Dochodziło południe, a Polska i Ukraina przysiedli na Osadzkim Wierchu w celu spożycia zasłużonego drugiego śniadania, na które składały się białe bułki z serem żółtym i pomidorem. Wciągnęli je w kilka chwil i Feliks z zapałem zaczął grzebać po kieszeniach swojego plecaka.

-Czego szukasz? - spytała Olena. Spytała, ot tak, żeby spytać i pociągnęła łyk izotonika. Izotonik miał kolor czerwony, całkiem miły dla oka, ale na tym się kończyło. Był słodki, o smaku owocowym, z rodzaju tych nieokreślonych owocowych. Skrzywiła się. Bogu dzięki za witaminy i cukier w tym czymś, bo inaczej nikt by jej nie przymusił do picia tego syfu.

-Czekolady. Zabrałem jedną specjalnie na dziś. I mam nadzieję, że jest zdatna do spożycia.

-Ja bym się bała, jakbyśmy chodzili. Ale leżała we względnym chłodzie cały czas. A teraz jeszcze nie jest aż tak gorąco.

-Wiem. - powiedział Polska, wysuwając koniuszek języka. Stał pochylony nad plecakiem i wyginając pod różnymi kątami ramię, usiłował wydobyć czekoladę. - Nosz... - mruknął, ale nadal z zapałem szukał, żeby wreszcie z triumfalną miną wyciągnąć tabliczkę. Obmacał ją i zadowolony otworzył. Lekko niekształtna, pokryta na połowie białawym nalotem czekolada nie ucierpiała jakoś szczególnie w letnim upale. - Panie przodem. - wyciągnął papierek z połamanymi kawałkami, częstując Olenę.

Na Połoninie wiało. Wiatr przeganiał górą chmury, a słońce grzało im twarze. Zebrali się i zeszli z piaskowych skałek Osadzkiego Wierchu, a trawersem minęli kolejny szczyt. Nieco poniżej szlaku Połonina porośnięta była krzewinkami jagód, które nadawały, wspólnie z wszechobecnym piaskowcem, krajobrazowi brunatny koloryt.

-Tak w ogóle Olenko, to przyjedź do mnie piętnastego. Wojsko ma święto, będzie parada. Ma być też ktoś od Ciebie z pocztem.

-Zobaczę, czy się wyrwę, ale spróbuję. - westchnęła Ukraina, patrząc pod nogi. - Wiesz, jak to jest. Czuję się paskudnie, bo w Doniecku i Ługańsku trwa koszmar. A Iwan tylko pogarsza sytuację. W dodatku Petro nie jest zbyt chętny dawać mi dni wolne. - kopnęła kamyczek, który przetoczył się pod nogi Feliksa. - Liczy na to, że w razie czego będę tam, żeby uspokoić Iwana. A przynajmniej z nim porozmawiać.

-Skąd ja to znam... - mruknął Polska, także kopiąc przed sobą kamyczek. - Przecież po to nas ciągają ze sobą. Tylko że teraz to już nie jest takie proste, jak kiedyś. My możemy to sobie wyjaśnić. Ba, możemy nawet się pogodzić. Ale demokracja ma to do siebie, że jesteśmy bardziej zależni od naszych ludzi. I od ich nastrojów. - burknął.

-Taaaa... A to już tylko kwestia mediów. Wiem. Ale dlatego mam jakieś szanse z moim kochanym bratem.

-No. Masz. - Polska odchylił głowę i przymrużywszy oczy, patrzył w niebo. - Tak w ogóle, to strasznie mi głupio za ten pomnik... Znaczy się, wiesz, że ja wiem, jak to było. I ty też. No, głupio wyszło, ale ani ja, ani ty nie byliśmy święci. A skala już teraz nie jest taka ważna. I między nami jest w porządku, nie? - powiedział, nie patrząc na nią. Tak po prawdzie to właśnie dlatego ją wyciągnął na te wakacje. Musieli to sobie wyjaśnić, zanim osąd obywateli znów zrujnuje ich relacje.

-Oczywiście! - w głosie Ukrainy słychać było zaskoczenie. - Przecież już o tym rozmawialiśmy. - Polska bardzo rzadko poruszał takie tematy niesprowokowany. Z resztą co ona mu się dziwiła – sama reagowała tak samo jak on. Oboje czuli się skrzywdzeni, oboje skrzywdzili siebie nawzajem. Nawet nie wiedzieli kto to wszystko zaczął. Bo na każde wspomniane wydarzenie, można było wyciągnąć jakieś jeszcze wcześniejsze. - Nie ma tematu.

-Eh... Żeby tylko oni się dogadali. - Polska uśmiechnął się smutno. Przeszłość była przeszłością. Gdyby mieli zawsze się kurczowo trzymać starych krzywd, zwariowaliby. Wołyń Wołyniem, Lubelskie Lubelskiem, Wisła Wisłą. Gdyby jeszcze tak ich historycy ustalili wspólną wersję, ładnie ją ubrali w słowa.

-Dogadają się prędzej, czy później. Daj spokój. Nie ma co się martwić na zapas. - dodała żartobliwie.

-Nigdy tego nie lubiłem, co? Budziłem się w ostatniej chwili i albo się udawało, albo nie. - zachichotał. - Ale ostatnio przynajmniej staram się być rozsądniejszy! Nie masz ci złotej wolności w Europie! Cała nasza czwórka dostała pstryczka w nos, to się musieliśmy jakoś przystosować!

Ukraina zaśmiała się razem z nim. Po tylu latach też wspominała ich Złoty Wiek z rozrzewnieniem. Każdy kraj chował głęboko w sercu kilka okresów prawdziwego szczęścia, zwykłego ludzkiego uczucia. A jak te okresy się zaczęły i jak skończyły? Kto by o to dbał?

Na Połoninie Caryńskiej wiał wiatr i gnał chmury wśród błękitu nieba, a w nagrzanym letnim powietrzu unosiła się ledwie wyczuwalna woń jagód.


-O ja cię kręcę! - Polska zanurzył po raz kolejny łyżeczkę w jagodach ze śmietaną. - Jak ja to kocham! To jak najlepsze wspomnienia z dzieciństwa, ale z jagodami zamiast poziomek!

Olena mruknęła z aprobatą, wylizując swoją własną.

-W ogóle ty to tego tyle chyba nie miałaś, na tych twoich stepolasach, ale ja wieki, no prawie wieki, łaziłem po puszczy całymi dniami i zbierałem poziomki! Teraz to ich ze świecą szukać.

-Ale masz truskawki. - zauważyła trzeźwo Olena. - Więcej niż ja, i taniej. I zamierzam teraz rok w rok cię nawiedzać i wywozić łupy w postaci kobiałek.

-A nawiedzaj. Tylko uprzedź, to będziesz powitana śmietanowcem, nie paluszkami! - Polska wyszczerzył fioletowe zęby. - Może w końcu nauczę się robić porządny biszkopt... Jakoś nigdy mi to nie szło.

-Że też się nigdy na emigracji nie nauczyłeś...

-Oj Helu! Ja przecież totalnie nie gotuję najgorzej!

-No, ależ oczywiście! - Ukraina usiłowała utrzymać w miejscu wędrujące ku górze kąciki ust. Polska wycelował w nią łyżeczką.

-Nawet nie zaprzeczaj. Ja wiem, że obie z Nataszką gotujecie lepiej, tak samo Liciek. Ale parę ciast umiem zrobić, a mięska to już jestem mistrzem! - łyżeczka kreśliła kółka przed twarzą Oleny. Polska przerwał i zamrugał, kiedy ręka Ukrainy wystrzeliła i odebrała mu oręż.

-To nam jakieś zrobisz. Uwierz, że nie będziemy z Nataszką narzekać, jeśli dla odmiany to nasi szanowni panowie nam ugotują, nakarmią, posprzątają...

-To jawna prowokacja. - burknął Polska, wydymając wargi. - Poza tym to nie tak, że wam nie pomagamy!

-Pomagacie, jak was za uszy zaciągnąć!

-Nie zawsze! Tylko jak was jest tak dużo, że przewinięcie się przez kuchnię grozi ściągnięciem waszego gniewu na głowę własną i całej reszty! I to tylko na zjazdach rodzinnych!

Pochylali się nad stołem, patrząc sobie prosto w oczy. Gdzieś między nimi sterczała z ukraińskiej dłoni łyżeczka. Łyżeczkę z resztą Ukraina odłożyła do kubka Feliksa i odsunęła się.

-Nawet nie mów mi o zjazdach. Po pierwsze, to kosztują mnie obecnie sporo wysiłku, po drugie Trójmorze. Nadal nie chce mi się wierzyć, że wykręciliście mi z Chorwacją taki numer.

W lot wyłapawszy zmianę nastroju, Polska wsadził sobie do ust kolejną łyżkę jagód i czekał aż Olena skończy. Dopiero wtedy się odezwał.

-Wiesz, że to unijna inicjatywa. To się wszystko będzie kręciło na unijnych funduszach. Nie mamy za bardzo jak na razie cię do tego dołączyć... - mówił ostrożnie, obracając łyżkę w palcach. - Obecnie nie masz odłożonej kasy i masz mnóstwo bieżących wydatków. I wojnę. - obserwował uważnie Olenę, widział jak zaciska wargi. - Ale jesteś stowarzyszona. I uwierz mi, że nikt nie życzy cie źle, więc prędzej czy później wejdziesz do Uni. I wtedy będziesz w sposób naturalny włączona w Trójmorze, no bo przecież od Rzeczypospolitej to się zaczęło.

-Nie obiecuj, Felia. Nie obiecuj, bo nie wiadomo jak to się wszystko skończy. - szepnęła Olena.

-Nie. Nie wiadomo. - Polska odpowiedział tonem ciepłym i łagodnym. - Ale przecież nigdy nie wiedzieliśmy jak to będzie. Zawsze się praliśmy ze sobą, a potem piliśmy na umór. Albo tańczyliśmy do białego rana z byle okazji. - Ukraina uśmiechnęła się do niego i do wspomnień. - A tak w ogóle jak o tym mowa, to w ramach przeprosin za ominięcie serc naszych sarmackich w tymże projekcie, to zrobimy wam z Litwą tę taką miniaturową ucztę. Więc bez smutków proszę, kiedy jesteś na wczasach!

-Coś czuję, że ty będziesz dowodził, a wszystko i tak zrobi Litwa...

-No a jakże by inaczej!

Polska położył się pierwszy. Szli spać wcześnie, bo jutro mieli jechać prawie cały dzień. Odpływał już powoli, kiedy Ukraina wróciła do pokoju i zgasiła światło. Nie zarejestrowałby tego, gdyby nie poczuł jak Olena ładuje się pod jego kołdrę i kładzie głowę na jego barku.

-доброї ночі...

-Tobie też, Heluś... - szepnął w odpowiedzi i przytulił ją.

To było znajome ciepło. Tak wiele razy szukali w swojej obecności wsparcia i spokoju, że nawet po tylu latach ciche bicie serc ukołysało ich do snu w parę chwil.


Kiedy Ukraina rano otworzyła oczy, wtuliła się w bok Feliksa z zaspanym uśmiechem na ustach. Ziewnęła bezgłośnie i popatrzyła pod kątem na śpiącego Polskę. Jedynie w takim stanie wydawał się jej prawdziwie niewinny, bez chochlików czających się w oczach i uniesionych ku górze kącikach warg. Och, oczywiście, wielokrotnie stroił niewiniątko, ale na jego nieszczęście byli w Europie tacy, którzy poznali go na wylot i umieli się rozeznać w tym szalonym kalejdoskopie, jakim były nastroje Polski. Olena wcisnęła nos pod żuchwę blondyna i cmoknęła go delikatnie.

-Feluś, Feluś! - zanuciła mu do ucha. - Śpi się dobrze, ale trzeba wstawać! - zaczęła wwiercać mu palce między żebra, nadal marudząc do ucha. Odpowiedziało jej wierzgnięcie polskich nóg i zarzucona polska ręka. Kończyny w komplecie. Wpadła w pułapkę...

-Protestuję... - mruknął w poduszkę, gdzieś w okolicach jej czoła Feliks. Było mu wygodnie, ciepło, sennie... Mógł bezkarnie tulić do siebie Helę. Że też akurat dziś się jej zebrało na bycie rannym ptaszkiem. Skowronkiem, cholera jasna...

-Nie śpisz. I wcale nie chcesz spać! - poskarżyła się w roztrzepaną przed jej oczami czuprynę. Odpowiedziało jej gwałtowne nabranie powietrza znad poduszki.

-O nie! Tak się nie wykręcisz! Człowiek śpiący nie wykonuje tak szaleńczych ruchów! - Ukraina perorowała, usiłując wdusić własne łokcie w bok Feliksa. Albo chociaż kolana w jakieś ścięgno! Jeśli było to możliwe, na skutek tych starań oplatające ją kończyny, a zapewne i reszta Polski, zaciążyły bardziej.

-...szcze kwadrans... - początek wytłumiła poduszka, a prośbę skubany zakończył całusem wymierzonym w sam środek czoła Oleny.

-Musimy złapać...

-Ciiiiś – przerwał jej kolejny całus, a ciepło wypełzło od Polski do podkołdrowej przestrzeni, skutecznie usypiając Ukrainę w ciągu nieszczęsnego kwadransa.

Od Autorki: Witam ponownie. Staram się do opowiadanie wrzucać nawiązania do aktualnych - aktualnych kiedy wpadłam na pomysł na to opowiadanie - wydarzeń. Czyli w sierpniu 2017. A wtedy na tapecie były prezydenckie weta, Trójmorze, Trybunał i stosunkowo świeżo wprowadzony ruch bezwizowy Ukrainy z Unią.

A poza tym zdarzają się bezpośrednie nawiązania do fików z Malum, od których nie umiem się uwolnić.