- To była zmora... - głos Hermiony wrócił do zwykłego zdecydowanego, racjonalnego tonu.

- Co? - zapytał niezbyt przytomnie Ron.

- To, co mnie męczyło. Piszą, o zmorze w "Magicznych stworzeniach wschodniej Europy". Inne nazwy to kikimora, lub gnieciuch. - dziewczyna odłożyła grubą książkę, którą trzymała w dłoniach. Masywna okładka zamknęła się z trzaskiem.

Cała trójka leżała na wygodnej, zielonej trawie na błoniach ścielących się dookoła Hogwartu. Otoczeni książkami, pergaminami i notatkami rozkoszowali się chwilą spokoju w codziennym kołowrocie zajęć. Oderwali wzrok od zapisanych stronic, żeby dać odpocząć oczom i umysłom od nadmiaru zaklęć, inwokacji i recept.

Całe błonia były usiane grupami uczniów. Rozmawiających, śmiejących się, czytających
i powtarzających materiał. Wrzesień był ciepły, przepełniony babim latem i jesiennym słońcem. Uczniowie cieszyli się pogodą, zanim trawa zbrązowieje, powietrze wypełni zimny wiatr, a w oczy zajrzy im groza SUM-ów, czy OWUTEM-ów. Na razie rok szkolny dopiero się rozpoczął.

Hermiona, Ron i Harry też korzystali z pięknej pogody. Spojrzenie dziewczyny powędrowało
w stronę grupki Gryfonów. Najgłośniej wśród nich śmiali się bliźniacy Weasley i Lee Jordan, ich najbliższy przyjaciel. Na policzki Hermiony wystąpił lekki rumieniec. Oderwała wzrok od sylwetek braci.

- Na prawdę nic nie pamiętasz? - spytał Harry.

- Nic.

Wieczorne zajście w pokoju wspólnym zakończyło się, gdy pojawiła się profesor McGonagall, sprowadzona przez któregoś z uczniów. Gryfoni rozstąpili się przed swoja opiekunką. Kroczyła przez pokój wspólny zdecydowanym krokiem, z nieodłącznym, surowym wyrazem twarzy. Kraciasty szlafrok szeleścił wokół jej kostek. Wypytała obecnych w pokoju uczniów co zaszło. Hermiona nic nie pamiętała, ale jej nieodparta senność minęła. Poduszka i kołdra przestały być centrum świata. Podniosła się z kanapy. Kiedy dowiedziała się, co zrobili bliźniacy oblała się rumieńcem. Najpierw wyglądała, jakby zabrakło jej słów. Potem, jakby chciała ich uderzyć.

- Skąd wiedzieliście...?- Nauczycielka wpatrywała się nieufnie we Freda i George'a. Bracia przysparzali opiekunce Gryffindoru wiele kłopotów. Zazwyczaj nikogo nie ratowali, za to sprawiali same problemy.- ...skąd wiedzieliście co to jest?

- Charlie kiedyś nam opowiadał, jak kolegę na obozie w Rumunii męczyła zmora. Mówił, co można zrobić, żeby się jej pozbyć. Ten kumpel uwięził swoją w butelce. Gdyby Hermiona była facetem pewnie byśmy tak zrobili. Ale, że jest ładną dziewczyną, skorzystaliśmy z okazji ... - bliźniacy wymienili porozumiewawcze spojrzenia i uśmiechy.

Profesor McGonagall westchnęła. Pod naporem myśli jej czoło mocniej niż zwykle pobruździły zmarszczki. Hermiona tkwiła, z niewypowiedzianymi słowami na ustach.

- Czterdzieści punktów dla Gryffindoru. - w pokoju wspólnym zabrzmiał ostry głos profesor. - Ale następnym razem wezwijcie nauczyciela, a nie bawcie się w ratowanie koleżanki na własną rękę.

McGonagall odprowadziły okrzyki wiwatów. George i Ron zaśmiali się i przesłali Hermionie pocałunek dłonią. Obaj. Znowu zarumieniła się po koniuszki włosów, ale zbyła sprawę machnięciem dłonią.

Dzień lub dwa po wydarzeniach w pokoju wspólnym, profesor McGonagall złapała Hermionę na schodach. Opiekunka Gryffindoru wezwała do siebie dziewczynę gestem dłoni.

- Jestem ci winna przeprosiny Granger. - zaczęła suchym głosem, zatapiając spojrzenie w twarzy uczennicy. - Ktoś taki jak ty, nie opuszcza się w nauce bez powodu. Powinnam to wiedzieć.

- Pani profesor...- Hermiona chciała wytłumaczyć, powiedzieć, że nic się nie stało. Jeśli trzeba nawet przeprosić. Ale nauczycielka nie dała jej dojść do słowa.

- Masz. - żylaste palce McGonagall wcisnęły w dłoń Hermiony grubą, oprawioną w skórę księgę. Wykaligrafowany złotą czcionka napis głosił "Magiczne stworzenia wschodniej Europy".- Tam znajdziesz więcej o zmorach. Sypiasz już dobrze?

- Tak pani profesor.

- To świetnie. Liczę na ciebie podczas SUM-ów, Granger.

Profesor Mc Gonagall odeszła szeleszcząc szatą. Uczniowie z respektem rozstępowali się przed nią, jak łodzie przed flagowym okrętem. Na zajęciach z transmutacji metaliczny żuk Hermiony bez problemu zmienił się w pieprzniczkę. Dziewczynę dotykały zazdrosne i pełne podziwu spojrzenia innych uczniów. Jej jednej w klasie transmutacja udała się to bez problemu. Uśmiechnęła się,
z nieco udawaną skromnością.

Teraz jednak, na widok bliźniaków, pewność siebie opuściła Hermionę. Wygodnie rozciągnięci na trawie śmiali się i rozmawiali z Lee Jordanem, Angeliną Jonhson i którąś, ze starszych Gryfonek. Hermiona nie nawrzeszczała na Weasleyów, za to co zrobili. Ale też i im nie podziękowała. Po prostu wyszła z pokoju wspólnego i położyła się spać. Pierwszy raz od dawna sen przyniósł wypoczynek i ulgę. Miała nadzieję, że Gryfoni szybko zapomną o tym, co się stało. Co jakiś czas ścigały ją szepty i zazdrosne spojrzenia dziewcząt. Słyszała w korytarzach szmery rozmów "Ona się z nimi całowała. Z oboma!" Nie chciało jej się tłumaczyć, że przecież to tak naprawdę nie był pocałunek. Postanowiła po prostu nie rozmawiać z nikim na ten temat.

- Co jeszcze piszą o zmorach?- zagadnął Ron. Podążył spojrzeniem za wzrokiem Hermiony i też utkwił je w swoich starszych braciach.

- Mogą wysysać krew ze śpiących, dusić ich, albo zabierać im siły... - wzrok dziewczyny zatrzymał się na pokrytych drobnym pismem stronicach. - ... sposobem na pozbycie się zmory jest powieszenie lustra w pokoju... Zjawa jest tak brzydka, że zobaczywszy własne odbicie
w zwierciadle ucieknie.

Cała trójka wymieniła spojrzenia. Po wypadkach w pokoju wspólnym Filch zawiesił lusterka we wszystkich domitoriach. Podobno na wyraźne polecenie profesor Mc Gonagall.

- A ten głos... - mówił dalej Ron. - ... wszyscy go słyszeliśmy, mówił coś o pocałunku...

- Proszę cię. - Hermiona ze złością znowu zamknęła książkę. - To nie był żaden pocałunek, tylko...

- Cześć!

Trójka przyjaciół zatrzymała wzrok na sylwetce, stojącej w promieniach wrześniowego słońca. Włosy drobnej dziewczyny powiewały na wietrze. Machała ku nim, na jej twarzy jaśniał uśmiech.

- Cześć Stella. - odpowiedziała Hermiona. Podniosła się z trawy.

- Już dobrze się czujesz?- spytała Stella. Była niższa i drobniejsza od Hermiony. Wydawała się krucha i delikatna, jak porcelanowa lalka. Chodziła do jednaj klasy z Ginny Weasley. Niewiele osób w szkole zwracało na nią uwagę. Była cicha i nieśmiała. Ale bardzo sympatyczna.

- Już zupełnie w porządku.- Hermiona otrzepała kolana ze źdźbeł trawy i pierwszych jesiennych liści.- Skinęła na pozostałych. - Idziemy? Zaraz zaczną się lekcje.

Popołudniowe światło padało na ich twarze, gdy zmierzali w stronę zamku. Mury Hogwartu wydawały się płonąć czerwienią, okienne szyby pod dotknięciem promieni słońca zmieniały się
w złoto. Stella zrównała się krokiem z Hermioną. Spojrzała na grubą książkę, którą starsza uczennica niosła pod pachą. Studiowała wzrokiem tytuł. Słoneczne promienie zapalały w literach migocące iskierki.

- Czytałaś o zmorach, prawda?- zapytała Stella.

- Tak, profesor McGonagall pożyczyła mi tę książkę. - przyznała Hermiona

- Piszą w niej skąd się biorą? - zagadnęła młodsza z Gryfonek.

- To chyba po prostu złośliwe duchy... - wtrącił się w rozmowę Ron. - Czepiają się tego, kto im się nawinie pod rękę... - na te słowa Stella pokręciła głową z tajemniczym uśmiechem.

- To mogą być niespokojne dusze tragicznie zmarłych ludzi. Zmorą może być też osoba o dwóch duszach. Jedna, niezależnie od drugiej wychodzi z ciała i poluje na śpiących.

Ron i Harry wyglądali jakby mimo pięknej pogody przeszedł ich lodowaty dreszcz.

- Można mieć dwie dusze? - zapytał Harry.

- Oczywiście. Dobrą i złą.

- Skąd wiesz to wszystko?- ta drobna, niepozorna dziewczynka wzbudziła ciekawość Hermiony.

- Moja rodzina pochodzi ze wschodniej Europy. Tam wiara w zmory była kiedyś bardzo powszechna. Tak jak w strzygonie i upiory.

- I myślisz, że Fred i George załatwili zmorę na dobre? - pytał dalej Ron.

- Nie, tylko odpędzili. Złamali drzazgę, w którą się zmieniła. Ale to powinno pomóc. Nie będzie już więcej nachodzić Hermiony.

- A ten głos... Ten, który wszyscy słyszeliśmy... - wypytywał Harry.

- Nie pamiętam głosu. Chyba zasłabłam z wrażenia.

Resztę drogi do zamku przebyli dyskutując o słowiańskich wierzeniach. Stella wyjaśniła trójce przyjaciół różnice między żmijami i smokami, czy między skrzatami, a ubożętami. Gdy już weszli do zamku i ogarnął ich cień murów, zamiast zalewu słońca Stella na chwilę zatrzymała Hermionę.

- Mogłabyś pożyczyć mi tę książkę, kiedy już skończysz czytać?- zapytała błagalnie. Widać było, że przełamuje wrodzoną nieśmiałość. Miała proszące spojrzenie. Wyglądała, jakby spodziewała się odmowy.

- Oczywiście. Jasne. - Hermiona przywołała na twarz swój najbardziej sympatyczny uśmiech. Rozczulała ją ta dziewczynka, wpatrująca się w trójkę przyjaciół z niemym podziwem, jakby byli gwiazdami filmowymi.

Następne dni Hermiona spędziła jak zwykle z nosem w książkach. Znalazła czas, żeby przestudiować "Magiczne stworzenia wschodniej Europy". Poznała takie istoty jak południce, leszych, czy płanetniki. W wolnym czasie zaniosła wolumin Stelli. Młodsza z Gryfonek dzieliła sypialnię z dwiema siostrami Sparkle, ognistowłosymi dziewczętami o białej skórze, arystokratycznych manierach i wyniosłym usposobieniu. Na widok Hermiony Stella uśmiechnęła się i zeskoczyła z łóżka. Wcześniej siedziała na materacu ze skrzyżowanymi nogami i stopami schowanymi pod kocem, otoczona przez książki i notatki.

- Oddam, jak tylko przeczytam. - zapewniała biorąc do ręki wolumin. - Może napijemy się razem czekolady w pokoju wspólnym? - dodała nieśmiało.

Hermiona z uśmiechem skinęła głową. I wtedy jej wzrok przykuł bibelot stojący na półce, obok łóżka Stellli. Miniaturowy okręt w butelce. Hermiona widywała podobne zabawki w mugolskich sklepach, na wakacjach z rodzicami. Ale w tej butelce szalał miniaturowy sztorm, próbujący zatopić okręt w dziesięciu centymetrach wody. Żagle uginały się pod naporem wiatru, maleńkie fale z furią przelewały się przez burtę. Mimo to, okręt cały czas utrzymywał się na powierzchni. Stella podchwyciła wzrok koleżanki. Podniosła butlę i przybliżyła do oczu. Zniekształcona twarz dziewczyny odbiła się w zielonym szkle. Podała bibelot Hermionie, która z ciekawością zatopiła w nim spojrzenie. Okręt był wykonany z wręcz nieprawdopodobną dbałością o szczegóły i każdy, nawet najmniejszy detal. W butelce nadal szalał sztorm, nie dając stateczkowi chwili wytchnienia. Hermiona oddała bibelot Stelli z niemym pytaniem w oczach.

- Dostałam to od babci. Podobno to miniatura okrętu mojego przodka. - powiedziała dziewczyna. - Był kaprem, w służbie króla. Wieki temu pływał po Bałtyku. Jego statek nigdy nie zatonął. Babcia mówiła mi, że był potężnym czarownikiem i do dzisiaj żegluje na tym statku widmo.

Wzrok Hermiony spoczął na maleńkiej, drewnianej sylwetce okrętu. Dziób zdobiła rzeźba przedstawiająca kolczasty krzew. Z wysiłkiem odcyfrowała litery zdobiące burtę.

- Sercokrzew...

- Od tej rośliny pochodziło nazwisko mojej rodziny. - usłyszała głos Stelli.- Kiedy jeszcze mieszkaliśmy na wschodzie.

- Profesor Sprout chyba wymieniła kiedyś tę nazwę...- Hermiona przeszukiwała pamięć.

- Sercokrzew to lecznicza roślina. Poza tym odpędza złe duchy. Mam przy sobie kilka jagód...- młodsza uczennica wskazała na woreczek, zawieszony na swojej szyi. - To talizman... - dodała zmieszana.

Obie dziewczyny obserwowały zmagania stateczku z bezlitosnym sztormem w butelce. Hermionie przyszło do głowy, że ten widok ma w sobie coś niepokojącego.

Objaśnienia:

Uboże, ubożę – postać z wierzeń staropolskich, opiekuńczy duch domowy, zapewniający dostatek.

Południca – według wierzeń słowiańskich złośliwy i morderczy demon polujący latem na tych, którzy niebacznie w samo południe przebywali w polu.

Leszy, borowy – w wierzeniach słowiańskich demon lasu, jego pan i władca zwierząt w nim żyjących.

Płanetnik (inne nazwy: chmurnik, obłocznik) – postać z wierzeń słowiańskich, istota uosabiająca zjawiska atmosferyczne. Wierzono, że płanetnicy kierują chmurami, zsyłają burzę i grad. Nazwa "płanetnik" pochodzi od łacińskiego słowa planeta i jest stosunkowo młoda, w przeciwieństwie do prawdopodobnie oryginalnych form "chmurnik" i "obłocznik".

Kaper - armator lub dowódca, również członek załogi uzbrojonego statku handlowego, walczący na własny koszt i ryzyko w służbie swego mocodawcy prowadzącego wojnę na morzu.