- Panno Granger, proszę tylko, żebyście byli ostrożni. Fred i George to dobrzy chłopcy ale bywają... nierozsądni. Przed panią na pewno będą się starali odgrywać bohaterów. Proszę ich temperować.
Hermiona czuła jak mokra trawa mrozi jej bose stopy. Ramiona miała owinięte koszulą George'a, ale i tak marzły jej w podmuchach wiatru. Wpatrywała się w stojącego przed nią siwowłosego dyrektora Hogwartu, mając świadomość obecności bliźniaków za plecami. I cały czas czując na sobie lodowaty wzrok Niespokojnego Żeglarza.
Gdy lisz zażądał, żeby to ona odnalazła filakterium, a potem dołączył chór głosów Freda i George'a Hermionie zakręciło się w głowie. Napotkała zdumione spojrzenia Rona i Harrego. Stella, krzyczała w panice, prosząc, żeby się nie zgadzali i dławiąc się od szlochu. Profesor McGonagall próbowała uspokoić dziewczynę. Nagle wysoka postać Dumbledore'a znalazła się tuż przy Stelli. Dyrektor skinął na drobną dziewczynkę w ubłoconej koszuli nocnej i za dużej kurtce Freda Weasleya. Potem dał znak bliźniakom i Hermionie. Cała czwórka otoczyła Dumbledora. Stella ciągle łkała i wycierała twarz skrawkiem już i tak brudnej koszuli. Prosiła, błagała, przekonywała, żeby się nie zgadzali. Trójka profesorów Hogwartu wciąż stała, niepewna, co począć dalej.
- Gdybyś zechciał dać nam chwilę... - Dumbledore zwrócił się uprzejmie do Niespokojnego Żeglarza. Odpowiedział mu syk wysuszonych ust i buchnięcie trupiego odoru.
- Panno Thornheart, obawiam się, że nie może się pani podjąć się tego zadania. - tłumaczył ściszonym głosem starzec. - Z Pawłem Sercokrzewem łączy cię więź krwi, dziecko. Jako potężny mag bardzo łatwo mógłby tobą zawładnąć. A chyba wszyscy się zgadzamy, że nie ma wobec ciebie uczciwych zamiarów. Za to myślę, że Niespokojny Żeglarz przecenia swoje szanse wobec panny Granger. Kiedy wy dwaj... - spojrzał na bliźniaków. - ….uwolniliście ją od zmory, już nie ma nad nią władzy.
Stella wysłuchała tych słów i skinęła głową. Utkwiła wystraszone spojrzenie w twarzy przyjaciółki.
- Ale... - dyrektor Hogwartu objął wzrokiem braci Weasley i stojąca między nimi Hermionę. - Nie mogę wam nakazać, żebyście się tego podjęli.
- Zrobimy to. - Hermiona była zdumiona słysząc własny, opanowany głos. - Dobrze, zrobimy to. Znajdziemy filakterium.
Nie miała pojęcia jak mieliby tego dokonać. Ale wizja oddania Stelli w ręce nieumarłego przodka sprawiała, że Hermionie cierpła skóra. Odnajdą filakterium. Na pewno coś wymyśla. Nie mają wyjścia.
Dumbledore spojrzał na uczniów z troską malującą się na pobrużdżonej twarzy.
- Wierzę, że sobie poradzicie. - wyszeptał. - Zgodzili się. - zawołał w kierunku ożywieńca. Odpowiedział mu syk pełen złośliwej radości.
Niespokojny Żeglarz sunął w ich kierunku, z jakąś upiorną gracją, nie dotykając stopami ziemi, zostawiając za sobą błękitnawe opary lodowatej mgły. Stella wczepiła się rozpaczliwie w rękaw piżamy Hermiony.
- Accio różdżka panny Granger.- wydał komendę Dumbledore. Niewielki pręt, wykonany
z winorośli wyrwał się ze źdźbeł trawy i poszybował wprost do dłoni dyrektora Hogwartu. Starzec oddał różdżkę Hermionie. Wraz z dotykiem znajomego kształtu w dłoni dziewczyna poczuła przypływ pewności siebie. Zacisnęła palce na różdżce.
- Gdzie jest to... filakterium?- Fred nie wyglądał na przejętego, że właśnie zgodził się odszukać artefakt lisza.
- Poczekaj... dowiesz się... - z wyschłych ust nieumarłego spływały szeleszczące słowa. - Może nawet przeżyjesz...
Profesor McGonagall wyszeptała coś pośpiesznie dyrektorowi Hogwartu do ucha. Ron i Harry dopadli do Hermiony.
- Czy ty zwariowałaś?- w głosie Rona pobrzmiewała nuta histerii.
- Na pewno wiesz co robisz?- spytał Harry.
- On nie może zabrać Stelli. - utkwiła spojrzenie w twarzach swoich przyjaciół. - Nie może zyskać nad nią władzy. Spokojnie, poradzimy sobie. Nie takie rzeczy już robiliśmy we trójkę.
- Właśnie, a teraz masz nas. - wtrącił George. - Czarujemy sto razy lepiej, niż Ron.
Mimo powagi sytuacji Ron chyba się zaczerwienił.
- Chcesz ich zabrać tym okrętem?- Dumbledore zbliżył się do Niespokojnego Żeglarza.
- Mój statek potrafi przewieźć i żywych i umarłych. W jednej chwili jest w Londynie, a w drugiej
w Danzigu. - przechwalał się lisz.
- Dobrze. Świetnie. - wymruczał Dumbledore.
Zanim istota, która kiedyś była Pawłem Sercokrzewem zdążyła zareagować siwowłosy profesor wyciągnął różdżkę i wykonał nią skomplikowany gest. Z jego ust spłynęły słowa.
- Sercokrzew sanktuario. Hermiona, Fred, George no verleze.Z pokładu widmowego statku buchnął snop złotego, ciepłego światła, który rozprysnął się w eksplozji migoczących iskier.
- Zaklęcie sanktuarium. Na pokładzie statku nie może ich spotkać żadna krzywda. - wyjaśnił Dumbledore, wskazując na trójkę uczniów. Odpowiedział mu wściekły syk Niespokojnego Żeglarza. - A teraz, pozwól, że przebiorą się w coś bardziej... odpowiedniego na taka przygodę.
W końcu nie codziennie wyrusza się na poszukiwanie tak cennego artefaktu.
Hermiona założyła jeansy, bluzę i solidne buty. Schowała do kieszeni różdżkę. W zakamarkach bluzy schowała Przywracające Siły Cukierki Bertiego Botta i zapas proszku Fiuu. Była przy niej Stella, z twarzą poznaczoną śladami łez, wciąż miała na sobie brudną koszulę nocną. Gdy napotkała spojrzenie Hermiony uśmiechnęła się z wysiłkiem.
- Hej... - starsza z Gryfonek położyła przyjaciółce dłoń na ramieniu. - Będzie dobrze...
- To ja zbiłam lusterko w dormitorium... - zaczęła mówić Stella. Gorączkowo wyrzucała z siebie słowa, jakby chciała jak najszybciej wyznać przygniatającą ją prawdę. - Musiałam, bo on mi kazał. Kiedy się zorientowałam rzuciłam na siebie zaklęcie, odbierające siły, żebym nie zrobiła już nikomu nic złego... Dlatego zemdlałam... a potem, pomyślałam...że niech już to wszystko się skończy...
- Głuptasie... - Hermiona zamknęła Stellę w mocnym uścisku. - Jak mogłaś tak pomyśleć.
- Nie jesteś na mnie... zła?- wyszeptała dziewczyna prosto w ucho Hermiony. Głos miała ochrypły od płaczu. - Przecież to ja... jestem zmorą. To ja cie męczyłam, moja druga dusza... Nie chciałam, myślałam, że moje zaklęcia, jagody sercokrzewu jakoś ją zatrzymają...- szeptała.- Babcia i mama wymyślały przeciwzaklęcia, odprawiały rytuały, ale to nic nie dało...
- To nie twoja wina. - Hermiona odsunęła Stellę na odległość ramion. - Nie płacz już. Zobaczysz. Kiedy odzyskamy filakterium wymusimy na Niespokojnym Żeglarzu, żeby już cię nie prześladował.
Dziewczyny wymieniły uśmiechy i uściski. Mimo powagi sytuacji Hermiona poczuła to samo wewnętrzne ciepło, co gdy przy butelce lemoniady plotkowały o chłopakach.
Nagle drzwi do pokoju Hermiony otworzyły się z trzaskiem. Stanęła w nich profesor McGonagall.
- Widzę, że jesteś gotowa. - powiedziała nauczycielka. - Już czas.
Hermiona skinęła głową i ruszyła ku drzwiom. Opiekunka Gryfindoru wcisnęła w dłoń dziewczyny niewielki przedmiot. Hermiona zatrzymała na nim wzrok.
- To miniatura Gospody Pod Trzema Miotłami. - wyjaśniła nauczycielka. - Gdybyście musieli uciekać ze statku, lub skądkolwiek... Dotknijcie jej wszyscy troje i powiedzcie razem Hogsmaeade. Teleportujecie się do wioski.
- Dziękuję pani profesor... - Hermiona zamknęła przedmiot w dłoni.
- Jeśli komukolwiek ma się udać to, co chcecie zrobić, to tobie Granger. - w głosie profesor McGonagall zabrzmiał ślad niemal dumy.
- Poczekaj... - Stella zacisnęła lodowate palce na ramieniu Hermiony. Czuła chłód jej dłoni nawet przez materiał bluzy. - Weź to. - wcisnęła w dłoń przyjaciółki mały przedmiot, schowany
w płóciennym woreczku. - Może się przydać... McGonagall tak ponaglała Hermionę, że dziewczyna nie zdążyła sprawdzić co wręczyła jej przyjaciółka. Ale była pewna, że to coś ważnego. Coś co może im pomóc w misji.
Fred i George czekali na dole, przy schodach razem z Harrym i Ronem. Też ubrani odpowiednio na niebezpieczną wyprawę. Wszyscy skierowali kroki w stronę statku. Wraz z otwarciem drzwi zimne, nocne powietrze uderzyło ich po twarzach. Żagle i maszty okrętu jaśniały widmową poświatą. Niespokojny Żeglarz i Dumbledore stali na brzegu. Hermiona i bliźniacy wysunęli się na czoło grupy. Za nimi szli profesor McGonagall. Ron i Harry. Pochód zamykała Stella, okryta za dużą kurtką Freda Weasleya. Miniaturowy orszak zrównał się z siwowłosym dyrektorem Hogwartu.
- Możecie wejść na pokład. - Dumbledore wskazał zachęcającym gestem na sylwetkę statku, jakby pokazywał im wygodny wycieczkowiec. - Odbyłem bardzo ciekawą... dyskusję z naszym niezapowiedzianym gościem. - skłonił się w stronę nieumarłego. - Jestem pewien, że zależy mu na powodzeniu misji, tak samo, jak i wam.
Gdy trójka uczniów zbliżyła się do widmowego okrętu. W ich kierunku wysunął się trap. Drabinka dotknęła brzegu. Hermiona rozejrzała się niepewnie i postawiła stopę na schodkach, które zapewne kiedyś były drewniane, ale teraz wydawały się nie do końca cielesne, migotliwe i zimne. Pod jej dotykiem widmowy okręt zdawał się powlekać materialną substancją. Tam gdzie postawiła stopy nagle ciepłym brązem lśniły żywe deski. Hermiona rozejrzała się niepewnie, ale zaraz pospieszyła na pokład, pod naciskiem rozlegających się tuż za nią kroków Freda i George'a. Pod dotykiem trójki uczniów statek przestał przypominać okręt-widmo. Tam, gdzie postawili kroki, czy przytknęli dłonie okręt powlekał się cielesną materią. Fred i George dopadli do burty, z ekscytacją wypisaną na twarzach. Spoglądali w dół, na dyrektora i przyjaciół, którzy pozostali na brzegu.
- Hej Ron, nie pękaj, coś ci przywieziemy. - George zamachał młodszemu bratu.
- I zaopiekujemy się Hermioną.- Fred otoczył ramieniem plecy dziewczyny.
- Powodzenia. - Wzrok Dumbledora i McGonagall zatrzymał się na trójce uczniów, stojących na pokładzie niezwykłego okrętu.
- Liczę, że będziesz pamiętał co mi obiecałeś.- Dyrektor Hogwaru skierował słowa do Niespokojnego Żeglarza. Lisz znowu odpowiedział pogardliwym sykiem.
Hermionie kręciło się w głowie. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Że wyrusza razem
z bliźniakami i potężnym nieumarłym odnaleźć magiczny artefakt. Hogwart, bezpieczna przystań był daleko, jarząc się w mroku nocy nielicznymi światłami okien. Ciemność spowijała niebo. Harry i Ron, z którymi do tej pory przeżywała najbardziej szalone przygody spoglądali na nią z dołu, oddzieleni burtami statku i pasmem wody. Widmowa poświata tańczyła na twarzach obu chłopaków, rzucając na nie blade refleksy. Ron przygryzał wargi. Harry nerwowo poprawiał okulary. Hermiona zobaczyła wielkie, wystraszone oczy Steeli.
- Poradzimy sobie.- powiedziała. Wymieniła spojrzenia z Fredem i Georgem. W ich oczach błyszczała ekscytacja przygodą. I przekonanie, że im się uda.
Statek drgnął gdy Niespokojny Żeglarz oderwał się od ziemi i osiadł miękko na pokładzie. Otaczająca lisza mroźna trupia aura sprawiła, że trójka żywych na pokładzie dwumasztowca zbliżyła się do siebie. Nieumarły, który kiedyś był Pawłem Sercokrzewem wzniósł dłoń. Hermiona chciała coś powiedzieć. Pożegnać się. Ale poczuła jakby czas i przestrzeń usuwały się spod jej stóp. Instynktownie schroniła się w ramionach bliźniaków. „Sercokrzew" znowu rozdarł powierzchnię jeziora i zniknął pod taflą wody zostawiając za sobą niewielką zmarszczkę. Mroźny wiatr ustał. Zebrani na brzegu odprowadzili wzrokiem statek. W chłodnym, nocnym powietrzu znów zabrzmiał głos Albusa Dumbledore'a.
- Powodzenia. - powiedział raz jeszcze.
Objaśnienia:
Danzig – niem. Gdańsk.
Verletzt – ranić.
