- Nie Ron, nie wiem czym naprawić twój eliksir. Wyobraź sobie, że nie jestem chodzącą encyklopedią.
Stłumiony szept Hermiony dochodzący z kąta sali dotarł do uszu profesora Snape'a.
- Za bezsensowne gadanie na moich zajęciach Granger i Weasley tracą po dwadzieścia punktów. Łącznie Gryffindor traci czterdzieści. Niech no jeszcze odezwie się Potter i dobijecie do sześćdziesięciu.
Hermiona i Ron wymienili wściekłe spojrzenia. Eliksir chłopaka, który powinien być srebrnoperłowej barwy i mieć gładką, niezmąconą powierzchnię bulgotał i kipiał purpurowymi bańkami. Hermiona ze złością odwróciła głowę. Inni uczniowie pochylili się głębiej nad swoimi flakonami, byle nie ściągnąć na siebie drwiącego wzroku nauczyciela eliksirów.
Hermiona z trzaskiem zamknęła pulpit swojego stolika. Odniosła ampułkę z gotowym wywarem na miejsce, gdzie kazał je zostawić Snape. Po drodze szturchnęła łokciem Rona i dosypała ukradkiem do jego fiolki garść świeżych ziaren maku. Eliksir Rona przestał bulgotać i nabrał bladoróżowej barwy. Nie był to ideał, ale prezentował się o wiele bardziej zbliżenie do cieczy, którą kazał sporządzić im Snape. Hermiona i Ron znowu wymienili spojrzenia, ale tym razem malowało się
w nich przepraszające zrozumienie. Dziewczyna wyszła na zewnątrz klasy. Oparła się plecami
o kamienny mur i westchnęła.
Hermiona wróciła myślami do rozmowy, w łazience dla dziewcząt na drugim piętrze. Najpierw zasypała bliźniaków gradem podejrzeń. Że im nie wierzy, że nie mają racji oskarżając Stellę, że skąd mają pewność, że ich eliksir wielokrotnego odbicia zadziałał właściwie. W końcu dodali rumianku, zamiast jagód acai. A w ogóle to czemu włóczą się po szkole po nocy, przez nich Gryffindor może stracić punkty. Ale poważne twarze Freda i George'a, brak uśmiechu w ich oczach wskazywał, że bracia mówią serio.
- Może być pod działaniem uroku. - przekonywał Fred. - To może nie być jej wina.
Hermiona przypomniała sobie puste spojrzenie oczu przyjaciółki i przeszedł ją dreszcz.
- Powiesz McGonagall? - dociekał George.
Hermiona pokręciła głową. Długie, rozpuszczone włosy zatańczyły wokół jej twarzy.
- Porozmawiam najpierw ze Stellą. - powiedziała cicho.
Stali tak przez chwilę we trójkę, zmieszani, niepewni, nie wiedząc co powiedzieć. Przygnieceni ciężarem, tego co właśnie zobaczyli i związani wspólną tajemnicą. Fred zrobił gest jakby chciał położyć Hermionie rękę na ramieniu, a George jakby chciał powiedzieć coś krzepiącego. Ale wyraz smutku w jej oczach sprawił, że nic nie zrobili. Bliźniacy poszli w swoją stronę, Hermiona w swoją. Z mocnym postanowieniem zapytania Stelli, o co chodzi.
Ale nie miała na to szansy.
Gdy Hermiona weszła do sypialni, którą przyjaciółka dzieliła z księżniczkami Sparkle zobaczyła obie siostry blade i przyciskające dłonie do ust. Obok Neville'a Longbottoma i Colina Creevey niosących bezwładne ciało drobnej dziewczynki. Stelli. Profesor McGonagall dyrygowała nimi, jak muzyk niewprawioną orkiestrą, każąc im zanieść nieprzytomną do skrzydła szpitalnego.
Nikt nie wiedział co się stało. Stella nagle zemdlała. Zaniesiono ją do pani Pomfrey. Hermiona wierzyła, że przyjaciółka szybko dojdzie do siebie. Ale dziewczynka zapadła w rodzaj letargu. Pani Pomfrey nie potrafiła jej dobudzić. Hermiona zaglądała do skrzydła szpitalnego codziennie.
Za każdym razem wracała z tą sama odpowiedzią.
- Jest wyczerpana. - powiedziała pielęgniarka. - Wygląda, jakby ktoś urokiem pozbawił ją sił. Wmusiłam w nią napary wzmacniające i posmarowałam maścią przywracającą zdrowie. Czekam, kiedy się obudzi. Ale jeśli to urok to powinien ja obejrzeć profesor Dumbeldore. Niestety, jest
w Ministerstwie, wróci za kilka dni.
Hermiona przysiadła przy łóżku Stelli. Skóra dziewczynki była tak blada, że zlewała się barwą
z pościelą. Zawsze szczupła, teraz jeszcze wychudła. Pod oczami rysowały jej się cienie, a pierś unosiła się w nieregularnym, płytkim oddechu. Miało się wrażenie, że każdy następny dech może być jej ostatnim.
Hermiona wpadła na pomysł, że Stellę może też dręczyć zmora. Namówiła Harego i Rona, żeby jej pomogli. Przekonała panią Pomfrey, że wiedzą, co robić. Wieczorem, cała trójka uzbrojona w szklana butelkę stanęła w nogach łóżka Stelli. Przez chwilę zagarniali powietrze od głowy śpiącej ku jej stopom, jakby wpychając je do szklanego naczynia, które trzymał Ron. Hermiona zakorkowała flakon i wrzuciła go do kominka, mrucząc słowa inwokacji. Butelka z trzaskiem pękła w płomieniach. Ale nie było słychać pisku poparzonej zmory, ani też zjawa nie uleciała ciemną strugą przez komin. Pani Pomfrey wygoniła całą trójkę od łóżka chorej. Kazała im czekać na Dumbledore'a.
Hermiona leżała w łóżku, w swojej sypialni. Nie mogła przestać myśleć. Nie potrafiła pozbyć się
z pamięci widoku Stelli, bladej, wymizerowanej, niemal rozpływającej się w fałdach wykrochmalonej pościeli. Paplanina współlokatorek działała jej na nerwy. Zagłębiła twarz w poduszkę, żeby materiał zagłuszył ich rozmowy. Też tak gadały ze Stellą, potrafiły paplać godzinami. O chłopakach, o ocenach, o ciuchach. Co teraz stanie się z jej przyjaciółką? Czy wyzdrowieje, skoro nawet pani Pomfrey nie potrafi jej pomóc? Hermiona zamknęła oczy i nagle
w jej głowie zrodziła się pewna myśl. Ale musiała poczekać do rana.
Fred i George schodzili z boiska cali mokrzy po treningu quidditcha. Obaj łapali pośpiesznie oddechy i śmiali się, razem z resztą drużyny. Cały skład dopadł do butelek z wodą i ręczników. Zawodnicy łapczywie pili i wycierali spocone twarze. Bliźniacy przybili piątkę z Lee Jordanem, który obserwował grę zespołu, stojąc bezpiecznie na ziemi.
- Dobry mecz chłopaki. - rzucił. Wiatr bawił się jego dredami.- Grajcie tak dalej, a skopiemy wszystkim tyłki.
- Mówisz i masz. - obaj pałkarze byli pewni siebie. Jak zawsze.
- Acha, ktoś na was czeka. - Lee Jordan wskazał dłonią na sylwetkę, stojącą na krawędzi boiska. – Sterczy tu już pół godziny. Pytała mnie, kiedy kończycie.
Stała tam. Szczupła, niewysoka dziewczyna w jeansach i płaszczyku. Podmuchy wiatru szarpały jej szalikiem w kolorowe pasy. Wrześniowe ciepło zaczynało już odchodzić w przeszłość. Trawa okrywająca błonia szarzała, w plątaninie darni na fioletowo barwiły się tylko wrzosy. Dziewczyna chuchnęła w dłonie, które zmarzły od ukąszeń wiatru, tych samych, które zaróżowiły jej policzki. Czekała na nich. Hermiona.
Fred i George momentalnie zostawili Lee Jordana. Skierowali kroki w stronę Hermiony i już po chwili byli przy niej. Uśmiech bliźniaków odbił się bladym echem na twarzy dziewczyny.
- Cześć. Macie chwilę? - spytała nonszalancko.
- Dla ciebie zawsze. - obaj rozpłynęli się w uroczych uśmiechach.
- Pomyślałam sobie... pomyślałam... zostało wam może jeszcze trochę tej mikstury wielokrotnego odbicia? - cała trójka maszerowała przez błonia. Coraz dalej od boiska quidditcha. Żeby nikt nie słyszał o czym mówią.
- Chcesz wysmarować lustro w przebieralni chłopaków? - dociekał George.
- Nie, chcę posmarować lusterko w pokoju, w którym leży Stella.
Obaj bracia wymienili spojrzenia.
- Nadal nie odzyskała przytomności? - spytał Fred. Hermiona pokręciła głową. Łzy zagrały jej na rzęsach. Ale zanim zdążyły spłynąć na policzki dziewczyna starła je wierzchem dłoni.
- Hej… - w następnej sekundzie poczuła dłoń Freda na ramieniu, a palce George'a we włosach. – Hej, Hermiona…
Dotyk chłopaków był ciepły i kojący. Przynosił coś w rodzaju pocieszenia. Hermiona uśmiechnęła się z wdzięcznością. Cała trójka stała tak przez chwilę, bez słów, marznąc w podmuchach wiatru.
- Nie ma sprawy, damy ci miksturę. – zapewnił George.
- Tylko najpierw nasmaruj lusterko w jej pokoju, a dopiero potem swoje małe, podręczne. – przypominał Fred. - I pamiętaj o zaklęciu Ostendo multum...
Hermiona dostała od bliźniaków porcję eliksiru. Zastosowała się do ich zaleceń. Wtarła odrobinę w szklaną powierzchnię w sali, gdzie stało łóżko Stelli. Kilka kropel upuściła na swoje kieszonkowe lusterko. Miała je teraz przy sobie, poszukała znajomego kształtu w kieszeni szaty. Westchnęła jeszcze raz i ruszyła spod sali eliksirów, na następne zajęcia. W jej głowie kłębiły się wątpliwości, leki i obawy. A co, jeśli profesor Dumbeldore nie będzie potrafił pomóc? Co, jeśli Stella już się nie obudzi?
Po zajęciach znowu skierowała kroki do skrzydła szpitalnego. Zastała panią Pomfrey, krzątającą się wokół dwójki Puchonów, którzy niechcący rzucili na siebie czar łuskowej skóry i Krukona, który chciał uszczęśliwić zaklęciem bagiennego oddechu Draco Malfoya. Inkantacja odbiła się i trafiła w rzucającego, sprawiając, że z ust chłopaka wydobywały się cuchnące opary. I wokół Stelli, przygwożdżonej do łóżka, zakopanej w pościeli. Nieprzytomnej, nie odpowiadającej ani głosem, ani uśmiechem na słowa koleżanki.
- Hej...- Hermiona przysiadła przy łóżku młodszej Gryfonki. Stella wyglądała, jakby była pogrążona w najgłębszym śnie świata. Jej czarne włosy rozsypały się na poduszce.
- Musisz się obudzić... - kontynuowała Hermiona. - niedługo zaczną się rozgrywki quidditcha, będziemy kibicować. Chociaż ja tak naprawdę nie przepadam za tą grą, tylko nie mów Harremu
i Ronowi... Po meczu zawodnicy z przeciwnych drużyn potrafią się do siebie nie odzywać przez miesiące. Dziecinada...
- Właśnie...- nabrała powietrza. - Ron i Harry wypytują o ciebie, byli tu ze mną kilka razy... Przynieśliśmy ci kwiaty. - wskazała na wazon w którym fioletem skrzyły się wrzosy. Fred i George też o ciebie pytali... Wszyscy o ciebie pytają...
Świat przed oczami Hermiony na moment się rozmazał. Wytarła oczy rękawem. Spojrzała z czułością na bladą, trójkątną twarz Stelli.
- Nigdy nie miałam przyjaciółki... Inne dziewczyny zawsze albo mi dokuczały, bo byłam za dobra, albo chciały się zaprzyjaźnić tylko po to, żebym dała im odpisać pracę. - ujęła drobną dłoń Stelli
w swoje ręce. Palce przyjaciółki były zimne, niczym lód. Na jej skórze uwydatniła się sieć błękitnych żyłek. Hermiona mówiła dalej.
- Profesor Dumbledore na pewno będzie wiedział, co robić. Na pewno ci pomoże. - wymówiła nazwisko dyrektora szkoły, jakby było zaklęciem, które w magiczny sposób przywróci uśpionej dziewczynie świadomość. Nic się nie stało. Zapadła chwila ciszy. Hermiona mocniej ścisnęła palce śpiącej.
- Proszę, obudź się. Stella wróć do mnie, proszę...
Gdy pani Pomfrey wróciła do sali zastała Hermionę siedzącą na łóżku Stelli i trzymającą w uścisku dłoń przyjaciółki. Pielęgniarka otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Ale w końcu się nie odezwała. Patrzyła na dwójkę dziewcząt z mieszaniną smutku i czułości, a potem wyszła doglądać innych uczniów.
Hermiona szykowała się do snu. Na poduszce i kołdrze jej łóżka piętrzyły się stertą grube księgi, w masywnych oprawach, które przeglądała przed zaśnięciem. Wtarła w policzki odrobinę nawilżającego kremu. Uszczęśliwiła włosy porcją odżywki. Zatrzymała wzrok na stosie książek, potem przeniosła spojrzenie na nocną szafkę, gdzie leżało jej kieszonkowe lusterko. Było już późno, ale wiedziona przeczuciem postanowiła spojrzeć, co dzieje się u Stelli. Rozejrzała się, czy na pewno nikogo nie ma w sypialni i sięgnęła po różdżkę.
- Ostendo multum... - wraz z jej słowami szklana powierzchnia zamigotała. Hermiona zatopiła spojrzenie w kieszonkowym lusterku. Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. W samej piżamie wybiegła z sypialni, roztrącając po drodze dwie Gryfonki i zostawiając za sobą ich oburzone głosy.
- Hej, uważaj Granger!
- Dokąd ona tak biegnie?
Hermiona pędziła przed siebie. Pokonywała kolejne stopnie schodów. W piżamie, na boso, czując chłodny powiew korytarzy na skórze i zimno kujące w stopy. Nieważne, że uczniom nie wolno nocą chodzić po szkole. Jeśli wpadnie na Filcha wymyśli jakiś wykręt. Wciąż miała przed oczami to, co zobaczyła w lustrze. Stellę, wstającą z łóżka i wychodzącą ze swojej sali.
Stella się obudziła. Hermiona musi ją znaleźć, spytać jak przyjaciółka się czuje. Powiedzieć, jak się cieszy, że już wszystko w porządku. Klaskanie bosych stóp Hermiony, na kamiennych płytach niosło się echem po korytarzu. Pędziła do skrzydła szpitalnego. Prawie zderzyła się z Ernie Macmillianem, stojącym w opustoszałym korytarzu.
- Hej, ostrożnie! - zawołał jasnowłosy Puchon.
- Przepraszam, przepraszam, śpieszę się... - gorączkowy bieg zabrał Hermionie oddech. Łapała gwałtownie powietrze i trzymała się ściany. - Ty nie w swoim dormitorium? - spytała chłopaka.
- Moja fretka kiepsko się czuje... - ruchem głowy wskazał na zwierzątko, które przyciskał do piersi. Fretka rozglądała się uważnie po korytarzach zamku. Intensywnie obwąchiwała powietrze, sierść miała nastroszoną. Czarna obwódka dookoła jej oczu przywodziła na myśl okulary.- Chciałem, żeby profesor Sprout ją obejrzała.
- Acha. - Hermiona uprzejmie ucięła rozmowę. Przecież nie miała czasu.
- Wszystkie dziewczyny z Gryffindoru biegają tak bez sensu po nocy? - zapytał kąśliwie Ernie.
- Co?
- Przed chwilą minęła mnie Stella. Wyglądała na średnio przytomną i pobiegła schodami na Wieżę Astronomiczną.
Na wieżę? Czemu na wieżę? Przecież to bez sensu. Stella powinna zostać w skrzydle szpitalnym
u pani Pomfrey. Powinna odpoczywać.
- Dzięki. Dzięki. Cześć. - Hermiona zniknęła z oczu Erniego na szczycie wysokich, krętych stopni.
Drzwi do obserwatorium były otwarte. Komnata uderzyła ją w twarz powiewem chłodu. Hermiona wbiegła do środka i rozejrzała się dookoła. Jedno z ogromnych okien było otwarte. Wiatr szarpał zasłonami i hulał po całym pomieszczeniu, rozpościerając dookoła swoje zimne palce. Rozwiewał włosy drobnej dziewczynki stojącej na parapecie.
- Stella, nie!
Stella odwróciła się i spojrzała na Hermionę. Była w długiej, białej koszuli nocnej, bezlitośnie miotanej podmuchami wiatru. Łzy ściekały jej po policzkach i kapały z nosa. Jej jasna skóra
i koszula odcinały się na tle nocnego nieba, usianego plamkami gwiazd i przyozdobionego księżycem. Hermiona zastygła. Bała się, że każdy, najsłabszy ruch sprawi, że przyjaciółka spadnie w otchłań setek metrów dzielących ją od ziemi. Bała się poruszyć. To nie dzieje się naprawdę- pomyślała.
- Stella, chodź do mnie... - przełamując paraliżujący strach wyciągnęła dłoń w kierunku dziewczyny tkwiącej na parapecie. - Chodź, porozmawiamy.
- Hermiona przepraszam... Tak strasznie cię przepraszam... - wyjąkała Stella przez łzy.
I skoczyła.
