TrustNo1PL, Cati3M, Lilieanne, Hakkarii, glum-glum, Darca – Dziękuję Wam za komentarze, jesteście wspaniałe! :)

Niestety rozdział z małym poślizgiem i dodatkowo niebetowany. Sporo się u mnie i u mojej bety pokomplikowało (przez co rozdział jest bez korekty, nie chciałam już dłużej czekać), stąd spóźnienie, za co najmocniej przepraszam. Pewnie za jakiś czas wrzucę poprawiony rozdział.

Zapraszam zatem na (tym razem definitywną) przedostatnią odsłonę Zarazy. Będę wdzięczna za wszelkie opinie, kochani! (jak i wskazanie ewentualnych błędów :))


Rozdział XIV


Drzwi zostały otwarte i Andy wpadł do pokoju, potykając się o własne nogi i upadając na podłogę. Harry momentalnie podniósł się z łóżka i ruszył mu na pomoc.

— Nie — wydusił Andy, ale Harry puścił to mimo uszu; przerzucił jego ramię przez swoje barki, owinął wolną rękę wokół tułowia i pomógł mu wstać. W akompaniamencie jęków mężczyzny powoli dokuśtykali się do łóżka. — Cholera. Raczej nie powinieneś mi pomagać — rzucił trzeźwo, wyjątkowo nie będąc otumanionym eliksirami. Z westchnieniem położył się na posłaniu, Harry usiadł tuż obok niego.

— Co tym razem? — Harry powinął górę piżamy, tam, gdzie na materiale pojawiły się niewielkie czerwone plamy. Bok Andy'ego był trochę otarty, nic poważnego, jednak wystarczająco mocno by uszkodzić skórę. Harry wziął swoją starą poszewkę od poduszki, która od jakiegoś czasu służyła im do wycierania krwi; wcześniej była śnieżnobiała i miękka, ale teraz materiał zdążył zesztywnieć i zabarwić się na rdzawy kolor.

— To nic takiego — zaprotestował Andy, ale Harry zwilżył poszewkę odrobiną wody z kranu i delikatnie przetarł jego ranę. — Chyba lubisz mnie dotykać, co?

— Ha, ha.

— Hej, zaczerwieniłeś się.

— Ha. Zabawne.

— Co, jestem za stary?

Harry zmarszczył brwi.

— Ile masz lat?

— Nie wiesz?

— Nie, nigdy nie mówiłeś. I nigdy cię o to nie pytałem. Chyba.

— Dwadzieścia osiem. Och, przyszedł czas na zwierzenia.

Krew wciąż się sączyła z otarcia. Harry docisnął mocniej materiał do rany.

— Nie wierć się.

— Ravenclaw. Wybitne wyniki owutemów ze wszystkich przedmiotów poza obroną, jestem beznadziejnym pojedynkowiczem. Sportowcem też. Nie umiem się bić. Moi rodzice, mugole, są patologami sądowymi. Kiedy miałem siedem lat, wlazłem do gabinetu ojca i znalazłem tam szczegółowe zdjęcia jednej ze spraw, staruszek lubił przynosić pracę do domu. To chyba była jama brzuszna przeżarta przez jakieś robactwo, okropność. To wystarczyło, bym przez kolejne dwa lata moczył się do łóżka. Chyba przez to mi odbiło, tak myślę, inaczej nie zechciałbym potem zostać magomedykiem i grzebać się w czyichś flakach.

Harry parsknął i rzucił mu długie spojrzenie.

— Masz śliwę pod okiem. Wyglądasz jak debil.

— Chciałeś powiedzieć: zachwycająco — wymruczał. Harry nie wytrzymał i zaśmiał się głośno. — Masz śliczny uśmiech.

— Bogowie, nie. Nie.

— Andrew Sturgis, przyjemność po mojej stronie. — Andy poruszył sugestywnie brwiami. — To co, dalej jestem za stary?

Za młody, chciał odparować Harry, ale w porę zatrzymał język za zębami.

— Nie kręcą mnie stare dziady. — Andy zrobił zranioną minę, ale długo jej nie utrzymał, sam się zaśmiał i potem jęknął z bólu.

— To nasza pierwsza… normalna rozmowa — powiedział po chwili. Harry milczał, odsuwając szmatę od rany; krew w końcu zaczęła krzepnąć. — Omawianie planów psychopatów nie należy do normalnych rozmów.

Harry przytaknął, myślami błądząc gdzie indziej. Przykrył nieco wklęsły brzuch Andy'ego piżamą; nie mieli żadnych opatrunków, jedyna nadzieja była w tym, że magomedycy któregoś wieczoru zlitują się nad nimi i przyjdą ich podleczyć. Żebra Andy'ego były coraz bardziej widoczne, szczęka pokryła się nierównym zarostem, skóra nabrała bladego niezdrowego koloru – już nie przypominał tego dość dobrze wyglądającego mężczyzny, którego Harry spotkał po raz pierwszy w św. Mungo. Nie mieli lustra, ale zgadywał, że i on sam wyglądał coraz marniej.

— Co tym razem? — Harry powtórzył swoje pytanie. Andy wpatrywał się w niego intensywnie.

— Są coraz bardziej sfrustrowani — odpowiedział wymijająco. — Nie rozumiem cię.

— Co?

— Naprawdę nie powinieneś mi pomagać. Byłem przekonany, że będziesz mną co najmniej gardzić. A tymczasem… rozmawiasz ze mną. Jesteś tutaj. Robisz to — Andy skinął głową na szmatę, którą chłopak trzymał w ręku.

— Jestem, bo muszę — zironizował Harry.

— Szlag. Wiesz, o co mi chodzi. Dlaczego?

(…to jest naprawdę dziwne, ponieważ… — Znowu zaczął się plątać, czego tak bardzo nienawidził — jesteś prawdziwy w tym, co robisz. Nie udajesz. Nie patrzysz na mnie poprzez pryzmat… tego. — Wskazał na swoją bliznę. — Widzisz mnie takim, jakim jestem naprawdę. Dzieciakiem, który wdepnął w jedno wielkie gówno. Nie jestem dla ciebie bohaterem. — Brwi Snape'a wystrzeliły w górę, a Harry na ten widok uśmiechnął się lekko. — To jest nawet zabawne. Osoba, która szczerze cię nie znosi, jako jedyna traktuje cię jak człowieka.)

Harry zamknął oczy i odetchnął głęboko, próbując wyrzucić wspomnienia ze swojej głowy.

— Teraz siedzimy w tym razem. Poza tym… nie wiem, jak mógłbym ci na to odpowiedzieć. Nie mam odpowiedzi. Po prostu.

— Współczujesz mi?

— Trochę.

— Nie powinieneś — zaśmiał się chrypliwie Andy. — Zabijałem.

(Harry schował się za filarem, robiąc unik przed pędzącym zaklęciem; czerwona smuga pozostawiła za sobą gryzący, siarkowy zapach. Uzdrowiciele rozpierzchli się, zaganiając pacjentów i odwiedzających do sal, przez korytarz w kółko przetaczał się magicznie wzmocniony kobiecy głos, beznamiętnie informujący o zachowaniu spokoju i udaniu się do wyjść ewakuacyjnych. Severus, wciąż będąc pod działaniem eliksiru wielosokowego, zaklęciem posłał ostatniego na tym piętrze aurora na ziemię.

Nagły ruch z boku przykuł uwagę Harry'ego; koło kolejnego filaru, tuż przy schodach prowadzących w dół ktoś przykucnął, następny auror, sądząc po purpurowej barwie szat. Mężczyzna musiał przybyć tuż przed sekundą, ponieważ z uwagą obserwował stojącego tyłem Severusa, nie będąc pewnym co robić. On kalkulował, Harry niemal słyszał jego myśli - swój czy wróg? W końcu Snape wciąż był zamaskowany, obecnie w nikogo nie rzucał zaklęciami. Zaatakować? Nie mógł wiedzieć, czy ten stary mężczyzna w oficjalnych szatach magomedyka jest niebezpieczny, walka na chwilę zamarła. Harry nie zwracał na siebie jego uwagi, będąc ukrytym za filarem i wciąż ubranym w szpitalną piżamę, z daleka wyglądał jak wiele innych pacjentów szukających schronienia. Widział skupienie i niezdecydowanie na twarzy młodego aurora.

I dokładnie wtedy włosy Severusa zaczęły przybierać ciemniejszą barwę, działanie eliksiru słabło. Auror zwęził podejrzliwie oczy, już wiedział.

Harry nie miał wyboru, musiał to zrobić, ale nie zdołał zagłuszyć myśli: schody. Na pewno z nich spadnie. Muszą się stąd wydostać, a to jest jedyne wyjście.

(Czy on ma rodzinę?)

Błysk, świst pędzącego zaklęcia. Harry wlepił wzrok w metalową tabliczkę przymocowaną do filaru, byle nie patrzeć na spadające w dół schodów ciało. „IV piętro, urazy pozazaklęciowe". Ciemne litery zdawały się wibrować tuż przed jego oczami.)

— Naprawdę sądzisz, że ja sam jestem kryształowy? — rzucił Harry, gwałtownie wstając, by przeprać pod kranem szmatę. — Pomagałeś mi tutaj na samym początku, chociaż też mógłbyś mieć to gdzieś. Wciąż mi pomagasz, też przemywasz mi rany…

— Niech mnie, prawdziwy Gryfon.

— Zdziwisz się jeszcze nie raz — powiedział Harry z przyklejonym uśmiechem, piorąc w lodowatej wodzie szmatę z taką siłą, że niemal ją porwał. — Nie jestem pewien, czy sam dałbym sobie z tym radę.

Andy odwzajemnił uśmiech.

— Zobaczymy jak zareagujesz na resztę, którą wciąż mam do opowiedzenia.

Raczej wyspowiadania, pomyślał bezwiednie Harry.

Wcześniejszą rozmowę musieli przerwać z powodu wizyty szpitalnego personelu, którzy przyszli w celu wyleczenia ich obrażeń. Nie narzekali z takiego obrotu spraw – w końcu byli cholernie obolali – jednak nie potrafili powrócić do miejsca, w którym Andy urwał swoją opowieść. Harry nie naciskał na niego, czekał na odpowiedni moment; ale jeśli miał być ze sobą całkowicie szczery, nie był pewien, czy chciałby usłyszeć dalszą część. Właśnie teraz, jak nigdy wcześniej, zdawał sobie sprawę z prawdziwości słów „niewiedza jest błogosławieństwem".

Harry zastanawiał się jeszcze tylko chwilę i kiwnął głową. Usiadł na swoim łóżku, wciąż milcząc i patrząc z uwagą na Andy'ego, który odetchnął głośno przez nos i utkwił wzrok w suficie nad sobą, nie wytrzymując ciężaru jego spojrzenia.

— Zacznij, dobrze? Byłbym wdzięczny.

— Dlaczego zostawiłeś sobie część wspomnień? Przecież nie ukryłeś wszystkiego, niektóre rzeczy wciąż pamiętasz — zapytał Harry. Nurtowało go to od samego początku.

— Trochę z braku czasu, trochę specjalnie. Kiedy tylko wydostaliście się ze św. Mungo, już siedzieli mi na ogonie, musiałem działać bardzo szybko, żeby chociaż część informacji zdążyć ukryć i zaszyfrować. Skasowałem sobie częściowo pamięć, ale mogę ją przywrócić, jeśli użyję kluczu… albo jeśli oni użyją kluczu, którego jak na razie nie potrafią rozpracować. — Andy wykrzywił ironicznie wargi. — Nie wiem jak, wiem dlaczego. Ludzie mają krótką pamięć, wciąż popełniają te same błędy. Gdybym nie wiedział dlaczego to wszystko zaszyfrowałem, mógłbym nieświadomie dążyć do częściowego odtworzenia projektu. Właśnie w ten sposób oni mogliby mój stan wykorzystać.

— Więc dlaczego to wszystko ukryłeś? Dlaczego stworzyłeś Rosie?

— To wszystko sięga o wiele głębiej, niż mógłbyś się tego spodziewać. Mówiłem już o Sam-Wiesz-Kim, który, metaforycznie mówiąc, zasiał ziarno, prawda? — Harry przytaknął. — Zabili go, ponieważ był szaleńcem, nie był już do niczego potrzebny. Kierowała nim ślepa nienawiść do czarodziejów mieszanej i nieczystej krwi, pragnął ich wytrzebić jak jakiś wadliwy gatunek, ale o tym przecież doskonale wiesz.

— No nie mów, że transplantacje duszy i ideologie Voldemorta mają coś ze sobą wspólnego? Poza tym, że szukał sposobu na nieśmiertelność, by te ideologie dalej szerzyć? — Harry uniósł brwi. Jak na razie to wszystko nie trzymało się kupy.

— Mugole mają samoloty, nie potrzebują czarów, by wznieść się w powietrze. Oni również chorują, ale nie potrzebują zaklęć ani naszych eliksirów, by się wyleczyć. Mają maszyny zdolne podtrzymać ludzkie życie. My mamy magię, oni technologię i naukę. Od ponad pięciuset lat żyjemy w zamkniętej społeczności, nieczęsto korzystamy z ich wynalazków czy osiągnięć, ponieważ mamy magię. Jak się okazało, ona nie wystarczy, by przedłużyć nasz gatunek.

— Co? Do tej pory jakoś przecież sobie radzimy…

— Jak dużo znasz rodzin, które mają więcej niż jedno dziecko?

Harry od razu pomyślał o Weasleyach, ale jeśli miał być ze sobą szczery, nie kojarzył drugiej tak wielodzietnej rodziny. Większość czarodziejskich rodzin miała jedno, góra dwójkę dzieci.

— Niewiele — przyznał, wywracając z zakłopotaniem oczami.

— Wojna zdziesiątkowała naszą populację, przyrost naturalny też nie ma się najlepiej. A jeśli dodać do tego rasistowską politykę Sam-Wiesz-Kogo… Czystość krwi ponad wszystko, prawda? Krew nie może zostać skażona. U czarodziejów, właśnie głównie wśród arystokracji, do tej pory jest żywy zwyczaj aranżowania małżeństw między kuzynostwem, w skrajnych przypadkach nawet między rodzeństwem, w celu zachowania jak najczystszej krwi. Na chwilę obecną niemal każdy czystorkwisty ród jest ze sobą w jakimś stopniu spokrewniony! A nauka pozwoliła nam przekonać się, że to nie jest najlepszy pomysł.

— Dlaczego?

— Utrzymywanie stosunków seksualnych między osobami spokrewnionymi nazywa się kazirodztwem, które wśród mugoli jest prawnie zakazane. Dokładniej mówiąc, zakazane jest utrzymywanie takich stosunków i zawieranie małżeństwa do trzeciego albo czwartego stopnia pokrewieństwa. Nigdy nie zastanawiałeś się, dlaczego?

— Nie. — Harry pokręcił głową w zdumieniu. — Jeśli mam być szczery, nawet nie wiedziałem, że jest zakazane. To znaczy, wiem, że zawieranie małżeństwa między rodzeństwem jest co najmniej dziwne. Nigdy nawet bym nie pomyślał, że faktycznie istnieją takie małżeństwa.

— Właśnie, oto przykład czarodziejskiej ignorancji. — Andy nieprzyjemnie się skrzywił. — Pokrywanie się genów u rodziców ma często złe skutki u potomstwa. Wiele czystokrwistych rodów wygasło właśnie w ten sposób – w ekstremalnych przypadkach następne pokolenia były tak słabe i chorowite, że nie miały żadnych szans na spłodzenie kolejnego potomstwa. Impotencja była powszechnym zjawiskiem, tak samo jak charłactwo. Wiesz, że charłactwo dotyka tylko i wyłącznie czystokrwistych? Jeśli w rodzinie mugoli jest dwójka dzieci i tylko jedno z nich ma moc, jest pewne, że u tego drugiego po prostu nie wykształcił się rdzeń magiczny. Jeśli chodzi o charłaków, ich rdzeń jest obecny w organizmie, jednak… jest zmutowany. Uszkodzony. To pozwala nam twierdzić, że charłactwo to coś w rodzaju wady genetycznej spowodowanej chowem wsobnym. Istnieje też teza, że najpotężniejsi czarodzieje pochodzą z mieszanych małżeństw. Ty jesteś mieszany, prawda? Jesteś półkrwi?

— Rodzice mojej mamy byli mugolami, mój ojciec był czystej krwi — przyznał Harry.

Andy zapatrzył się w dal, zastanawiając się nad czymś głęboko.

— I właśnie o to chodziło, dążyliśmy do powolnej samozagłady — powiedział powoli. — Jeśli Sam-Wiesz-Kto sprawowałby władzę, najpewniej dążyłby do wybicia wszystkich czarodziejów nieczystej krwi. Był szaleńcem! Musieli się go koniecznie pozbyć, by jego szalony plan nie doszedł do skutku.

— Mówiłeś coś o… ziarnie, które zasiał. Skoro Voldemort nie był im potrzebny…

— Och, tak, ziarno. Wspólny cel, ale uzyskany zupełnie innymi środkami.

— A ten cel…?

— Stać się jak najpotężniejszym? — podsunął retorycznie Andy. — Jak najliczniejszym? Na chwilę obecną na świecie jest ponad sześć miliardów ludzi, tylko niewielki procent z tego to czarodzieje. Uczyliście się historii magii, więc powinieneś wiedzieć, że jeszcze kilkaset lat temu różnice w populacji nie były tak ogromne, a także nie ukrywaliśmy się przed światem mugoli, nasze kultury mieszały się i wiele czerpały od siebie nawzajem. Do czasu – niestety, to wszystko zmieniło się wraz z polowaniem na czarownice w piętnastym wieku, kiedy to byliśmy u szczytu władzy w Europie. Oficjalnie mówi się o około czterdziestu tysiącach zabitych, jednak mamy dowody, że ofiar było o wiele, wiele więcej… A jeśli dodać do tego światową pandemię dżumy, bratobójcze walki, krwawe wojny z goblinami i olbrzymami, którzy tylko czekali na odpowiedni moment… W każdym razie, dużo wskazuje na to, że wybito ponad połowę ówczesnej magicznej ludności w ciągu niecałych czterystu lat. Sporo, co nie? Do tej pory nasze społeczeństwo nie wróciło do stanu liczebności sprzed piętnastego wieku, patrz, ile czasu już minęło! Ostatnią osobą skazaną za czary była Helena Duncan* w tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym, niecałe sześćdziesiąt lat temu. Czary przestały być przestępstwem w świecie mugoli około pięćdziesiątego pierwszego, ale strach pozostał, jest wciąż żywy. Strach jest potężnym narzędziem. Mugole boją się czarodziejów, nie rozumieją magii. Ba, większość teraz nawet nie ma pojęcia, że w ogóle istnieją prawdziwi czarodzieje, naszą historię i istnienie włożono między bajki… i mogłoby się wydawać, że to jest dla nas całkiem wygodne rozwiązanie. Boimy się ujawnienia i tym samym spowodowania kolejnej fali polowań, która nie jest niemożliwa. Rozumiesz? Te zagrożenie istnieje do tej pory. A gdyby do czegoś takiego doszło… jesteśmy na przegranej pozycji. Jest nas o wiele mniej, nie mamy regularnej armii, dodatkowo jesteśmy rozproszeni po całym świecie i tworzymy niewielkie, zamknięte społeczności w państwach. Patrz, co dzieje się teraz. Jesteśmy podzieleni!

Harry rozumiał.

Dziwak. Nienormalny. Zawsze odtrącony.

Wciąż pamiętał te wszystkie krzywdy, które wyrządzili mu Dursleyowie. Napędzał nimi strach, świadomość, że mieszkają pod jednym dachem z kimś, kto włada dla nich obcymi, kompletnie niezrozumiałymi mocami. Ile było ludzi takich jak on? Z drugiej strony, Hermiona urodziła się w mugolskiej rodzinie, jednak oni potrafili ją zaakceptować. Być może państwo Granger byli przerażeni jej możliwościami i magicznym światem, ale jednocześnie kochali córkę, nie potrafiliby w żaden sposób skrzywdzić swojego dziecka, choćby wzbudzało w nich lęk.

Harry milczał, nie będąc w stanie wydusić z siebie słowa. To było przytłaczające, przerażające i… prawdziwe.

— Wspólny cel — powtórzył dobitnie Andy. — Inne środki. Magia nam nie wystarczy do przetrwania, musimy sięgnąć po broń naszych wrogów, zrozumieć ją, odpowiednio wykorzystać i… być może obrócić przeciwko nim.

— Mugole nie są naszymi wrogami — zaprotestował ostro Harry.

— Ja tak nie twierdzę. Oni tak twierdzą. — Andy wskazał głową na drzwi, mając na myśli ich oprawców. — Tą bronią jest nauka i technologia. Już miałeś przedsmak tego, co może powstać z połączenia magii i nauki. Ciągle brną naprzód nie zważając na konsekwencje, bo czasu mają niewiele…

— Czyli co? Mimo wszystko zamierzają kontynuować działania Voldemorta? Niewiele się od niego różnią, skoro chcą zabijać…

— Nie wiem, być może? Na pewno chodzi o to, by przywrócić czarodziejom ich należne miejsce na świecie. Dość ukrywania się, dość strachu. Wszystko brzmi pięknie, prawda? Ale żeby ten sen się ziścił, musimy stać się liczebniejsi i przede wszystkim silniejsi. Właściwie, to dlaczego mamy się ukrywać? Magia przecież nie jest niczym złym, potrafi zdziałać cuda, jednak jest demonizowana przez mugoli, bo jest dla nich niezrozumiała. Niepojęta. Być może im wcale nie chodzi o wybijanie mugoli? W każdym razie nie tych silniejszych osobników, z którymi potencjalnie możemy się krzyżować…

— Merlinie, już się pogubiłem. — Harry westchnął ciężko, niecierpliwie. — To o co w końcu w tym wszystkim chodzi?

— O siłę, o władzę. O staniu się potężniejszym za wszelką cenę, o czym już wspominałem. Kto wie, do czego możemy się posunąć, by to osiągnąć?

— W sensie?

— Wykasowałem sobie częściowo pamięć, jednak… w mojej głowie pozostały jakieś strzępki informacji. Wiem na pewno, że te laboratoria, które widziałeś, i ci ludzie… oni nie byli tam z przypadku. Każdy był tam z jakiegoś konkretnego powodu. — Harry zbladł. Andy zacisnął usta i kontynuował: — Status krwi i ich pochodzenie było bardzo ważne, ale różnica polegała na tym, że nie wykorzystywano tylko mugoli i czarodziejów półkrwi… czystokrwiści też byli potrzebni. Oni wszyscy byli potrzebni.

— Ale po co…?

— Po to, by zrozumieć. Czym my wszyscy się różnimy? Czym jest magia? Jesteśmy świadomi istnienia rdzenia magicznego, ale czym on dokładnie jest? Czy za magię są odpowiedzialne geny, a może jakaś mutacja jednego genu? A jeśli tak, to czy da się ten gen wyodrębnić i zaszczepić innemu organizmowi? To tylko teorie, moje przemyślenia, ale myślę, że całkiem prawdopodobne. Równie dobrze mogło mi się już wszystko pomieszać. — Andy zakręcił palcem przy swojej skroni. — Te badania są po to, by zrozumieć istotę magii i jej pochodzenie. Głównym celem jest doskonalenie się. Z pozoru nic złego, prawda? Jednak wtedy… przypominam sobie Matsa. Pamiętasz jak opowiadał o zmianach w czarodziejskiej części Niemiec? O jednostkach magicznych i przymusowych szczepieniach na czarodziejskie choroby takie jak smocza ospa? Nie trzeba być geniuszem, by zauważyć pewną zależność i stwierdzić, że coś tutaj konkretnie śmierdzi. On wiedział, że coś się kręci i zabili go za to, że węszył zbyt blisko. Ciebie zamknęli, bo przeszkadzałeś, widziałeś laboratoria…

— Do czego to wszystko zmierza? — wyszeptał Harry z szeroko otwartymi oczami. Jego nogi zaczęły drętwieć od siedzenia w jednej pozycji.

Herrenrasse — westchnął Andy. — To właśnie jego teoria, to znaczy Matsa. Ja się z nią zgadzam.

— Herrenrasse?

— To z niemieckiego. Kiedyś miałem z Matsem bardzo podobną rozmowę, nie powiedziałem mu wszystkiego, jednak wiedział mniej więcej o co chodzi. Pewnego dnia zasalutował strażnikowi, wykrzykując w kółko „herrenrasse" i jeszcze jakieś rzeczy po niemiecku. Okropny język, strasznie agresywny — zaśmiał się Andy, jakby wspominał coś zabawnego. — Pewnie ten strażnik nawet nie wiedział o co Matsowi chodzi, ale i tak wpakował go do izolatki, bo zakłócał spokój innych pacjentów.

— No dobrze, ale co to znaczy? — zniecierpliwił się Harry. Nawet nie zauważył, jak zaczął wykręcać sobie palce.

— Rasa panów.

— Rasa… co? O czy ty mówisz?

— Mats przypuszczał, że te badania będą prowadzić do ciągłego doskonalenia naszego… gatunku. I miał rację! Już poczyniliśmy pierwsze kroki ku temu, próbujemy zrozumieć magię i jej występowanie w ludzkim organizmie. A potem… już się o to postarają, by było nas jak najwięcej, ale wiadomo, nie chodzi tylko o ilość, ale też o jakość. Co nam po armii słabych i przeciętnych czarodziejów? Lepiej celować wyżej, prawda? Brzmi pięknie i bardzo prawidłowo, w końcu chodzi o rozwój, ale wciąż pozostaje druga strona medalu… co zrobić z resztą? Czy to możliwe, że od doskonalenia innych, jesteśmy o krok do eksterminacji reszty, która jest wadliwa pod jakimś względem magicznym? Nowe, silne społeczeństwo, wyzbyte wszelkich chorób; kusząca perspektywa, że nie będziemy musieli się więcej ukrywać i bać. Poza tym, sześć miliardów… to naprawdę bardzo dużo ludzi.

Zapadła cisza. Harry obserwował profil Andy'ego, nie mogąc tego wszystkiego pojąć. Odchrząknął i zaczął niepewnym głosem:

— To wszystko brzmi…

— Nieprawdopodobnie? — podsunął Andy. — Ale dlaczego? Przecież już kiedyś to się zdarzyło. Wiesz, co to eugenika? — Harry zaprzeczył ruchem głowy. — Te słowo wywodzi się z greckiego, eugenes znaczy dobrze urodzony. W całkiem niedalekiej przeszłości, niektóre nacje prowadziły szeroko zakrojoną politykę eugeniki negatywnej, pozbywały się „wadliwych" ludzi ze społeczeństwa, bo byli kulą u nogi! Oni nawet tego specjalnie nie ukrywali, rozumiesz? Segregacja rasowa, przymusowe sterylizacje, w ekstremalnych przypadkach – masowe mordy… A co z ideologią Sam-Wiesz-Kogo? To się już zdarzało, czemu nie może po raz kolejny? Wystarczy strach i dobre rozegranie, wszystko można okrasić pięknymi słowami i marzeniami o utopii. Wystarczy… ziarno idei, które potem wykiełkuje i rozrośnie się jak bluszcz. Idea jest jak zaraza, wiesz, Harry? Rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie, zakorzenia się bardzo głęboko, infekuje zatrważającą ilość osób, popycha ludzi do niewyobrażalnych i jednocześnie przerażających czynów… Tego należy się bać. Zarazy. Oni już padli ofiarą. — Andy ponownie wskazał na drzwi. — Tu nie ma jednego złego, tak jak w przypadku Sam-Wiesz-Kogo. Narażony na infekcję jest każdy. Jeśli kiedykolwiek stąd wyjdziemy, skąd możemy mieć pewność, że nie będziemy jedynymi zdrowymi ludźmi?

Andy zamilkł, będąc kompletnie wyczerpanym. Nie było już czego do opowiadania, wszystko stało się jasne.

Mężczyzna w znajomym już ruchu przewrócił się na bok, przodem do ściany, jak zawsze, kiedy zechciał dać znać, że rozmowa jest już skończona.

Harry siedział nieruchomo jeszcze przez chwilę, wpatrując się głupio w białą ścianę. Umysł opustoszał, przez zdrętwiałe nogi przebiegało mrowienie, a wciąż wykręcane palce zaczęły pobolewać. Dobrze, pomyślał, że jeszcze pamięta jak się oddycha, ponieważ miał dziwne wrażenie, że już nigdy nie odzyska mowy.

Wiedział już wszystko. Nie czuł ani ulgi, ani tym bardziej satysfakcji z tego powodu.


— Deirdre. Milczysz już od co najmniej minuty.

Cisza

— Harry, proszę, mów dalej. Nie zwracaj na mnie uwagi, to nic…

— Deirdre?

— Harry. Pro…

— Dobrze.


Kilka dni później, Harry zakomunikował zdawkowo Andy'emu:

— Buckley wie.

Andy wynurzył głowę spod kranu. Woda z mokrych włosów kapała na jego nagie plecy i ramiona. Potrząsnął energicznie głową, rozpryskując dookoła krople, prychając i przecierając oczy.

— Co? Powtórz!

— Buckley wie! — zakrzyknął zniecierpliwiony Harry.

— Co wie? — Andy odgarnął przylepione do twarzy kosmyki włosów. Od czterech dni nie korzystali z pryszniców znajdujących się w skrzydle sanitarnym, więc musieli radzić sobie na inne sposoby. Całe szczęście mieli do dyspozycji toaletę z umywalką i niewielkie okienko, inaczej smród niemytego ciała byłby nie do zniesienia.

— Że ja wiem? — odparł Harry z uniesionymi brwiami. — Domyślił się, że już wiem, z jakiego powodu tu jesteś.

— I co on na to?

— Nic, tak właściwie. — Uprzejme zdziwienie. Podejrzana satysfakcja. Buckley nic nie powiedział, ale trudno było nie zauważyć wyrazu jego oczu. Harry naprawdę nie wiedział co o tym sądzić, ale z niewiadomych przyczyn pod jego skórą kiełkował niepokój, kiedy tylko sobie o tym przypominał. — Ale nie był zły, czy coś. Chyba w ogóle go to nie obeszło.

Andy wzruszył szczupłymi ramionami, na których już pojawiła się gęsia skórka. Zmoczył wodą zmiętolony w dłoni podkoszulek i zaczął szorować nim swój tors i pachy, wzdrygając się z zimna.

— Merlinie, potrzebuję prysznicu — jęknął marudnie. — Ty potrzebujesz prysznicu. Śmierdzisz.

— Och, bardzo przepraszam. Nie obwąchuj mnie, pozbędziesz się problemu.

— Trudno nie poczuć, kiedy siedzimy ciągle w jednym pomieszczeniu.

Harry wydął lekceważąco wargi i powrócił do przerwanej czynności: wydrapywania kolejnej kreski na wezgłowiu łóżka.

Andy rzucił się na łóżko wciąż będąc rozebranym od pasa w górę, zziębniętym i mokrym, ale za to w nieco lepszym nastroju. Kręcił się w nim przez chwilę, szukając wygodniejszej pozycji.

— Przestań. Chcę pospać — rozkazał zrzędliwym tonem, ale Harry go zignorował. — Mówię serio, przestań. Jeśli ja nie dostanę pierdolca, to ciebie w końcu szlag trafi z samej świadomości ile czasu już tu siedzisz. Czasami lepiej nie wiedzieć.

Harry na chwilę przestał.

— Prawdę mówiąc, właśnie to trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. — Z tymi słowami skrobnął paznokciem jeszcze kilka ostatnich kresek i opuścił rękę na posłanie.

Andy warknął z rozdrażnieniem, natomiast Harry wywrócił oczami. Może Sturgis był jakimś tam geniuszem, ale zdarzało mu się zachowywać się jak rozkapryszone dziecko i bardzo łatwo wpadał w szał. I zawsze musiał mieć ostatnie zdanie, zawsze, inaczej potrafił się dąsać przez pół dnia. Czasami swoim zachowaniem przypominał mu Hermionę. Właściwie… mogliby się dogadać, pasowali do siebie. Harry mimowolnie zachichotał, kiedy w jego głowie pojawiła się wizja dzikich, ożywionych i bardzo mądrych dyskusji prowadzonych przez tę dwójkę.

— Co? — Andy przekręcił się w jego stronę, wyraźnie zainteresowany. — Co cię tak rozbawiło?

— Przypominasz mi pewną osobę. Jest podobnie irytująca.

— Kogo?

— Przyjaciela. — Harry uśmiechnął się, czując ostre ukłucie żalu w klatce piersiowej. Merlinie, czasami wydawało mu się, że mógłby tutaj umrzeć z samej tęsknoty. Nie tylko za Hermioną, ale również…

— Opowiedz mi o nim.

— Chyba o niej, to dziewczyna.

— O, to tym bardziej. Przyjaciółka. Co, czyli nie jest twoją dziewczyną? Nie jest zbyt urodziwa? A może to ty nie masz jaj, żeby się dobrze wokół niej zakręcić?

Harry rzucił mu mordercze spojrzenie i zacisnął wargi. Andy roześmiał się, ponieważ nie miał nic złego na myśli, jedynie się z nim drażnił, jak to zwykle miał w zwyczaju.

— Znamy się od dziecka, jest dla mnie jak siostra — obruszył się. — I jest ładna.

— Ładna? Jak wygląda?

Harry znowu wywrócił oczami.

— Ile masz lat, dziesięć?

— Nie no, serio pytam. Od tego ciągłego patrzenia na samych facetów można tutaj zwariować. Nie możemy raz na jakiś czas pogadać o panienkach, tak dla relaksu? — Harry zesztywniał, ale Andy zdawał się tego nie zauważać. — No i jak z tym będzie? Długie nogi? Duże pie…

— Szczupła, niewysoka — westchnął z rezygnacją Harry, a twarz Andy'ego rozpromienił uśmiech. Merlinie, on naprawdę był pod trzydziestkę? — Długie, kręcone włosy. Ciemne oczy. Ładny uśmiech. — Przełknął ciężko. O ile wspominanie było samo w sobie bolesne, to wyraźny obraz tej osoby przed oczami rozszarpywał jego wnętrzności. — Ma na imię Hermiona. Jest bardzo bystra, chociaż potrafi być wkurzająca, tak jak ty. Dlatego właśnie o niej pomyślałem.

Andy pokręcił się znowu w łóżku.

— Opowiedz mi coś jeszcze — poprosił. Harry uniósł brwi w pytającym geście. — Jak się poznaliście? Masz z nią jakieś miłe wspomnienia? Masz jeszcze jakichś przyjaciół? Nie patrz tak na mnie, chcę wiedzieć. I tak nie mamy czego innego do roboty.

— Niech będzie.


Przez głowę Harry'ego nawet nie przemknęła taka myśl, że zgadzając się na tę prośbę zapoczątkuje ich jakąś nową tradycję. (Co było straszne, swoją drogą – siedzieli tu już tyle czasu, że zaczynali mieć tradycje.)

Cokolwiek, byle nie zwariować, pocieszył się, a po chwili dodał: zbyt prędko.

Harry opowiadał o swoim życiu przed Hogwartem; mówił o Dursleyach, a Andy krzywił się nieprzyjemnie, słysząc historie o komórce pod schodami, brutalnym kuzynie i przymusowym goleniu głowy na łyso. Śmiał się, wizualizując sobie jego przygodę z Ronem, Hermioną i trollem górskim na pierwszym roku. Kręcił głową w niedowierzaniu i wyrazem podziwu w oczach, chciwie chłonąc opowieść o dwunastoletnim chłopcu zabijającym bazyliszka w Komnacie Tajemnic. Rozumiał, kiedy Harry z bólem wspominał o śmierci Syriusza, jego jedynej nadziei o posiadaniu jakiejkolwiek rodziny, mówiąc: ja też kogoś straciłem.

Andy nie pozostawał dłużny, on również dzielił się historiami ze swojego życia – radosnymi, smutnymi i tymi pozornie nic nie znaczącymi.

Czasami Harry zastanawiał się, czy nie powinien kiedyś posłuchać Andy'emu, który twierdził, że ten nie powinien darzyć go ani zaufaniem, ani jakimkolwiek cieniem sympatii. Sturgisa trawiły koszmarne wyrzuty sumienia – zabijałem, zrobiłem wiele złego – ale Harry w jakiś pokrętny sposób odrzucał myśli o nim jak o złym człowieku, bo on sam przeżył niejedno i wiedział, że nic nie jest czarno-białe. Zdarzało się, że nie miał żadnego wyboru i musiał działać tak, by wyjść cało z jakiegoś bagna, nawet jeśli to wiązało się z wyrządzeniem komuś krzywdy (albo, co najgorsze – zabiciem kogoś).

Tylko tyle im pozostało: nie osądzanie siebie nawzajem, ale dzielenie się historiami. Harry czuł, że przeżył już swoje życie i mógł sobie pozwolić na ten luksus patrzenia wstecz i rozpamiętywania, wspominania i opowiadania. Czas mijał, z każdym uderzeniem serca otrzepywał je z malejących pokładów nadziei, a jego świat skurczył się do rozmiarów niewielkiej celi.

Obecnie najbardziej pragnął nie podzielić losu Mamroty; z każdego przesłuchania u Buckleya budził się z ulgą, zdając sobie sprawę, że jeszcze potrafi myśleć, mówić i pamiętać. I chociaż Buckley i jego ludzie odebrali mu prawie wszystko, jeszcze nie zdołali pozbawić go sprawnego umysłu, co nieznacznie podnosiło na duchu. Tylko wspomnienia utrzymywały go przy zdrowych zmysłach; najowocniejsze były te dotyczące Severusa, szalone i pełne kontrastujących emocji. Wtedy żył, teraz zawieszał się gdzieś pomiędzy jawą a snem.

Choćby miał następnego dnia umrzeć, nigdy nie powiedziałby Andy'emu o tym, co wydarzyło się w schronieniu w Czechach. Właściwie, to jeszcze długo unikałby mówienia o Severusie w jakimkolwiek kontekście, gdyby nie jedno zdarzenie.

Harry otworzył wtedy piekące oczy, czując, jak jego serce mocno obija się o klatkę piersiową; przez osłabione kończyny przebiegały fale nieprzyjemnych dreszczy i był cały mokry od potu. I już wiedział, że właśnie wybudził się z narkotycznego snu, który był dość częstym dodatkiem po przesłuchaniu u Buckleya. Harry nic nie pamiętał poza wezwaniem przez strażnika do gabinetu, reszta była rozmazana i dziwnie cicha. Leżał brzuchem na wznak w łóżku, Andy siedział tuż koło i pocieszająco ściskał jego ramię. Harry uniósł głowę na tyle, by móc spojrzeć na mężczyznę; jego twarz była ściągnięta i blada.

— Cholera. Płakałem? — Harry z powrotem wcisnął głowę w poduszkę; gdyby nie był tak styrany, zawstydziłby się. Jego gardło paliło żywcem, jakby połknął papier ścierny.

— Naćpali cię — odparł wymijająco Andy, zdejmując rękę z ramienia Harry'ego i odchodząc do swojego łóżka.

— Mówiłem coś, czego powinienem żałować? — wychrypiał na pozór lekko Harry, a Andy pokręcił przecząco głową; ten gest był tak nieszczery, że momentalnie poczuł jak jego żołądek opada na dół. — Merlinie. Co mówiłem?

— Nic takiego.

— Kurwa.

— Dobra, imię. Severus.

— Szlag — wymamrotał niewyraźnie Harry.

Andy przegryzł wargi, wyraźnie bijąc się z myślami.

— Severus… Snape? Mistrz eliksirów w Hogwacie? Śmierciożerca?

Harry mógł nie odpowiadać; miał możliwość odwrócenia się przodem do ściany i zignorowania pytania. Mieli z Andym niepisaną umowę, że jeśli nie chcieli o czymś rozmawiać, odwracali się i milkli na tak długo, jak im się to podobało. Ale – z niewiadomych przyczyn – nie skorzystał z tego przywileju.

— Nie do końca. To był nasz drugi szpieg w szeregach Voldemorta — wyjaśnił Harry.

Twarz Andy'ego wyrażała uprzejme zdziwienie.

— Och. Pamiętam go ze szkoły, kawał drania, chociaż mi osobiście w niczym nie podpadł. Dalej uczy eliksirów? Miałem niezłe oceny u niego.

— Wciąż uczył, kiedy uczęszczałem do Hogwartu. Ale kiedy skończyłem szkołę… ja, Snape i część osób z mojego roku oficjalnie dołączyła do Zakonu Feniksa.

— Czemu wołałeś jego imię?

— To… osobiste. — Nie, idioto, to źle brzmi. — Pracowaliśmy razem. Snape jest jedynym świadkiem mojego porwania. Tak, walczył wraz ze mną w Wiltshire. Kilka razy uratował mi życie.

— Rozumiem — odparł Andy, uznając te zdawkowe odpowiedzi Harry'ego za zakończenie tematu, jednak widać było, że ostatkiem woli powstrzymywał się przed zadawaniem kolejnych pytań.

Harry przełknął ciężko, odwracając się do Andy'ego plecami. Nie chciał już więcej rozmawiać, miał wrażenie, jakby przeciągnięty przez wyżymaczkę, psychicznie i fizycznie.

Zamknął piekące oczy, modląc się o spokojny sen, niezmącony żadnymi koszmarami.


— I tak to wyglądało. Każdy kolejny dzień był właściwie kopią poprzedniego, naprawdę niczym się nie różniły. W tym miejscu czas na zmianę pędzi i pełznie.

— Trafiłeś jeszcze do izolatki?

Westchnienie

— Oczywiście, kilka razy się zdarzyło.

— Za co?

— Za pyskowanie? Za to, że nie chciałem być potulnym wariatem? Najgorzej jest wtedy, gdy przetrzymują cię tam dłużej niż pierwotnie planowali. „Oj, trzysta dwadzieścia siedem, chyba za bardzo już się przyzwyczaiłeś".

— To cud, że jeszcze nie oszalałeś.

— Naprawdę, Deirdre? Skąd możesz mieć pewność, że sobie tego wszystkiego nie ubzdurałem? Wierzysz mi? (Cisza) …o, interesujące.

— Wypuszczali cię w ogóle na zewnątrz?

— Tak, jak najbardziej. Z jednej strony byłem szczęśliwy, bo naprawdę można dostać cholery w czterech ścianach z jedną osobą. Między mną a Andym nie zawsze jest różowo. Niee, nie jest aż tak źle, w końcu jeszcze się nie pozabijaliśmy. Ale z drugiej strony… wychodzisz i masz wrażenie, że kogoś na śniadaniu brakuje. I to nie jest tylko wrażenie, tylko fakt, bo po jakimś czasie dowiadujesz się, że ktoś trafił do trzynastki. To potrafi zestresować, wiesz? Bo skąd masz pewność, że nie będziesz następny? Po innych widzisz, że to tylko kwestia czasu, dlaczego z tobą ma być inaczej?

Harry potarł wierzchem dłoni rozespane oczy. Musiało być jeszcze wcześnie, pokój spowijał półmrok. Andy wciąż spał, jego oddech był równy i głęboki.

Rozmazany pokój z każdą chwilą nabierał wyrazistości, widział ostre kąty ram łóżek i zmarszczki wymiętoszonej pościeli. Harry zamrugał kilka razy. Podczas wczorajszej wizyty u Buckleya musieli rzucić na niego zaklęcie korekcyjne, tylko czemu nigdy tego nie pamiętał? Za każdym razem nad tym się zastanawiał. A może to był jakiś kolejny eliksir, którym doprawiano jego jedzenie?

Z cichym stęknięciem przekręcił się na brzuch i wyciągnął drżącą dłoń nad głowę. Zauważył, że znowu miał równo przycięte paznokcie. Cholera, nawbija sobie drzazg.

Zaczął skrobać paznokciem po wezgłowiu łóżka, ignorując opieszałe wzdychanie dobiegające z drugiej strony pokoju.

— Pieprz się — jęknął niewyraźnie Andy, przekręcając się na drugi bok. Westchnął jeszcze raz, zakopując się głębiej pod kocem. Harry nawet nie zwrócił na niego uwagi, nieznacznie krzywiąc się z bólu, kiedy kolejna drzazga utkwiła pod jego paznokciem. Po skończonej robocie opuścił głowę na poduszkę i ponownie zasnął.

Kiedy się obudził, jego palec wciąż pulsował tępym bólem; nie był mocny, raczej irytujący. Był w trakcie próby wyciągnięcia kilku większych drzazg, gdy Andy niespodziewanie się odezwał:

— Ile?

— Dziewięć miesięcy — wychrypiał Harry.

Andy wypuścił wstrzymywane powietrze z płuc i wstał z łóżka, by skorzystać z toalety.

Spędzili kilka minut we względnej ciszy, gdy nagle zza drzwi dobiegło echo odległych kroków.

— Rozpieszczają nas ostatnio — sarknął Andy, a chłopak wykrzywił wargi w niewielkim uśmiechu.


Harry odetchnął tak głęboko, aż poczuł ukłucie w płucach. Powietrze na zewnątrz zawsze wydawało się lżejsze.

— No, idź — pogonił go niecierpliwie strażnik stojący obok, a Harry nie powstrzymał się przed puszczeniem mu oczka. Podszedł kilka kroków, zmniejszając dystans między nim a innym pacjentem stojącym w kolejce po śniadanie. Po chwili odebrał swoją porcję i ruszył w kierunku Andy'ego, który już zdążył zająć miejsce przy stole.

— Jest jakieś święto? — Usiadł na krześle tuż koło mężczyzny, podejrzliwie patrząc na tacę. — Znowu tosty z dżemem. To już trzeci raz.

— Nie wiem — wymamrotał z pełnymi ustami Andy, rozglądając się leniwie po zapełnionej stołówce. — Patrz, kurwa, jacy wszyscy szczęśliwi. Mm, zimne tosty z dżemem. Rarytas.

Harry parsknął w kubek, opluwając się letnią herbatą. Wytarł usta rękawem piżamy.

Zanim skończył jeść, podszedł do niego strażnik, ten sam, do którego wcześniej puścił oczko.

— Trzysta dwadzieścia siedem. — Harry uniósł głowę i rzucił mu krzywy uśmiech, nie przerywając przeżuwania jedzenia. — Po posiłku masz się udać ze mną do skrzydła sanitarnego.

— Co, spodobałem ci się? Okej — rzucił nonszalancko, a Andy komicznie wywalił oczy. Strażnik wyglądał na zirytowanego, ale nie odpowiedział na jego zaczepkę.

Po skończonym posiłku Harry wstał od stołu. Andy posłał mu pytające spojrzenie; nie pozostało mu nic innego, jak wzruszenie ramionami. Niby skąd miał wiedzieć, czego od niego chcą?

Strażnik, podążający za nim niczym cień, ciągle milczał, pomimo nagabywania Harry'ego.

Oblał go zimny pot; cholera, chyba jednak powinien być ostrożniejszy. Niech to, czasami powinien wiedzieć kiedy się zamknąć. Tutaj można było zostać obitym właściwie za nic.

Tak się jednak nie stało; zaprowadzono go pod prysznice, gdzie kazano mu się rozebrać i wejść pod strumień ciepłej wody. To było dziwne, ponieważ mył się wczorajszego ranka wraz z innymi pacjentami. Po skończonym prysznicu strażnik przywołał go do siebie.

— Odwróć się. Ręce do tyłu — rozkazał.

— Co? — Cholera. Cholera.

Zniecierpliwiony mężczyzna chwycił go mocno za ramiona i odwrócił do siebie tyłem; Harry prawie pośliznął się na posadzce. Zanim zdążył złapać równowagę i odpowiednio zareagować, mocne więzy skrępowały jego nadgarstki.

Strach go sparaliżował. Merlinie, czy darcie się w niebogłosy pomoże mu w jakiś sposób? Byli tutaj całkowicie sami, nie miał żadnych szans!

Wtedy Harry poczuł śliski dotyk na przedramionach, a w jego nozdrza uderzył mocny, ziołowy zapach. Dłonie strażnika były pokryte jakąś dziwną mazią i przesuwały się powoli do góry, w kierunku barków. Harry prawie skręcił sobie kark, próbując zerknąć do tyłu; różnego rodzaju sińce zaczęły natychmiastowo blednąć na jego skórze.

Co jest?

— Nie ruszaj się — warknął strażnik, a potem chwycił lepką ręką za różdżkę ukrytą za paskiem i przytknął ją do jego policzka, mamrocząc zaklęcie golące. Po chwili poczuł lekkie muśnięcie na ramionach; skrócono mu włosy na głowie i następnie je wysuszono. — Zdejmę teraz więzy. Tam są nowe ubrania. Niczego nie kombinuj.

Harry posłuchał, chociaż w jego głowie kłębiło się milion pytań; zadanie chociaż jednego z nich nie miało sensu, ponieważ wiedział że i tak nie uzyska żadnej odpowiedzi.

Odprowadzono go do sali głównej, czystego, ogolonego i mocno skołowanego.

— Zaczekaj tu, nigdzie nie idź — rzucił na odchodne strażnik, znikając w szarym tłumie. Harry rozejrzał się dookoła; działo się coś naprawdę dziwnego.

Stanął na palcach, ale i tak nigdzie nie mógł dojrzeć Andy'ego.

Z tego wszystkiego ledwie zarejestrował, że obok niego przeszedł ślamazarnym krokiem Starzec, który był jeszcze bardziej zgarbiony niż ostatnio. Chociaż śniadanie skończyło się już jaki czas temu, on dopiero teraz pokonywał dystans dzielący stołówkę i salę główną.

— Nie posiedzę dzisiaj z tobą — powiedział Harry przez ściśnięte gardło. Nawet nie wiedział po co zagadywał – od niego również nie mógł oczekiwać żadnej odpowiedzi. To musiał być stres.

Starzec powoli odwrócił się w kierunku chłopaka; wciąż miał te nieobecne, przejmujące spojrzenie jasnoniebieskich oczu. Harry zastanawiał się czasami, czy mężczyzna nie jest przypadkiem ślepy.

Wtedy stało się coś nieoczekiwanego; pomarszczona dłoń z sękatymi palcami wylądowała na jego ramieniu. Starzec pochylił się do przodu, blade usta poruszały się w bezgłośnie wypowiadanych słowach.

— Hej, co się… — Harry zbladł. Dopiero po chwili zrozumiał, co Starzec próbuje do niego powiedzieć.

Dzisiaj. Dzisiaj.


— A to było coś niezwykłego? Inaczej byś mi tego nie opowiadał, prawda?

Śmiech.

— Oczywiście. On nigdy wcześniej nie mówił, teraz przynajmniej próbował.

— Więc… co miał na myśli? Co miało się wydarzyć tamtego dnia?

Westchnienie.

— Och, no sam nie wiem. Zgadnij.

— Jak to?

— Bo widzisz, ten dzień się jeszcze nie skończył.

Deirdre zmrużyła oczy. Harry odchylił się na krześle, zaplatając dłonie z tyłu głowy i obserwując, jak dopiero co odpalony papieros kobiety zatrzymuje się w połowie drogi do jej ust.


*Helena Duncan istniała naprawdę i faktycznie była ostatnią osobą w Europie skazaną za czary (spędziła w więzieniu 9 miesięcy). Inne źródła mówią jeszcze o Jane R. Yorke, jednak ze względu na jej podeszły wiek, uniknęła więzienia i skazano ją jedynie na niską grzywnę. Zainteresowanych dalszymi informacjami odsyłam do wikipedii - polskiej i angielskiej :)