Ranek przyszedł zdecydowanie za szybko. Harry zaspany zwlókł się z łóżka i od razu z powrotem na nie upadł gdy jakaś wielka pięść zmiażdżyła mu nos i górną szczękę. Ból zamroczył go i złapał się za krwawiącą i bolącą część twarzy.
- Żebyś już nigdy więcej nie nazwał mojej siostry kurwą, bo inaczej porozmawiamy. – Wywarczał Ron. Harry usłyszał jak rudzielec trzasnął drzwiami i chłopak został w dormitorium sam. Opadł na poduszki i zajęczał. Merlinie, Ron musiał użyć jakiegoś zaklęcia dopingującego czy coś. To niemożliwe, żeby normalnemu niećwiczącemu człowiekowi udało się kogoś tak mocno uderzyć. Harry zamrugał, patrząc jak na jego pościeli robi się duża plama krwi. Skrzaty domowe nie będą tym zachwycone. Jeżeli nie chciał by jego nos wyglądał jak Dumbledore'a, to musiał jak najszybciej dostać się do skrzydła szpitalnego, żeby Madam Pomfrey mogła go wyleczyć. Harry wsunął bose stopy w trampki i narzucił na piżamę szkolną szatę. Aby trochę sobie ulżyć namoczył w zimnej wodzie ręcznik i lekko przyłożył do nosa i ust. Mając nadzieję, że nie natknie się na nikogo w drodze do skrzydła szpitalnego, Harry opuścił dormitorium, a następnie Wieżę Gryffindoru.
oOo
- Panie Potter! Co ci się tym razem stało? – Pielęgniarka nie wyglądała na zadowoloną, widząc go już pierwszego dnia szkoły. Poprowadziła go do jego łóżka pod oknem i wyciągnęła różdżkę z kieszeni fartucha.
- Mafem nefyt mią fofufkę. – Harry odłożył na szafkę nocną przesiąknięty krwią ręcznik i Pomfrey wciągnęła gwałtownie powietrze, widząc w jakim stanie była jego twarz. Machnęła kilka razy różdżką i Harry bardzo usilnie starał się nie skrzywić, gdy jego rana zaczęła piec.
- Połóż się na łóżku. Trochę czasu mi zajmie przywrócenie ci tej przystojnej buźki. – Starsza czarownica mrugnęła do niego i poszła do gabinetu, tylko po to by po chwili powrócić z tacą pełną eliksirów. Harry zajęczał na myśl o tym, że miałby którykolwiek z nich wypić. Pielęgniarka nabrała pipetą trochę kremowego płynu i wpuściła kilka kropel do jego ust. Eliksir nie miał najgorszego smaku, chociaż do miłych nie należał. Mimo wszystko chłopak z ulgą powitał znaczne zmniejszenie się bólu. – To musi na razie wystarczyć dopóki nie poskładam ci szczęki.
Harry przytaknął i zamknął oczy, nie chcąc patrzeć na sprawnie pracujące dłonie tak blisko jego oczu. Eliksir przeciwbólowy musiał mieć jakieś działanie znieczulające, ponieważ nie czuł wyraźnie tego, co pielęgniarka robiła z jego twarzą. Pociągnięcie tu, ucisk tam ale nic konkretnego. Za to bardzo wyraźnie poczuł kiedy nastawiła mu nos. Trudno było przegapić to gwałtowne ustawienie się kości.
oOo
Tymczasem na pierwszych w tym roku zajęciach z Eliksirów Severus z niepokojem co jakiś czas zerkał na drzwi klasy. Draco posyłał spojrzenia dziwnie zadowolonemu z siebie Weasleyowi. Harry był spóźniony na zajęcia już pół godziny, a jego przyjaciele powiedzieli, że nie wiedzą gdzie może być. Na domiar złego Gryfon nie pojawił się również na śniadaniu. Jeżeli zaspał, to był naprawdę w potężnych tarapatach. Pod koniec lekcji z kominka wyleciał samolocik złożony z pergaminu i łagodnie wylądował na biurku profesora. Draco patrzył jak jego kochanek rozłożył pergamin i przeczytał wiadomość. Severus zacisnął usta w wąską linię i niebezpiecznie zmrużył oczy. Cokolwiek było w liściku, wybitnie mu się nie spodobało, a gdy praktycznie za nic odebrał Weasleyowi trzydzieści punktów, Draco wiedział, że sprawcą złych wieści byli Gryfoni. W końcu Severus kazał im zabutelkować eliksiry i opuścić salę. Ślizgon poczekał aż wszyscy wyszli zanim podszedł ze swoją buteleczką.
- W porządku? – Severus zmierzył go spojrzeniem.
- Nie. Harry wylądował w skrzydle szpitalnym po tym jak ktoś urządził mu krwawą pobudkę. – Snape machnięciem różdżki wysłał wszystkie buteleczki z eliksirami do późniejszego sprawdzenia i drugim wyczyścił tablicę. – Idę zobaczyć czy Poppy nie potrzebuje czegoś, a ty idź na drugie śniadanie. Powiadomię cię jak będę coś więcej wiedział.
Draco wciąż nie wierząc własnym uszom przytaknął i niechętnie opuścił pracownię. Zanim doszedł do Wielkiej Sali już w nim wszystko wrzało. Cokolwiek się wydarzyło, to na pewno była wina Weasleya! Teraz już wiedział dlaczego rudzielec był taki z siebie zadowolony od samego rana. Jak on śmiał podnieść rękę na jego Harry'ego? Jeszcze poczeka żeby Harry to potwierdził zanim cokolwiek zrobi Weasleyowi, jednak był całkowicie pewien, że cokolwiek się stało, to była jego sprawka. Blondyn zajął swoje miejsce przy stole Slytherinu i zmierzył morderczym spojrzeniem Gryfonów. Weasley i Granger rozmawiali ze sobą jak gdyby nigdy nic, a Gryfoni siedzący blisko nich, przysłuchiwali się im uważnie.
oOo
Severus wpadł do skrzydła szpitalnego jak to było w jego zwyczaju. Poppy akurat zajmowała się oparzeniami dwójki drugorocznych Puchonów. Pewnie zaatakowała ich jakaś roślina na Zielarstwie.
- Dobrze, że jesteś, Severusie. – pielęgniarka uśmiechnęła się do niego, nie przerywając smarowania maścią dłoni zapłakanej dziewczynki. – Idź zobacz tę bliznę. Chyba spowodowało ją jakieś zaklęcie, ale żaden z eliksirów, które mam na stanie i przeciwzaklęcie, które znam, nie może sobie z nią poradzić.
Mistrz Eliksirów przytaknął i skierował się w stronę łóżka, które nawet na wezgłowiu miało już napisane zgrabną czcionką „ŁÓŻKO HARRY'EGO POTTERA". Harry leżał w nim, wsparty na poduszkach i pił z dziecięcej butelki coś, co wyglądało jak rosół. Byłoby to całkiem zabawne gdyby nie wielka czerwona blizna ciągnąca się mu od wewnętrznego rogu lewego oka, poprzez nos, zniekształcająca mu górną wargę i kończąca się na brodzie. Ktokolwiek mu to zrobił, lepiej niech się modli by można było to naprawić i by Snape nigdy nie dowiedział się kim jest winowajca. Harry popatrzył na niego błyszczącymi oczami, gdy zaciągnął za sobą parawan. Po chwili namysłu rzucił też zaklęcie wyciszające, żeby nikt ich nie usłyszał.
- Smacznego. – wyszeptał i odgarnął mu z czoła zagubiony kosmyk. Harry odstawił wypity do połowy rosół na szafkę nocną i uśmiechnął się krzywo do Severusa.
- Dzięki. Zęby jeszcze mnie trochę bolą, więc nie będę za dużo mówił, dobrze? – Gryfon pogładził mężczyznę po dłoni.
- Poppy musiała ci je nastawiać? – Harry przytaknął i Severus bliżej przyjrzał się bliźnie. Jej niecodzienny kolor wyraźnie wskazywał na jakąś klątwę, może nawet coś z czarno magicznego asortymentu. Snape wyciągnął różdżkę i kilka fiolek ze standardowymi eliksirami, które zawsze miał pod ręką. – Przeanalizowanie tego wszystkiego może mi zająć trochę czasu. Chcesz najpierw dokończyć zupę?
Harry potrząsnął przecząco głową i ułożył się wygonie na łóżku, patrząc na swojego kochanka wyczekująco. Jedynym wyrazem napięcia było to jak zaciskał dłonie na pościeli. Severus wątpił by Poppy dała mu lustro by mógł zobaczyć w jakim stanie znajdowała się teraz jego twarz. Gdyby to zrobiła, Harry na pewno nie byłby taki spokojny. Chociaż z drugiej strony nie był aż tak wielkim maniakiem dobrego wyglądu jak Draco. Severus wyrzucił te myśli z głowy i skupił się na wykonaniu zaklęć i testów. Piętnaście minut później dołączyła do nich Pomfrey i z dezaprobatą popatrzyła na ilość wypitej przez swojego pacjenta zupy. Po którymś z kolei zaklęciu, Harry skrzywił się, czując mrowienie i Severus uśmiechnął się do siebie widząc jak blizna się lekko rozjarzyła kilkoma kolorami.
- Co odkryłeś? – Poppy od razu podgrzała zupę i podała ją Harry'emu z miną jasno mówiącą, że nie przyjmie żadnych sprzeciwów.
- To nic czarno magicznego, tylko bardzo zmyślne połączenie trzech niegroźnych zaklęć. Jednym z nich jest na pewno któreś z przyklejających. Stąd wnioskuję, że blizna nie jest wytworem fizjologicznym, ale całkowicie magicznym. Zapewne drugie będzie transmutującym a trzecie nadającym kształt. Mogę spróbować to usunąć, ale jestem pewien, że Filius zrobi to znacznie szybciej i sprawniej. – Severus uśmiechnął się zadowolony, sprawiając, że Poppy i Harry również lekko wykrzywili wargi w uśmiechu. Gryfon powrócił do swojej butelki, podczas gdy pielęgniarka poszła sprawdzić, czy profesor zaklęć miał teraz czas aby się tym zająć. Snape tymczasem nachylił się lekko nad swoim kochankiem i uśmiechnął się do niego diabolicznie. – Szlaban za opuszczanie zajęć, panie Potter. Dziś po kolacji w moim gabinecie. Radzę ci poćwiczyć teraz z tą butelką, ponieważ wieczorem będziesz miał do ssania coś znacznie większego.
Harry zakrztusił się rosołem i zarumienił, słysząc jego słowa. Profesor tylko uśmiechnął się pod nosem, zebrał swoje zabawki i opuścił skrzydło szpitalne, złowrogo powiewając szatami. Teraz musiał przygotować serię pytań mającą na celu wyciągnięcie z Gryfona nazwiska winnego oraz zaplanowanie w jaki sposób się na tym winnym zemścić. I jeszcze szybko napisać notkę do Draco, żeby się nie martwił.
oOo
Flitwick bardzo szybko uporał się z blizną i po wypiciu jeszcze jednego eliksiru Harry mógł opuścić skrzydło szpitalne. Miał jednak mały problem. Ponieważ nie był na śniadaniu, nie wiedział jakie w tej chwili miał zajęcia. Po chwili namysłu zdecydował się przeczekać tę lekcję w Wieży a w czasie przerwy udać się do McGonagall i odebrać swój plan. Dzięki temu będzie mógł wziąć prysznic i ubrać się porządnie. Pomimo ciepła na dworzu, w zamku było chłodno i chodzenie w samej piżamie pod szatami nie należało do najprzyjemniejszych. Harry dość szybko dotarł do portretu Grubej Damy.
- Hasło?
- Tinkiłinki. – Harry miał wielką nadzieję, że jeszcze nie zostało zmienione. Rano z tego wszystkiego zupełnie zapomniał sprawdzić czy już jest nowe na Domowej tablicy ogłoszeń. Niestety Gruba Dama szybko jego nadzieje rozwiała.
- Przykro mi kochanieńki, ale zostało zmienione w czasie drugiego śniadania. – Portret popatrzył na niego ze współczuciem, jednak nie zgodził się otworzyć bez podania prawidłowego hasła. Harry przeklął siarczyście pod nosem, zastanawiając się co teraz zrobić. Do końca lekcji było jeszcze czterdzieści minut, a on naprawdę potrzebował prysznica. Szkoda, że nie mógł skorzystać z tego w komnatach Severusa. Albo z tego, który był w łazience Draco. Szczęściarz miał swój własny pokój i łazienkę. Harry zrezygnowany udał się do ogólnej łazienki piętro niżej. Wyczarował sobie szorstki ręcznik i szare mydło (nigdy nie udało mu się zrobić z tego czegoś lepszego) i wziął prysznic w wyraźnie mało używanej kabinie. Spróbował jakoś transmutować piżamę w coś cieplejszego i bardziej oficjalnie wyglądającego. Może i nie wyszedł mu Armani ani nawet szkolny mundurek, jednak granatowe polarowe spodnie i koszula były lepsze niż błękitna cienka piżamka. Harry rozejrzał się po łazience szukając czegoś co mógłby transmutować w skarpetki. Ręcznik i mydło już się ulotniły. Pewnie gdyby wyczarował je Draco, to nie dość, że byłyby luksusowe, to jeszcze wytrzymałyby kilka lat o ile nie zostałyby zużyte. Gdy nic nie wpadło mu w oko, przeszukał również kieszenie szaty. Z radością powitał odkrycie w jednej z nich brudnej materiałowej chusteczki i transmutował ją w ciepłe skarpetki, które niestety wyszły mu czerwone. Dobrze, że szata zasłaniała jego ubiór. Draco zszedłby na zawał gdyby zobaczył go tak ubranego. Severus pewnie też. Może na pierwszy rzut oka nie było tego po nim widać, jednak mężczyzna zwracał uwagę na swój wygląd i garderobę.
Harry doszedł do wniosku, że już lepiej wyglądać w tych okolicznościach nie może i udał się pod klasę profesor McGonagall. Nie musiał stać pod nią długo. Po kilku minutach wysypali się z niej podekscytowani pierwszoklasiści – Puchoni i Krukoni. Harry cierpliwie poczekał aż w klasie została już tylko McGonagall zanim wszedł do środka.
- Pani profesor… um…
- Oh, Potter. Nie powinieneś teraz zmierzać na swoje zajęcia? – McGonagall zmierzyła go zaskoczonym spojrzeniem.
- No tak, tylko, że w czasie śniadania byłem w skrzydle szpitalnym i nie wiem jakie mam zajęcia. Czy mógłbym dostać mój plan? – Harry modlił się w duchu, żeby profesor nie zaczęła zadawać pytań. Sam nie wiedział co miał zrobić z Ronem. I najwyraźniej też z Hermioną, ponieważ rudzielec nie był wystarczająco inteligentny by wpaść na tak pomysłową kombinację zaklęć. Wiedział, że był na nich zły i, że jakoś się na nich zemści, jednak nie chciał w to wszystko angażować również profesorów.
- Pan Weasley wziął go dla ciebie. Coś nie tak? – Dodała, gdy zobaczyła jak się Harry skrzywił.
- Ron i ja… nie jesteśmy ostatnio w zbyt przyjaznych stosunkach. Obawiam się, że nie ma aż tak wielkiego poczucia obowiązku by przekazać mi mój plan tak jakby to zrobiła Hermiona w tych okolicznościach. – Harry nerwowo przeczesał palcami swoje włosy, które wciąż były nieco wilgotne po prysznicu. McGonagall wymruczała coś gniewnie pod nosem, poczym wyjęła z biurka sporych rozmiarów kajet oraz czysty pergamin.
- Na jakie przedmioty jesteś zapisany?
- Erm… transmutację, zaklęcia, eliksiry, zielarstwo, historię magii… - Harry w myślach odhaczał sobie wszystko na co chodził w poprzednim roku, podczas gdy McGonagall za pomocą różdżki tworzyła dla niego plan zajęć. Na samą myśl o tym, że profesor musiała tak tworzyć plany dla wszystkich od trzeciego roku wzwyż, zaczynał go boleć nadgarstek. Chyba musiała być jakaś droga na skróty, dzięki której mogła to robić jakoś partiami, czy coś. Przecież od wielokrotnego powtarzania tego można było oszaleć. W końcu jego plan był gotowy i Harry z wdzięcznością go przyjął.
- Ach… Gruba Dama powiedziała mi, że hasło zostało zmienione w czasie drugiego śniadania… - Chłopak zaczął jednak McGonagall mu przerwała.
- Nowe hasło to sklątki tylnowybuchowe. A teraz leć już, bo się spóźnisz na wróżbiarstwo. – profesor niecierpliwie machnęła ręką i Harry podziękował jej jeszcze raz zanim szybko opuścił salę, pod którą już zebrała się kolejna grupa uczniów. Gryfon nie miał wystarczająco dużo czasu na udanie się do dormitorium po podręcznik i coś do pisania, więc poszedł prosto do wieży Trelawney. Miał nadzieję, że ekscentryczna profesor nie ukaże go za kompletne nieprzygotowanie do zajęć i, że uda mu się usiąść w niewidocznym miejscu i z daleka od nieprzyjaznych twarzy.
Chłopak dotarł do sali tuż przed rozpoczęciem lekcji. Jego zwyczajne miejsce koło Rona było zajęte przez Deana i Harry nie mógł czuć się z tego powodu szczęśliwszy. Niestety nie mógł usiąść sam przy wolnym stoliku, dlatego wybrał miejsce koło Notta, który posiadał podręcznik. Ślizgon popatrzył na niego z niechęcią, a Harry odpowiedział mu tym samym, jednocześnie w duchu przewracając oczami.
- Moi drodzy… ten rok szkolny zapowiada się bardzo interesująco. Wielka triada w końcu utrze nosa starcowi i lisicy, a nowe życie da im radość… tak… oprócz tego zajmiemy się duchami oraz umacnianiem naszej woli poprzez ćwiczenia telekinetyczne. Około kwietnia zaczniemy zaś powtarzać materiał do końcowych egzaminów. Niestety tylko dwie osoby otrzymają ocenę wybitną, aż trzy napiszą je okropnie, a jedna dostanie trolla… ale oczywiście przyszłość jest ruchoma, jeszcze wszystko może się zmienić. Chociaż wątpię, czy uda się uniknąć tego trolla… - Trelawney zamyśliła się głęboko i wyjęła dwie karty z talii, którą cały czas tasowała. – Lis i skunks… nie, zdecydowanie nie uda się go uniknąć.
Kilka osób prychnęło z rozbawienia, a Harry'emu wydało się, że usłyszał jak jakiś Ślizgon szepnął „Sorry, Weasley". Sądząc po zaczerwienionych uszach Gryfona, rudzielec też to usłyszał.
- A teraz otwórzcie swoje podręczniki, kochani… ach, Harry… książka dla ciebie jest na półeczce pod stolikiem przy którym siedzisz. Miałam przeczucie, że będziesz jej potrzebował. – Profesor uśmiechnęła się do niego w ten mrożący krew w żyłach sposób i chłopak z zaskoczeniem odkrył, że rzeczywiście na półce czekał na niego podręcznik. Z jeszcze większym zaskoczeniem odkrył, że był to JEGO podręcznik a w środku ktoś włożył do niego kilka arkuszy pergaminu oraz JEGO wiecznie piszące pióro.
- Uch, dziękuję, pani profesor. – Harry uśmiechnął się do niej niezręcznie, a czarownica zbyła go gestem.
- Na stronie dziesiątej znajdziecie diagram ukazujący podział duchów na ich przeróżne rodzaje. Na początek zajmiemy się tymi najbardziej materialnymi…
Reszta lekcji minęła dla Harry'ego spokojnie. Nie chciał iść na obiad razem z patrzącymi na niego wilkiem Gryfonami, więc ociągał się z wyjściem z sali aż w końcu został sam z Trelawney, która zdawała się nie zwracać na niego uwagi, a zamiast tego wpatrywała się w mgłę w kryształowej kuli. Już miał wychodzić, gdy się do niego odezwała. Na szczęście swoim normalnym głosem.
- Ach, kochanieńki, sałatka grecka jest bardzo zdrowa, jednak omijaj pulpeciki.
- Erm… dobrze, proszę pani. – Harry uśmiechnął się do niej trochę krzywo i czym prędzej opuścił klasę. Trelawney potrafiła być czasami naprawdę dziwna.
Był jedną z ostatnich osób jakie weszły do Wielkiej Sali na obiad i jedyne miejsce wśród Gryfonów znajdowało się na końcu stołu, bezpośrednio przy stole nauczycielskim. Harry wzruszył ramionami i czym prędzej je zajął. Cudowne zapachy potraw podanych na obiad sprawiły, że czuł się jakby nie jadł już co najmniej od tygodnia! Tuż przy nim stała miska pulpetów, sałatka grecka i spaghetti. Harry już chciał nałożyć sobie na talerz kilka pulpetów, które były jego ulubioną potrawą, gdy przypomniał sobie słowa Trelawney. Zmarszczył brwi. Skąd ta stara dziwaczka mogła wiedzieć co się znajdzie obok niego w czasie obiadu i, że uwielbiał pulpety? Po chwili zastanowienia, Harry zdecydował się posłuchać tak na wszelki wypadek jej rady i nałożył sobie zdrową porcję sałatki greckiej i trochę spaghetti. Z rozbawieniem zauważył, że siedzący koło niego pierwszacy poszli za jego przykładem sprawiając, że w ich części stołu zniknęła cała zielenina oraz większość spaghetti. Tylko jedna dziewczynka wybrała pulpety. Harry kątem oka z zainteresowanie obserwował ją, zastanawiając się czy dobrze zrobił rezygnując ze swojej ulubionej potrawy. Dziewczynka ze smakiem zjadła jedną kuleczkę mięsa i zabrała się za drugą, gdy nagle zaczęła się krztusić i robić sina na twarzy zanim straciła przytomność. Snape znalazł się przy niej w oka mgnieniu i po kilku machnięciach różdżką wyjął z kieszeni czarny flakonik i zmusił ją do przełknięcia jego zawartości. Poppy stała nad nimi machając nerwowo różdżką, a McGonagall pytała sąsiadów dziewczynki czy wiedzą co się stało. Harry wziął miskę pulpetów i podszedł z nią do Severusa, gdy pielęgniarka przeniosła wciąż nieprzytomną Gryfonkę na nosze i zaczęła ją lewitować do skrzydła szpitalnego.
- Profesorze, niech pan sprawdzi pulpety. Trelawney ostrzegła mnie, żebym ich nie jadł… - Mistrz Eliksirów wziął od niego miskę i jedno zaklęcie potwierdziło zawartość trucizny.
- Ellejonnen z dodatkiem ruty. Ktoś chciał uśpić kogoś na trzy tygodnie. Dodanie ruty wywołało tak dramatyczne początkowe objawy. Wnioskuję, że została dodana aby nas zmylić. – Snape groźnie zmrużył oczy, ostrzegając dyrektora, by ten nie mówił niczego głupiego w stylu nieudanego dowcipu. – Spróbuję znaleźć magiczną sygnaturę sprawcy, a w międzyczasie przygotuję odtrutkę. Za dwa dni powinna być gotowa.
- Dobrze, Severusie. Jednak pozostaje pytanie, skąd Harry wiedział o zatruciu pulpetów? – Dumbledore popatrzył na młodego Gryfona wyczekująco.
- Już powiedziałem, dyrektorze. Profesor Trelawney ostrzegła mnie, żebym nie jadł pulpetów. Powiedziała też, że sałatka grecka jest bardzo zdrowa. Jeżeli mi pan nie wierzy, proszę iść się ją o to zapytać. – Harry odwrócił się na pięcie i wrócił na swoje miejsce przy stole, by dokończyć swój posiłek. Na wszelki wypadek sprawdził czy ktoś w międzyczasie nie dodał do jego talerza czegoś nieodpowiedniego, jednak jego jedzenie było całkowicie zdrowe. Pozostali uczniowie również zaczęli wracać na swoje miejsca, chociaż pierwszoroczni Gryfoni nie wyglądali za dobrze.
- Z Ariadną będzie dobrze? – zapytała cichutko drobna blondynka o włosach tak pokręconych jak u wyidealizowanego aniołka z obrazka. Harry uśmiechnął się do niej pocieszająco.
- Oczywiście, że tak. Profesor Snape jest najlepszym Mistrzem Eliksirów w Europie. Powiedział, że za dwa dni odtrutka będzie już gotowa i wtedy Ariadna się obudzi i będzie zdrowa jak rybka. – Dzieci słysząc to odetchnęły z ulgą i powróciły do przerwanego posiłku. Harry tymczasem toczył ze sobą wewnętrzną bitwę. Trucizna była wyraźnie przeznaczona dla niego i to przez kogoś, kto chciał by spał przez następne trzy tygodnie. Miał dziwne wrażenie, że miało to coś wspólnego z kontraktem małżeńskim, w który wrobił go dyrektor. To oznaczało, że albo Ron i Ginny, albo Dumbledore są temu winni. Chyba, że Hermiona też o nim wiedziała… Merlinie, to było straszne. Nie wiedział komu mógł ufać. Nawet jeżeli Hermiona nic nie wiedziała o tym w jaki sposób Weasleyowie go zdradzili, to wciąż mogła być przeciwko niemu ze względu na to, co zrobił Ginny. Harry odsunął od siebie pusty talerz i ten od razu zniknął i został zastąpiony pucharkiem z musem owocowym. Jak on kochał skrzaty domowe! Nigdzie nie było lepszego jedzenia niż w Hogwarcie. Gryfon długo rozkoszował się swoim deserem i gdy w końcu doszedł do jego dna, w Wielkiej Sali pozostało już niewielu uczniów. Część rozeszła się na poobiednie zajęcia, a część by wykorzystać swój czas wolny. Harry zerknął na swój plan zajęć. Dziś nie miał już niczego. Oprócz szlabanu z Severusem, który miał dopiero po kolacji, czyli za cztery godziny. Gryfon westchnął i zdecydował się udać do swojego dormitorium. Po dwóch zagraniach w jednym dniu, Ron i Ginny chyba na razie sobie odpuszczą i dadzą mu trochę świętego spokoju. Miał taką nadzieję.
Jak się okazało, Ginny najwyraźniej była na zajęciach, tak samo jak Hermiona, podczas gdy Rona nigdzie nie było widać. Dean i Neville siedzieli w rogu Pokoju Wspólnego, grając w gargulki. Pozostała część Gryfonów również nie zwracała na niego uwagi, za co był bardzo wdzięczny. Harry szybko wbiegł po schodach do dormitorium i w końcu się porządnie ubrał. Odczarował piżamę i wrzucił ją do kosza z brudną bielizną. Przez chwilę bawił się myślą, by może odwdzięczyć się Ronowi pięknym za nadobne, ale szybko ją odrzucił. Nie chciał wywoływać jakiejś chorej wojny w Gryffindorze, a pętla zemsty była jak najlepszą drogą do niej. Harry zdecydował się poczekać na usłyszenie pomysłów Draco i Severusa, a czas do szlabanu wypełnić czytaniem książki o czarodziejskich tradycjach, którą dostał od Hermiony, więc rozłożył się wygodnie na łóżku i pogrążył w lekturze.
