Hermiona była zmęczona. Niesamowicie zmęczona.

Dostała marne Z ze sprawdzianu u profesora Flitwicka. Na zajęciach z transmutacji u McGonagall jej mysz uparcie nie chciała zmienić się w muszkę do smokingu. Profesor McGonagall spojrzała surowo na dziewczynę, spod masywnych szkieł okularów w prostokątnej oprawie. Hermiona skuliła się w sobie. Nie potrafiła się skoncentrować. Jej nadgarstek zawodził przy subtelnych ruchach różdżką. Miała wrażenie, że cała klasa na nią patrzy. Ze wstydu dziewczynie płonęły policzki. Skinęła różdżką jeszcze raz i aksamitna muszka pozbyła się długiego ogona. Ale wciąż miała wąsy i parę mysich uszu.

Po zajęciach Hermiona razem z Harrym i Ronem zeszła na obiad. Przerzucała strony podręczników, ale na żadnej nie potrafiła się skupić. Litery przestały składać się w jej umyśle w słowa i zdania. Była zmęczona, potwornie zmęczona. Nawet złość na fatalne wyniki na lekcjach nie potrafiła odegnać z umysłu dziewczyny kojącej wizji poduszki i kołdry. Marzyła tylko o tym, żeby zamknąć oczy i zasnąć. Nie liczyło się nic innego. Ani posiłek, ani lekcje, ani praca domowa.

- Dobrze się czujesz? - głos Rona wyrwał Hermionę z letargu, między jednym a drugim kęsem zapiekanki. Wytarła usta wierzchem dłoni.

- Jestem tylko zmęczona. - nie chciało jej się nawet rozmawiać.

Reszta dnia upłynęła całej trójce na ślęczeniu nad książkami i zadaniami domowymi. Pióro wypadało Hermione z dłoni, oczy same jej się zamykały. Gdy rozlany łokciem atrament poplamił jej pergamin z wypracowaniem dla profesora Snape'a dziewczynie opadły ręce. Starła plamy inkaustu ze stołu. Odprowadzana zdziwionym spojrzeniami Harrego i Rona wydukała, że idzie się wcześniej położyć i rzuciła się na łóżko. Nawet nie wzięła kąpieli, przebrała się tylko w piżamę
i zapadła w ciężki, męczący sen. Sen tak twardy, jakby miała się z niego już nigdy nie obudzić.

Ranek nie przyniósł nowych sił. Gdy tylko Hermiona otworzyła oczy wybiegała myślą do momentu kiedy znów będzie mogła je zamknąć. Na lekcjach, podczas rozmów, czy posiłków marzyła tylko o tym, że wieczorem położy się spać. Starała się walczyć, z tą wszechogarniającą sennością. Ale nie było na to siły. W końcu profesor McGonagall złapała Hermionę w tłumie uczniów kłębiących się na schodach zamku.

- Masz ostatnio fatalne wyniki Granger, co z tobą?- zapytała nauczycielka oskarżycielskim tonem.

- Nic takiego, pani profesor, jestem tylko zmęczona... - Hermiona wiedziała, że powinna się wstydzić, że zawiodła pokładane w niej nadzieje. Przecież Gryffindor na nią liczy, bo to ona przeważnie zdobywała dodatkowe punkty dla domu. Ale nieodparta potrzeba snu zacierała wszystkie inne myśli.

- Idź do pani Pomfrey. Wyglądasz blado, niech da ci coś na wzmocnienie. - w głosie McGonagall nie było śladu matczynej troskliwości. - I Granger... postaraj się bardziej. Przecież w tym roku zdajesz SUM-y.

- Dobrze pani profesor, oczywiście pani profesor. - intencje Hermiony były szczere. Naprawdę bardzo chciała jak do tej pory wstawać pełna energii i do późna siedzieć z nosem w książkach. Ale po prostu nie miała siły.

Pani Pomfrey dała jej napar z kobylaku i kazała pić go codziennie. Nie był nawet najgorszy
w smaku. Ale nie pomagał.

Cały tydzień upłynął Hermionie na zmaganiu się z ciążącymi powiekami, zmęczeniem
i obojętnością. Na lekcjach była rozkojarzona. Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na głupie pytania Rona. Jej mózg pracował tak wolno. Najprostsze zaklęcia wydawały się inwokacjami nie do powtórzenia, godnymi samego Merlina. Przestało się liczyć cokolwiek, poza wieczornym rzuceniem się na łóżko i zatopieniem w objęciach snu. Pokłóciła się z Ronem, bo był pewien, że złośliwie nie chce mu sprawdzić wypracowania. Cały świat zamknął się w ramach poduszek, kołdry i łóżka. Piła napar z ostrokrzewu paragwajskiego i hektolitry kawy ale to nie pomagało. Rzeczywistość wydawała się daleka, nieważna, obojętna. Hermiona chciała tylko spać.

Ron i Harry powtarzali, że jest przemęczona. Łatwo było zrzucić ten stan na karb nadmiaru nauki
i stresu. Łatwo było im nie zaprzątać sobie głowy problemami przyjaciółki, skoro obaj mieli nadmiar własnych. Harry zmagający się z wizją powrotu Sam-Wiesz – Kogo i chęcią zemsty. Ron, toczący wieczną wojnę z kompleksami i pozostawaniem w cieniu swoich starszych braci.

Hermiona wracała z biblioteki do wieży Gryffindoru. Schody zdawały się ciągnąć kilometrami. Zmęczona przysiadła na okiennym parapecie, na półpiętrze. Spojrzała w dół. Za szybą, daleko we mgle malowały się łąki i drzewa ścielące się u stóp Hogwartu. Zdążyła tylko pomyśleć jaki to ładny widok, ta powódź zieloności i spokoju.

- Hej, nie spij!- Hermiona zobaczyła burzę rudych włosów, piegi i roześmiane oczy. Zamrugała, bo najwyraźniej widziała podwójnie. Nie, zaraz, przecież to byli bliźniacy Weasley. Fred i George.

- Często tutaj nocujesz? - zapytał George. A może Fred? Bliźniacy byli tak podobni, a umysł Hermiony ostatnio odmawiał posłuszeństwa.

- Szłam do domitorium i pomyślałam, że na chwilę usiądę... - słowa jej się plątały. Rozejrzała się dookoła. Rozpościerał się już wieczór. Zaciemniał kąty i zakamarki zamku. Na korytarzu, poza nią i bliźniakami nie było już nikogo. Ostatnie wieczorne cienie tańczyły na kamiennej posadzce. Musiała spędzić co najmniej godzinę, zwinięta w kłębek na okiennym parapecie. Dziwne, że Filch, albo pani Norris nie obudzili jej wrzaskiem, lub urażonym kocim prychaniem. Mogłaby tu tkwić do rana. Hermiona usiłowała wstać, ale torba z książkami wymknęła jej się z rąk i z głuchym plaśnięciem wylądowała na schodach. Wypadły z niej pożyczone z biblioteki woluminy, które obiecywała sobie przynajmniej przejrzeć, zanim się położy. Bliźniacy wymienili spojrzenia zielonych, roześmianych oczu. Fred podniósł jej książki i torbę ze schodów.

- Pani pozwoli... - drugi z braci podał dziewczynie ramię. Hermiona oparła się na nim czując przyjemne ciepło. Oczy znowu zaczęły jej się kleić.- Zanim znowu tu zaśniesz.- dodał.

- Nie za dużo się uczysz?- Hermiona usłyszała głos George'a, tuż przy swoim uchu. Ciepły oddech chłopaka musnął jej policzek. Szła pomiędzy bliźniakami, ostrożnie stawiając stopy na schodach. Fred niósł jej teczkę i książki. Miała wrażenie, że gdyby nie oparcie ramion braci nie pokonałaby następnych stopni. Każdy kolejny krok wydawał sie Hermionie ponad siły. Miała ochotę wrócić na parapet, zwinąć się tam w kłębek i poprosić Freda i George'a żeby pozwolili jej dalej spać.

- Może trochę za dużo...- wszyscy jej to powtarzali. Harry, Ron, pani Pomfrey, teraz bliźniacy Weasley. Kłopot w tym, że za dużo uczyła się tydzień temu. Teraz nie potrafiła utrzymać głowy nad książką bez zamykania oczu. Ciągle spała. Czym niby miała być zmęczona? Ale była. Jakby ktoś zabrał z niej całą wolę życia i zastąpił nieodpartą potrzebą snu.

- Wiem, że dziewczynom się tego nie mówi, ale kiepsko wyglądasz. - powiedział Fred zaglądając jej w twarz z promiennym uśmiechem. Cali bliźniacy. Uśmiechali się, cokolwiek mówili.

Hermiona wiedziała, że wygląda nie najlepiej. Nie miała siły rozczesać włosów, jej oczy okalały cienie, a skóra nabrała niezdrowego odcienia. Ale teraz puściła komentarz Freda mimo uszu. Bracia podali hasło do pokoju wspólnego Gryffindoru tkwiącemu w ramach portretowi Grubej Damy. Po chwili cała trójka znalazła się w przestronnym pomieszczeniu przy wesoło trzaskającym kominku, pomiędzy innymi uczniami. Pochylonymi nad książkami, plotkującymi i popijającymi kremowe piwo. Hermiona opuściła bezpieczną przystań ramion bliźniaków. Opadła na wygodną kanapę. Gwar pokoju wspólnego, monotonne brzęczenie śmiechów i rozmów sprawił, że jeszcze bardziej zachciało jej się spać.

- Dzięki. - wymamrotała w stronę rudych włosów i piegowatych uśmiechów.

Fred i George rzucili się w wir przybijania piątek i wymieniania dowcipów. Gdy po chwili spojrzeli w stronę Hermiony, ta już spała. Skulona na kanapie, między poduszkami, a rozmawiającymi uczniami.

- Co z nią?- George przysiadł przy śpiącej dziewczynie, z butelką piwa kremowego w ręku. - Nie wytrzymuje pięciu minut z otwartymi oczami?

- Hej, może wykręcimy jej jakiś numer?- na dywanie obok znalazł się Fred, płomiennowłose
i piegowate odbicie brata. - Nieźle by było jakby zaczęła lewitować we śnie.

- Albo śpiewać?- zawtórował mu George. - Przeklinać?

- Dajcie jej spokój. - w rozmowę wtrącił się Harry. - Jest zmęczona, za dużo zakuwa. Bliźniacy wrócili w stronę zestawu butelek z kremowym piwem i łakoci.

- Odprowadzę ją do sypialni. - obok kanapy stanęła drobna dziewczyna, o czarnych, prostych jak drut włosach i bladej skórze. Stella Thornheart. Nieśmiała Gryfonka, prześlizgująca się cicho po szkolnych korytarzach. Stella nachyliła się nad śpiącą Hermioną. Delikatnie potrząsnęła starszą koleżankę za ramię.

- Obudź się... - powiedziała.

Ogień nagle przygasł, z kominka strzelił snop błękitnych iskier. W pokoju wspólnym Gryffindoru powiało chłodem. Hermiona we śnie przewróciła się na plecy. Oddychała ciężko, jakby się dusiła. Na jej twarzy grały emocje niepokoju i strachu. Szarpała się przez sen, jej długie włosy rozsypały się na obiciu kanapy. Nerwowo rozkurczała i zaciskała pięści. Wydawało się, że dziewczyna próbuje się podnieść, ale jakaś siła wciska ją w pluszowe obicie. Stella upadła, jakby odrzucona niewidoczną ręką od posłania. W pomieszczeniu przygasły światła. Od kanapy na której leżała Harmiona bił chłód. Uczniowie cofnęli się. Przywarli do ścian, kilku wyciągnęło różdżki. Ktoś pobiegł po profesor McGonagall. Fred i George wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Dama w potrzebie.

Zanim ktokolwiek zdążył zareagować bracia przecisnęli się między znieruchomiałymi uczniami, przeskoczyli nad stolikiem i znaleźli się przy śpiącej. George przykucnął przy Hermionie. Odchylił jej głowę do tyłu i palcami zatkał nos. Nabrał powietrza i swoimi ustami objął usta dziewczyny. Własnymi płucami zabrał jej oddech. Gdy skończył wydmuchnął na dłoń obłoczek siwego dymu. Fred też nachylił się nad Hermioną i wciągnął do ust wydychane przez nią powietrze. Wraz
z wypuszczanym przez chłopaka oddechem zamajaczyła strużka siwego dymu. Opary, które wydostały się z ust bliźniaków wirowały w pokoju wspólnym, jakby napawając się uwagą wlepionych w nitkę dymu spojrzeń Gryfonów. Obłoczek gęstniał, wirował coraz szybciej, aż
w końcu osiadł na dłoni Freda i finalnie rozpłynął się w powietrzu. Weasley roześmiał się triumfalnie. Trzymał w palcach przedmiot. Małą, drewnianą drzazgę. Złapali z bratem za oba jej końce i przełamali. Trzask jaki się rozległ brzmiał, jakby złamało się jedno z ogromnych drzew
w Zakazanym Lesie. Stella, pewnie przestraszona tym dźwiękiem, skuliła się pod ścianą.

Hermiona otworzyła oczy. Podniosła się z kanapy, blada i spocona. Rozejrzała się po obecnych, jakby nie do końca wiedząc kim jest i co tu robi. I wtedy w pokoju wspólnym Gryffindoru zabrzmiał śpiew kobiety.

- Co między skałami teraz w morskiej toni, co rozdzielone niech teraz się spełni, kogo widmowy złączył pocałunek, ten na zawsze razem...

Głos, który nucił słowa zdawał się płynąć z bardzo daleka. Stopniowo cichł. Przywodził na myśl smagane sztormem morze, klify i szum fal. W końcu w pokoju Gryffindoru zapanowała cisza. Wszystkie spojrzenia skupiły się na Hermionie i bliźniakach. Dziewczyna siedziała na kanapie, rozglądała się niepewnie, zatrzymując wzrok na zdziwionych twarzach świadków całego zajścia. Obaj Weasleyowie nagle usiedli z obu stron Hermiony, zajmując całą sofę. Otworzyli kolejne butelki z kremowym piwem. Na ich twarzach malowała się satysfakcja.

- Nie musisz nam dziękować. - George oparł rękę na ramieniu dziewczyny. W oczach błyszczały mu wesołe iskierki.

- Ale powiedz chociaż, czy było fajnie. W końcu pierwszy raz się całowaliśmy.

Objaśnienia:

Ostrokrzew paragwajski – z liści tej rośliny jest wyrabiana herbata yerba mate.