Hermiona zamrugała. Ale obraz, jaki malował się przed jej oczami uparcie nie chciał ustąpić. Morze. Wszędzie dookoła szalała stalowoszara toń, rozświetlona przez nienaturalną aurę statku. Fale przelewały się za burtą. Jej wzrok zatrzymał się niepewnie najpierw na twarzach bliźniaków. Niesamowite, ale udało im się posłać Hermionie uśmiech. Jeszcze przez chwilę trzymała palce
w ich dłoniach. Potem puściła ręce braci, żeby nie myśleli, że oblatuje ją strach. Z wolna czas
i przestrzeń przestawały wirować. Świat się uspokoił. Spojrzenie Hermiony dosięgło szarych fal, huczących poza burtą statku. Żadne z nich nie dotknęło tej krawędzi „Sercokrzewu", burta nadal jaśniała upiornym widmowym światłem, nie oblekła się żywą materią. Mrok zastąpiła szarość przedświtu. Hermiona poczuła na plecach lodowaty dreszcz. Odwróciła się i zobaczyła ponurą postać Niespokojnego Żeglarza, górującą nad trójką żywych. Z wolna odzyskała panowanie nad swoimi zdrętwiałymi ustami.

- Gdzie jesteśmy? - rzuciła pytanie w przestrzeń. Odpowiedział jej szum fal.

Fred i George podbiegli do burty. Gdy dotknęli jej krawędzi widmowe migotanie zastąpiły żywe deski. Dookoła rozciągało się morze, stykające się z horyzontem. Szarość fal przechodziła w bladą granicę widnokręgu.

- Gdzie jesteśmy? - ponowił pytanie George.

Wyschła trupia ręka wskazała mała plamkę na horyzoncie.

- Tam... jest sanktuarium filakterium.

Cała trójka wpiła się spojrzeniem w odległa kropkę na bladej krawędzi widnokręgu. Hermiona chciała coś powiedzieć, ale wtedy uświadomiła sobie, że niezwykły statek znajdujący się w połowie między światem żywych, a umarłych przemierza fale szybciej niż normalny okręt. Dystans między „Sercokrzewem" a małą plamką na horyzoncie niebezpiecznie się skracał.

- Jak myślicie, co tam jest?- zapytał szeptem Fred. Cała trójka stała przy burcie. Hermiona pośrodku, chłonąc ciepło bliźniaków. Tak bezpieczne i tak różne do trupiej aury Niespokojnego Żeglarza. Dotykiem upewniła się, że w kieszeni spodni ma swoją różdżkę. Znajomy kształt w dłoni znowu wrócił jej pewność siebie.

- Na pewno kłopoty. - uśmiechnął się George.

- Co ze sobą wzięliście?- nerwowy szept Hermiony sprowadził rozmowę na bardziej racjonalne tory.

George sięgnął do małej torby, jaką miał przypiętą w pasie, podobnej do tej, jakie noszą biegacze.

- Hmmm... uszy i oczy dalekiego zasięgu, peruwiański proszek natychmiastowej ciemności, olejek arcydzięgielowy... odstrasza nieumarłych, świetnie się pali... - dodał wyjaśniającym tonem.

- No i podróżne racje Bertiego Botta. - dokończył Fred.

- Macie wszystko w tej torebce?- spytała z niedowierzaniem Hermiona.

- To torba bezdnowa. - George pogładził z dumą niebieski materiał. - No i zabezpieczona zaklęciem przylepca. Nawet jeśli coś przewie mnie na pół, dalej będę ją miał przy pasie. - wyszczerzył zęby.

Hermiona wymacała w kieszeni bluzy niewielki kształt, który dała jej Stella. Wolała nie pokazywać go przy tym, którego niegdyś nazywano Pawłem Sercokrzewem. Lisz stał na pokładzie, górując nad nimi. Statek unosił się na falach, gnany siłą woli nieumarłego. Hermiona zastanawiała się czy gdyby trafili na przepływający mugolski okręt, to marynarze by ich dostrzegli, czy może spowijała ich zasłona niewidzialności. „Sercokrzew" wydawał się zawieszony między cielesnością, a widmową aurą ożywieńców. Kadłub emanował błękitnym światłem i zdawał się momentami tak ulotny, że ludzka dłoń przeniknęłaby przez burtę na wylot. Ciemny punkt na horyzoncie nieubłaganie rósł. Bliźniacy Weasley i Hermiona wpili w niego wzrok. Ale to nie skracało dystansu między okrętem, a skalistą wysepką, która stawała się coraz bliższa i coraz bardziej realna. Zimny wiatr przetaczał się po pokładzie statku, fale rozpryskiwały się dookoła, pieniąc się białymi grzywami.

- Dzięki... - Hermiona nie mogła oderwać spojrzenia od skalistych brzegów, które zaczynały się stawać niebezpiecznie rzeczywiste. Nie patrzyła braciom w oczy. Ale powiedziała to, co poczuła stojąc na błoniach Hogwartu, w porywach mroźnego wiatru, twarzą w twarz z liszem. - Dzięki, że zgodziliście się mi pomóc. Nie musieliście...

- Daj spokój. - głos Freda uciął wszelkie dyskusje. Palce Hermiony, w wpół świadomie poszukały dłoni bliźniaków. Kiedy splotła swoje ręce, z ich dłońmi po raz kolejny poczuła ciepło. Powędrowała wzrokiem od jednej pary zielonych, roześmianych oczu, do drugich. To znowu dodało jej otuchy.

Statek, zbliżył się do wysepki na taka odległość, na jaką nie zdołałby podpłynąć żaden dwumasztowiec. Wyspa była naprawdę niewielka, mogła mieć najwyżej kilkaset metrów. Na skalistych, niegościnnych brzegach czaił się ciemny otwór jaskini. Wysunął się drewniany trap. Hermiona i Weasleyowie odwrócili się gwałtownie i spojrzeli za siebie. Niespokojny Żeglarz stał
o krok za nimi.

- Musicie tam zejść, odnaleźć filakterium...- rozległ się jego szeleszczący głos.

- Zaraz, a ty sam nie możesz?- wyrwało się Fredowi. Zapadła wymowna cisza.

- Nie mogę tam postawić stopy, żywy głupcze... Filakterium było w jaskini, znajdźcie je... - warknął gniewnie nieumarły. Wykonał nieznaczny gest dłonią i stopniowo stawał się coraz mniej cielesny, aż rozpłynął się w pasma błękitnawej mgły i dołączył do widmowych oparów spowijających maszty i takielunki. Cała trójka pobiegła wzrokiem w górę, ale nie zobaczyli nic więcej poza migotliwymi masztami „Sercokrzewu".

- To co... schodzimy...? - zapytał George. Po raz pierwszy Hermiona usłyszała w jego głosie ton niepewności. Potrząsnęła głową.

- Protego... - koniec różdżki dziewczyny zatoczył okrąg w powietrzu. Z końca drewnianego pręta wystrzeliła wiązka światła, obejmująca trzy postacie stojące na pokładzie statku. - Nie wiemy, co nas tam czeka. - podsumowała Hermiona. Bliźniacy odpowiedzieli jej uśmiechem.

- Ron miał rację, to ty tu jesteś od myślenia. - zaśmiał się Fred.

Pierwsi na ląd zeszli bracia Weasley. Potem pomogli Hermionie postawić stopy na skalistym brzegu. Rozejrzeli się dookoła. Otaczało ich szalejące morze, groźne i nieubłagane. Horyzont rozjaśniała zapowiedź świtu. Niebo przybrało barwę bladej szarości, zanim gdy wynurzy się słońce zapłonie czerwienią i złotem. Tkwili na skalistej wysepce, pośrodku nawałnicy fal. Obok sylwetka „Sercokrzewu" emanowała widmowym światłem. Hermiona znów wydobyła różdżkę.

- Navigate léarsco. - z prętu winorośli wystrzelił ku niebu świetlisty promień. Po chwili rozmył się w szarości nieba, ale na dłoni Hermiony zamigotało coś, na kształt mapy utkanej z migocących linii. Rysował się w nich zarys wybrzeża i migotliwy, srebrzysty punkt.

- Jesteśmy u brzegów Szwecji. - mówiła dziewczyna, wpatrując się w utkaną ze światła mapę, migocącą w jej dłoniach, która już zaczynała się rozmywać. Skrzące się linie rozświetlały na różowo opuszki jej palców.

- Kawał od domu. Super. - zaśmiał się George. - A teraz daj nam się trochę wykazać.

Ich buty chrzęściły na skałach, gdy zbliżali się do jaskini. Krople zimnej, morskiej wody ochlapywały twarze całej trójki, zostawiając na wargach słony posmak. Bliźniacy przykucnęli przy niepokojącym, mrocznym wejściu do groty, przywodzącym na myśl głodne usta. George sięgnął do torby, przy swoim pasie. Wyjął z niej przedmiot, który wyglądał jak szklane oko, opatrzone długą, cielistą nitka, kończącą się mniejszą szklaną kulką.

- Hermiona, pozwól, że rzucimy na to okiem. - zaśmiał się.

Cała trójka przykucnęła przy wlocie do jaskini. George wrzucił tam oko dalekiego zasięgu. Cielista nić samoistnie się wydłużyła. Chłopak przybliżył wzrok do szklanej kuli i intensywnie wpatrywał się w to, co kryło się po drugiej stronie skalnych ścian. Zaklął cicho.

- Nic nie widać. - mruknął.

Wszyscy spróbowali coś dojrzeć, ale przed ich oczami malowała się tylko bezkształtna ciemność. Spróbowali z uszami dalekiego zasięgu. Ale w grocie rozlegał się tylko szum fal, uderzających
o brzegi wysepki. Spojrzeli po sobie.

- Chyba nie ma wyjścia... - zaczął mówić Fred. - Musimy tam zejść w ciemno.

W jaskini panował mrok. Docierały tu jedynie odgłosy fal i monotonne kap, kap, kap wody, spływającej po kamiennych ścianach. Nagle u wejścia zapłonęły trzy świetliste punkty. Blask wydobywał się z różdżek, trzymanych przez szczupłą dziewczynę w bluzie i jeansach i dwóch wysokich, rudowłosych chłopaków, o żądnym przygody, łobuzerskim wyrazie twarzy. Chłopcy schodzili pierwsi, pomagali zejść swojej towarzyszce. Ich kroki niosły się echem po niewielkiej pieczarze, ledwie załamaniu skalnych murów. Stawiali ostrożnie stopy. Światło, emitowane przez różdżki wyprzedzało ich kroki. Ciepły blask wydobywał z ciemności wilgotne ściany, piasek zdobiący dno groty i jej centralny punkt...

- Spójrzcie.- Hermiona wyciągnęła rękę. Jej palce wskazywały na to, co tkwiło pośrodku niewielkiej groty. Jaskinia rozszerzała się tam, skalne ściany zostawiały więcej miejsca na oddech.

Łódź. Stara, tknięta zębem czasu. O długich, drewnianych burtach, strzępach żagla powiewających pod dotknięciem delikatnego podmuchu dotykającego ścian jaskini. Łódka musiała tkwić
w pieczarze, od wieków, wydawała się niezwykle stara. Ale czas obszedł się z nią podejrzanie łaskawie. Powinna tu leżeć sterta zmurszałych desek, a w sylwetce barki wciąż było widać jej dawne piękno. Żagle wciąż zachowały resztki odcienia żółtej ochry, która niegdyś je barwiła.

Hermiona, Fred i George spojrzeli po sobie, jakby upewniając się w tym, co mają zrobić. Dziewczyna zrobiła krok w stronę łodzi, gdy nagle na jednej ze ścian jaskini czerwienią rozjarzył się znak.

- Stójcie!- Hermiona złapała obu braci za ramię. Na ścianie wciąż purpurową barwą skrzył się symbol. Dwie pary zielonych oczu i jedna niebieskich utkwiły spojrzenie w skalnej bryle.

- Wiesz co to jest? - spytał Fred.

- Rubinowy promień odwrócenia. Odwraca zaklęcia ochronne, które ktoś rzucił na dane miejsce. Skoro kiedyś mógł tu wejść tylko Paweł Sercokrzew, to znaczy, że teraz to jemu nie wolno zbliżyć się do tego miejsca. To bardzo... bardzo potężna magia.- Hermiona wpatrywała się
z napięciem w symbol.

- Pewnie tak, skoro ta kupka kości powiedziała, że nie może tu postawić stopy...- snuł przypuszczenia George. - Tylko kto go zrobił...

George zrobił krok bliżej barki. Hermiona krzyknęła. Z kadłuba łodzi uniosła się półprzezroczysta mgła. Wirowała przez chwilę w powietrzu, zacieśniając się i formując kształt. Sylwetkę kobiety,
w starodawnych szatach, o długich włosach i urodziwej twarzy. Kobieca postać, choć na wpół rzeczywista zmierzyła ich dziwnie przenikliwym spojrzeniem.

- To on was przysłał? Nie jesteście z mojej krwi... - jej głos zdawał się dochodzić z bardzo daleka. Hermionie wydał się dziwnie znajomy.

- Kim jesteś? - dziewczynie udało się zadać to pytanie w miarę opanowanym głosem. Od ducha odgradzała ją zasłona ramion bliźniaków.

Śmiech kobiety przywodził na myśl srebrzysty plusk deszczu.

- Byłam kiedyś Bogumiłą Sercokrzew z Gdańska. Jego żoną. - Rozłożyła ramiona, migotliwa, półprzeźroczysta suknia falowała w powietrzu. Strój musiał być kiedyś pięknie zdobiony,
o szerokich rękawach, sięgających niemal ziemi. Teraz sylwetka kobiety była zaledwie bladym odbiciem jej dawnej urody.

- Musimy odzyskać... filakterium. - Hermiona starała się, żeby jej ton był rzeczowy i opanowany. Wielokrotnie rozmawiała z duchami w Hogwarcie. Ale to było co innego. Tamte zjawy były znajome, oswojone bliskością zamku. Prawie Bezgłowy Nick, Gruby Mnich, czy nawet posępna Szara Dama, albo Krwawy Baron wydawali się teraz znajomi i nieszkodliwi. Ale nie byli teraz w Hogwarcie. Tkwili w mrocznej jaskini, oddzielonej skalnymi ścianami od pełnego morza. Obok spoczywała starodawna łódź, której strzegła zjawa kobiety żyjącej przed wiekami.

W grocie znowu rozległ się śmiech.

- To was po to wysłał? Sądziłam, że będzie dalej prześladował tę biedną dziewczynkę... Stellę.

- Jesteśmy tutaj, żeby zostawił Stellę w spokoju. - uściśliła Hermiona.

- Tak wam powiedział, tak? - duch gwałtownie zbliżył się do trójki uczniów. Podmuch wiatru rozwiał im włosy i uderzył ich zimnem po twarzach. - Kłamał! Zawsze poświęcał tych, których było mu najwygodniej... Zawsze... a pierwsza byłam ja...

Furia zjawy opadła. Teraz kobieca sylwetka migotała nieruchomo w powietrzu. Dłonie miała opuszczone, na jej twarzy rozlał się wyraz rezygnacji.

- Co to znaczy, że ty... że pani była pierwsza? - poprawił się Fred.

- To mnie poświęcił, kiedy rozpoczął rytuał przemiany w lisza. Potrzebne mu było niewinne życie, ludzkie serce... Więc zapłaciłam za to ja... jego żona... Zrobił mnie strażnikiem filakterium. Miałam spoczywać w tej łodzi przez wieki i strzec jego najcenniejszego skarbu. - wypluwała ze złością słowa.

- Gdzie jest... gdzie jest teraz filakterium. - spytała ostrożnie Hermiona.

Śmiech, jaki rozległ się teraz w jaskini nie przypominał plusku deszczowych kropel. Był zaprawiony gorzką nutą i wściekłością.

- Schowane, ukryte, tak, żeby nigdy go nie odnalazł, żeby całe swoje wieczne życie, którego tak pragnął trząsł się, że ktoś je zniszczy.

- Musimy je znaleźć, inaczej pani mąż... Niespokojny Żeglarz nie da spokoju Stelli. Ciągle będzie ją prześladował... - Hermiona miała nadzieję, że ten argument przemówi do ducha.

Migotliwa, niecielesna postać Bogumiły Sercokrzew milczała.

- To też pani... pra... prapraprawnuczka... - przekonywał George. - Chce pani, żeby cierpiała przez jego chore ambicje? Proszę nam powiedzieć, gdzie jest filakterium.

- Jak ona je schowała przed tą kupą kości?- Hermiona usłyszała szept Freda.

Duch zmierzył trójkę żywych wzrokiem. Malowały się w nim smutek i pustka.

- Jest... pod wodą w zatopionym statku. Tym samym, którego pokonaniem chlubił się najbardziej. „San Rossario"...

- Jak je pani tam umieściła? - Fred i George stracili chyba resztki respektu dla ducha. Mówili do niej, tak swobodnie jakby była koleżanką ich rodziców.- I dlaczego ukryła je pani dopiero teraz, przecież on jest liszem już od kilku wieków?

- Za dużo chcielibyście wiedzieć chłopcy. - zaśmiała się zjawa. W jej głosie znowu pobrzmiewał niemal figlarny ton.- Nie jesteście jedyni, którzy zapuszczają się w te wody. - mówiła Bogumiła
z odcieniem dumy w głosie. - Myślicie, że tak trudno jest znaleźć statek dzieci młodszej krwi
i skłonić załogę, żeby zrobiła to, co ja chcę? To, co ja im rozkażę? Byłam kiedyś potężną czarownicą. Pod moimi rozkazami korzył się cały Gdańsk i inne miasta Hanzy. Nadal umiem... nagiąć ludzi do swojej woli.

- Ten statek, „San Rosario" jest daleko stąd? - nie dawała za wygraną Hermiona.

- Leży u wybrzeży Gotlandii.

- Czy pozwoli nam pani... zabrać filakterium ? Wynegocjujemy z Niespokojnym Żeglarzem, żeby panią też zostawił w spokoju...- zapewniała Hermiona. Znowu odpowiedział jej ten gorzki śmiech.

- Naprawdę w to wierzysz... dziewczynko? - zjawa zbliżyła się do Gryfonki. Suknie Bogumiły Sercokrzew drgały od widmowego oddechu. Pasma długich włosów unosiły się, jakby dotykane podmuchem powietrza. - To lisz, potężny nieumarły, sądzisz, że go przekonacie? Sądzisz, że jesteście w stanie ...skłonić go do czegokolwiek?

- Musimy spróbować. - Hermiona usłyszała głos Freda. Pewność w słowach chłopka dodała jej otuchy. Widmowa postać zdawała się ważyć za i przeciw. Była pogrążona w jakimś wewnętrznym namyśle.

- Dobrze. - powiedziała w końcu, tym niby dochodzącym z oddali głosem. - Nie chcę, żeby prześladował Stellę, czy inne dzieci z mojej krwi. Dość już tego. Dosyć cierpienia mojej rodziny. Przeniosę was tam.

- To znaczy pod wodę? To może zjedzmy najpierw skrzeloziele, albo chociaż rzucimy zaklęcie bąblogłowy... - wtrącił George.

Nie odpowiedziała. Nagle zaczęła nucić dawną, odległą pieśń.

- Co między skałami teraz w morskiej toni, co rozdzielone niech teraz się spełni, kogo widmowy złączył pocałunek, ten na zawsze razem...

Jej głos zamazywał rzeczywistość, sprawiał, że wszystko zdawało się rozmyte i odległe. Ściany jaskini zaczęły wirować, Hermiona w ostatnim akcie przytomności złapała chłopaków za ręce. Poczuła mocny uścisk i ciepło ich dłoni. A potem jej świadomość osunęła się w nicość.

Objaśnienia:

Dzięgiel litwor, arcydzięgiel litwor – gatunek rośliny z rodziny selerowatych, mającej szerokie zastosowania w zielarstwie i niegdyś uważanej za magiczną.

Navigate léarsco - Navigate – ang. nawigować, odnajdywać drogę, Léarscáil – irl. mapa. Zaklęcie tworzące mapę, z zaznaczonym punktem, wskazującym gdzie znajduje się czarodziej/czarownica.

Rubinowy promień odwrócenia - Nazwa zaklęcia jest zaczerpnięta z drugiej edycji Advanced Dungeons & Dragons, ale zmieniłam jego efekty. Oryginalnie zaklęcie to rozpraszało jeden czar ochronny dowolnego poziomu.

Prawdziwemu Pawłowi Beneke sławę przyniosło zatopienie florencko-burgundzkiej galery "San Matteo" u wybrzeży Anglii.

Gotlandia (szw. Gotland) – wyspa na Bałtyku należąca do Szwecji.

dzieci młodszej krwi – prawdopodobnie dawne określenie mugoli.

Hanza, Liga Hanzeatycka, Związek Hanzeatycki – związek miast handlowych Europy Północnej z czasów Średniowiecza i początku ery nowożytnej. Miasta należące do związku popierały się na polu ekonomicznym, utrudniając pracę kupcom z miast nienależących do związku, jednocześnie zaś stwarzały realną siłę polityczną i niekiedy wojskową.