- Stella Capiendo lasso!
Hermiona nie myślała. Zareagowała, zanim w jej mózgu zdążyły przeskoczyć impulsy. Wraz ze słowami wypowiadanej inwokacji z różdżki dziewczyny wystrzelił magiczny arkan, wijący się
w powietrzu srebrnymi splotami. Hermiona poczuła nagłe szarpnięcie, gdy drugi koniec magicznego lassa złapał coś ciężkiego. W myślach podziękowała. To znaczyło, że zdążyła chwycić Stellę, zanim ta uderzyła o ziemię. Ale po chwili Hermiona nie miała już czasu na składanie podziękowań, bo ciężar pociągnął ją w dół. Wolną dłonią złapała się okiennej framugi,
w rozpaczliwej próbie zatrzymania nieodwracalnego. Ale to nic nie dało. Hermiona wypadła przez okno, z Wieży Astronomicznej. Prosto w objęcia tysięcy stóp dzielących ją od ziemi.
Nie zdążyła pomyśleć. Uszy wypełniał jej własny krzyk. Spadała, prosto w nicość. Jej ręce bezsensownie młóciły powietrze. Nie było żadnego oparcia, nie było się czego złapać. Koniec. Już po nich.
I wtedy Hermiona zobaczyła jak ją i Stellę spadające bezradnie w dół otoczyła świetlista aura. Zwalniały. Niewytłumaczalna siła sprawiała, że wbrew prawu grawitacji zamiast roztrzaskać się
o ziemię opadały łagodnie w zalewie ciepłego blasku. Hermionie migotały przed oczami nocne gwiazdy i księżyc. Strumień światła sprowadził je bezpiecznie, wprost u stóp Wieży Astronomicznej. Otaczająca dziewczyny migotliwa aura rozmazała się i zatarła dopiero gdy dotknęły mokrej, nocnej trawy. Światła w oknach Hogwartu mrugały do nich porozumiewawczo. Nos Hermiony wypełnił po brzegi wilgotny zapach ziemi i darni. Chłód kujący ją w bose stopy upewniał ją, że wciąż żyje. Stały razem ze Stellą w gąszczu trawy, na błoniach Hogwartu, tuż pod zamkiem. Przyjaciółka wyglądała na tak samo zdezorientowaną jak i ona.
I wtedy dostrzegły, że obok jest ktoś jeszcze.
Hermiona, mimo panującego półmroku, bo błonia oświetlał tylko blask z nielicznych okien Hogwartu, które jeszcze jaśniały w ciemności natychmiast rozpoznała długa, srebrną brodę, powłóczyste szaty i okulary połówki. Poczuła wręcz fizyczne odprężenie, gdy w uszach zabrzmiał jej znajomy, ciepły głos.
- Panna Granger, prawda? Poradziła sobie pani świetnie, ale teraz chyba przyda się pomoc kogoś bardziej... doświadczonego.
Profesor Dumbledore wzniósł swoją różdżkę i wypowiedział zaklęcie „Lumos" z taką mocą, że jej koniec rozjarzył się światłem, niemal równie silnym jak słoneczne. Blask oświetlił starca i kulące się na ziemi dwie dziewczyny. Zerwał się wiatr, szarpiąc chłodnym, nocnym powietrzem
i przyginający źdźbła trawy do ziemi. Mroźny powiew, szedł ku nim od jeziora niczym dotyk lodowatych palców. Hermiona objęła Stellę, która trzęsła się w swojej cienkiej nocnej koszuli, poznaczonej smugami trawy i piachu Wiatr idący od jeziora przynosił zapach smaganych sztormem fal i morskich głębin. Stella w ramionach Hermiony skuliła się jeszcze bardziej. Przełykała łzy.
- On wrócił... - wyszeptała.- Tak strasznie cię przepraszam Hermiona, ale on wrócił...
Hermiona już miała zapytać, kto wrócił, ale wtedy jej wzrok przykuło to, co działo się na jeziorze. Na falach utworzyła się pionowa zmarszczka. A potem z gwałtownym pluskiem ciemny kształt rozdarł pokrywę wody i wynurzył się spod powierzchni. Hermionie zaparło dech.
To był statek. Ogromny, starodawny dwumasztowiec, sunący po wodzie. Żagle rozpościerały się na masztach, armaty prężyły się dumnie po bokach. Dziób zdobiła rzeźba, przedstawiająca krzew, cały w kolcach i obsypany jagodami. Zaraz, przecież Hermiona widziała już ten okręt. Statek odwrócił się do nich bokiem i oczom całej trójki ukazał się napis zdobiący burtę. Pozłacane litery krzyczały dumnie „Sercokrzew".
- Panno Granger, panno Thornheart, schowajcie się za mnie. - powiedział naglącym tonem Dumbledore.
Hermiona pociągnęła Stellę za rękę i schroniły się za dającymi poczucie bezpieczeństwa plecami dyrektora. Zobaczyła, ze w oknach Hogwartu zapalają się kolejne światła, a ku nim, przez błonia sunie szereg postaci. To pewnie nauczyciele. Przemknęło jej przez głowę, ciekawe czy Fred
i George też się obudzili? Hermiona z powrotem utkwiła wzrok w statku, sunącym ku nim po tafli wody. Lodowaty dreszcz przeszedł jej po kręgosłupie. Kiedyś, dawno temu widziała jak z fal jeziora wynurzył się okręt Durmnstrangu. Ale kształt mknący teraz po powierzchni nie kołysał się na wodzie jak normalny dwumasztowiec. Fale nie odbijały się od burt, żagle nie poruszały się zgodnie z rytmem wiatru, tylko jakiegoś nienaturalnego, widmowego oddechu. Okręt raczej unosił się nad wodą, otoczony widmową poświatą. Bił od niego chłód, okrywający ramiona gęsią skórką
i podnoszący włoski na karku. Zbliżał się, zaraz dotknie brzegu.
- Panno Granger, panno Thornhart, nie uciekajcie. - w tę scenę wdarł się głos Dumbeldora. - Zdaje się, że mamy gości. A gości trzeba przyjąć, nawet nieproszonych...
Statek zatrzymał się tuż przy brzegu. Widmowe burty omywały delikatnie fale, niesione prądami jeziora. Wydawało się, że okręt emanuje wewnętrznym, niebieskawym światłem i lodowatym chłodem. Niemożliwe, żeby jakikolwiek normalny statek podpłynął tak blisko brzegu, niemal dotykając dziobem kęp trawy. Nagle strzęp błękitnej mgły, która otaczała żagle, takielunki i liny oderwał się od statku i zaczął płynąć ku dyrektorowi Hogwartu i dwójce jego podopiecznych. Zmieniał się, formował, rósł. W końcu przyjął postać mężczyzny, w stroju z dawnej epoki. Jego skóra była wysuszona, rysy zniekształcone, oczodoły czarne i puste. Niekiedy z jego ciała wyglądały białe kości. Na ustach mężczyzny wykwitł okrutny, drapieżny uśmiech. Zmierzał, przez błonia, zarazem żywy i umarły. Trawy falowały pod jego dotykiem, unosił się ponad gruntem, ale był cielesny, odpychającą, nieumarłą cielesnością. Zanim dotarł do uczennic i ich opiekuna dobiegli tam nauczyciele. Zdyszana profesor McGonagall, profesor Snape, któremu nawet ta niecodzienna sytuacja nie starła grymasu ironii z twarzy i profesor Flitwick, chociaż trudno powiedzieć jakim sposobem tak szybko przebył tą odległość na swoich krótkich nóżkach. Przybysz zatrzymał się przed grupą. Dumbledore wyszedł nieumarłemu na spotkanie. To niesamowite, ale nawet w tej chwili dyrektor wiedział co powiedzieć.
- Witaj Pawle. - odezwał się. - Wiele o tobie słyszałem.
Świetlna kula spłynęła z różdżki Dumbledora, i zawisła w powietrzu. Unosiła się parę metrów, nad zebranymi. Roztaczała blask nad tą sceną. Stellą i Hermioną, chroniącymi się za plecami dyrektora Hogwartu, gronem nauczycielskim i wąską nitką uczniów wysypujących się z zamku, pewnie żeby zobaczyć co się dzieje. I nieumarłym, stojącym naprzeciw całej grupy. Błyskającym pożółkłymi zębami w zmumifikowanej twarzy w okrutnej parodii uśmiechu. Zimny wiatr, ciągnący od widmowych żagli i burt przyginał do ziemi źdźbła trawy, szarpał ubraniami żywych i muskał ich skórę lodowatymi palcami.
- Znasz mnie? - głos ożywieńca zdawał się dochodzić z bardzo daleka. Sprawiał, że ciarki przebiegły Hermionie po krzyżu. Zmarzły jej bose stopy, nogawki od piżamy były mokre
i ubłocone.
- Oczywiście. - Dumbledore mówił tak pogodnym tonem, jakby spotkał się ze znajomym przy herbacie.- Jesteś Paweł Sercokrzew, sławny morski kaper. A teraz, jak widzę Niespokojny Żeglarz.
Na twarzy nieumarłego pojawiło się coś na kształt grymasu zadowolenia. Triumfu, że został rozpoznany.
- A ty kim jesteś, żywy głupcze? - na dźwięk tego głosu po skórze zebranych znowu przeszedł dreszcz.
- Profesor Dumbledore, dyrektor szkoły magii i czarodziejstwa w Hogwarcie. - siwowłosy starzec uprzejmie skłonił głowę.
Wydawało się to niemożliwe, ale na dźwięk tego nazwiska Niespokojny Żeglarz zdawał się nabrać odrobiny respektu.
- Przyszedłem po nią. - wyschła ręką, na której zmumifikowana skóra otulała kości wskazała na Stellę. Dziewczynka skuliła się ze strachu. Obejmująca przyjaciółkę Hermiona czuła, jak się trzęsie.
- Rozumiem. - powiedział Dumbledore. - Ale chyba najpierw będziemy sobie musieli wyjaśnić pewne sprawy.
Dyrektor odwrócił się w stronę stojących za jego plecami nauczycieli i dobiegającej właśnie grupki uczniów. Hermiona rozpoznała Harrego, Rona i bliźniaków.
- Profesorze Snape, profesorze Flitwick, to wewnętrzna sprawa Gryffindoru. Nie ma potrzeby, żebym was dłużej fatygował. Profesor McGonagall poprosiłbym o pozostanie. Uczniowie... - zmierzył wzrokiem zdyszana grupkę Gryfonów. Zatrzymał kolejno wzrok na ich twarzach, jakby badał je spojrzeniem. - … możecie zostać.
- Dość tych bredni! Ona jest moja!- gniewny skrzek nieumarłego niósł zapowiedź groźby. Nawet profesor McGonagall się wzdrygnęła. Bliźniacy, Harry i Ron wyglądali jakby oblał ich zimny prysznic. Stella ukryła twarz w dłoniach. Hermiona zacisnęła palce na ramionach przyjaciółki. Tylko Dumbledore wydawał się niewzruszony.
- Solem contra mortui!- wraz ze słowami profesora nocne sklepienie otworzyło się. Wystrzeliły z niego jasne promienie, tworząc barierę światła między nieumarłym, a żywymi, stojącymi Niespokojnemu Żeglarzowi na drodze. Świetliste smugi dosięgły gruntu. Zapora grała odcieniami światła, nieustannie migocząc i wydając delikatny dźwięk, podobny do szmeru harfy. Dumbledore przyglądał się efektom zaklęcia bez emocji, jakby dosypał komuś cukru do kawy. Nieumarły cofnął się, a dyrektor Hogwartu wystąpił o kilka kroków naprzód.
- Znam twój rodzaj. - powiedział Dumbledore. - Wiem, że jesteś trudnym przeciwnikiem. Ale walka nikomu z nas nie przyniesie pożytku. A oni muszą wysłuchać tego, co mam im do powiedzenia.- wskazał na grupkę uczniów stojącą za nim i opiekunkę Gryffindoru. Snape i Flitwick też nie ruszyli się z miejsc, mimo tego co polecił im zwierzchnik. Zanim ktoś zdążył zareagować bliźniacy dobiegli do Hermiony.
- Jesteś cała?- spytał George.
Skinęła głową, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Fred okrył obie dziewczyny swoja kurtką. Bliźniacy wybiegli w piżamach, na które narzucili tylko wierzchnie okrycia. Tak samo Harry i Ron. Teraz wszyscy utkwili wzrok w Dumbledorze, który zaczął snuć swoją opowieść.
- Kiedy panna Thornheart... - wskazał na Stellę.- trafiła do Hogwartu i została przyjęta do Gryffindoru odwiedziły mnie jej matka i babcia. Opowiedziały, o klątwie ciążącej na ich rodzinie. Wieki temu, Paweł Sercokrzew, sławny gdański żeglarz i czarownik zamarzył o nieśmiertelności. Po serii magicznych rytuałów stał się liszem. Ale obłożył swoją rodzinę strasznym brzemieniem. W każdym pokoleniu rodzi się dziewczynka o dwóch duszach. Jedna z tych dusz to zmora, polująca na śpiących i wysysająca z nich siły, żeby przekazać je Niespokojnemu Żeglarzowi. Dziewczyna będzie zmorą, dopóki nie wyjdzie za mąż, zrywając więź krwi ze swoim przodkiem. Babcia i matka Stelli ostrzegały, że w tym pokoleniu to ona mogła zostać obłożona brzemieniem. Zapewniłam je, że jej pomogę. I choć do tej pory jak widać nie sprostałem zadaniu, jako dyrektor Hogwartu
i opiekun Stelli będę jej bronił.
- Należy do mnie... - wysyczał Niespokojny Żeglarz. - Gdyby nie ja, nie pojawiłaby się na świecie...
- Przyznaję, łączy was więź krwi. - zgodził się Dumbledore. - Ale jako studentka Hogwartu jest teraz pod opieką szkoły. Czego chcesz od Stelli?
Czarodziejowi odpowiedział stek dawnych przekleństw, wyrzuconych przez wyschnięte usta pozbawione warg i zaopatrzone w resztki zębów.
- Jest mi potrzebna... - mamrotał lisz. - Pójdzie ze mną! Ta bezwartościowa dziewka ma do wykonania zadanie!
Hermiona czytała o nieumarłych. W jej myślach pojawiały się stronice z ksiąg. Jedynym celem nadającym sens egzystencji liszów jest żądza zwiększenia osobistej mocy. To ona popycha czarowników do porzucenia człowieczeństwa, przejścia serii makabrycznych rytuałów i przybrania postaci nieumarłego. Lisze potrafią trwać przez wieki, pozbawieni ludzkich uczuć, poza dobrem
i złem, spragnieni nieśmiertelności i potęgi. Ale w posępnej postaci Niespokojnego Żeglarza, stojącego przed nimi było coś dziwnego. Czemu w ogóle rozmawiał z Dumbledorem, w swoim mniemaniu nędznym śmiertelnikiem? Czemu się na nich nie rzucił, albo nie animowal armii szkieletów, by się z nimi rozprawić?
- Obawiam się, że to niemożliwe... - przemówił dyrektor Hogwartu, tym samym uprzejmym tonem. - Jednak mogę ci zaoferować kogoś, kto podejmie się tego zadania, w zamian za Stellę. Uczciwe byłoby jednak, gdybyś najpierw wyjawił, jaka to misja.
Ożywieniec zdawał się namyślać, mimo, że jego zmumifikowanego czoła nie pobruździła żadna zmarszczka. Trwał w milczeniu, emanując trupie zimno i odór zasuszonego ciała.
- Filakterium... muszę odzyskać filakterium... - Niespokojny Żeglarz wypluwał słowa wyschłymi ustami.
Hermiona znała i tę nazwę. Filakterium to relikwiarz, w którym zamknięta została dusza nieumarłego. Chronią go potężne zaklęcia, zawsze jest dobrze ukryty. Tylko niszcząc artefakt można w pełni pokonać lisza. Inaczej ożywieniec odrodzi się i znów odzyska pełnię sił. Jeśli Niespokojny Żeglarz rzeczywiście stracił filakterium musiał przeszywać go strach. Przed tym, czego lisze lękają się najbardziej. Utratą nieśmiertelności.
- Filakterium, tak? – drążył uprzejmym tonem Dumbeldore. – To rzeczywiście wydaje się dość istotne. Gdzie się znajdowało?
Lisz zlekceważył pytanie. Zbliżył się do dyrektora. Wyciągnął uschłą rękę, przyozdobioną resztkami szaty, którą niegdyś nosił Paweł Sercokrzew.
- Ty pójdziesz. Ciebie dotknęła moja posłannica i oddała mi twoje siły. Teraz też jesteśmy związani. - wyszczerzył żółte resztki zebów w kolejnej parodii uśmiechu. Jego trupi palec wskazywał na Hermionę. Ta rozglądała się zszokowana.
- Nie dam zgody na nikogo innego. - mamrotał dalej Niespokojny Żeglarz. Otaczająca go aura chłodu przybrała na sile, trupi odór zgęstniał. - Wybieraj. - zwrócił się do Dumbledora. - Albo ta dziewka, albo zabieram moja potomkinię. Jeśli chcesz, możemy walczyć. - z wyschłych ust wynurzył się czarny, pomarszczony język.
Do Hermiony podbiegli Harry i Ron, jakby chcieli chronić ją przed ożywieńcem.
- Zaraz... - zimne, nocne powietrze przeciął głos George'a. Chłopak położył dłoń na ramieniu Hermiony.- Jesteśmy złączeni widmowym pocałunkiem, tak?- teraz dziewczyna poczuła na drugim barku ciepło dłoni Freda Weasleya.
- Właśnie...- zawtórował mu brat bliźniak. - Jeśli Hermiona idzie, to my też.
Objaśnienia:
Capiendo lasso - Capiendo łac. łapać. Zaklęcie tworzące magiczne lasso, chwytające wskazany obiekt, lub osobę.
Postać Pawła Sercokrzewa jest w pewnym stopniu zainspirowana Pawłem (Paulem) Beneke - gdańskim żeglarzem i kaprem. Szczególnie wsławił się podczas wojny miast hanzeatyckich z Anglią, toczonej w XV w.
Solem contra mortui - Solem – łac. słońce, Contra - łac. przeciwko, Mortui – łac. martwy. Zaklęcie wymierzone przeciw nieumarłym, tworzące barierę promieni słonecznych, mogących zadać im poważne obrażenia.
Lisz/ Licz- jedna z najpotężniejszych form nieumarłych, powstała najczęściej z magów chcących osiągnąć nieśmiertelność. Powstanie liszów oprócz magii wymaga również specjalnego relikwiarza w którym w razie unicestwienia przechowywana jest dusza właściciela, która z czasem może nawet odtworzyć ciało.
