- Ochroń tych, których kocham, wróć do mnie tych, którzy daleko, ocal tych, co
w niebezpieczeństwie...
Z ognia buchnął snop iskier. W pomieszczeniu rozniósł się intensywny zapach. Woń kadzidła
i suszonych owoców. Iskry wystrzeliły jeszcze raz. Płomień zakołysał się, przykurczył, buchnął dymem. Na moment przybrał błękitną barwę, wił się i płaszczył. Potem wystrzelił złociście w górę, pożerając polana i karmiąc się łapczywie tlenem. Blask żagwi płonących w kamiennym palenisku padł na skupioną twarz dziewczyny. Migotliwe płomienie zatańczyły w jej dużych, ciemnych oczach. Odgarnęła z czoła niesforną grzywkę. Wyciągnęła drobną, szczupłą dłoń nad palenisko. Ponownie wrzuciła garść jagód sercokrzewu w płomienie.
- Ochroń tych, których kocham, wróć do mnie tych, którzy daleko, ocal tych, co
w niebezpieczeństwie...
Stelle odprawiała rytuał w Pokoju Życzeń. Siedziała na podłodze, przed paleniskiem, karmiąc ogień ziołami i roślinnymi jagodami. Śpiewała inwokacje. Jej stopy i kolana od chłodnych płyt podłogi odgradzała miękka poduszka. Znalazła ją w Pokoju, tak jak palenisko, bierwiona, podpałkę
i kadzidła. Na posadzce leżały nawet zapałki. Wszystko, jakby przygotowane na jej przyjście.
„Sercokrzew" zapadł się w głębiny jeziora. Hermiona i bliźniacy zniknęli, razem z ponurym przodkiem Stelli, na pokładzie widmowego okrętu. Dumbledore odwrócił twarz od wodnej tafli, ku zgromadzonym. Wszystkich objął dotyk chłodnego, nocnego powietrza. Odległe światła zamku grały na powierzchni wody, razem z gwiazdami i księżycem. Głos Dumbledore'a przerwał pełną napięcia ciszę.
- Harry, Ron, Stella... - dyrektor zmierzył wzrokiem trójkę uczniów. - Wracajcie do łóżek. - Hermiona i bliźniacy... poradzą sobie. Jestem wdzięczny profesorom, że zostali z nami...- Dumbledore skinął głową w stronę Snape'a i Flitwicka. - ...ale teraz już naprawdę nie możemy nic więcej zrobić.
Po tych słowach mała grupka zgromadzona na brzegu jeziora zaczęła się rozchodzić w kierunku nielicznych świateł Hogwartu. Stella, Ron i Harry szli w milczeniu, niepewni i przybici.
Profesor McGonagall zrównała krok z powłóczącą nogami Stellą. Obie kierowały się do dormitorium Gryfonów.
- Panno Thornheart... - powiedziała nauczycielka, usiłując nadać swojemu głosowi pozory ciepła. - Profesor Dumbledore wie co robi. Nie wysłał ich z Niespokojnym Żeglarzem bez powodu... Ani, gdyby nie wierzył, że wyjdą z tego cało.
Stella skinęła bez przekonania głową. Harry i Ron, również zmierzający w kierunku zamku wymienili spojrzenia z młodszą Gryfonką. Stella spuściła wzrok. Bała się, że obaj chłopcy będą ją obwiniać, za to, co się stało. To z jej powodu Hermiona i bracia Rona przepadli w głębinach jeziora. To przez nią zabrał ich Niespokojny Żeglarz. Skoczyła z okna. Chciała się zabić. Chciała przeciąć ten łańcuch spełniania poleceń Niespokojnego Żeglarza jak bezwolna marionetka i wyrzutów sumienia. Zakończyć to wszystko. Zamiast tego Hermiona i bliźniacy nadstawiali teraz za nią głowy. Wyrzuty sumienia i poczucie osamotnienia przytłoczyły Stellę. Nie była w stanie odezwać się słowem do nikogo. Szła przez błonia, pogrążona w najczarniejszych myślach.
Stella wróciła do swojego pokoju. Nie mogła spać. Nie potrafiła położyć się i po prostu zasnąć. Siostry Sparkle zaszczyciły dziewczynę pytaniem, czy wszystko w porządku, a potem znowu zapadły się w poduszki i kołdry. Nie zapytały czy wyzdrowiała, jak się czuje, czemu wraca do pokoju po nocy. Widocznie uznały, że nie ma co się rozwodzić nad tematem.
Przebrała się. Zdjęła brudną koszule nocną, poznaczoną śladami błota i trawy i kurtkę Freda Weasley'a. Po cichu założyła jeansy i ciepły sweter. Potem, tak samo bezszelestnie, stawiając ostrożnie stopy na chłodnych płytach posadzki Stella wyszła z pokoju i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi.
Stella nie miała planu. Ale nie mogła siedzieć bezczynnie, kiedy gdzieś tam Hermiona ryzykowała dla niej życie. Najpierw w głowie młodej Gryfonki zrodził się pomysł żeby dostać się do łazienki dziewcząt na drugim piętrze i tam spróbować odprawić rytuały. Nie mogła czarować, przy siostrach Sparkle. Rytuał wymagał koncentracji i skupienia. Zaklęcia, które chciała rzucić, to była inna magia, niż ta, której uczono w Hogwarcie. Starsza, o wiele starsza. Oparta nie na formułach
i machaniu różdżką, ale na intuicji i sile woli. Ale nagle w głowie Stelli zaświtała myśl. Po co przedzierać się do łazienki na drugim piętrze, ryzykując spotkanie z woźnym Filchem. Miała pod ręką coś o wiele lepszego.
Stella stawiała ostrożnie kroki w korytarzu ciągnącym się na siódmym piętrze, niedaleko pokoju wspólnego Gryfonów i gobelinu z Barnabaszem Bzikiem. Koniec holu rozmywał się w szarości,
a ostatecznie tonął w mroku. Powtarzała w myślach. Miejsce, w którym można czarować. Miejsce, w którym można spokojnie czarować. Miejsce, w którym można spokojnie czarować, żebym mogła pomóc Hermionie i bliźniakom.
Prosiła w myślach, zaciskając powieki i bojąc się, że zamek nie odpowie na jej wezwanie. Otworzyła oczy. Tuż obok, na wyciągnięcie ręki w kamiennej ścianie rysował się zarys drewnianych drzwi. Przed chwilą ich tu nie było. Stella westchnęła z ulgą. Położyła dłoń na chłodnej, stalowej klamce. Hogwart jej wysłuchał.
Następne godziny spędziła przy kamiennym, okrągłym palenisku, znajdującym się w centrum sali. Karmiąc ogień ziołami i śpiewając inwokacje. Koncentrowała się jak tylko potrafiła. Na tym, by cała trójka wróciła bezpiecznie do szkoły. Żeby nic im się nie stało. Żeby wrócili cali i zdrowi. Proszę, żeby tylko wrócili cali i zdrowi. W końcu ściany komnaty zaczęły jej się rozmywać przed oczami. Ogień w palenisku skurczył się sam zgasł. To znaczyło, że rytuał się dopełnił.
Stella wracała do swojego pokoju, znowu idąc po śladach złotego, zwierzęcego przewodnika
i modląc się, żeby nie trafić na woźnego Filcha. W głowie wirowała jej karuzela pomysłów. Może powinna poprosić profesor McGonagall, żeby pozwoliła jej porozmawiać z Dumbledorem? Ale wtedy w jej pamięci brzmiał głos dyrektora Hogwartu. „Teraz już naprawdę nie możemy nic więcej zrobić." Profesor Dumbledore nie sprawiał wrażenia kogoś, kto łatwo zmienia zdanie i daje się przekonać. Stella wiedziała, że dopóki dyrektor sam nie zechce z nią rozmawiać, do niczego go nie przekona. Ale nagle w jej zmęczonej, udręczonej głowie zaświtała kolejna myśl. Czemu nie wpadła na to wcześniej?
Złoty królik rozpłynął się w powietrzu, tuż przy portrecie Grubej Damy. Stella podała hasło. Tym razem brzmiało „lodowy tort". Gruba Dama chwilę posarkała, że dziewczyna przychodzi tak późno. Ale w końcu odsunęła się z nadąsaną miną, pozwalając Stelli wejść do pokoju wspólnego Gryfonów.
Komnatę spowiła cisza, przerywana tylko trzaskiem ognia w kominku. Na wygodnych fotelach nikt nie siedział, uczniowskie łokcie nie opierały się o stoły. W sali nie rozbrzmiewał codzienny gwar rozmów. Na ściany, pokryte czerwonymi gobelinami padał migotliwy blask płomieni. Stella stanęła przed kominkiem. Oddychała nerwowo. Ale wiedziała, co powinna zrobić, co musi zrobić.
Nie mogła pozbyć się uporczywej, ciążącej myśli, że to wszystko jej wina. To ją Niespokojny Żeglarz obdarzył dwiema duszami. To jej zła dusza, jako zmora zaczęła polować na uczniów Hogwartu. Najpierw na Hermionę. Potem, w transie zbiła lusterko w dormitorium. Wyssane przez zjawę siły miały służyć złowrogiemu przodkowi Stelli. Któremu nigdy nie było dość potęgi i mocy. Razem z mamą i babcią próbowały go powstrzymać. Rzucały zaklęcia ochronne. Ale więź krwi i posłuszeństwo wynikające z urodzenia były zbyt silne. Gdyby nie Paweł Sercokrzew Stella nie przyszłaby na świat. To czyniło go jej panem, dopóki nie wyjdzie za mąż. Przez chwilę pomyślała, że byłaby gotowa wyjść za pierwszego lepszego chłopaka, byle tylko przerwać ten zamknięty łańcuch więzów krwi i cierpienia. Ale zaraz przyszło jej do głowy, że wtedy Niespokojny Żeglarz upatrzyłby sobie inną ofiarę. Może małą kuzynkę, Anię, która mieszkała daleko na wschodzie?
A może córkę Stelli, gdyby kiedyś taką urodziła? Te myśli tylko ją utwierdzały w tym co ma zrobić. To się musi skończyć. Musi położyć temu kres. Sięgnęła do kieszeni i nakarmiła ogień w kominku garścią pyłu. Płomienie zamigotały, wystrzeliły w górę i przybrały szmaragdowozielona barwę. Feria kolorów zatańczyła na twarzy Stelli. Zamknęła oczy. Dała krok w ogień i powiedziała.
- Zielarnia Thornheart.
Z sykiem sylwetka dziewczyny zniknęła w zielonych, ognistych językach. W pokoju wspólnym Gryffindoru znowu zapanowała cisza.
Stella kaszlała. Zadławiła się pyłem z kominka. Przez chwilę łapała oddech. W nos uderzył ją znajomy zapach. Tak pachniało mieszkanie mamy i babci, na piętrze, tuż nad sklepem. Jej wzrok zatrzymał się na znajomych sprzętach. Ławie, szafach, staromodnej lampie, fotelach ze znoszonym obiciem. Była w salonie. Ciepło kominka grzało ją w plecy. Przez wyrzuty sumienia, że zakłóca spokój mamie i babci, przebiła się fala ulgi, jaką czuła zawsze, gdy wracała do rodzinnego domu. Otoczył ją zapach dzieciństwa, szczęśliwych, beztroskich chwil i ciepłych wspomnień. Zebrała się w sobie i zrobiła krok w stronę drzwi wychodzących z salonu. Zanim zdążyła dotknąć klamki, skrzydło drzwi otworzyło się. Stanęła przed nią wysoka, siwowłosa, siwobroda postać. Blask ognia odbijał się w jej okularach.
- Witaj Stello. - profesor Dumbledore wyciągnął do niej rękę. - Spodziewaliśmy się ciebie.
Stella wpadła w ramiona mamy i babci. Siedziały w przestronnej, jasnej kuchni. Babcia, z plecami owiniętymi pledem, mama w jeansach, swetrze i kapciach. Musiały wcześniej przygotować poczęstunek dla profesora, bo na stole stało ciasto i babcina nalewka, z czarnej porzeczki. Na szafie tliła się lampa, rzucając ciepły blask na całe pomieszczenie.
- Głuptasie, myśleliśmy, że zjawisz się tu wcześniej. - policzki babci były pomarszczone, czas przygiął ją do ziemi. Ale głos miała mocny i donośny jak zawsze.
- Profesor Dumbledore obawiał się, że możesz zrobić coś głupiego, ale przekonałyśmy go, że jesteś rozsądna. Tylko trochę zamarudziłaś. - mama położyła rękę na ramieniu Stelli. Jej dłoń była ciepła
i krzepiąca.
- Odprawiłam rytuał, magię ochrony... - skoro profesor Dumbledore tu był, to nie musiała wszystkiego tłumaczyć tym dwóm najważniejszym dla niej kobietom. - Dopiero potem pomyślałam, żeby przenieść się tutaj. Chciałam im pomóc...Hermionie i bliźniakom...- Stella jąkała się, usiłując znaleźć usprawiedliwienie dla swojego zachowania.
- Panie Hannah i Ella...- Dumbledore wskazał na babcie i mamę Stelli .- ... przy mojej skromnej pomocy... też próbowaliśmy im pomóc.
Świt zajrzał już do okien, gdy siedzieli we czwórkę przy kuchennym stole. Mama zrobiła wszystkim kawy. Babcia wmusiła w Stellę ciasto i kanapki. Dziewczyna była tak zdenerwowana, że kęsy jedzenia z trudem przechodziły jej przez gardło. Stella słuchała, z oczami wlepionymi
w dyrektora i dwie kobiety siedzące z obu jego stron. Słuchała, jak próbowali pomóc trójce uczniów, którzy zniknęli w toni jeziora, na statku widmo.
- Nie złość się na nas, ale wspólnie z profesorem uznaliśmy, że będzie lepiej, jak nie będziesz
o niczym wiedzieć. W końcu to do ciebie przyczepił się ten...- babcia splunęła ze złością na podłogę. - obmierzły staruch...
- Pan dyrektor... Powiedział nam co się stało. Że tamta dziewczyna i dwóch chłopaków wyruszyli, żeby ci pomóc. I uznałyśmy, że to trzeba zakończyć. Że, ten drań nie będzie więcej prześladował mojej córki. Nie będzie już nikogo prześladował. - głos Elli Thornheart był spokojny, ale w jej oczach płonęła determinacja, gdy patrzyła na swoje dziecko.
Znad kubków z kawą unosiła się para, lampa migotała światłem.
- Twoja mama i babcia... - dyrektor Hogwartu zanurzył wargi w kieliszku wypełnionym słodką nalewką, o ciemnej barwie. Upił ją, chrząknął z szacunkiem i przetarł usta. Na talerzyku leżał niedojedzony przez niego kawałek ciasta. - ...są naprawdę niezwykłymi czarownicami. Znakomita nalewka, Hannah. - wtrącił. - Wspólnie uznaliśmy, że trzeba poprosić o pomoc tą, którą Paweł Sercokrzew skrzywdził jako pierwszą. Tą, którą uwięziła na wieki. Jego żonę. Zrobił ją strażnikiem filakterium. To sprawia, że zaciągnął u niej straszliwy dług.
Stella pamiętała legendy o pięknej i dumnej Bogumile Sekcokrzew. Potężnej czarownicy, wieki temu trzęsącej portowymi miastami dookoła Bałtyku.
- Wspólnym wysiłkiem przełamaliśmy zaklęcia posłuszeństwa, jakimi ją spętał. I przyznała się... - głos dyrektora wzmagał napięcie.
- Powiedziała, że to ona ukryła filakterium. - wtrąciła mama Stelli. - Że rytuały, które odprawiałyśmy ja i babcia, żeby chronić ciebie, a osłabić Niespokojnego Żeglarza przywróciły jej część sił. Najpierw schowała artefakt, żeby Paweł Sercokrzew już nigdy nie zaznał spokoju, nie mogąc być pewnym, że nie straci swojej tak cennej nieśmiertelności. I, że teraz jest władna zniszczyć filakterium. I pomóc Hermionie i bliźniakom.
Stella machinalnie upiła łyk kawy. Gorycz zmieszana z cukrem zapiekła ją w język. Starała się zrozumieć to, co właśnie usłyszała. Profesor Dumbledore, jej mama i babcia przekonali ducha zmarłej przed wiekami kobiety, by walczył z nieumarłym. To duch ukrył artefakt, gwarantujący nieśmiertelność Niespokojnego Żeglarza. A teraz zgodził się go zniszczyć.
- Musisz zrozumieć Stello...- tłumaczył Dumbledore. - Bogumiła Sercokrzew była jego żoną. Nie ma wobec Niespokojnego Żeglarza długu krwi, tak jak ty, twoja babcia i mama. Nie zawdzięcza mu swojego narodzenia. Za to on zaciągnął wobec niej straszne zobowiązanie, pętając ją czarami
i odbierając jej życie by stać się liszem. Ani ty, ani mama i babcia nie możecie z nim walczyć twarzą w twarz, bo jesteście jego potomkami, w prostej linii. Nawet małżeństwo nie usuwa zupełnie długu krwi.
- A pan... nie może pan z nim walczyć? - zapytała Stella przełamując nieśmiałość, która paraliżowała ją w obecności dyrektora. Dumbledore uśmiechnął się.
- Byłbym tylko czarnoksiężnikiem, który próbuje zwyciężyć innego czarnoksiężnika. Bogumiła Sercokrzew ma prawo odebrać mężowi, to, co on jej zabrał. Tak samo Hermiona, bo ją przecież dręczyła zmora. A to, że bliźniacy ją wtedy uratowali sprawia, że we trójkę są silniejsi. Szczerze mówiąc myślę, że tylko oni mogą teraz pokonać Niespokojnego Żeglarza.
- I myśli pan, że to wystarczy? - zapytała ponownie Stella.
- O, tak. Jestem tego pewien. A teraz pozostaje nam czekać.
