OoO
Draco potarł twarz, było gorzej, niż się spodziewał. Kiedy rozeszła się wieść, że odmówił przyjęcia Znaku, połowa Ślizgonów zaczęła go unikać, a reszta w ten czy inny sposób próbowała go posłać do skrzydła szpitalnego.
W tej chwili próbował wrócić do swoich pokoi w Domu Węża. Lucjuszowi udało się przenieść go do niewielkiego apartamentu w głębi korytarza dormitorium. Zapewniało mu bezpieczną przystań, ale tylko wtedy, gdy mógł do niej dotrzeć. W tej chwili ukrywał się w drzwiach do zamkniętej sali eliksirów.
Teraz uciekał przed grupką uczniów, których Hermiona nazywała mini śmierciożercami. Trafnie. Draco nie miał pojęcia, kto należy do tej głupiej bandy i nie obchodziło go to. Chciał tylko, żeby zostawili go w spokoju. Próbowali mu uprzykrzyć życie, robiąc paskudne kawały, ale jak do tej pory nie dał im tej satysfakcji. W końcu był Malfoyem. Poza tym Severus prawie zawsze wydawał się być gdzieś w pobliżu, to skutecznie studziło ich zapędy.
— Malfoy? Co ty tam robisz? — Głos Hermiony sprawił, że Draco podskoczył.
— Cholera, Granger! Głośniej wrzeszcz, jeszcze Krukoni cię nie słyszeli! — Ślizgon odgarnął kosmyk włosów z twarzy, prychając gniewnie. Rozejrzał się po pustym korytarzu i dodał spokojniej: — Ukrywam się przed bandą kretynów, którym imponuje paskudny tatuaż magiczny, jeśli musisz wiedzieć. Powoli zaczynają mnie irytować. Nie mam ochoty dostać szlabanu za używanie magii na korytarzu. Chce się za to dostać się do moich komnat i odrobić pracę domową. Wybaczcie, ale muszę was opuścić…
Głos Rona Weasleya zaskoczył wszystkich:
— Nie. Odprowadzimy cię. Nie lubię cię, ale tych kretynów nie cierpię jeszcze bardziej. Chodź.
Draco postanowił przyjąć oferowaną eskortę w ramach naprawienia obustronnych stosunków. Merlinie, zamieniał się w swojego ojca.
— Dziękuję. Rozumiem, że wstąpicie na moment?
Ron tylko skinął głową. Istniały standardy dobrego wychowania i Molly nauczyła go właściwych manier czarodziejów czystej krwi, nawet jeśli nie używał ich zbyt często. Hermiona spojrzała na niego, ale on tylko lekko pokręcił głową. Wiedziała, że później wyjaśni, więc po prostu podążyła za nim.
Draco poprowadził ich do wejścia Slytherinu, otworzył drzwi do swojego apartamentu i zaprosił Rona i Hermionę do środka.
— Proszę, czujcie się jak u siebie w domu. Poślę po herbatę, dobrze?
Ron usiadł na kanapie i przysunął niski stolik do kawy bliżej krzesła Hermiony.
— Tak dziękujemy.
Draco rozdał filiżanki i położył na stole talerz z ciastkami.
— Herbatnika?
Ron potrząsnął głową.
— Nie, dzięki. Szachy?
Draco skinął głową, upewnił się, że talerz jest w zasięgu Hermiony i postukał w stół różdżką. W tej samej chwili na blacie pojawiła się szachownica gotowa do gry. Godzinę później poddał się.
— Cholera! Szach i mat. Weasley, nie przypuszczałem, że tkwi w tobie tyle przebiegłości. Demon z ciebie.
Ron uśmiechnął się zadowolony z siebie i trochę zaskoczony komplementem z ust Malfoya.
— Wiem. Nikt w Gryffindorze już nie chce ze mną grać. Nawet Hermiona.
Czarownica roześmiała się.
— Bo wygrywasz ze mną w sześciu ruchach i to się robi nudne.
Zaczęła mówić coś innego, ale Ron spojrzał na nią i powiedział bezgłośnie „później, proszę", więc po prostu podziękowała Draco za poczęstunek, mówiąc mu, że muszą wracać, zanim zostaną złapani za łażenie po zamku późnym wieczorem.
Ron zgodził się z nią, podziękował Draco za herbatę i zapytał cicho:
— Wybacz bezpośredniość, ale czemu to twój tata szuka Harry'ego. Wiesz, gdzie on jest?
Draco prychnął, całkowicie zaskoczony.
— Nie wiem. Ja... Niestety nie mogę ci nic powiedzieć. Przysięgam, gdybym wiedział, gdzie on jest, powiedziałbym ci. Są sprawy, o których nie mogę z nikim rozmawiać. Rozumiesz, o co mi chodzi?
— Czemu sam nie aspirujesz, no wiesz… jak spora część Węży? Myślałem, że chciałeś…
Draco zastanowił się przez chwilę, po czym zdecydował, że najlepszym wyjaśnieniem jego pobudek będzie szczerość.
— Nie przyjmę Znaku. Byłem na spotkaniu podczas wolnego i szczerze mówiąc, Voldemort stracił rozum. Nie chodzi mu wcale o zachowanie czystości krwi czarodziejów, ale o rzeź wszystkich. Torturował Cruciatusem mojego ojca! Kogoś, kto był jego prawą ręką i... ja... — Draco urwał, przypominając sobie, co wtedy zaszło.
Ron tylko pokiwał głową ze zrozumieniem.
— Jasne. Już kapuję. Zmieniłeś stronę. Czy złożyłeś jakieś przysięgi?
Draco potrząsnął głową.
— Nie, ale jeśli chcesz, złożę. Teraz. — Draco zaoferował Ronowi swoją różdżkę, trzymając ją za czubek. Gryfon wyciągnął różdżkę i odwzajemnił gest, chwytając różdżkę Malfoya za rączkę.
Draco chwycił Rona i powiedział:
— Przysięgam, że jestem prawdziwym sojusznikiem Harry'ego Pottera i popieram Jasną Stronę. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by wspierać i bronić Harry'ego Pottera. — Spojrzał na Gryfonów i oddał różdżkę Rona. — Wystarczy?
Ron schował różdżkę.
—Tak. Jak te niedojdy znowu będą nieznośne, daj nam znać.
Draco kiwnął głową, skłonił się lekko Hermionie i powiedział z leciutkim uśmiechem:
— Dziękuję, tak zrobię. Lepiej idźcie, nim wpadniecie na Severusa.
Ron w drodze do wieży Gryffindoru wyjaśnił Hermionie reguły Przysięgi Czarodziejów.
OoO
Lucjusz wziął od goblina dokumenty, skinął głową i zaczął czytać. Goblin parsknął i podszedł do drzwi, odwracając się, skrzywił się, pokazując wszystkie zęby.
— Będę na zewnątrz, jeśli będzie pan czegoś potrzebował.
— Dziękuję, Widłku. Gdy przeczytam to, co mi wręczyłeś, poproszę cię. — Lucjusz nie zawracał sobie głowy podnoszeniem wzroku.
Widłek Prawdomówny zamrugał, wychodząc. Rzadko się zdarzało, żeby czarodziej lub czarownica pamiętali imię goblina. Ktoś o pozycji Lucjusza Malfoya najczęściej patrzył na nich z góry.
Lucjuszowi przeczytanie wszystkich dokumentów zajęło prawie cztery godziny. Cały ten czas okazał bolesną próbą dla jego nerwów. Przyniesiono mu herbatę i jedzenie, które spożywał z roztargnieniem. Kiedy w końcu uporał się z dokumentami, zapytał goblina, czy może mu przynieść ich więcej. Ten odparł, że komplet ksiąg zawsze jest do wglądu.
— Nie sądzę, żeby to było konieczne. Chcę wstrzymać wszystkie wypłaty ze skarbców Pottera i Blacka, z wyjątkiem tych niezbędnych do utrzymania jego własności. Chcę uzyskać szczegółowe informacje o wszystkich wypłatach od daty śmierci Lily i Jamesa do dnia dzisiejszego. Czy ktoś zajmuje się zarządzaniem posiadłościami? — Goblin potrząsnął głową. — Zatrudnij kogoś. Są cztery mniejsze, każda z nich potrzebuje własnego managera. Dodatkowo rezydencja rodowa Potterów musi być uporządkowana. Grimmauld Place też. Szczegóły zostawiam tobie, ale chcę mieć raporty ze wszystkich podejmowanych działań co tydzień. Te zaniedbania są po prostu haniebne. Haniebne! Dokąd idą te wszystkie pieniądze? Chcę wiedzieć jak najwięcej na ten temat.
— Oczywiście, za dwa dni przekażemy kompletny raport. Przepraszam, że pytam, ale czy rozpocząć próby odzyskania utraconych sum i przedmiotów?
Lucjusz pomyślał o tym przez chwilę.
— W tej chwili nie wykluczam niczego. Podejmę ostateczną decyzję po tym, jak dowiem się, dokąd to zmierza. Ale od tej chwili tylko ja mogę wydać zgodę na wypłatę z tych skarbców.
— Czy mogę coś powiedzieć?
Lucjusz zdusił w sobie chęć drwiny.
— Proszę.
— My, gobliny z banku Gringotta, cieszymy się, że wreszcie pojawił się czarodziej, który dba o interesy młodego Pottera. Niech złoto Malfoyów płynie równie wartkim strumieniem, co krew ich wrogów.
— Dziękuję. — Lucjusz poczuł dziwną, przyjemną satysfakcję. Żaden goblin nigdy wcześniej nie wypowiadał w jego obecności podobnych słów.
OoO
Severus liczył fiolki eliksirów i słoiczki maści, niektórych brakowało. Niewiele i nic niebezpiecznego ani uzależniającego, ale i tak było to niepokojące. Musiał wiedzieć, dokąd trafiają, żeby mieć pewność, że nic z listy mikstur podlegających ścisłej kontroli nie zaginęło. Postanowił zastawić pułapkę.
Rzucił na szafki czar, który zaalarmuje, jeśli ktoś poza nim je otworzy. Odwrócił się do wyjścia i postanowił sprawdzić, co u Draco. Wiedział, że chłopak przeżywa teraz ciężkie chwile. Wszyscy w Slytherinie albo unikali go jak zarazy, albo dokuczali bez litości. Obaj z Lucjuszem zadbali, żeby umiał się obronić, ale ciągła czujność bardzo męczy. Nikt nie wiedział o tym lepiej niż on.
Zatrzymał się przed drzwiami apartamentu Draco, słysząc głosy wewnątrz. Z premedytacją przyłożył ucho do drzwi, żeby podsłuchiwać. Słuchał przez chwilę, po czym uśmiechnął się lekko do siebie. Nie był pewien, w jaki sposób Hermiona Granger i Ronald Weasley znaleźli się w kwaterze Draco, ale z pewnością to był dobry znak. Odszedł niezauważony przez nikogo, obiecując sobie, że później pogratuluje Draco sukcesu.
OoO
Harry westchnął i otworzył jedno oko, nie żeby tego bardzo chciał. Wiedział, że musi szybko wstać, żeby nie spóźnić się na lekcje. Łóżko było tak ciepłe i wygodne, że mimowolnie je zamknął. Jeszcze pięć minut nie zaszkodzi. Jego budzik znowu zawył i młody czarodziej rozważał rzucenie zaklęcia, które go rozsadzi na strzępy.
— Paniczu! Harry Potterze, sir! Nie może panicz rzucać klątw na mugolski budzik. Trzeba wstać, już! Zgredek przyniósł eliksir na ból głowy i maści lecznicze. Paniczu! Spóźnisz się.
Harry warknął cicho, ale wstał.
— Nie śpię. Już wstaję. Tak mi się dobrze i wygodnie leży...
— Łóżka są przeważnie najwygodniejsze, kiedy nie ma czasu na leżenie. Przypominam, że panicz Harry ma dwadzieścia minut na przygotowanie się do treningu i dotarcie do dojo.
Chłopak westchnął i chwycił ubranie, które Zgredek mu podawał.
— Dzięki. Już lecę
— Śniadanie! Nie wolno opuszczać posiłków!
— Nie przed zajęciami, porzygam się. Jak wrócę, to coś zjem, zanim pojedziemy do Pałacu Paszy.
Zgredek skinął głową, ale minę miał zatroskaną.
— Dobrze. Zgredkowi się to nie podoba, ale trudno. Panicz Harry musi się pośpieszyć. Mistrz Liu lubi punktualność.
W ciągu kilku minut Harry był gotowy do wyjścia. Frankie przypomniał mu, że musi wrócić przed dziewiątą trzydzieści, bo inaczej będzie musiał sam dostać się do Pałacu Paszy.
Harry dotarł do dojo w krótkim czasie, biegnąc przez całą drogę. Zapytał Zgredka, dlaczego nie można magicznie wydłużyć czas i zdobyć kilka minut. Skrzat uśmiechnął się, wyjaśniając, że zaklęcie najlepiej działa w przestrzeni zamkniętej, poza tym po ulicy porusza się zbyt wielu mugoli, więc to nienajlepsze rozwiązanie.
Mistrz stał w drzwiach dojo i tam spotkał się z Harrym. Chłopak, nie spodziewając się, że tam będzie, prawie go uderzył, ale mistrz Liu z łatwością się uchylił. Harry przeprosił natychmiast, a początkowo jego zdenerwowanie i niepewność rozbawiły mężczyznę.
Po chwili Liu spoważniał.
— Harry, twoja reakcja przekonała mnie, że doskonale rozpoznajesz zagrożenie i wiesz, jak się bronić. To mnie zdezorientowało. Wiem od Frankiego, że zostałeś bardzo ciężko pobity. Możesz mi zdradzić, co się stało?
Harry wiedział, że lepiej nie ukrywać niczego przed swoim nauczycielem, więc wyjaśnił tylko, że nie czuje się na siłach stawić czoła swojemu wujowi, chociaż był wolniejszy i grubszy. Po prostu zamierał w chwili, w której wuj podnosił głos. Lęk przed wujem i tym, co następowało po głośnej tyradzie, zdawał się go paraliżować.
— Ach! Rozumiem. Sądzę, że cierpisz na formę stresu pourazowego. Normalna reakcja po doświadczeniu brutalnej przemocy od wczesnego dzieciństwa, zgadza się? — Harry tylko skinął głową. — Tak myślałem. W miarę możliwości, pomogę ci. Mam zamiar nauczyć cię posługiwać się bronią. Nie planowałem tego wcześniej, ale coś mi mówi, że powinieneś to umieć.
Harry przygryzł wargę.
— Boję się tylko wuja Vernona, a nie ogólnie otyłych i łatwo wpadających w złość mężczyzn. Czego mistrz chce mnie nauczyć? Bardzo chętnie…
Mistrz Liu podniósł otwartą dłoń i uśmiechnął się.
— Jeśli pozwolisz, pokażę ci jak miotać różnego typu ostrza i walczyć z kijem bo. Chodzi o broń bardzo dyskretną oraz niezwykle przydatną umiejętność wykorzystania przedmiotów codziennego użytku jako broni. Kij bo może być dowolną laską, długą gałęzią, a nawet kijem od szczotki. Oglądałeś kiedyś filmy z Jackiem Chanem?
Harry musiał przyznać, że nie miał okazji. Mistrz zasugerował, żeby zobaczył wszystkie, jakie mu się uda znaleźć. Następnie poprosił chłopaka, aby skoncentrował się na wspomnieniach o swoim wuju i jego rodzinie. Ta medytacja okazała się bardzo trudna i wyczerpująca emocjonalnie. Liu powoli przeprowadzał go przez to, co czuł i pamiętał. Harry nawet nie wiedział jak i kiedy, ale w pewnym momencie coś w nim pękło i nie umiał powstrzymał łez. Szlochał przez dłuższą chwilę, nie potrafiąc się uspokoić. Mistrz Liu poczekał cierpliwie, kładąc uspokajająco dłoń na jego ramieniu i delikatnie ściskając raz po raz. Zależało mu, aby chłopak wiedział, że nie jest sam.
Harry pociągnął nosem, ocierając oczy i westchnął ciężko.
— Kochałbym ich, gdyby mi na to pozwolili. Zrobiłbym dla nich wszystko. Teraz nie chcę ich już nigdy więcej w życiu widzieć na oczy. To źle, prawda?
— Nie, Harry, to nie jest złe. I ty też nie jesteś zły, ani niewdzięczny. To całkowicie naturalne. Nie chcesz mieć nic wspólnego z kimś, kto był wobec ciebie okrutny. Ja to w zupełności rozumiem. No, teraz zrób dziesięć okrążeń wokół dojo, a ja przyniosę shurikeny.
Odkąd zaczął biegać, dziesięć okrążeń nie stanowiło dużego wyzwania. Wystarczało jednak żeby był zajęty, dopóki mistrz nie rozłożył broni.
— Harry, podejdź, proszę. — Chłopak zbliżył się i zaczął tuptać w miejscu, gdy nauczyciel pokazywał mu rozmaite ostrza. Niektóre miały kształt wieloramiennych gwiazdek, inne wyglądały jak strzały lub sztylety, do których przymocowane były długie wstęgi. Harry patrzył na nie zafascynowany. Podniósł jeden i przez sekundę dotykał palcami. Odłożył go i wziął jedną z gwiazdek.
— Gwiazdki, broń ninja, prawda? Te wydłużone są ciekawe, przypominają noże, ale jak się rzuca i co z tą wstęgą? Przecież nie jest dla ozdoby.
Mistrz Liu zaśmiał się cicho.
— Nie, nie jest. Zademonstruję.
Wyszedł na środek sali i ukłonił się Harry'emu.
Harry skłonił się i zaczął patrzeć. Liu stał na środku sali, trzymając w jednej ręce wstęgę , w drugiej ostrze. Nagle je wyrzucił, pozwalając, aby przecięło powietrze i leciało, pociągając za sobą wstęgę. Gdy rozciągnęła się cała i ostrze zdawało się opadać, szarpnął gwałtownie za materiał przymocowany do ostrza. Wstęga natychmiast wróciła, ale nie złapał jej w dłoń. Pozwolił natomiast, by owinęła mu się wokół szyi, a następnie odbił wracające ostrze płynnym i silnym ruchem samego ramienia. Harry uśmiechnął się, gdy mistrz Liu z niesamowitą gracją poruszał się po sali, a wstęga i ostrze zdawały się sunąć w powietrzu samoistnie. Zastanawiające było, do czego wstęga naprawdę służyła.
Mistrz w pewnym momencie zrobił gwałtowny piruet, szybkimi ruchami zbierając wstęgę i zaraz potem trzymał w dłoni oba elementy broni. Skłonił się lekko, gdy Harry bez zastanowienia nagrodził jego mały pokaz umiejętności oklaskami.
— Nie wiem do końca, jaka broń najbardziej ci pomoże. Nauczę cię posługiwać się tym, co bardzo łatwo ukryć, a także tym, co jest pod ręką, a wygląda całkiem niewinnie.
Harry skinął głową, po czym wskazał.
— Dziękuję, mistrzu. A ta wstęga, do czego służy? Tak naprawdę.
— Pomaga zmylić przeciwnika. Większość ludzi obserwuje ruch materiału, a nie podąża za trajektorią ostrza. Nie dostrzegają prawdziwego zagrożenia, nim je zobaczą. Kiedy je zauważą, już jest za późno. Rozumiesz? — Harry skinął głową. — Ustawimy sobie teraz cele.
Harry pomógł ustawić kilka desek z namalowanymi na nich sylwetkami. Odsunął się i patrzył, jak mistrz zapina sobie skórzane naramienniki. Każdy z nich krył w sobie po kilka rodzajów mniejszych i większych shurikenów.
Mistrz Liu odetchnął głęboko i stanął plecami do celów. Kiedy odwrócił się, Harry na początku zobaczył tylko wyciągniętą rękę, dźwięk ostrzy wbijających się w cel prawie go zaskoczył. Zamrugał raz i przegapił całą następną serię ruchów, dostrzegając tylko rezultaty.
Wszystkie cele były najeżone od wystających z nich ostrzy. A niemal każdy shuriken trafił w miejsce, które gwarantowało eliminację przeciwnika. Gruntowną.
— Cholera! Przeoczyłem ostatnią turę rzutów. Mrugnąłem. Musiałem.
W odpowiedzi usłyszał cichy śmiech.
— Nie przejmuj się, Harry. Pierwszą rzeczą, jaką zamierzam zrobić, to sprawdzić, która broń najbardziej ci odpowiada. — Mistrz podał Harry'emu niewielki, lekki sztylet z nakładką na ostrzu i ze wstęgą, wskazując mu jednocześnie miejsce, gdzie powinien stanąć.
Harry postępował zgodnie z instrukcjami nauczyciela i zdołał powoli przejść przez krótkie kata, nie uderzając się więcej niż trzy lub cztery razy.
— Ała! Myślę, że muszę to poćwiczyć. Zaczynam łapać, o co chodzi.
Liu wręczył mu kilka mniejszych shurikenów.
— Chyba widziałem, jak się je trzyma, ale nie wiem, jak rzucić.
Mistrz ponownie pokazał chłopakowi poprawny chwyt i zademonstrował powoli właściwy ruch nadgarstka przy rzucaniu. Następnie cofnął się i obserwował Harry'ego, który ćwiczył metodą prób i błędów, aż nabrał pewności i trafiał tam, gdzie zamierzył. To było godne pochwały, zwłaszcza przy pierwszym treningu.
Harry spojrzał na zegar i uśmiechnął się, czar Zgredka działał bez zarzutów. Nauczył się naprawdę wielu ciekawych rzeczy, ale niestety musiał się śpieszyć. Odwrócił się do mistrza Liu:
— Mistrzu, niedługo mam spotkanie z bardzo cenionym tancerzem i nauczycielem tańca brzucha. O dziesiątej w Pałacu Paszy. Moglibyśmy skrócić nasze zajęcia, żebym mógł posprzątać?
Mistrz spojrzał w lśniące oczy Harry'ego i musiał się uśmiechnąć. To musiało być ważne spotkanie.
— Dobrze, Harry. Weź prysznic i pozwalam ci dziś opuścić sprzątanie. Następnym razem zrobisz to porządnie. I pamiętaj o treningu wieczorem. A teraz uciekaj! Sio!
Harry uśmiechnął się, skłonił z gracją i wybiegł. Szybko wziął prysznic i ubrał się w skórzane spodnie i zieloną jedwabną koszulę. Wepchnął swoje kimono do torby razem z tym, co dostał od mistrza. Parsknął na widok tego, co zastępowało sztylet ze wstęgą. Zamiast tego zobaczył miękką, czerwoną gumową piłeczkę z długą kolorową wstążką.
Miał nadzieję, że się nie spóźni na spotkanie z Khalilem.
OoO
Frankie otworzył mu drzwi i niemal w tej samej chwili wręczył mu grzankę z jajecznicą i kubek do połowy wypełniony ciepłą herbatą.
— No, młody, zjadaj szybko, taksówka już jest w drodze. Potrzebujesz wziąć prysznic?
Harry potrząsnął głową, popijając herbatę. Po przełknięciu paru kęsów wymamrotał:
— Wziąłem prysznic w dojo. Nie zdążyłbym inaczej.
— Znam pewną sztuczkę, którą zamierzałem ci pokazać. Przypomnij mi, żebym ci o tym kiedyś opowiedział. Pewnie ci się przyda.
Klakson na zewnątrz sprawił, że ruszyli do wyjścia. Harry wepchnął ostatni kawałek tosta do ust. Żując go, przypominał trochę chomika. Frankie roześmiał się i wypchnął go na dwór.
Taksówkarz ledwie na nich spojrzał, pozwolił im wsiąść i odjechał od krawężnika, mamrocząc coś pod nosem o „pieprzonych pedziach".
Jazda nie zajęła więcej niż dziesięć minut, podczas których Frankie szybko przedstawił Harry'emu to, czego od niego oczekiwano. Nie powinien mieć kłopotów sprostać wymaganiom. Mistrz Liu był z niego zadowolony.
OoO
Dotarli do Pałacu i zapukali do bocznych drzwi. Otworzył je mężczyzna w średnim wieku, który skierował ich do sali treningowej. Khalil już tam był, czekając, aż się pojawią. Odwrócił się, uśmiechnął do Harry'ego i podał Frankiemu rękę.
— Witajcie! Miło mi poznać osobiście, Frankie. Mogę zwracać się po imieniu? Dziękuję i proszę o to samo. Ci, z którymi rozmawiałem na twój temat, nie mają złego słowa o tobie. Chwalą cię, przyjacielu. Jeden z właścicieli klubu Silken Cage, miłośnik sztuk walki, znakomity choreograf.
Frankie uścisnął dłoń i skinął głową.
— To ja. Harry mieszka tu ze mną i Johnnym przez jakiś czas. Chcemy, żeby był jednym z naszych najlepszych tancerzy.
— Rozumiem. Nie chcesz, aby pracował w pokojach na tyłach klubu?
Frankie zamrugał raz, nie zdawał sobie sprawy, że Khalil znał charakter ich klubu. Nie wstydził się tego, w żadnym razie, ale dla większości ludzi gejowski nocny klub BDSM z natury był miejscem owianym aurą tajemnicy i tabu.
— Johnny i ja chcieliśmy, żeby tak było, idealnie by pasował. Jednak Harry nie czuje się z tym komfortowo, więc uznaliśmy wspólnie, że zamiast tego będzie tańczyć. Naprawdę chcemy, żeby udało mu się zaoszczędzić jak najwięcej. Będzie potrzebował funduszy, gdy znajdzie własne mieszkanie. — Frankie spojrzał Harry'emu prosto w oczy. — Co, mamy nadzieję, nie nastąpi jeszcze przez długi, długi czas.
Chłopak pochylił głowę i zarumienił się. Zrobiło mu się bardzo przyjemnie po tych słowach.
— Zostanę tak długo, jak chcecie, lub tak długo, jak będę mógł. Nie planuję w najbliższym czasie zmieniać lokum. Podoba mi się tu, gdzie jestem.
Khalil, usatysfakcjonowany tym, co zobaczył, przywołał ich do porządku cichym głosem:
— Bardzo dobrze. Tańczmy, moi drodzy.
Po szybkim przebraniu się w luźny strój zaczęli trening. Khalil demonstrował ruchy, a Harry i Frankie je powtarzali. Chłopak był głównym uczniem, ale tancerz rozumiał, że Frankie, jako choreograf, musi samemu dokładnie poznać daną sekwencję ruchów.
Ciężko pracowali, Harry, szczerze mówiąc, wylewał z siebie siódme poty prawie do południa. Khalil zarządził wtedy dłuższą przerwę, polecił swoim uczniom wypić małą butelkę wody źródlanej, której kilka zgrzewek stało pod ścianą i zamówił lunch. Wkrótce przyniesiono ogromną tacę z jedzeniem. Postawił ją na podstawce, którą Khalil wystawił specjalnie w tym celu. Obaj mężczyźni rzucili duże poduszki na podłogę i skinęli na Harry'ego i Frankiego, by usiedli z nimi do posiłku.
Na środku tacy piętrzył się wysoki stos kaszy kuskus, wokół niego ułożono rozmaite warzywa, pieczone kurczaki i jagnięcina. Było też coś, czego Harry nigdy wcześniej nie widział, pasta z fasoli, bądź ciecierzycy zwana hummusem.
Khalil skinął głową mężczyźnie i powiedział cicho:
— Dziękuję, mój bratanku, za całą twoją pracę. Chodź, dołącz do nas.
To wyjaśniało zagadkę. Mężczyzna był krewnym Khalila. Harry sięgnął po kawałek kurczaka lewą ręką. Siostrzeniec szybko go zatrzymał.
— Ach! Nie, nie lewą, zawsze prawą. Nie wolno jeść lewą.
Harry zamrugał na Khalila, który tylko się roześmiał, wyjaśniając:
— Pomyśl, mój drogi. Nasza kultura wywodzi się raczej z suchego, pustynnego rejonu. Na pustyni woda jest niezwykle cenna. W tych surowych warunkach nie jesz tą samą ręką, którą przed chwilą podcierałeś sobie zadek. Między innymi z tego powodu dawniej w ramach kary schwytanym przestępcom odcinano jedną rękę. Jedz, jedz. Chętnie odpowiemy na każde pytanie, jakie zadasz.
Harry'emu nie trzeba było powtarzać dwa razy. Przez czas trwania posiłku zadawał pytania. Bardzo mu się to podobało. Rozmówcy chętnie i otwarcie wyjaśniali interesujące go kwestie.
Frankie również słuchał z zainteresowaniem, jak chłopak przepytuje gospodarzy. Widać było, że żadnemu z nich nie przeszkadzała drobiazgowa dociekliwość nastolatka. Khalil wyglądał na rozbawionego, kiedy każda kolejna odpowiedź rodziła nowe pytania Harry'ego, podobnie jak jego bratanek, Hammed.
Kiedy zjedli, Hammed wstał i przyniósł pozostałym dużą miskę ciepłej wody różanej oraz kilka ręczników. Wszyscy umyli ręce i osuszyli je ręcznikami. Wrócili do tańczenia i trenowania poszczególnych elementów tańca brzucha. Harry kręcił się, kołysał i chodził nieustannie poruszając biodrami i mięśniami brzucha. Zastanawiał się, czy będzie musiał dziś poćwiczyć kata. Nie sądził, żeby dał radę.
— Za dużo myślisz, młody rakka*. Nie zwracasz należytej uwagi na to, co robisz. Co cię rozprasza?
Frankie zaczął coś mówić, ale Khalil uciszył go spojrzeniem.
Harry zdecydował, że prawda jest najlepszą odpowiedzią.
— Zastanawiałem się, czy mój nauczyciel sztuk walki przypomniałby mi dziś o wieczornym treningu kata.
Twarz tancerza rozjaśniła się.
— Wspominałeś o tym wczoraj. Sztuki walki są przydatne. Nic dziwnego, że jesteś doskonale skoordynowany i tak szybko reagujesz.
Harry wzruszył ramionami.
— Zawsze byłem dobry w sporcie. Trening sztuk walki sprawia, że czuję się jeszcze sprawniejszy i skoncentrowany. A bieganie poprawia moją wytrzymałość. I chyba to wszystko sprawi, że będę lepiej tańczyć. Bardzo mi na tym zależy.
Tancerz z uśmiechem pokiwał głową.
— Piękna sylwetka i dobrej jakości kohl do podkreślenia oczu to najlepsza droga do sukcesu. — Widząc zaskoczony wyraz twarzy Harry'ego, wyjaśnił: — Wy nazywacie to kredką do oczu. Dobrze sobie z nią radzisz, młody przyjacielu.
Chłopak uśmiechnął się i odparł:
— Dziękuję. Podoba mi się, że parę pociągnięć wystarczy, żeby dobrze wyglądać i nie przerażać. Muszę się jeszcze nauczyć makijażu scenicznego. To przecież zupełnie inna bajka. I co z kostiumami? Skąd wziąć kostium i ile kosztują? Co z moimi plecami? Muszę je przecież jakoś zakryć. Cholera… Nie pomyślałem o tym wcześniej.
Frankie wtrącił się, zanim Harry zdążył mieć jeden ze swoich napadów lękowych. Wiedzieli, do czego prowadzą, pamiętali z własnego doświadczenia. Żadnemu z nich nie podobało się to, że kiedy chłopak denerwował się różnymi rzeczami i nakręcał w panicznej spirali, niezmiennie cierpiał na mdłości, do wymiotów włącznie.
— Harry, przestań. Nie martw się o kostium, Zdobędziemy coś, co będzie zakrywać ci plecy. Kostiumy nie są aż tak drogie. Johnny i ja za to zapłacimy, a ty nam oddasz. Tak, wiem, co do grosza. Weź głęboki oddech i skup się na zajęciach.
Harry zrobił, jak Frankie mówił i zmusił się, aby się uspokoić. Panika w niczym mu nie pomoże, a narobi tylko kłopotu. Frankie miał rację, wszystko się załatwi. Dowie się, ile będzie zarabiać i spłaci swój dług.
— Oczywiście, masz rację. Przepraszam. Wiesz, że nie chcę, żebyście płacili za wszystko, muszę stanąć na własnych nogach, nie polegać na was w nieskończoność. Potrzebuję kostiumu, makijaż... co jeszcze?
Frankie wzruszył ramionami.
— Muzyka, do której będziesz tańczył. To wszystko.
Khalil przerwał im zaintrygowany:
— Jego plecy? Czemu trzeba je zakryć? Plecy to jeden z najważniejszych atrybutów tancerza.
Harry westchnął. Na czas treningu podwinął koszulkę tak, aby z przodu móc zawiązać supeł na piersi, teraz jednak ściągał ją przez głowę. Odwrócił się i kiedy Khalil zobaczył poznaczone bliznami plecy, wyrzucił z siebie ciekawie brzmiącą wiązankę przekleństw po arabsku, po czym odetchnął i tylko warknął cicho:
— Niech przeklęte będzie domostwo tego zidiociałego okrutnika i oby nic nie wyszło z jego pustych lędźwi!
Harry wzruszył ramionami.
— Niestety jest moim wujem, rodziny się nie wybiera. Choć podobno nie jest tak źle. Tak przynajmniej mówią mi chłopaki z Silken Cage. Wątpię, żebym jednak zrobił furorę na scenie. Muszę jakoś zakryć blizny, ale za bardzo nie wiem, co robić.
Khalil spojrzał raz jeszcze na plecy chłopaka i jego wzrok spoczął na Frankiem.
— Sądzę, że krótka kamizelka powinna wystarczyć. A odrobina makijażu zamaskuje to, czego nie można zakryć strojem. Wielu tancerzy stosuje makijaż ciała do gubienia niedoskonałości, więc to normalny zabieg. I oczywiście odpowiednie oświetlenie również zasłoni to, czego widownia nie powinna oglądać, Miej to na uwadze, przyjacielu.
Frankie skinął głową, doskonale o tym wiedział. Musiał skonsultować się z oświetleniowcem i przegadać problem, ale w czasie prób powinni dać radę dobrać najlepszą oprawę. Po krótkiej rozmowie na ten temat, cała trojka wróciła do pracy i tańczyli bez wytchnienia aż do piętnastej.
— Skończyliśmy? Proszę, powiedzcie, że tak. Zaraz się przewrócę i nie wstanę — jęknął Harry.
Wiedział, że zachowywał się okropnie i niewdzięcznie, ale nic na to nie mógł poradzić. Był zmęczony, głodny i strasznie chciało mu się pić. Chciał po prostu paść na podłogę i tak zostać.
Khalil potrząsnął głową, ale się roześmiał.
— Jestem od ciebie sporo starszy, mój drogi i nadal stoję.
Harry skrzywił się i odparł cicho:
— Tak, ale wychodzisz na scenę dwa razy dziennie z wyjątkiem niedzieli. Sam mówiłeś.
Tancerz przybrał wyniosły wyraz twarzy.
— Występuję też w sobotę rano z krótkim programem.
Harry po prostu nałożył poduszkę na głowę i jęknął głośno, że umiera. Khalil zaśmiał się i poklepał delikatnie chłopaka po ramieniu.
— Wiem, że jesteś zmęczony i tak, skończyliśmy. Możesz odpocząć, dobrze się spisałeś.
— Dziękuję ci, o wielkoduszny! Niech twój makijaż nigdy nie spływa! — Harry usiadł ciężko na rzuconych pośpiesznie poduszkach i z wdzięcznością przyjął butelkę wody, którą dał mu Hammed.
Khalil pożegnał się, mówiąc, że musi odpocząć przed pierwszym występem o dziewiętnastej wieczorem. Harry wstał i z głębi serca podziękował mu za poświęcony czas i wiele wskazówek. Mężczyzna skłonił się lekko i ruszył do wyjścia ze słowami:
— Ostatnia lekcja, specjalnie dla was. Seksowne zejście ze sceny.
Harry i Frankie roześmiali się i pożegnali go raz jeszcze.
— Dobra, młody, wracamy do domu. Sam powiem mistrzowi Liu, że dzisiaj dałeś z siebie wszystko. Wieczorem odpuść sobie kata. Po powrocie nie ruszę palcem i ty też masz odpocząć. Johnny'ego zaprzęgniemy do pracy. Czuję się, jakbym przebiegł przynajmniej maraton.
Harry mógł tylko westchnąć z wdzięczności, zwykle Frankie pilnował, żeby wykonywał zadane przez mistrza Liu ćwiczenia.
Dziś zamiast tego pójdzie spać. W tej chwili o niczym innym nie marzył.
OoO
Harry przespał większość wieczoru i obudził się w kiepskim nastroju. W kuchni znalazł liścik od Johnny'ego, że w lodówce czeka na niego jedzenie. Miał nie siedzieć długo, żeby rano wstać o normalnej porze. Frankie i Johnny tak ułożyli mu grafik, że pracował dwadzieścia pięć godzin w tygodniu.
W parę chwil zjadł wszystko i westchnął. Wciąż miał ochotę na więcej. Uśmiechnął się, tak naprawdę nie chciał gotować, ale znał kogoś, kto mu mógł przyrządzić coś dobrego.
— Zgredku, mogę cię prosić?
Skrzat pojawił się kilka sekund później, uśmiechając się radośnie.
— Panicz Harry wzywał Zgredka?
— Tak, coś bym zjadł. Pomyślałem, że może wpadniesz i coś nam upichcisz.
Zgredek wskoczył na miejsce, klaszcząc w dłonie.
— O tak, Zgredek z chęcią przyrządzi wszystko, czego Harry Potter sobie życzy.
Harry uśmiechnął się. Nawet wiedział, na co ma ochotę.
— Paszteciki. Takie, jakie serwuje się w Hogwarcie? Z marchewką i groszkiem.
— Panicz poczeka. Zgredek wróci do Hogwartu po składniki. Są przygotowane na jutro. —Skrzat znikł i zaraz wrócił. — Już Zgredek jest. Ciasto musi iść do pieca na pół godziny. Zrobić herbatę?
— Tak, bardzo proszę. Zgredku? — Ten tylko uniósł głowę, spoglądając na chłopaka. — Weź dwa kubki. Jak usiądziesz, mam prośbę. Możesz mnie nauczyć czegoś ciekawego?
Skrzat włożył przygotowane paszteciki do piekarnika i pstryknął palcami, uśmiechając się.
— Gotowe. Zaraz można będzie jeść.
— Nie trzeba czasem nagrzać piekarnik do odpowiedniej temperatury?
Zgredek zachichotał.
— Skrzaty nie muszą tego robić. Zgredek nauczy panicza tego zaklęcia i kilku innych. Na przykład jak przenosić się z miejsca na miejsce bez hałasu. Czego jeszcze panicz Harry chce się nauczyć?
Harry pomyślał o tym przez chwilę.
— Naprawdę chciałbym nauczyć się transmutacji. Nie jestem w tym dobry.
Zgredek skinął głową.
— Tak, Zgredek nauczy panicza. Transmutacja jest trudna, nawet dla skrzatów. Żeby dobrze przemienić jedną rzecz w drugą, musi mieć panicz w głowie dokładny obraz, bo inaczej trafi się coś, czego się panicz nie spodziewał.
Harry roześmiał się, całkiem nieźle sobie poradził w klasie, ale kiedy czegoś potrzebował, transmutacja stanowiła pewien kłopot.
— Nie wiem, czasami to naprawdę interesujące. Chcesz poduszkę, a wyczarowujesz sobie puchatego kota. Coś fajnego, nie?
Zgredek również się roześmiał, kręcąc głową.
— Za łatwo się Harry Potter rozprasza. Poza tym łatwiej jest zmienić kształt czegoś, niż go stworzyć. Na przykład zamienić łyżkę w widelec lub wyczarować dwa przedmioty z większego o podobnych właściwościach. Rozumie panicz?
Chłopak skinął głową.
— Chyba tak, mówisz o wyczarowaniu na przykład kompletu sztućców z odpowiedniej ilości metalu bądź kruszcu.
— Tak, dokładnie tak. Dla Zgredka ta zasada jest ważna.
Gryfon wziął swoją kubek herbaty z rąk skrzata i z uśmiechem przyglądał jak Zgredek siada obok niego popijając ciepły napój ze swojego. Przez parę minut wymieniali się opowieściami o tym, co się ostatnio wydarzyło. Chłopak dowiedział o aktualnych kłopotach Draco w Domu Węża, a także o tym, jak Hermiona i Ron mu pomogli. Harry zastanawiał się, czy naprawdę można zaufać Ślizgonowi. Po krótkim zastanowieniu uznał jednak, że w tej chwili nie musi się tym przejmować. Ma własne problemy.
— Zgredku? Jeśli dam ci wiadomość, czy możesz przekazać ją Ronowi lub Hermionie?
— Tak, Zgredek może to zrobić i upewnić się, że dyrektor Dumbledydore nic nie będzie wiedział. Tak ma być?
— Bardzo ci dziękuję. Tak by było najlepiej.
W tym momencie rozległ się cichy dzwonek, który sprawił, że chłopak instynktownie drgnął i zaczął się rozglądać po kuchni. Skrzat bez słowa zeskoczył z krzesła i wyłączywszy timer piekarnika, wyjął pachnące paszteciki.
— Nie ma się czego obawiać, to tylko dzwonek piekarnika. Panicz Harry Potter musi się zrelaksować.
Zgredek położył gorącą blaszkę na macie na stole i użył magii, aby nakryć do stołu. Zjedli posiłek razem. Chłopak zjadł z apetytem trzy paszteciki, Zgredkowi wystarczył jeden. Skrzata bardzo cieszył apetyt młodego czarodzieja
Harry skończył jeść i westchnął błogo, odsuwając talerz. Zgredek zaczął po niego sięgać, ale chłopak potrząsnął głową ze słowami:
— Pozwól mi. Potrzebuję praktyki. W razie czego, pilnuj mnie, żebym ich nie potłukł jak ostatnio.
Zgredek pokręcił głową, przypominając sobie pierwszą próbę Harry'ego zmywania naczyń za pomocą skrzaciej magii. Żadne z użytych do niej talerzy nie przetrwało. Młody czarodziej roztrzaskał je na drobne kawałki, co dawało pretekst do nauki nowego zaklęcia. Zgredek nauczył go skrzaciej wersji Reparo. Po dziesięciu minutach udało się mu je poskładać.
Harry zdołał umyć naczynia i zabrać je z powrotem na swoje miejsca przy pomocy magii bez najmniejszego problemu. Czuł się z siebie niezmiernie dumny. Zaczynał czuć się znacznie bardziej komfortowo z magią skrzatów domowych.
Zgredek, siedząc na krześle, obserwował go uważnie, gotowy do pomocy. Kiedy chłopak skończył, pokiwał głową z aprobatą, po czym skupił się na uczeniu Harry'ego, jak transmutować stalową łyżkę w widelec. Pracowali nad tym przez jakiś czas, aż Gryfon spojrzał na zegar i zdał sobie sprawę, że Frankie i Johnny wrócą za trzydzieści minut.
— Merlinie! Już tak późno! Zgredku, wybacz, ale muszę iść do łóżka. Frankie obedrze mnie ze skóry, jeśli zobaczy, że nie śpię. Jutro pracuję i jeśli zasnę w klubie, będzie afera. No i mistrz zada mi dodatkowe, karne kata. Zamordują mnie, mówię ci.
Zgredek prychnął cicho, słysząc słowa chłopaka.
— Tak, Harry Potter naprawdę potrzebuje snu. Zgredek pomoże paniczowi Harry'emu.
Gryfon pospieszył do swojego pokoju, niemal w biegu przebierając się w piżamę. Skrzat podniósł porzucone przez niego ubrania i lewitował je do kosza na pranie. Otulił Harry'ego i wrócił do Hogwartu.
Dwadzieścia minut później do mieszkania weszli Johnny i Frankie. Kiedy zajrzeli do pokoju Harry'ego, ten pogrążony był w głębokim śnie.
OoO
Nota od tłumaczki za autorką
*tancerz brzucha określany jest terminem rakka.
