Udało się, równy tydzień! :D

Lilieanne, Hakkarii, Darca, Mangha, Cimeriers – dziękuję Wam! :* Nawet nie wiecie jak się cieszę, że tekst nie odszedł w zapomnienie. Zatem zapraszam na kolejny rozdział!

Beta: Ewa :* Wszelkie inne błędy wynikają z mojego niedopatrzenia.


13.


Następnego ranka nie zostali przeliczeni. Harry wiedział, że właśnie od tej chwili rozpoczęło się ich prawdziwe więzienie.

W ciągu nocy, kiedy spali, na dole drzwi pojawiła się mała klapka przez którą podano im jedzenie. Nikt do nich nie przyszedł, żaden strażnik czy nawet pielęgniarka, by skontrolować obrażenia Andy'ego. Harry zastanawiał się w jaki sposób zamierzają im podawać eliksiry – jeśli poprzez faszerowania jedzenia, sprawa malowała się beznadziejnie. Harry przełykał porcję po porcji, próbując w miarę swoich możliwości rozpoznać coś podejrzanego, ale rozrzedzony gulasz był tak samo paskudny jak zwykle.

Całe szczęście z Andy'm było już lepiej. Harry zmusił go do jedzenia i nawet udało mu się wepchnąć do ust mężczyzny parę łyżek brązowej papki, ale na tym koniec. W dalszym ciągu był obolały i jego ruchy były mocno ograniczone, jednak odzyskał zdolność trzeźwego myślenia i mówienia – nawet poprosił Harry'ego, by ten pomógł mu skorzystać z toalety. O ile chłopak czuł lekkie zażenowanie, to Andy'ego w ogóle to nie ruszało, zdawał się wręcz być przyzwyczajonym do takich sytuacji.

Magomedycy odwiedzili ich dopiero pod wieczór. Rozległ się rytmiczny łomot w drzwi i surowy głos nakazał Harry'emu stanąć pod ścianą, co zrobił bez cienia sprzeciwu. Domyślał się, że ich wizyta miała na celu chociaż częściowe uzdrowienie Andy'ego.

Kilka chwil później podstawiono mu pod nos dwie fiolki z eliksirami, które musiał wypić pod bacznym okiem strażnika. Harry przełknął mikstury, modląc się, by personel wyszedł na tyle szybko, żeby zdążył wszystko zwrócić, zanim substancje całkowicie wchłoną się do jego organizmu. Wolał pozostać przy zdrowych zmysłach. Kiedy tylko zamknęły się drzwi, Harry dopadł do toalety i sprowokował wymioty; nie było tego dużo, ale i tak poczuł natychmiastową ulgę. Przepłukał usta zimną wodą i wytarł je rękawem.

— Twoja kolej — rzucił do mężczyzny, który leżał odwrócony twarzą do ściany i nie zwracał na niego uwagi. — Pomóc ci? Andy!

Harry nie doczekał się żadnej reakcji. Zrezygnowany położył się na swoim łóżku i spróbował zasnąć, nie mając nic innego do roboty.


To było zatrważające, że człowiek tak szybko potrafi przyzwyczaić się do nowej sytuacji.

Dźwięk był ich nowym zegarem. Stuknięcie klapki na dole drzwi oznaczało porę karmienia. Trzy głośne uderzenia sygnalizowały, że nadszedł czas na kolejną dawkę eliksirów.

Ale najgorsze były miarowe, pospieszne kroki więcej niż jednej osoby – znak, że któregoś z nich czeka terapia indywidualna pod nadzorem Williama Buckleya.

Nigdy nie mogli być pewni czyja tym razem jest kolej i jak przebiegnie całe przesłuchanie. Zdarzało się, że wracali do celi o własnych siłach, zaskoczeni gładko przeprowadzoną i pozornie nic nie wnoszącą rozmową. Jednak nie zawsze traktowano ich tak ulgowo.

A już w szczególności – nie Andy'ego.

— Hej, jestem tutaj — powiedział spokojnie Harry. Mężczyzna wlepił w niego rozbiegane, przerażone spojrzenie i żałośnie jęknął. Był mokry od potu, drżał i miał przyspieszone tętno, jakby całe ciało zmagało się z ciężką chorobą. Czym oni cię nafaszerowali?, pomyślał Harry i ścisnął dłoń Andy'ego. Kiedy mężczyzna był trzeźwy, wzbraniał się przed takim traktowaniem, nie chciał współczucia ani pocieszenia. Jednak Harry i tak to robił; zdawało mu się, że za każdym razem widzi w jego oczach słabo widoczny cień wdzięczności i ulgi.

Jest bardzo źle, ale nie jesteś sam. Tkwili w tym samym bagnie, pomagali sobie mimo woli – łagodzili słowami narkotyczne histerie, ścierali zeschniętą krew z twarzy i… po prostu byli. Głównie z przymusu, jednak Harry cieszył się, że uwięziono go akurat z Andy'm – a co, gdyby trafił na kogoś innego?

Przez ten czas nie przestawał myśleć o jednym: jaki magomedycy mają w tym swój cel. Nie mogli ich umieścić razem w celi bez konkretnego powodu, jakiś musieli mieć. Na odpowiedź nie musiał czekać długo; kiedy któregoś dnia podzielił się swoimi przemyśleniami z Andy'm, ten odparł:

— Mats.

— Mats? — Harry zmarszczył brwi.

— Jeszcze zanim tutaj trafiłeś był moim współlokatorem — odpowiedział Andy, nie patrząc mu w oczy. Po chwili uśmiechnął się lekko, jakby rozpamiętywał coś przyjemnego. — Od razu znaleźliśmy wspólny język, to nie powinno nikogo dziwić, prawda? Towarzysz w niedoli, siódemki… Ale po jakimś czasie zabrali go, pojawiłeś się ty, Mats znowu wyszedł na zewnątrz i… resztę historii znasz.

Nadzieja, pomyślał Harry. Ile razy on sam przekonał się na własnej skórze, że to najgorsze, co może spotkać człowieka - złudna nadzieja. Sturgis nie musiał nic więcej mówić, zrozumiał. Zabili Matsa dokładnie w tym momencie, kiedy Andy zaczął myśleć, że wszystko będzie w porządku, że nie stanie mu się żadna krzywda.

Harry zdał sobie sprawę, że ich czeka dokładnie to samo – przyjdzie dzień, w którym jeden z nich przestanie być potrzebny. Magomedycy już dopilnują, by ten pozostały przy życiu mógł się całkowicie pogrążyć.

Nie złamią mnie — wypalił Harry, podrywając głowę. — Kiedy wróciłeś z izolatki… wiesz, po tym jak Mats… ciągle powtarzałeś: nie złamią mnie.

— Nie pamiętam tego — skłamał Andy i położył się na łóżku, odwracając się plecami do Harry'ego, który wywrócił oczami. Jeśli Andy chciał omijać pewne tematy, niech tak będzie. Naciskanie na niego nie miało najmniejszego sensu, przynosiło to wręcz odwrotny skutek do zamierzonego.

I tak tkwili w tym miejscu, bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Pozwalali, by paranoja i frustracja przejmowała nad nimi kontrolę, kłócili się i w milczeniu godzili, kiedy któregoś z nich siłą wnoszono po spotkaniu z Buckleyem.

Ból zawsze wywoływał współczucie.

Harry wydrapał paznokciem rzymską jedynkę na drewnianym wezgłowiu swojego łóżka.


— Rosie. Czy to panu coś mówi, panie Potter?

Harry pozwolił swoim oczom błądzić po ścianach gabinetu.

— Panie Potter. — Ton Buckley'a zrobił się cięższy.

— Nie — odparł krótko Harry, pobieżnie zastanawiając się ile kopniaków za to zarobi. Czuł intensywne spojrzenie strażnika wwiercające się w jego kark.

— Jest pan pewien?

— Tak. Raczej. Tylko An… trzysta trzy w kółko pierdoli do siebie Rosie, Rosie", jeśli nafaszerujecie go zbyt mocno jakimś gównem. Nic więcej.

Buckley zacisnął usta i wypuścił pretensjonalnie powietrze przez nos.

Harry był zaskoczony tym, że wrócił do celi o własnych siłach. Nawet przeciąganie struny zaczęło być intrygujące w dziwny, pokrętny sposób.


— Obiad się spóźnia — oznajmił któregoś dnia Harry, krążąc po pomieszczeniu; był wściekle głodny. Andy nie zwrócił na niego uwagi, siedział po turecku na podłodze i kreślił palcem w kurzu mało skomplikowane zawijasy. — Nie obchodzi cię to, że możemy tu umrzeć z głodu?

Mężczyzna nie musiał odpowiadać, ponieważ w tym samym momencie rozległo się skrzypnięcie opadającej klapki. Sturgis uniósł brew i wygiął wargi w znajomym, powątpiewającym uśmiechu. Mówiłeś coś, trzysta dwadzieścia siedem? Rozzłoszczony Harry odesłał mu lodowate spojrzenie. Zamknij się, trzysta trzy. Usiadł naprzeciwko Andy'ego i czym prędzej zabrał się za jedzenie, ale nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak.

— Smakuje inaczej — wymamrotał niewyraźnie Harry z pełnymi ustami.

Andy wziął swoją miskę, nabrał na łyżkę trochę gulaszu i ostrożnie powąchał.

— Jest nafaszerowany — odpowiedział mężczyzna i jak gdyby nigdy nic zaczął jeść. Harry zamarł, czując jak liche kawałki mięsa zaczynają pęcznieć w jego ustach, co uniemożliwiało ich przeżucie. Ostrożnie wypluł brązową breję z powrotem do miski i wydukał:

— To ty wpakowałeś mi palce do gardła. Sam tego ostatnio nie robisz, a teraz to jesz.

— No i? — warknął Andy.

— Tak po prostu się poddajesz? Wszystko ci jedno, czy zrobią ci papkę z mózgu? Masz gdzieś to, że niszczą twoją magię?

Andy wzruszył niedbale ramionami.

— Jestem głodny. I tak, mam to w dupie.

— A co z zasadą numer jeden: nie daj się zwariować?

Andy parsknął i – jak na złość – władował do ust kopiastą łyżkę jedzenia.

Harry wziął głęboki uspokajający wdech; za wszelką cenę starał się nie wybuchnąć. Wstał i wyrzucił obiad do toalety, ignorując uciążliwe uczucie ssania w żołądku.


— Słyszysz? Czujesz to?

Cisza

— Co takiego, Harry?

— … magia. Naprawdę tego nie czujesz?

— Nie?

— Och, cholera. Myślałem, że mi się tak tylko wydawało, ale nie, jestem pewien… Tak długo trzymają mnie tutaj, już nawet nie pamiętam, kiedy trzymałem różdżkę w dłoni! Magia! Czuję jej każdą najmniejszą wibrację! Najwidoczniej odizolowanie strasznie mnie na nią wyczuliło...

— Harry.

— Co?

Śmiech

— Przestań.

— Muszę brzmieć jak jakiś szaleniec, co?

— Żebyś wiedział.

Szelest

— Ciekawe, co się tam dzieje.

— Harry, proszę, skupmy się na wywiadzie. Nie wiemy ile czasu nam jeszcze pozostało. Usiądź.

— Racja. Więc, o co chciałabyś mnie teraz zapytać?

— Jak przebiegają twoje przesłuchania? Do tej pory mówiłeś, tylko co dzieje się tuż po nich ale ani słowa o tym, co dzieje się w trakcie i czemu dokładnie służą.

Śmiech

— Dobre pytanie. Jak już wiesz, to nie jest szpital – nie do końca, w każdym razie.

— Och, oczywiście.

— Od czego by tu zacząć… Chyba najlepiej od początku. Zostajesz przyjęty na obserwację. Uczestniczysz w życiu szpitala, chodzisz na terapie grupowe, obserwują cię i w tym czasie stwierdzają, czy możesz być w jakiś sposób użyteczny. To tyczy głównie siódemek, nie wiem jak jest z resztą. Jeśli nie jesteś użyteczny – utylizują cię, ale jeśli masz coś ciekawego do powiedzenia – organizują terapie indywidualne, by to z ciebie wyciągnąć. No, przesłuchania.

— Dobrze, dobrze. Strasznie kręcisz, wiesz, Harry? Aż tak bardzo nie chcesz mi powiedzieć, co próbują z ciebie wyciągnąć?

Westchnienie

— Bo nie ma o czym mówić, jeśli mam być szczery. Wypytują o moje życie przed szpitalem. Cóż, właściwie wiedzą już wszystko, ale dalej drążą, niech ich szlag trafi, są niezmordowani… Przeczesali mój umysł wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu informacji o Zakonie Feniksa i o tym, co działo się w Wiltshire, w dworze Malfoyów. Co ich tak to interesuje, skoro ciągle wpajają mi, że wszystko sobie uroiłem i laboratoria są moim wymysłem? Bezsens, prawda? To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że miałem rację i wcale nie zwariowałem. Po pewnym czasie zatraca się tę granicę, już sam do końca nie wiesz, co jest prawdą.

— I tylko na tym polegają te przesłuchania?

— No, nie. To główny temat moich przesłuchań, ale drugim jest Andy: jak się zachowuje, jak mi się z nim układa… Czasami robią to po dobroci, mówią spokojnie, niemal przyjaźnie, ale ostatnio coraz rzadziej. Tak sobie myślę, że są dwa możliwe powody, dlaczego tak jest: albo kończy im się cierpliwość, albo czas. I tak jest nieźle, w końcu jeszcze mogę z tobą normalnie rozmawiać, mogę… myśleć. A robili już chyba wszystko, by wyciągnąć ze mnie informacje, przysięgam! Metoda kija i marchewki coś ci mówi? No, właśnie. Zgaduję, że trzymają mnie przy zdrowych zmysłach i życiu, bo podejrzewają, że mam własną Rosie.

— Rosie?

— Tak, Rosie. Rosie Rat. Początkowo myślałem, że chodzi o jakieś badyle, ale teraz jestem niemal pewien, że to osoba. Andy o niej ciągle gada… jeśli jest naćpany, rzecz jasna, bo jeszcze niedawno w ogóle nie puszczał pary z ust.

— Kim ona jest?

Westchnienie

— Cholera. I zapędziłem się w kozi róg.

— Dlaczego?

— Ponieważ nie mam pojęcia kim jest. Buckley bez skutku wciąż wypytuje mnie o to samo. Wiem tylko, że ona istnieje, wiem też, z jakiego powodu istnieje, ale nic poza tym. Jednak zdaje się, że to znacząca postać w życiu Andy'ego… Bo widzisz, Rosie jest kluczem. Szczerze mówiąc, nawet nie jestem pewien, czy to osoba! Pokręcone, co? Buckley pewnie myśli, że i ja mam swój klucz, że też ukryłem coś w swoim umyśle. Teraz próbuje mnie złamać i wszystko ze mnie wyciągnąć. I dobrze, niech tak myśli, niech próbuje. Dzięki temu jeszcze żyję.

— Rosie? Kluczem? Do czego?

Cisza

— Deirdre.

— Co?

— Nie wiem, czy chciałabyś wiedzieć. Ta wiedza może kosztować cię życie.

Prychnięcie

— Nie uważasz, że już i tak dobrnęliśmy za daleko? Już za późno na takie ostrzeżenia. Zastanawiam się jedynie, dlaczego wciąż pozwalają nam rozmawiać. Masz rację, Harry. To jest naprawdę dziwne. Niepokojące.

Nie złamią mnie.

— Słucham?

— Nie złamią mnie. Rosie. I melodia, którą wciąż Andy nucił pod nosem, kiedy wracał z terapii poobijany przez strażników, naćpany eliksirami… Próbowali go złamać i zdobyć ten cholerny klucz. Nie udało im się, Andy mimo wszystko nie poddał się, nie po torturach, ciszy, czy śmierci Matsa. Nie poddał się nawet wtedy, gdy zabierano mnie na przesłuchania.

— Wy też staliście się sobie… bliscy?

Śmiech

— Towarzysz w niedoli. Tak, w pewien sposób.

— Dlaczego Andy jest taki ważny? Co ukrywa?

— Na pewno chcesz wiedzieć?


Cholera jasna, nawalił na całej linii. Nie udało się.

Harry zakaszlał i splunął na podłogę gęstą śliną przemieszaną z krwią; przy uderzeniu musiał rozciąć sobie zębami wnętrze policzka albo wargę. Frankie złapał go za włosy na głowie i mocno pociągnął w górę.

— Potter, Potter, Potter… nic, tylko same problemy z tobą — wycedził strażnik i pchnął go z całej siły w dół. Harry zdusił w sobie jęknięcie, kiedy wylądował na posadzce. — Gdyby twoja dupa nie była aż tak cenna, gniłbyś w trzynastce razem z tą niemiecką dziennikarzyną! I co ty na to? Już nie taki buntowniczy? Tylko poczekaj, aż Buckley ogarnie ten burdel, który narobiłeś!

Harry przewrócił się na bok i na wszelki wypadek owinął ramionami brzuch; przeczuwał, co zaraz może nastąpić. I nie mylił się – rozwścieczony Frankie podszedł do niego i kopnął osłonięte żebra. Harry zacisnął zęby i skulił się jeszcze bardziej, a po chwili poczuł, jak podeszwa buta napiera na jego głowę, dociskając ją do podłoża.

W tym samym momencie skrzypnęły drzwi. Harry nawet nie musiał otwierać oczu, by wiedzieć, kto właśnie wszedł.

— Z Patrickiem wszystko w porządku — rzucił Buckley w kierunku strażnika. — Jedynie groźnie wyglądało, nic poważnego. Co z nim?

Frankie nic nie powiedział, zdejmując stopę z głowy Harry'ego i odchodząc wzburzony kilka kroków dalej.

W głębokim westchnieniu Buckleya pobrzmiewało zrezygnowanie. Chłopak nie poruszył się nawet odrobinę, nie otwierał oczu; czekał.

— Panie Potter. Muszę przyznać, że jeszcze nigdy nie miałem tak problematycznego pacjenta. Dlaczego zaatakowałeś sanitariusza? Może powiesz mi, co skłoniło cię do takiego zachowania? — Harry nie odpowiedział; dyszał głośno, wiedząc, że i tak ma już wystarczająco przejebane. Strach i wściekłość zaciskały mu gardło. — Potter. Jesteś świadomy tego, co zrobiłeś? To już drugi raz, kiedy kogoś zaatakowałeś i nawet nie wyobrażasz sobie, w jak trudnej sytuacji mnie stawiasz. Nie możemy być w stosunku do ciebie tak pobłażliwi, jakieś kroki muszą zostać podjęte. Takie zachowanie nie może ci ujść płazem. I co ja mam teraz z tobą zrobić?

Harry uniósł głowę i wpatrzył się pogardliwie w Buckleya. Nienawidził samego siebie za swoją niemoc i słabość; pragnął śmierci tego człowieka bardziej niż czegokolwiek innego, ale nie mógł nic zrobić. Nie teraz, kiedy był tak żałośnie słaby.

Buckley dostał swoją odpowiedź po kilku sekundach; Harry oderwał dłoń od swojego boku i wystawił w jego kierunku środkowy palec, uśmiechając się triumfalnie. Twarz Buckleya stężała; mężczyzna wstał i wygładził zmarszczki białej szaty.

— Frankie, zostawiam to tobie — warknął, odchodząc zdecydowanym krokiem. — Mam ważniejsze sprawy do załatwienia.

Głowa Harry'ego opadła na posadzkę; nie potrafił zetrzeć ze swojej twarzy uśmiechu, chociaż wiedział, że prawdopodobnie w tej chwili jego życie wisi na włosku. Wytrącenie Buckleya z równowagi było tego warte, zdecydowanie.

Trzask zamykanych drzwi był jedną z ostatnich rzeczy, które zapamiętał.


Pierwszym obrazem, który Harry ujrzał tuż po przebudzeniu, był odległy, nieco nieobecny wzrok Andy'ego.

— Zabiłbyś mnie, gdybym cię o to poprosił? — spytał niespodziewanie Sturgis; przez jego twarz nie przemknęła ani jedna emocja, kiedy wypowiadał te słowa. Harry nie odpowiedział, odwrócił głowę w przeciwną stronę i przymknął powieki.

Śnił o najpiękniejszych chwilach swojego życia – o Hogwarcie, pierwszych przyjaźniach, lataniu na miotle, wolności i zapachu późnego, wiosennego popołudnia. Pamiętał o pierwszym mocniejszym uderzeniu serca spowodowanym przez innego człowieka, i emocje, które wywoływały zawroty głowy i sprawiały, że miękły mu kolana Tak bardzo pragnął poczuć się znów człowiekiem; być zauroczonym, upijać się do granicy nieprzytomności i wygadywać głupstwa; marzył o tej urokliwej niezręczności kiedy poznawał kogoś naprawdę. Teraz jego skorupa pustoszała, jego wnętrzności roztapiały się, umysł parował. Postarzał się w środku o więcej, niż mógłby się kiedykolwiek spodziewać.

— Próbowałem uciec — powiedział Harry po pewnym czasie.

— Dzisiaj?

— Kiedy zabrano cię na przesłuchanie.

— I co potem byś zrobił? — prychnął Andy, ale już bez swojego żywiołu, brzmiał na słabego i zmęczonego.

— Uwolniłbym cię. A potem zmiótłbym to wszystko z powierzchni ziemi.

Nastała długa, krępująca cisza. Zaniepokojony Harry zerknął na mężczyznę, który leżał w łóżku na plecach i gapił się w sufit, a jego klatka piersiowa coraz szybciej unosiła się i opadała pod wpływem oddechu.

— To moja wina — wymamrotał w końcu Andy; musiał znowu przeżywać jedną ze swoich narkotycznych histerii. To był stały, niezmienny element po wizycie u Buckleya.

— Hej, spokojnie — powiedział Harry; nie mógł wstać i pocieszyć go w żaden sposób, ponieważ sam był cholernie obolały. Starał się w miarę swoich możliwości załagodzić słowami jego załamanie.

— Nie, to moja wina. — Mężczyzna nie dawał za wygraną, zagłębiał się w tym coraz bardziej. — Nie zasługuję na to, bo to moja wina.

— Andy? Co jest? Wszystko w porzą… — Harry zamilkł, kiedy Sturgis odwrócił głowę w jego stronę i posłał mu intensywne, trzeźwe spojrzenie.

— Zabiłbyś mnie, gdybym cię o to poprosił? — powtórzył dobitniej, nie spuszczając z niego wzroku.

— Dlaczego… miałbyś o to prosić? — wydukał Harry.

— Ponieważ sam tego nie zrobię. I oni też nie… dopóki nie dostaną tego. — Andy podniósł dłoń i dotknął palcem wskazującym swojej skroni. Zamrugał szybko, próbując odpędzić łzy cisnące się do oczu. — Ale nie złamią mnie, nie dam im tego, więc będę… ale mam dość. Mam dość.

Harry, krzywiąc się i stękając z bólu, przewrócił się na bok, by utrzymać kontakt wzrokowy z Andym, który zrobił dokładnie to samo. Leżeli teraz dokładnie naprzeciwko siebie, co było dziwne i jednocześnie bardzo intymne. Harry starał oddychać jak najciszej, starał zachowywać się jak najspokojniej, nie wykonywał żadnych gwałtowniejszych ruchów. Nie chciał teraz niczego zepsuć, nie teraz, kiedy odpowiedzi na jego pytania były właściwie na wyciągnięciu ręki. Czuł, że jest blisko.

— Czego? Czego nie chcesz im dać?

— Rosie — odparł z wahaniem Andy po kilku chwilach, jakby niepewny swoich słów.

— Kim ona jest?

— Ja… cóż. Możesz powiedzieć, że jestem ojcem — parsknął i wywrócił oczami.

— Co? Jesteś… ojcem? Masz dziecko? — Harry zmarszczył brwi.

Andy ponownie kilkukrotnie stuknął palcem w swoją skroń; z szeroko otwartymi, wilgotnymi i błyszczącymi oczami wyglądał jak szaleniec.

— Wszystko jest tutaj, ona też — szepnął, a Harry poczuł, jak mimowolnie po plecach przebiega mu dreszcz. Zwariował, to już pewne, pomyślał, jednocześnie odczuwając głębokie rozczarowanie.

— Wybacz, Andy, ale zupełnie nie rozumiem…

— Chciałem pomóc, chciałem być kimś… znaczącym.

— Andy?

— Byłem idealistą, wiesz? Zwykłym studentem, kiedy to się zaczęło… Merlinie, minęło… Kurwa! — wykrzyknął i wykonał kilka niesprecyzowanych, pełnych frustracji ruchów. Potem zaczął się śmiać. — Nawet nie wiem od czego zacząć. I nie mam pojęcia, po co ci to mówię. Nigdy nie chciałem o tym mówić, chyba już zwariowałem.

— Może najlepiej od początku? — podsunął ostrożnie Harry, za nic nie chcąc odwodzić go od głównego wątku rozpoczętej rozmowy. — Może ja zacznę? Będę zadawać pytania? — Andy pokiwał szybko głową, chowając twarz w dłoniach. — Zawsze będziesz mógł…

— Dobrze, ale jeden warunek.

— Jaki?

— Opowiesz mi o najgorszym momencie swojego życia. — Harry przełknął gulę rosnącą w gardle, ale zgodził się na ten układ. Andy pokręcił lekko głową, wciąż nie pokazując twarzy. — Nie, nie, mam jeszcze drugi warunek. Potem mnie zabijesz.

— Nad tym drugim pomyślimy — odparł Harry, odchrząkując z zakłopotaniem. Andy podczas przesłuchania musiał dostać porządnie w łeb, skoro wygadywał takie rzeczy.

— Więc?

— Co, więc?

— Och, na litość boską. Pytania!

— Ach! — Harry prawie się pacnął w czoło przez swoją nieostrożność. — Dlaczego… chcesz ze mną o tym rozmawiać?

Andy westchnął, w końcu odrywając dłonie od czerwonej i wilgotnej twarzy. Jeszcze nigdy nie wyglądał na tak przybitego.

— Nie mam nic do stracenia. I czuję, że jestem ci coś winny. Nie, nie przerywaj mi, nie teraz — urwał, widząc, jak Harry otwiera usta z zamiarem wtrącenia się. — Pytałeś się mnie kiedyś, dlaczego tutaj jestem. Powiedziałem ci, ale to, czego się dowiedziałeś, nie było całą prawdą. Nie, nie kłamałem ci, po prostu nie powiedziałem wszystkiego. Już wspominałem, że pracowałem z tymi ludźmi – z Williamem Buckleyem, Grahamem Ray'em i innymi magomedykami. To prawda, pracowałem z nimi. Jednak nigdy nie wspomniałem o tym, jak wielka była moja rola. To, co się teraz dzieje… cóż… to jest moja wina. Wszystko — Andy machnął ręką, wskazując na pokój — jest z mojego powodu.

— Masz na myśli ten szpital? — wtrącił Harry, tężejąc na całym ciele.

— Nie o to… a może? W każdym razie, nie chodzi mi tylko o szpital. To, co widziałeś w Wiltshire również. Laboratoria… bo widzisz, Potter… Tak to jest, kiedy nieświadomie otworzysz pieprzoną bramę piekła. Zostałem unieszkodliwiony zanim zdążyłem ją ostatecznie zamknąć, rozumiesz? Zrozumiałem wtedy wszystko, nie chciałem, by do tego doszło, ale było już za późno.

Harry na moment odpłynął myślami do czasów, gdy jeszcze znajdował się w kwaterze głównej Zakonu Feniksa na Grimmauld Place 12. Przypomniał sobie masakrę w Staines, pierwsze spotkanie z Andym, potem przebudzenie w św. Mungo i szaloną akcję ratunkową.

Miałem dość patrzenia na to wszystko, za długo pozostawałem obojętny. Moim zadaniem jest ratowanie życia, nie jego odbieranietreść desperackiego listu i chaotyczne wspomnienia Andy'ego trwale wyryły się w jego umyśle.

— Co zrobiłeś, Andy? — zapytał cicho Harry, czując jak mocno wali mu serce. — Dlaczego tu jesteś?

— Byłem bardzo ambitnym, żądnym wiedzy człowiekiem. Mania wielkości, kurwa mać — odparł, prychając z niedowierzaniem. — Oraz, mimo wszystko, idealistą. Trafiłem na podobnych sobie ludzi, ale oni byli o wiele bardziej zdeterminowani. Dopiero teraz widzę, jak niebezpieczne jest to połączenie. Graham Ray był moim mentorem, fascynował mnie. On jest żywą legendą współczesnej magomedycyny, pewnie nie raz o nim słyszałeś czy natykałeś się na jego nazwisko w gazetach. Byłem przeszczęśliwym gówniarzem, kiedy jeszcze w trakcie studiów na Uniwersytecie Magomedycznym wziął mnie pod swoje skrzydła. Czego może chcieć więcej taki człowiek jak ja? Wyobrażałem siebie jako czarodzieja, który zmienia świat na lepsze, ale jestem szlamą, a bez mocnych pleców… Kiedy Graham zadecydował, że zostanę jego protegowanym, przyszłość i wielka kariera stanęła przede mną otworem. Nie mogłem przepuścić takiej okazji, prawda? Przepuściłbyś okazję życia, Harry? — zwrócił się do chłopaka z rozgoryczeniem, który posłusznie pokręcił głową. — Był dziewięćdziesiąty piąty rok, nieuchronnie zbliżała się wojna. I czułem w głębi serca, że mogę coś zrobić, że mogę w jakiś sposób pomóc.

— Jak?

— … masz rację, najlepiej zacząć od początku. Och, Merlinie, dałbym wszystko, by móc cofnąć czas. Na przedostatnim roku studiów wszystkich przyszłych magomedyków obowiązują praktyki – sam wybierasz sobie specjalizację i dalej się kształcisz w tym kierunku. Ja wybrałem magomedycynę ogólną; to śmieszne, przecież wszystko w moim życiu było zaplanowane i dopięte na ostatni guzik, jednak wtedy… czułem, że nie chcę się w żaden sposób ograniczać. I wiesz, gdzie trafiłem na praktyki? Opiekowałem się skazańcami, którzy otrzymali Pocałunek Dementora. Opiekowałem się roślinami, niech to szlag — zaśmiał się Andy, przewracając oczami. Harry nieświadomie zacisnął dłonie. — Ależ byłem wściekły! Jak miałem pomóc światu, skoro wylądowałem na najgorszych praktykach? Tam właściwie nic nie było do leczenia, to była robota dla pielęgniarek, nie da przyszłego magomedyka! Pamiętam do dziś jak podbiegłem do Grahama Raya z pianą na ustach, och, aż miałem ochotę zrobić mu krzywdę! A wiesz, co on na to odparł? „Wiem, że sobie poradzisz i znajdziesz zajęcie. Jesteś młodym, zdolnym człowiekiem". Wtedy jeszcze nie rozumiałem, co dokładnie miał na myśli.

— A co miał na myśli?

— To, że prędzej czy później zacznę węszyć. — Andy pokręcił głową. — Niewiele tam robiłem poza zmienianiem pieluch, podawaniem dożylnie eliksirów odżywczych i przewracaniem tych skazańców z boku na bok. Nudziłem się niemiłosiernie, byłem sfrustrowany i… zacząłem grzebać, prowadzić swoje badania. Kiedy minęła mi pierwsza fala wściekłości, to faktycznie zainteresowałem się tymi pacjentami. Och, oczywiście, na pierwszy rzut oka to proste, ci ludzie byli jak rośliny, ich dusza została wyssana. Ale powtarzałem sobie: natura nie znosi próżni, coś musiało tam być. Zadawałem sobie pytanie: po co ich podtrzymywać przy życiu, skoro są nic nie znaczącymi skorupami? Czy jest jakiś powód, dla którego szpital i władza się ich nie pozbywała? Uprzedzając twoje pytanie – nie, nie odnalazłem na to odpowiedzi. Wydaje mi się, że Ministerstwo chciało być wobec nich humanitarne, ale według mnie to nic nie miało wspólnego z łaską. Ale wiesz, co odkryłem? Te skorupy, które były niegdyś czarodziejami… nie miały w sobie ani iskry magii. Nic. Ich magia została wyssana wraz z duszą przy Pocałunku Dementora. Po tym odkryciu zacząłem grzebać w dokumentacji i szukać; a może jest jakiś przypadek, który pozostawił po sobie magię, chociaż jakieś ślady? Z nudy i czystej ciekawości, oczywiście. Jak można się spodziewać, nie dowiedziałem się niczego nowego.

— Co to wszystko ma ze sobą wspólnego?

— Nie rozumiesz? Jestem urodzonym naukowcem, moje życie składa się z zadawania sobie pytań i szukania na nie odpowiedzi! Więc… pojawiło się kolejne pytanie. Czymże jest dusza ludzka? Czy jest połączona na stałe z ludzkim organizmem? Dlaczego czarodzieje po Pocałunku mogli sami oddychać, mogli wydalać, ale nie byli w żaden sposób… aktywni? Robiłem wiele badań, nawet te, które nie były do końca legalne. Jakie było moje zdziwienie, kiedy odkryłem, że ich mózgi są nieuszkodzone! Zraniłeś ciało a mózg rejestrował ból! Ale dlaczego ci ludzie nie mogli się przebudzić z tego stanu? Czy dałoby się ich przebudzić? Byłem ciekaw: a co, gdyby ten proces był jednak odwracalny? Ich mózgi pozostały przecież nietknięte, oni… po prostu byli puści. Zupełnie inna sprawa, jeśli ludzie są w stanie wegetatywnym spowodowanym jakimś wypadkiem, gdy mózg i połączenia nerwowe są uszkodzone, wtedy przebudzenie z takiego stanu nie zawsze wchodzi w grę. Ale tutaj… to nie miało dla mnie kompletnie sensu! I tutaj znowu pojawia się to pytanie: czym jest dusza ludzka? Dlaczego ciało i mózg nie chcą działać, mimo że są całkowicie sprawne? Czy dusza oraz magia są oddzielnym życiem, bytem? Są napędem? Spoiwem? I jeszcze jedno… a co, gdyby stan tych skazańców dało się wykorzystać? Oni byli jak pusty zadbany dom, brakowało im jedynie wyposażenia i mieszkańca w środku! Dosłownie!

— Wykorzystać? Merlinie, jak? — Oczy Harry'ego zrobiły się wielkości spodków.

— Jak już mówiłem, nieuchronnie zbliżała się wojna. Sytuacja w świecie czarodziejskim była bardzo napięta, wszyscy byliśmy przerażeni. Sam-Wiesz-Kto w końcu się ujawnił, śmierciożercy przeprowadzali ataki na niewinnych mugolakach… sam czułem zagrożenie, nie jestem czystej krwi, moja rodzina nie ma czarodziejskich korzeni. Widziałem wiele bezsensownych śmierci; byłem przerażony, do szpitala trafiali ludzie, których często nie dało się w żaden sposób uratować – a przynajmniej ich ciał nie dało się uratować, czasem były zbyt zmasakrowane. Chciałem im pomóc, uratować ich. Ale jak, skoro ciało nie nadawało się do niczego, bo było zbyt zniszczone? Jednak wciąż kołatało mi się po głowie jedno… Analogicznie: zanim naczynie pęknie jeszcze jest możliwość przenieść jego całą zawartość, a jeśli masz czas... Już wiesz, o co mi chodzi?

— Transplantacje duszy? — podsunął Harry pustym głosem.

— Tak, tak! Wyobrażasz sobie jaki to byłby przełom w magomedycynie?! Dałoby się tyle istnień uratować, wystarczyłoby ich dusze przenieść w ciała, które są puste! Oczywiście, to rodzi wiele pytań natury moralnej, etycznej, ale… cholera, jeśli spojrzeć na to inaczej, to już byłby krok bliżej do osiągnięcia nieśmiertelności! Poszukiwał tego Nicolas Flamel…

— I Voldemort — wtrącił lodowato Harry, nie mogąc się powstrzymać.

— Tak. I właśnie on — przyznał Andy; wcześniejsze podniecenie uszło z niego jak powietrze z przekłutego balonu. Odetchnął ciężko, odchylając głowę do tyłu. — Zawsze istniała ta druga strona medalu i zdawałem sobie z tego sprawę. Jednak, tak jak wcześniej wspominałem, byłem młodym, żądnym wiedzy i poklasku człowiekiem. I jednocześnie głupim. Pracowałem nad tym projektem w tajemnicy, opiekowałem się tymi skazańcami, ale nikomu nie powiedziałem, że dodatkowo prowadzę badania, nawet swojemu mentorowi Grahamowi nie wspomniałem o tym słowem. Ale wszystko wydało się, kiedy przeprowadziłem pierwszą – co prawda nieudaną – transplantację duszy.

— Co zrobiłeś?!

— Proszę, nie osądzaj mnie. Próbowałem uratować młodego czarodzieja! Nie miał więcej jak dwadzieścia lat! Jego całe ciało było zmasakrowane, właściwie nie miał twarzy, została cała rozorana klątwami tnącymi! Śmierciożercy torturowali tego biednego mugolaka, ale chęć życia była w nim tak wielka… nie mogłem tego zostawić. Trafił do szpitala i magomedycy zostawili go na pewną śmierć, obrażenia były zbyt rozległe, by dało się cokolwiek zrobić. Jednak… wciąż istniała jakaś szansa, tliło się w nim życie. Więc wykradłem pacjenta pod pozorem przetransportowania go na inny oddział, gdzie miał dokonać swój żywot. Tylko wtedy pojawił się kolejny problem… jak wyssać z tego człowieka duszę i magię, a potem bez żadnego uszczerbku przetransportować ją do innej skorupy? Postanowiłem zaryzykować i wykorzystać do tego Dementora.

— Co? Ale jak? Jesteś szalony?!

— Powiedz mi coś, czego nie wiem — zaśmiał się Andy. — Masz pojęcie, jakie panuje kolesiostwo pomiędzy Ministerstwem a służbą zdrowia? Wystarczy znać odpowiednie osoby i mieć z nimi dobre kontakty. Poznałem bliżej jednego z pracowników Azkabanu – w końcu to on dostarczał mi pod opiekę skazańców. Wiedziałem do kogo mam się zgłosić. I wierz mi, każdego da się przekupić za odpowiednią sumę galeonów, szczególnie w tak niepewnych czasach. Dzięki bogatej rodzinie – moi rodzice może i są mugolami, ale są również lekarzami – i dofinansowaniu na swoją naukę przez Ministerstwo nie miałem problemów z pieniędzmi.

— Nie mogę w to uwierzyć…

— Wykradłem pacjenta i najmłodszą wiekiem, najsilniejszą skorupę byłego więźnia, znalazłem odpowiednie miejsce i został mi dostarczony Dementor. Co dalej? Cóż, wypuściliśmy tego Dementora, wraz z tym strażnikiem zabezpieczyliśmy się Patronusem i w ukryciu czekaliśmy… jak można się domyślić, demon uczepił się łatwej zdobyczy, czyli tego konającego chłopaka. Widziałeś kiedykolwiek Pocałunek? Egzekucję? — Harry kiwnął głową. Miał trzynaście lat, kiedy Dementorzy próbowali wyssać duszę Syriuszowi. Szczerze, wolał tego w ogóle nie pamiętać. — Ja sam wcześniej widziałem tylko raz Pocałunek i zapamiętałem go bardzo dokładnie. Dusza uleciała z ust skazańca jako mała, srebrzysta kula… i uderzyło we mnie, że to wygląda dokładnie jak wspomnienie, które ma zaraz zostać przetransportowane do myślodsiewni! To był szalony pomysł, ale powtarzałem sobie: czemu nie? W ostatniej chwili przegoniliśmy Dementora, zanim zdążył pochłonąć wyssaną duszę. Trzeba było działać bardzo szybko, musiałem jakoś zabezpieczyć tę srebrzystą kulę…

— Jak to zrobiłeś? — zapytał Harry, czując wręcz niepokojącą ciekawość. To, co mówił Andy było przerażające, ale jednocześnie zbyt fascynujące, by przerywać w takim momencie.

— Fiolka z kryształu wykonała powierzone jej zadanie. Pojemniki tego typu są wykorzystywane do długotrwałego przechowywania wspomnień i przepowiedni… nie wiem czy wiesz, ale wspomnienie potrafi po pewnym czasie ulecieć z nieodpowiedniego naczynia. Złapałem duszę tego chłopaka. Merlinie, to było niesamowite — westchnął z rozmarzeniem Sturgis. — Miałem czyjąś duszę we własnej dłoni. Udało się! Biło od niej intensywne białe światło, moc pulsowała mi w palcach, w żyłach, sercu… Miałem w ręku czyjeś życie i magię! I wtedy pozostało już tylko jedno, czyli przetransportowanie duszy do nowej skorupy.

— Jak?

Andy zamknął oczy i pokręcił przecząco głową.

— Tego nie pamiętam. I nie chcę pamiętać, inaczej… Wiem jedynie, że pierwsza próba zakończyła się fiaskiem. Nie udało mi się uratować tego chłopaka. Jak się okazało znacznie później, całe szczęście, że mi się nie udało.

— Jak to, nie pamiętasz? — drążył Harry.

— I tu właśnie do akcji wkracza Rosie Rat. — Uśmiechnął się słabo Andy. — Dlatego wciąż żyję, to z jej powodu mnie jeszcze nie zabili.

— Rosie? Kim ona jest?

— Najlepsze jest to, że nie wiem! Może być osobą, może być… czymkolwiek. Pamiętam tylko, że jest kluczem. I wiem, do czego jest kluczem, w końcu to ja go – a raczej ją – stworzyłem. Jak już wcześniej mówiłem, otworzyłem bramę, którą tylko ja mogłem zamknąć. Całe szczęście udało mi się to chociaż częściowo. Przeskoczmy na chwilę do przodu, do bitwy w Staines… nadążasz? Nasze pierwsze spotkanie? — zwrócił się do Harry'ego, który skinął głową. — Śmierciożercy zaatakowali dzielnicę, w której mieszkałem, porywali ludzi, których znałem, dorwali nawet moich sąsiadów. Jestem pewien, że zrobili to z premedytacją, już wcześniej sabotowałem ich akcje.

— Sabotowałeś?

— Czekaj, o tym za chwilę. Śmierciożercy chcieli mnie w jakiś sposób ukarać, dać ostrzeżenie, jakby chcieli przez to powiedzieć: zobacz, Sturgis, co czeka ciebie i twoich bliskich, jeśli nie zechcesz z nami współpracować. Walka trwała w najlepsze, kiedy nagle pojawiłeś się ty wraz z ruchem oporu, pomyślałem wtedy: cholera jasna, jeszcze tylko ciebie tam brakowało. Już wtedy wiedziałem do czego im są potrzebne moje badania, a przynajmniej domyślałem się. Po przegranej dla was bitwie przetransportowano cię do św. Munga, skąd musiałeś uciekać, inaczej trafiłbyś prosto w łapy śmierciożerców. Całe szczęście udało wam się zbiec – tobie i temu innemu czarodziejowi – a ja wam w tym pomogłem, bo przecież nie poinformowałem nikogo, że ktoś się podszył pod Grahama. Od razu poznałem, że coś jest nie tak! Jako, że zdrada zostałaby prędzej czy później odkryta, miałem dwa wyjścia: uciekać albo zostać i postarać się ukryć wszystko na czas. Nietrudno się domyślić, że wybrałem drugą opcję.

Harry wziął głęboki wdech, próbując przyswoić i uporządkować nowe informacje w głowie.

— Czyli ukryłeś w swoim umyśle coś, nie chcąc, by śmierciożercy to dostali? I Rosie jest kluczem do tego?

— Tak, dokładnie to. — Andy zagapił się na swoją dłoń, na zmianę zaciskając i rozluźniając palce. — Ale żebyś to dokładnie zrozumiał, teraz muszę się trochę cofnąć… Wróćmy jeszcze do mojej pierwszej nieudanej transplantacji duszy. Widzę twój wzrok, Harry. Proszę, uwierz mi, robiłem to w dobrej wierze — wtrącił, a chłopak natychmiast przybrał obojętny wyraz twarzy. Ledwo panował nad swoimi emocjami, ponieważ wiedział, do czego powoli zmierza Andy. — Nie udało mi się uratować życia tego chłopaka, transplantacja nie powiodła się. Byłem zdruzgotany. Jeszcze na dodatek wszystko wyszło na jaw; jak się okazało, mojemu znajomemu strażnikowi wystarczyło zaproponować jeszcze większą sumę pieniędzy, by wszystko pięknie wyśpiewał Grahamowi. Graham był bardzo podejrzliwy, obserwował mnie, z czego nie zdawałem sobie sprawy. Nie potrzebował dużo czasu, by odkryć moją tajemnicę. Merlinie, moja kariera i dobre imię wisiały na włosku. Wszystko mogłem zaprzepaścić przez swoją cholerną ciekawość! Nie dość, że ukradłem umierającego pacjenta i skorupę więźnia, to dodatkowo zrobiłem coś, co budzi ogromne kontrowersje. Cholera, dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jakie to niemoralne i nieetyczne… Chciałem zabawić się w samego Boga!

— Ale udało się w końcu, prawda? — spytał Harry, próbując powstrzymać drżenie głosu. Od pewnego momentu ich rozmowy w jego głowie kołatała się Tonks. Czy to właśnie on był odpowiedzialny za to, co jej zrobił? A co, jeśli tak?

Andy posłał mu intensywne spojrzenie. Nieznacznie zawahał się, zanim kontynuował:

— Graham początkowo się wściekł. Teraz wiem, że tylko udawał, chciał mnie tylko zastraszyć. Wiedział, że ukończenie tych studiów i bycie magomedykiem jest moim marzeniem, pogrywał na moich emocjach. Zagroził, że wylecę z praktyk i studiów, a tym samym przekreślę swoją karierę. Jednakże, postawił mi warunek, ultimatum. Jak to on sam określił, miał dla mnie propozycję wprost nie do odrzucenia. Już wiesz, co to miało być, Harry? Współpraca ze śmierciożercami! To znaczy, jeszcze wtedy nie wiedziałem, że będę pracować akurat dla nich, to okryłem później; powiedziano mi, że muszę spłacić swój dług pracując dla pewnych ważnych ludzi. Cóż, zgodziłem się bez żadnego wahania, tu chodziło o moje przyszłe życie. Merlinie… dałbym wszystko, żeby to cofnąć. Jak raz wdepniesz w takie gówno to potem już nie ma odwrotu. Zrobiłem coś strasznego i nieetycznego, ale jednocześnie zostały zauważone moje zdolności. I w ten sposób została uratowana moja kariera, a oni mieli geniusza na wyłączność — zaśmiał się i Harry sam nie mógł powstrzymać się przed parsknięciem.

— Aleś ty skromny.

— To moja najlepsza cecha — rzucił zawadiacko Andy; po chwili znowu spoważniał. — Początkowo moi nowi współpracownicy i wtajemniczeni magomedycy traktowali mnie jak skrzata domowego, ale po pewnym czasie… zainteresowali się moim porzuconym projektem. Tak, chodzi o tę transplantację duszy. Jeszcze dokładnie nie wiedziałem po co im ta wiedza, ale nie wnikałem w szczegóły – bałem się o własny tyłek. Zdawałem sobie sprawę, że pracuję z niebezpiecznymi ludźmi. Czemu byłem takim tchórzem i zgodziłem się na to wszystko? — Andy w głębokim zamyśleniu zadał to pytanie sobie po czym dalej ciągnął: — Skończyłem bez problemów studia z najwyższymi notami i referencjami, dostałem własne laboratorium… i zlecono mi dalsze badania nad istotą duszy i ideą transplantacji. Nie powinieneś być w sumie zdziwiony, że w końcu udało mi się tego dokonać.

— Czy… zrobiłeś to jakiejś kobiecie? — Harry zamarł, czekając na odpowiedź. Brwi Andy'ego wystrzeliły do góry.

— Kobiecie? Nie, to nie była kobieta. — Potrząsnął głową, a chłopak poczuł ulgę i jednocześnie pewnego rodzaju rozczarowanie. — To znowu był jakiś bezimienny, zmasakrowany młodzieniec. Przeniosłem jego duszę z umierającego ciała do skorupy innego więźnia skazanego na Pocałunek Dementora. I po tym wszystkim – zamiast euforii – ogarnęło mnie przerażenie, ponieważ to, co stworzyłem… nie było człowiekiem.

Harry'ego oblał zimny pot.

— Jak to?

— Dostałem całe stosy dokumentów i rysopis tej osoby, której duszę przenosiłem. Miałem zdać raport, czy ten chłopak w jakikolwiek sposób się zmienił po przetransportowaniu duszy do innego ciała. Transplantacja co prawda się udała, pacjent wybudził się ze stanu wegetatywnego, jednak… jego dusza była uszkodzona. Merlinie, żebyś tylko to widział... Żebyś tylko widział, jakie on miał spojrzenie. Do dziś mam koszmary o tym… czymś. Patrzenie w jego oczy nie było niczym innym, jak spoglądaniem w najmroczniejszą, najbardziej przerażającą otchłań, jaką tylko możesz sobie wyobrazić. Oczy są zwierciadłem duszy, prawda? Niby głupie powiedzenie i banał, ale to takie cholernie prawdziwe. Otworzyłem pierdoloną bramę piekła, przysięgam.

— I co zrobiłeś?

— Zabiłem go.

— Co?!

— Zabiłem go, zanim ktokolwiek zdążył odkryć, że powiodła mi się transplantacja. Miałem wiedzę, która w nieodpowiednich rękach mogła zdziałać coś strasznego, rozumiesz? Ale nie mogłem też przestać nad tym pracować, nie chciałem umierać. — Oczy Andy'ego zrobiły się niebezpiecznie błyszczące. Jego głos zaczął się łamać. — Musiałem to zrobić, inaczej… ale nie mogłem też żyć z tą świadomością, że dopuściłem się czegoś takiego. To nie była istota ludzka, w żadnym wypadku.

— Ale i tak się udało — wtrącił Harry, czując jak opanowanie wymyka mu się spod kontroli. — Graham Ray… wtedy, w dworze Malfoyów… spytał się mnie, czy podoba mi się jego podarunek. Chodziło o pewną kobietę, aurora…

— Nimfadora Tonks — wtrącił Andy. — Pamiętam, mówiłeś o niej podczas naszej rozmowy z Matsem, na samym początku twojego pobytu tutaj. Ale u niej nie dokonano poprawnej transplantacji duszy, wnioskując z tego, co nam powiedziałeś.

— Jak to?

— Ach, i tutaj zaczyna się mój sabotaż. Widzisz, zabiłem tego młodzieńca, ale jakiś raport musiałem zdać. Napisałem, że transplantacja co prawda się udała, ale wynikły pewne komplikacje, przez które dusza nie utrzymała się w ciele. To było oczywiście kłamstwo, bo wszystko powiodło się w stu procentach. Jednak to była wiedza, którą postanowiłem zatrzymać tylko dla siebie. Skłamałem w raporcie, napisałem jakieś kompletne bzdury.

— Nie wydaje mi się, że były to bzdury. — Harry zwęził oczy. — Tonks…

— Nie miałem z nią nic wspólnego. Nie pracowałem nad przypadkiem jakiejkolwiek kobiety. Z twojej opowieści można wywnioskować, że jej ciało gniło od środka, transplantacja była ewidentnie spartaczona, cholerna fuszerka. Wspominałeś o jakimś dziwnym zapachu, który unosił się tuż nad nią, prawda? Czułeś kiedykolwiek fetor rozkładającego się ciała? Może to był ten zapach? Prawdopodobnie obca dusza z premedytacją pożerała skorupę, była pasożytem. To w ogóle nie powinno się wydarzyć przy poprawnej transplantacji, już bliżej jej było do Inferiusa, czyli zwłok sterowanych czarną magią, niż…

— Ty…

— Widzę, że nie będziesz miał problemu z zabiciem mnie po tym wszystkim — rzucił Andy, zerkając na niego z leniwym uśmiechem. — Jesteś wściekły. Dobrze. Możesz to zrobić teraz albo jeszcze posłuchać co mam do powiedzenia.

Harry wziął głęboki, drżący wdech.

— W jaki sposób sabotowałeś akcje śmierciożerców? — zapytał, próbując zająć swoje myśli czymkolwiek, byle nie faktycznym spełnieniem prośby mężczyzny.

— Kradłem wyniki badań. Podmieniałem je. Robiłem jeden wielki bałagan, na tyle niespostrzeżenie, na ile się da. Podsuwałem błędne odpowiedzi jako prawdziwe, w końcu ciągle eksperymentowaliśmy, więc niepowodzenia nie powinny być niczym dziwnym, prawda? Robiłem wszystko, byle opóźnić nasze prace nad finalnym projektem…

— Finalnym projektem?

— … a raz zrobiłem coś naprawdę niedorzecznego. Zgaduję, że to właśnie po tym zdecydowano się mi dać ostrzeżenie w postaci masakry w Staines. Oni wiedzieli. Spodziewałem się, że mój wyskok jakoś zaważy na dalszych losach tej wojny, w końcu nic nie pozostaje bez odpowiedzi, ale żeby coś takiego? Nie mogli mnie po prostu zabić? — Sturgis pokręcił głową w niedowierzaniu. — Od jakiegoś czasu już oficjalnie należałem do sztabu naukowców Grahama, który z kolei podlegał – jak się okazało, tylko pozornie – śmierciożercom i Sam-Wiesz-Komu. Zostałem zaproszony w roli podnóżka na małe spotkanie towarzyskie, gdzie nie brakowało dobrego jedzenia, alkoholu i prawdziwych skurwysynów. Postanowiłem wykorzystać fakt, że senior Malfoy ma jakiś niezdrowy pociąg do młodych, szlamowatych – i przez co się doskonale rozumie, nieczystych – mężczyzn. Ironia, prawda? Jak myślisz, to jakiś kompleks wyższości? No cóż, plotki krążące wśród innych śmierciożerców okazały się prawdą. Obrzydlistwo, możesz to sobie wyobrazić? — Wykrzywił się pogardliwie. — Fuj, do dziś mnie skręca na samą myśl.

— Byłeś w dworze Malfoyów? Ty? — zapytał Harry, starając nadać się swemu głosu tak neutralny ton, na jaki tylko mógł się zdobyć. Poczuł się bardzo nieswojo i próbował nawet zepchnąć tę emocję na samo dno, ale ona wciąż i wciąż wypływała na wierzch. Uspokój się Potter, powiedział sobie. Też trząsłbyś się z obrzydzenia, gdyby Lucjusz Malfoy zechciał położyć na tobie łapska. Nie dlatego, że brzydzi cię sam fakt pieprzenia się z facetami.

— Och, cóż za zaskoczenie! Do czego to doszło, żeby prawdziwi czarodzieje mieli za współbiesiadnika obrzydliwą, śmierdzącą szlamę? To było jedno z najgorszych doświadczeń mojego młodego i jeszcze wtedy dość niewinnego życia! Dobra, żarty na bok. Zabawa trwała w najlepsze, kiedy senior Malfoy postanowił dać się ponieść swoim ohydnym żądzom. Jeśli mam być szczery, nawet nie musiałem się za bardzo starać, byśmy znaleźć się z nim sam na sam. Pozwól, że pominę co pikantniejsze szczegóły — zaśmiał się sucho, a Harry sztywno kiwnął głową. — Moje jedyne pocieszenie w tym, że udało mi się podmienić co ważniejsze teczki, niektóre trochę zdekompletowałem. Tak, wiem, to się nazywa desperacja. Zamiast finalnego projektu i tego wszystkiego, co skrywa moja Rosie, podłożyłem tam prace nad strukturą zaklęcia zabijającego, ale…

Harry'emu opadła szczęka.

— Jasny gwint! — wykrzyknął zdębiały. Mięśnie oplatające żebra zaprotestowały ostrym rwącym bólem, ale miał to gdzieś. — Niech to szlag! Miałem te badania w ręku! Wiem o czym mówisz! Kurwa!

Teraz nastała kolej Andy'ego, by zachłysnąć się właśnie wdychanym powietrzem.

— Co?! Jak to, miałeś je w ręku?!

— Nasz szpieg! Nasz szpieg wśliznął się do posiadłości i skopiował dokumenty! Pierdolona żółta teczka!

— Merlinie, ale jakim cudem?! Kto był waszym szpiegiem? A już myślałem, że to ja jestem szalony…

— … Draco Malfoy. Syn Lucjusza. Cholera, teraz już wiem, co miał na myśli! Kiedy wrócił z misji, powiedział nam, że wyczuł w dworze czyjąś obecność! Był święcie przekonany, że już ktoś wcześniej grzebał w tych szufladach i go ubiegł, bo, cholera, to absurdalne, dom mu powiedział! Wiedziałem! — Harry nie mógł powstrzymać tego ataku szału i jednocześnie niewyobrażalnego zdumienia. — Mieliśmy rację, te przeklęte papierzyska były niekompletne, bo to TY w nich grzebałeś! — Wycelował oskarżycielski palec w stronę Sturgisa.

— Mieliście szpiega w szeregach śmierciożerców — wymamrotał żałośnie Andy.

— Mieliśmy aż dwóch.

— Kurwa. Szpiega, który zdołał dostać się do komnat zaufanego sługusa Sam-Wiesz-Kogo i ot tak po prostu wszystko skopiował. Gdybym tylko nic nie podmieniał, dowiedzielibyście się o wiele wcześniej!

— Kilka tygodni naszej ciężkiej pracy poszło się jebać…

— Och, jebanie. Dobre słowo. Wyobraź sobie, że mnie też wyjebano…

— … i dreptaliśmy w kółko…

— … na darmo.

Spojrzeli po sobie. Nie odzywali się dłuższą chwilę, dysząc i gapiąc się na siebie w ciężkim szoku.

Harry nie był pewien, który z nich pierwszy wybuchnął histerycznym śmiechem.

— To absurdalne! — wykrztusił, spazmatycznie łapiąc powietrze. — Nie mogę…

Sturgis, którego śmiech zaczął coraz bardziej przypominać rozpaczliwe wycie, nie był w stanie wydusić z siebie słowa.

Harry wytarł dłońmi łzy z policzków.

— Dobra, nie jest tak źle — stwierdził ochrypłym głosem. — Kto wie, co by było, gdybyś zostawił te dokumenty?

— Nie jest źle? Kurwa mać. Gdybym tylko ich nie podmienił, nie sprowokowałbym śmierciożerców i oni nie zaatakowaliby Staines… Prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkali. Nie wylądowałbym tutaj. To samo tyczy się ciebie.

— W zamian za co? Nawet nie masz pojęcia, jak bardzo byliśmy w tamtym momencie w dupie. Zawsze dwa kroki za nimi. Przybywaliśmy na miejsce ataków śmierciożerców o wiele za późno, nie było nawet czego… kogo zbierać. — Andy na te słowa zamknął oczy i nieznacznie się skrzywił, jakby te słowa wywoływały w nim fizyczny ból. — Nawet nie wiedzieliśmy na czym stoimy, dopiero twoje wspomnienia otworzyły nam oczy. Choć, z drugiej strony, można powiedzieć, że było jeszcze gorzej. Nie tego się spodziewaliśmy.

— Wiem, co masz na myśli — przyznał Andy. — Nie chciałem tej wojny, a przyłożyłem do niej rękę. Kto by pomyślał, że tak to wszystko się rozwinie? Nie mówię tylko o transplantacji, która przecież miała ratować życia, ale Rosie też… Cholera, teraz czuję się jak Otto Hahn — zaśmiał się i niespodziewanie odwrócił się plecami do Harry'ego. .

— Kto?

— Otto Hahn, mugolski fizykochemik. W trzydziestym ósmym rozszczepił jądro atomu, dzięki temu odkryciu zaistniała możliwość wytwarzania ogromnych ilości energii tanim kosztem. Ale to jednocześnie posłużyło do skonstruowania najniebezpieczniejszej broni masowego rażenia, jaką tylko ten świat widział. Zastosowanie broni nuklearnej wymusiło kapitulację Japonii, co też definitywnie zakończyło drugą wojnę światową mugoli, ale jakim kosztem? I kiedy o tym myślę, zadaję sobie pytanie: do jakich rozwiązań my będziemy musieli uciec, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się tego szaleństwa? Każdy z nas powinien się zastanowić; co jesteśmy w stanie poświęcić, kogo jesteśmy w stanie poświęcić, by to definitywnie zakończyć? Wybierzemy osławione „mniejsze zło", które równie dobrze może okazać się wymordowaniem ponad połowy czarodziejskiej – albo jak kto woli, mugolskiej – populacji? I to wszystko w imię większego dobra? Dobre żarty.

— Andy?

— Może i Sam-Wiesz-Kto nie żyje, ale wojna wciąż trwa — powiedział cicho i powoli, jakby w głębi zastawiał się nad każdym słowem.

— Andy. Byłeś przerażony, kiedy dowiedziałeś się o jego śmierci. — Sprężyny łóżka skrzypnęły; mężczyzna z powrotem odwrócił się przodem do Harry'ego, a jego wyraz twarzy był trudny do odczytania. — Nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi. Widziałem. Co? Znowu zamierzasz…

— Czas wielkiego Führera jeszcze nadejdzie, zobaczysz. — Andy wykrzywił wargi w mało radosnym uśmiechu. — Sam-Wiesz-Kto był tylko narzędziem, całkiem przydatnym, ale wciąż tylko narzędziem. Przestał być potrzebny, bo już odwalił lwią część roboty. Zasiał ziarno i pielęgnował je, by pięknie zakwitło, ale po pewnym czasie sam stał się kłopotliwym chwastem, który należało wyrwać, zanim narobiłby więcej szkody niż pożytku.


— Stop. Stop.

— Deirdre?

— Poczekaj. Muszę pomyśleć. (westchnienie) Nie, nie rozumiem. Próbuję to wszystko uporządkować w głowie, ale…

— Co, trudno w to uwierzyć?

— … tak. Nie mogę zrozumieć jeszcze jednego. Sam-Wiesz-Kto próbował odebrać twoje ciało, ale nie udało mu się. Próbowano przeprowadzić na tobie transplantację, ale to zupełnie inaczej wyglądało, niż to, co twierdzi Andrew Sturgis…

Śmiech

— Niech zgadnę. Twierdzisz, że któryś z nas kręci, tak?

— Tego nie powiedziałam.

— Rozmawiasz z wariatem, trzeba było być świadomą ryzyka.

— Harry.

— Dobrze, dobrze. Pozwól mi wytłumaczyć. Andy sam nie wie, jak przeprowadził udaną transplantację u obiektu jedenastego…

— Obiektu jedenastego? Obiektu?

— … tak, tak go nazywali. Pierwszy i zarazem ostatni udany eksperyment tego typu, który wyszedł spod jego rąk. Zabił go, pamiętasz?

— Tak.

— Powiedział, że transplantacja z wykorzystaniem Dementora nie powiodła się. Musiał zatem znaleźć inny sposób i w końcu udało mu się tego dokonać. Jednak ta cała wiedza przepadła, kiedy do akcji wkroczyła Rosie Rat. Niemal całkowicie zniszczył dokumentację idei transplantacji i finalnego projektu. Natomiast to, co sam wiedział – ukrył w swoim umyśle, albo równie dobrze gdziekolwiek indziej. Rosie jest kluczem do tej całej wiedzy, którego Graham ani inni magomedycy nie potrafią użyć. Jeszcze.

— Nie lepiej by było, gdyby po prostu… wymazał sobie pamięć? Ponieważ zdążył zniszczyć dokumentację, następnym rozsądnym krokiem byłoby…

— …wymazanie sobie pamięci? To byłby dla niego wyrok śmierci. Deirdre, proszę. Rosie to jego zabezpieczenie, nie rozumiesz? Nie zabiją go, dopóki nie znajdą swoich odpowiedzi. Andy kupił tym samym sobie czas – Graham błądzi w kółko, bazując na marnych pozostałościach zniszczonej dokumentacji i pamięci swoich współpracowników. Byli głupi i nieostrożni, nawet nie przewidzieli takiej możliwości, że Andy może ich zdradzić. To przecież był człowiek, który był bardzo oddany swojej robocie i w większości projektów odrywał główne skrzypce… Sprytne i bardzo ryzykowne. Przechytrzył ich wszystkich!

— Kupił sobie czas? I co z tego ma? Życie w tym miejscu…

— Nie tylko sobie. Kupił czas także tobie, mnie, cholera – wszystkim! Poza tym… mogli mu odebrać wolność, godność, ale wiesz, czego nie zdołali mu odebrać? Nadziei.

Führer. Wódz. O co chodziło Andy'emu, mówiąc, że czasy wielkiego wodza jeszcze nadejdą?

— Ach, i w miarę zgrabnie powróciliśmy do mnie, Voldemorta i nieudanej transplantacji. Opowiedziałem Andy'emu ze wszystkimi szczegółami, jak przebiegła noc w Wiltshire. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo był zdziwiony tym, co usłyszał. Z drugiej strony, wcale nie był zaskoczony – może to i brzmiało niedorzecznie, ale miało też sens.

— Sens?

— Graham i inni magomedycy najprawdopodobniej nie chcieli przeprowadzać żadnej transplantacji. Chodziło im tylko o zabicie Voldemorta. A może to faktycznie była próba transplantacji? W końcu coś dziwnego i rozdzierającego czułem w środku… Może stworzyli nową klątwę, albo użyli jakiegoś starego morderczego zaklęcia, a moje ciało wykorzystali jako przewodnik, bazując na podobieństwu naszych rdzeni magicznych, ale jeśli tak – to dlaczego nie zabiło i mnie? Poza tym, podstawowym pytaniem jest – jak zabili Voldemorta? A może ten cały cyrk z transplantacją był tylko po to, by odwrócić uwagę Voldemorta? Może któryś z magomedyków celował w niego różdżką przez cały czas i czekał na dogodny moment? Jak sama widzisz – nie wiemy nic. Teorii jest mnóstwo. Jedno jest pewne: cokolwiek zrobili, pokazuje, jak bardzo są niebezpieczni. Wkroczyli na nowe nieznane tereny magii – ba, połączyli czarną magię ze zdobyczami nowoczesnej medycyny. (śmiech) Historia tworzy się tuż przed naszymi oczami!

— Wciąż nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Ale podsumowując… Graham Ray i jego współpracownicy zabili Czarnego Pana, bo przestał być potrzebny. Trzymają cię w zamknięciu, bo nie mogą pozwolić, by symbol wymknął im się spod kontroli. Twój współloka… współwięzień, Andy Sturgis, zabezpieczył i zamknął w swoim umyśle wiedzę, która w niepowołanych rękach może… cholera, nie, to niedorzeczne!

Śmiech

— Nie wierzysz mi.

— Harry, posłuchaj sam siebie.

— Dobrze. Możesz mi nie wierzyć. Ale w takim razie po co wyłącza… (trzask) …albo możesz posłuchać, co jeszcze mam do powiedzenia. Wybór należy do ciebie.

— Harry…

— Wierz mi, to jeszcze nie koniec.


Trzymajcie kciuki, żebyśmy znowu mogli się zobaczyć za tydzień! :D