojnie. Tylko spokojnie, powtarzał jego zdrowy rozsądek.
Ale ciało Harry'ego sądziło inaczej; dzika, nieokiełznana furia wypełnia go całego, oddech przyspieszył, adrenalina aż parzyła w żyłach. Zacisnął pięści, czując w nich świerzbienie; mógłby teraz wyciągnąć ręce przed siebie i owinąć palce dookoła pomarszczonej szyi, uderzyć, zranić, zabić…
— Może być trochę odurzony. — Głos Buckleya sprowadził Harry'ego na ziemię. — Każdy pacjent inaczej reaguje na pierwsze dni terapii eliksirami. Potem organizm już się trochę przyzwyczaja i układ nerwowy tak nie wariuje, jednak…
— Och — westchnął Graham, cofając dłoń i przyglądając się podejrzliwie chłopakowi. — Odurzony, powiadasz? Nie ma rozszerzonych źrenic. Chyba po prostu zaskoczyliśmy pana Pottera. Prawda? — zaśmiał się i wymienił z Buckleyem porozumiewawcze spojrzenie.
Ten skurwysyn jest na wyciągnięciu ręki, szepnął szalony głos jego głowie. Nie ma przy sobie różdżki. Nie może się obronić.
Tak, to prawda – Graham nie miał przy sobie różdżki. Harry nie wyczuł żadnych wibracji magii.
— Bez obaw, panie Potter, jest pan w dobrych rękach. Ray jest profesjonalistą, jest doskonały w tym co robi.
Powiedział, że jestem doskonała. Tonks. Laboratorium. Śmierciożerca i szarpnięcie aportacji, i krzyk Severusa, i on sam, zagubiony, przerażony…
To było szybsze niż jedno uderzenie serca. Harry rzucił się ze zwierzęcym rykiem w stronę Grahama i przewrócił na ziemię, opadł na niego i zacisnął ręce wokół szyi; mógłby przysiąc, że słyszy chrzęst zgniatanych pod palcami kości i tkanek. Widział błyski bieli przed oczami, szeroko otwarte jasnoniebieskie oczy, rozpaczliwie rozchylone usta próbujące złapać oddech. Pomarszczone dłonie wczepiły się w przedramiona Harry'ego i starały się go odepchnąć, ale były zbyt słabe. I kiedy chłopak już poczuł to ukłucie triumfu, kiedy zobaczył jak znienawidzona twarz blednie i potem szybko sinieje – zabij go, zabij! – usłyszał:
— Straż! STRAŻ! Moja różdżka!
Harry szarpnął się, kiedy Buckley złapał go za ramiona i próbował odciągnąć, ale nie poddawał się, nie zamierzał ustąpić. Nie słyszał już nic poza własnym darciem krzykiem przemieszanym ze śmiechem; jeszcze trochę, jeszcze chwilai Graham Ray będzie martwy. Będzie po wszystkim…
Ale wtedy chłopak został przewalony na plecy. Ktoś kopnął go mocno w brzuch.
Drzwi zostały niemal wyrwane z zawiasów i do pokoju wpadło dwóch strażników. Doskoczyli do wierzgającego się Harry'ego, który nie przestawał krzyczeć: zabiję cię! Zabiję! Ciosy następowały jedno po drugim, w głowę, brzuch, kończyny.
— Zabierzcie go! Zamknijcie! Izolatka, szybko!
Został postawiony na nogi i wyciągnięty z gabinetu na korytarz; próbował się wyrwać, ale strażnicy byli od niego znacznie silniejsi. Harry szarpał się, próbował kopać, drapać, w jakiś sposób zranić, chociaż był poobijany i bolało go całe ciało. Wściekły ryk nagle urwał się w jego zdartym gardle; ktoś rzucił na niego zaklęcie uciszające.
Został zaniesiony przez strażników do kolejnego pomieszczenia; na nic nie zdał się jego krzyk i dzikie wierzganie, został wrzucony do jasnego pokoju. Wylądował na ziemi, w ostatniej chwili osłonił głowę przed uderzeniem w posadzkę. Zanim zdążył wstać, drzwi zostały zatrzaśnięte; podbiegł do nich i zaczął walić pięściami z całej siły.
— Wypuśćcie mnie! ZABIJĘ GO! WYPUŚĆCIE MNIE! — darł się z całej siły w płucach, ale żaden dźwięk nie opuścił jego gardła.
Pięści uderzające o metal nie wydały żadnego hałasu.
Oczy zaszły mu łzami; nienaturalna jasność panująca w pomieszczeniu prawie go oślepiła.
Cisza.
Nie, nie, oślepili go i ogłuszyli…
Tu-dum. Tu-dum. Tu-dum.
Nie, nie pozbawili Harry'ego słuchu; słyszał, czułszybkie bicie serca i krew gwałtownie uderzającą do głowy. Przytknął czoło do chłodnego metalu i osunął się po drzwiach. Nie był w stanie ustać na nogach.
Tu-dum tu-dum tu-dum
Serce biło coraz szybciej i szybciej, coraz bardziej szaleńczo, wytrąciło się z rytmu. Jego głowę wypełnił jeden dźwięk, doprowadzał do szaleństwa, sprawiał, że miał ochotę rozszarpać siebie, wszystko, roznieść drzwi i każdą napotkaną na drodze osobę, ale nikt nie przychodził, nikt nie otwierał… Zdarte gardło paliło ogniem, ponieważ Harry nie przestawał krzyczeć. Krzyczał. Ciągle krzyczał. Przewalił się na podłogę, zacisnął oczy, wbił paznokcie w przedramiona i przeciągnął po całej długości. Poczuł piekący ból zdzieranej skóry, ale to nie uciszyło tego dudnienia, nie uspokoiło go. Było coraz gorzej, spadał w jasność, serce rozsadzało od przepompowywanej morderczym tempem krwi.
Tu-dum dum dum dum
Umierał.
Koniec rozdziału XI
Dla ciekawskich – sprawdźcie sobie, co kryje się pod terminem „deprywacja sensoryczna". Torturowanie ciszą jest (prawdopodobnie) możliwe ;) Niestety ff net się buntuje i nie chce mi wstawiać żadnych linków.
Będę przeogromnie wdzięczna za komentarze, kochani!
