W powietrzu rozległ się śpiew, podobny do głosu delfinów. To Fred i George nawoływali żywiołaka. Skłębiona masa wody z furią natarła na nieumarłego. Lisz wyciągnął różdżkę. Wypowiedział zaklęcie szeleszczącym głosem. W kierunku wodnej toni pomknęła wstęga zielonego światła, ale żywiołak uchylił się przed czarem. Potem zrobił unik przed kolejnym, morderczym błyskiem. W gęstym półmroku Hermiona, George i Fred widzieli tylko mignięcia światła, tam gdzie toczyła się walka.
- Solem contra mortui!- Hermiona wykrzyczała inwokację, wyciągnęła różdżkę ku niebu, ale bez efektu. Z góry nie spłynął strumień płomieni, nadal otaczała ich ciemność.- Solem contra mortui! SOLEM CONTRA MORTUI!
Wraz z ostatnim rozpaczliwie wykrzyczanym słowem przez spowijający wszystko brunatny mrok, przedarły się świetliste smugi. Wystrzeliły z chmur i dotknęły powierzchni morza, tworząc migotliwą, dźwięczącą barierę, między liszem a drobną, drewnianą łupiną.
- Incendio! Lacarnum Inflamare Maximo! - obaj bracia zareagowali niemal jednocześnie. Szata lisza w momencie zajęła się ogniem, za chwilę dosięgły go płomienne kule. Nieumarły wykonał gest różdżką, wyszeptał coś swoimi syczącymi ustami i płomienie oderwały się od jego szaty. Przez chwilę kula ognistych języków wirowała w powietrzu, nad taflą wody. A potem przybrała kształt ogromnego, ognistego węża, który rzucił się na żywiołaka. Wodna istota zniknęła pod dotykiem ognistych języków, przy akompaniamencie bolesnego wycia fal. Teraz już nic nie stało między wątłą łupiną z trzema przerażonymi nastolatkami na pokładzie, a nieumarłym.
Niespokojny Żeglarz próbował przekroczyć barierę światła. Promienie przemieszczały się razem
z nim, paląc go swoim dotykiem. Lisz wył i skrzeczał, wijąc się w strumieniu światła. Świetlne smugi paliły go żywym ogniem, ale był coraz bliżej, a oni tkwili na marnej łupinie, która nie ruszała się
z miejsca. Bliźniacy Weasley jednocześnie wyciągnęli różdzki.
- Depulso! - zabrzmiał połączony chór ich głosów.
Łódź drgnęła i odskoczyła od zbliżającego się przeciwnika. Niespokojny żeglarz, nie dbając
o magię palącą mu skórę wykonał różdżką złowrogi gest. Z nieba spłynęły ku nim fale energii, niosły czerwoną poświatę, zapowiedź grozy.
- Protego Horribilis!- tarcza ochronna wykreowana przez różdżkę Hermiony wchłonęła morderczy czar. Krwawa łuna rozmyła się i przepadła. Łódź oddaliła się od nieumarłego o kolejne metry. Ochlapała ich morska woda. Ucichł delikatny, melodyjny dźwięk, przypominający szmer harfy. Bariera światła sprowadzona zaklęciem przez Hermionę zamigotała ostatni raz i zniknęła, Zaklęcie przestało działać.
- Hermiona! Daj figurkę gospody! Nie wygramy z nim!- słyszała jak krzyczy Fred.
Lisz zbliżał się. Jaśniejąca błękitną poświatą postać sunęła nad falami. Ogień palił jego szaty
i wyschłą skórę, o trupim odcieniu. Próbował ugasić płomienie zaklęciami, ale ogniste języki nadal lizały jego skórę. Hermionie trzęsły się ręce. Palce jej się plątały. Jest. Miała figurkę. Nerwowo wyszarpnęła miniaturkę z kieszeni.
Kształt wymknął jej się z mokrych palców. Z cichym pluskiem figurka wypadła za burtę, zostając
w tyle za łodzią.
- Nie!- Hermiona miała wrażenie, że wszystko odbywa sie jak na zwolnionym filmie. Wyciągnęła rękę, choć nie było już szansy złapać maleńkiej Gospody pod Trzema Miotłami.
- Figurka Capiendo Lasso!- z różdżki Hermiony trysnęły iskry i w powietrzu srebrnymi splotami rozwinął się magiczny sznur. Jego drugi koniec zniknął pod wodą. Po sekundzie, niby żywa istota wynurzył się na powierzchnię, ze zgubą na końcu. Ale w tej samej chwili z różdżki nieumarłego wykwitła czerwona wstęga, wijąca się w powietrzu jak wąż. Jednym ruchem oplotła się wokół srebrzystego lassa rozwijającego się z różdżki Hermiony. Dziewczyna poczuła gwałtowne szarpnięcie. Nieumarły chciał ją przyciągnąć do siebie. Zaparła się, wpijając palce w burtę drewnianej łupiny. Strach dotknął lodowatymi palcami jej skóry.
- Diffindo magicum!- wraz z wypowiedzianą przez George'a inwokacją z różdżki chłopaka wydobył się promień światła. Niby nóż rozciął połączone magiczne lassa, srebrne i czerwone. Ale figurka Gospody, schwytana przez odcięty teraz kraniec czarodziejskich pęt znowu zakończyła życie w morskich falach. Koniec mieniącego się czerwienią sznura, zaczynającego życie w różdżce Niespokojnego Żeglarza nagle wydłużył się i niespodziewanie dotknął brzegu ich łodzi. - Protego- krzyczała Hermiona. Nie, nie, nie. Na co oni się porwali. Co ona sobie myślała zabierając ze sobą Freda i George'a. Zginą, wszyscy zginą. I to będzie jej wina.
I wtedy między łodzią a ścigającym ich ożywieńcem wykwitł wybuch, rozbłysk światła o różanej barwie i kształcie dziwnie zbliżonym do poszarpanego kwiatu dzięgiela litwora, arcydzięgiela. To któryś z bliźniaków musiał użyć roślinnej esencji. Lisz cofnął się, eksplozja zostawiła płomienie pełzające po jego skórze.
- Mobilus!- krzyczała cała trójka, żeby znowu oddalić łódkę od ścigającego.
Wraz z dotknięciem pokiereszowanej barki przez szkarłatny, magiczny jęzor z burt dziurawej łajby uniosła się srebrzysta mgła. Uformowała się w półprzezroczysty kształt kobiety, o gniewnej twarzy, w długiej, powłóczystej sukni.
- To ty... - usłyszeli zachrypły szept Niespokojnego Żeglarza. - Miałaś mi służyć...
- Służyłam...Wystarczająco długo. Zostaw te dzieci. To ja ukryłam filakterium. Ten przeklęty artefakt, którego strzegłam przez całe wieki. Najpierw miałam nadzieję, że będziesz zwijał się w mękach, bojąc się, że ktoś ci zabierze twoją ukochaną... nieśmiertelność...Ale potem zmieniłam zdanie... To ja rzuciłam zaklęcie, żeby filakterium rozpuściło się w promieniach słońca. Wiedziałam, że ktoś, w końcu otworzy skrzynię. Wiedziałam, że wydrę ci twoją nieśmiertelność... Za którą to ja musiałam zapłacić.
Bogumiła wypluwała z siebie słowa z nienawiścią. Zagradzała swojemu mężowi drogę do drobnej, drewnianej łupiny i skulonych w niej trzech postaci.
- Nie będziesz już więcej z nikogo wysysał krwi, ani sił. Nie będziesz już dręczył naszych potomków. Twój artefakt nie istnieje. Umrzesz... Jak każdy śmiertelnik. W końcu umrzesz.
Gdyby twarz Niespokojnego Żeglarza miała mięśnie, pewnie teraz pojawiłby się na niej pogardliwy grymas.
- Ty znikniesz... niewdzięczna suko... Winnaś mi być posłuszna... Winnaś...
- Byłam, tak długo byłam posłuszna... ale teraz już nie będziesz mnie pętał... Dziewczyno, przyjaciółko Stelli. - głos ducha była jasny i wysoki. - Użyj tego, co od niej dostałaś. Kiedyś należało do mnie. Uciekajcie stąd. To nie wasza walka.
Hermiona wyciągnęła małą, drewnianą figurkę. Drewniany symbol ryby był nieruchomy i obojętny na to, co działo się dookoła. "Użyj tego, co od niej dostałaś"...
Dwie postacie, które przekroczyły śmierć starły się w walce. Morskie fale rozświetliły błyski zaklęć. Nie mieli wiele czasu. Niespokojny Żeglarz toczył bój ze swoją małżonką, ale zaraz sobie
o nich przypomni, a wtedy...
- Wiem co robię!- krzyknęła Hermiona. Zanurzyła dłoń, w której trzymała figurkę w chłodnej, morskiej toni.
Proszę, proszę, proszę...- powtarzała w myślach. Żebym tylko miała rację. Ryba. Musi pływać...
Przez chwilę nic się nie działo. Nagle Hermiona poczuła, że drewniany kształt ożywa w jej dłoni. Miota się, rośnie, w końcu wyrywa się spomiędzy jej palców. Po ich lewej burcie z pluskiem wody mignął srebrny błysk. Jeden raz i kolejny. A potem przed oczami całej trójki uformowało się najbardziej niezwykłe stworzenie, jakie dotąd widzieli.
Wyglądało jak skrzyżowanie olbrzymiego koguta z morską rybą. Stwór miał rybi ogon, od dołu jego ciało porastały go łuski, przechodzące stopniowo w pióra. Głowa kończyła się masywnym dziobem i podobnym do koguciego grzebieniem. Zacisnął pazury na brzegu łodzi i
w opiekuńczym geście otoczył ich skrzydłami. Nadstawił kark jakby chciał, żeby na niego wsiedli. W powietrzu zabrzmiał odgłos przypominający pianie koguta.
- To kur morski... - myśli Hermiony wirowały jak szalone. Pamiętała, że Stella opowiadała jej kiedyś o tym niezwykłym stworzeniu. Rybie, która potrafi zmienić się w ogromnego ptaka i przyjść z pomocą tym, którzy pochodzą z rodziny Pawła Sercokrzewa. Zobaczyła w myślach szansę dla tej wyprawy, której omal nie przypłacili życiem. - Musimy na nim polecieć!-krzyknęła
Wspięli się, po kujących łuskach i piórach, porastających umięśniony grzbiet. Hermiona przylgnęła do boku stwora. Kur znowu zapiał. Jego skrzydła młóciły najpierw wodę, a potem powietrze. Na powierzchni fal odbijały się rozbłyski czarów, gdy Paweł Sercokrzew toczył bój z tą, którą skazał na wieczną służbę. Ryboptak poderwał się do lotu, a Hermiona wtuliła twarz w jego pióra, mokre, pachnące morzem. Fred i George byli tuż obok, też kurczowo wczepieni w grzbiet niezwykłej istoty. Widzieli jak w dole, na falach Niespokojny Żeglarz i duch Bogumiły Sercokrzew walczą, używając magii nieznanej żywym. I nagle na końcu różdżki lisza uformowało się coś obcego, zimnego, złowrogiego. Pomknęło w ich stronę ze świstem, przecinając powietrze widmowym chłodem i wpatrując się w nich żarłocznie czerwonymi oczami.
- Protego Horribilis!- widmowa istota przebiła się przez zaklęcie ochronne rzucone przez Hermionę. Cięciem szponów dotknęła ryboptaka. I wtedy z różdżek George'a i Freda spłynęła fala ognia, burza ognia. Płomienie rozkwitły i pożarły cień, który im zagrażał, strawiły go z sykiem. Ale języki ognia na tym nie poprzestały. Tańczyły na powierzchni morza. W mgnienie oka zamknęły się wokół łodzi, która przez wieki opierała się działaniu czasu. Z cichym westchnieniem widmo Bogumiły Sercokrzew zniknęło. Ale sekundę wcześniej czary spływające z jej palców trafiły
w Niespokojnego Żeglarza. Lisz nagle zdawał się mniej materialny, jakby zaklęcie wymazywało go z rzeczywistości. W następnej chwili głodne płomienie sięgnęły po Pawła Sercokrzewa. Lisz próbował walczyć, ale już po chwili przypominał gorejący słup ognia. Ogniste języki żarłocznie wyciągały się też po morskiego kura, niosącego na grzbiecie trójkę pasażerów. Ptak rozpaczliwie uderzał skrzydłami. Hermiona i bracia Weasley wykrzykiwali "Aquamenti", ale dobywające się
z ich różdżek strumienie wody znikały natychmiast w zetknięciu z ogniem Szatańskiej Pożogi. Hermiona miała przed oczami ogniste smoki, chimery, jednorożce ścigające ich, już prawie ich dopadające i myślała tylko o tym, że już koniec, już po nich. Wraz ze śmiercią lisza ustąpiła nienaturalna ciemność i cała trójka widziała jeszcze wyraźniej grozę sytuacji. Ogniste potwory tańczyły na powierzchni morza, nie poddając się jej mokremu, chłodnemu dotykowi. Ścigały ich, biegły za nimi, niby żywe istoty. Płomienne chimery wystrzeliły w górę, na kilka metrów. Dotknęły w końcu piór morskiego kura. Ptak ze skrzekiem zaczął spadać, ale w tej chwili nawałnica ognia ustała. Hermiona krzyczała, czuła jak spadają, że niezwykła istota nie panuje nad swoim lotem. Kur morski w ostatnim wysiłku zatrzymał się na chwilę w powietrzu, by finalnie runąć w dół. Hermiona zobaczyła, że kamienny brzeg przybliża się ze straszną prędkością. Uderzyli o skały przy akompaniamencie krzyku i skrzeku. Hermiona spadła z grzbietu niezwykłego wybawcy. Boleśnie zderzyła się ze skalistą powierzchnia. Pamiętała tylko, żeby osłaniać głowę. Odtoczyła się na bok, żeby nie przygniotło jej cielsko ryboptaka. Wyjęła głowę spomiędzy ramion i rozejrzała się.
W zasięgu wzroku rysowały się skały, poszarzała darń, gdzieś daleko majaczyły czerwone dachy domków, wciśnięte między skaliste brzegi. Tuż obok leżał kur morski. Ranny, z nadpalonymi piórami, ale żywy, przyglądający jej się błyszczącymi, bystrymi oczami i dodający otuchy skrzekiem.
I George i Fred, leżący twarzami do ziemi, nieprzytomni, podrapani, krwawiący, w nadpalonych ubraniach, ze śladami oparzeń. Hermiona dopadła do nich.
- Rennervate!- Hermiona wykonywała kolejne nerwowe ruchy różdżką. Leczyła obrażenia, jakie odnieśli bliźniacy. Ale gojące się rany i oparzenia nie wracały im przytomności. Leżeli bladzi, nieświadomi i cisi.
- Fred! George! - dziewczyna krzyczała, potrząsając za ramiona to jednego, to drugiego z braci. Próbując rozpaczliwie wrócić im przytomność. Ogarnęła ją panika. To przez nią. Popłynęli żeby jej pomóc. Żeby ją chronić. To wszystko przez nią.
- George...Fred... - na policzki chłopaków spływały jej łzy. Próbując przywrócić ich do życia skrapiała morską wodą ich twarze. Nie panując nad sobą całowała ich brwi, oczy, policzki, gdy nagle w jej uszach zadźwięczał znajomy głos.
- Co między skałami teraz w morskiej toni, co rozdzielone niech teraz się spełni, kogo widmowy złączył pocałunek, ten na zawsze razem...
Hermiona rozejrzała się. Rozbili się na skalistej wysepce. Nie było tu ducha, zresztą sama widziała, jak przepadł w powodzi ognia. Kur morski łagodził poparzenia swoich pokrytych łuską nóg i rybiego ogona pluskając się w chłodnych, słonych falach. W promieniach słońca wydawał się jeszcze bardziej dziwaczny.
- Co między skałami teraz w morskiej toni, co rozdzielone niech teraz się spełni, kogo widmowy złączył pocałunek, ten na zawsze razem...
Hermiona wpatrzyła się w twarze bliźniaków. Zamknęła oczy i przycisnęła usta najpierw do warg jednego, potem drugiego z braci. Jeden raz i kolejny. Jeszcze raz i jeszcze. Łzy rozmazywały jej wzrok. Nie dostrzegła, który z chłopaków pierwszy odwzajemnił pocałunek. A potem jego brat bliźniak.
Kiedy się zorientowała było już za późno. W powodzi łez i uśmiechów całowała się z oboma bliźniakami Weasley. Z Fredem i Georgem. Z Georgem i Fredem. Ta sytuacja wydawała jej się tak naturalna, że nawet się nie zastanawiała, że jest ich dwóch,a ona jedna. Że musi dzielić swoje usta i słowa między obu braci. Że musi obu wyzwać od idiotów za użycie Szatańskiej Pożogi, a potem wybuchnąć płaczem, bo obaj żyją. Że pocałunki jednego nie wystarczałyby bez ust drugiego. Jak gdyby obaj byli jedną osobą w dwóch wcieleniach. A Hermiona nie mogła wybrać, odtrącić jednego, a wybrać drugiego bo to byli Fred i George. George i Fred. I teraz, tutaj na tej skalistej wysepce, gdzieś na morzu musiała całować ich obu.
