- Wy naprawdę jesteście wariaci...
- Może, ale ty też, skoro się z nami zadajesz.
Hermiona oparła się plecami o kolana Freda, który siedział tuż za nią. Chłopak zamknął jej ramiona w ciepłym uścisku. George musnął dłonią jej włosy. Cała trójka uśmiechnęła się do siebie. Skalistą wysepkę ze wszystkich stron otaczało morze. Zewsząd uderzał w nich szum fal, twarze chłodziła im morska bryza, zostawiając na wargach słony posmak. Na skalistym brzegu kur morski rozczesywał swoje mokre pióra. Ale mimo, że byli tak daleko od Hogwartu, od domu, mimo że tkwili na pełnym morzu przepełniało ich poczucie ulgi. Hermiona na początku rumieniła się, za każdym razem, gdy na jej wargach pocałunki wyciskały najpierw jedne, a potem drugie usta. Kiedy za jedną dłonią, natychmiast druga dłoń głaskała jej włosy, dotykała policzka, czy ramienia. Ale w końcu to przestało mieć znaczenie. I w jakiś niewytłumaczalny sposób Hermiona czuła, że jest tu, gdzie być powinna. Że to co się stało, mogła przewidzieć już od dawna. Mogła to odczytać z bliskości bliźniaków, tego jak jej pomagali, jak byli przy niej przez cały czas. Najpierw wypierała tą świadomość, odsuwała ja od siebie. Teraz nie miała wyjścia. Musiała zaakceptować, że jest ich dwóch, ona jedna, ale już nie wyobraża sobie zostać bez nich.
Torba bezdnowa George'a kryła podróżne racje Bertiego Botta. Wiecznie świeże bułki ze smakowitym twarożkiem, albo pastą rybną i ziołami. Kubek z niekończącą się kawą. Hermiona, trawiona wilczym głodem w kilku kęsach zjadła kanapkę. Jej oczy śmiały się do bliźniaków, znad kubka z kawą. Jedli niezwykłe śniadanie, na skalistej wyspie, w otoczeniu szumu fal. Fred wyjął z torby kanapkę i rzucił ją w kierunku morskiego kura. Dziwaczny ryboptak złapał pokarm, w swój długi dziób. Łapczywie połknął kromki. Widać było, jak kanapka zmierza przez jego długą szyję w kierunku żołądka. Kur wydał skrzek i wstrząsnął grzbietem, pokrytym ni to piórami ni to łuskami w odcieniu zieleni i błękitu. Wzeszło słońce. Promienie grały na powierzchni morza i zostawiały plamy światła na skałach. Hermionę na chwilę ogarnęło przyjemne odprężenie. Fred i George wydawali się świetnie bawić, rzucając kolejne kanapki morskiemu stworowi. Dziewczynie przyszło na myśl, że pewnie nie mieli by nic przeciwko, gdyby zaproponowała, żeby razem zjedli obiad na wyspie. Przez chwilę nie chciała myśleć, zastanawiać się, układać w głowie planów. Kawa była idealnie zaparzona, dłonie bliźniaków ciepłe. Morskie powietrze miało przyjemny zapach. Fale dotykały brzegów wyspy z miłym szumem. Przeżyli, wyszli z tego cało. Pokonali lisza, potężnego nieumarłego. Gdy niemal dosięgły ich płomienie Hermiona już w myślach witała się ze śmiercią. A teraz siedziała tutaj napychając usta świeżym pieczywem, pysznym twarożkiem i chłonąc spojrzenia bliźniaków. Ale nie wytrzymała długo, po prostu ciesząc się chwilą, nie myśląc i nie analizując. Była w końcu Hermioną Granger.
- Myśleliście już jak wrócimy? - rzuciła pytanie w przestrzeń.
- Po co od razu wracać. - zaśmiał się George. - Możemy tu zostać jeszcze trochę.
- Będą się o nas martwić... - rozsądek podpowiadał dziewczynie, co mówić.
- Znając Dumbledora, to już wie, że wszystko jest w porządku. - zawtórował bratu Fred.
Hermiona uległa. Nic się nie stanie, jeśli posiedzą tu jeszcze chwilę. I chyba powinna coś powiedzieć. Coś ustalić.
- Jeśli chodzi o to, co zaszło... Co zaszło między nami...- szukała odpowiednich słów. Jej wzrok błądził po twarzach chłopaków. Od roześmianych oczu, do burzy rudych włosów, od piegów do kpiących ust.
- Tak? - wtrącił niewinnie George. Przysunął się niebezpiecznie blisko.
- Nie chcę, żebyście myśleli, że ja...
Pocałunek zabrał Hermionie oddech. Już po chwili całowała się z George'm. Z Fredem. Znowu z George'm. I znowu z Fredem. Na jej policzki wypełzły rumieńce. Brakowało jej tchu. Odsunęła obu chłopaków na odległość ramion. Musi to powiedzieć. Chociaż tak naprawdę jedyne, co chciała teraz robić to ich całować. Bliźniacy rozwiązali problem. Powiedzieli to za nią.
- Wygląda na to, że masz teraz dwóch chłopaków. - zaśmiał się Fred. Jego ciepła dłoń splotła się z palcami dziewczyny.
- Jeśli potrafisz wybrać któregoś z nas to powiedz. - dodał George. Też wziął Hermionę za rękę.
- Bo żaden z nas...
- ...nie odpuści.
Wybrać? Nie, nie potrafiła wybrać. Fred i George. George i Fred. Musiała zwariować. Ale nie potrafiła postąpić inaczej. Potrząsnęła głową, na dowód, że nie jest w stanie podjąć decyzji. Pocałowała najpierw jednego z braci. Potem drugiego. Jeden raz i kolejny. I kolejny i kolejny. I tak wymieniali pocałunki, na zapomnianej wyspie, gdzieś na środku morza. Tysiące mil od Hogwartu, tysiące mil od domu.
- Mieliście kiedyś... jedną dziewczynę... we dwóch?
- Nie, nigdy. Jesteś pierwsza. Ale ty jesteś...Jesteś wyjątkowa, no.
- Jesteś Hermiona Granger. Dlatego żaden z nas nie odpuści.
- Nie ma mowy.
- Jesteś pewna, że to tutaj?
- Tak na pewno tutaj. Czytałam o tym miejscu w podręczniku do historii magii.
Ich buty chrzęściły na skałach, spod ich stóp usuwały się kamienie i żwir. Wiatr smagał ich po plecach. Hermiona, George i Fred przemierzali skaliste wybrzeże Gotlandii. Dookoła rozpościerały się skały i połacie trawy. Fred wskazał dłonią na ciemny punkcik na bladym, północnym niebie.
To kur morski szybował po nieboskłonie. Znajdował się tak daleko, że był teraz tylko małą plamką na horyzoncie. Wcześniej pożegnali ryboptaka, stojąc na kamienistej plaży. Hermiona pogłaskała stworzenie po długich, mieniących się zielenią i błękitem pióro-łuskach. Fred dał mu jeszcze jedną kanapkę. Kur skrzeknął, łypnął błyszczącymi, złotymi oczami. Chwilę później wzbił się w powietrze uderzeniami szerokich skrzydeł. W locie mignął im jego podobny do rybiego, pokryty łuską ogon.
- Mogliśmy go zatrzymać. - głośno zastanawiał się George. - Byłoby nieźle mieć własnego
w Hogwarcie.
- One muszą żyć blisko morza. - Hermiona szła pomiędzy bliźniakami. - I tak nam bardzo pomógł.- w myślach podziękowała Stelli, za małą, drewnianą figurkę. Ocaliła im życie.
Skalisty krajobraz ustąpił miejsca zielonym pagórkom. Pomiędzy wzgórzami widniał otwór, niby krater, po dawno wygasłym wulkanie. Roślinność rozstępowała się przed rozpadliną, ciemne skały kłębiły się tam, niczym pofałdowana niechlujnie pierzyna. Hermiona miała wrażenie, ze temperatura powietrza niespodziewanie wzrosła. Skały pod ich stopami przybrały pomarańczową i czarną barwę. Z wnętrza krateru zdawało się dochodzić bulgotanie, jakby pod ziemią mieszkał smok, lub inny magiczny stwór.
- To tutaj. - Hermiona zatrzymała bliźniaków.- gejzer Eld...
- Będzie nieźle, jak wyjdziemy w kominku w pokoju wspólnym. - śmiał się Fred. - Wszyscy padną.
- Gorzej, jak przeniesie nas do jamy trolli. - George mrugnął do Hermiony.- Albo do jaskini smoka.
- Zawsze będzie ubaw. - wyszczerzył się jego brat bliźniak.
Zbliżyli się do rozpadliny. Buchało z niej gorącym powietrzem. Roznosił się zapach siarki. Bliźniacy wyciągnęli różdżki.
- Lacarnum Inflamare. - zabrzmiał połączony chór głosów braci. Z końców ich różdżek wystrzeliły ogniste kule. Jedna za drugą zniknęły w ciemnościach rozpadliny.
Przez chwilę nic się nie działo. Nagle z krateru wystrzelił słup ognia, wysoki na kilka metrów. Ogniste języki górowały nad nimi, z sykiem żarłocznie karmiąc się tlenem. Zanim Hermiona zdążyła podejść do kolumny płomieni bliźniacy pożywili je proszkiem Fiuu.
Słup ognia przybrał szmaragdowy kolor. Hermiona poczuła, jak jej obie dłonie znikają w uścisku chłopaków. Powtarzała sobie, że to bezpieczne. Czytała, o gejzerze Eld. Przejściu do sieci Fiuu, używanym przez czarodziejów, na tych niegościnnych, skalistych wyspach, nieznanym przez mugoli. Wiele czarodziejów i czarownic z niego korzystało. Opisywali to przecież w książkach.
- Pokój wspólny Gryfindoru, na zamku Hogwart!- zabrzmiał donośny głos dziewczyny. Mówiła głośno, ale głos jej trochę drżał.
Wprawdzie Hermiona powtarzała sobie w duchu, że to bezpieczne, że nic im nie grozi. Skoro w księgach napisano, że to bezpieczne, to musi tak być. Ale tak, na wszelki wypadek, jeszcze raz pocałowała chłopaków w policzki. Trzymając się za ręce, całe trójka zniknęła w powodzi szmaragdowego ognia.
W pokoju wspólnym Gryfindoru panował przyjemny zgiełk. Tupot stóp uczniów, udających się na lekcje, szum porannych rozmów. Hałas porannego pośpiechu. I wtedy w melodię codziennego gwaru wdarł się trzask i syk ognia. I z płonącego kominka przy akompaniamencie kaszlu wynurzyły się trzy postacie. Przywitał je zalew pytań.
- Hermiona?
- George? Fred? Co wy tu robicie?
- Wróciliście... Harry mówił nam, że w nocy była jakaś straszna afera... Coś o jakimś nieumarłym. Zabiliście go?
- Dokopaliście nieumarłemu? Poważnie? Co to było, ghul, wampir czy lisz?
Ogarnął ich szum pytań. Hermiona dostrzegła gdzieś w tłumie Harrego i Rona. Uśmiechnęła się do przyjaciół, pokazując, że nic im nie jest, że wrócili cali i zdrowi. Kolejny uśmiech posłała Fredowi
i Georgeowi. Teraz musi tylko znaleźć Stellę i powiedzieć przyjaciółce, że wszystko w porządku. Że jest już wolna, nie musi przejmować się Niespokojnym Żeglarzem.
I profesora Dumbledore. Powiedzieć, że im się udało, że wyszli z tego cało. Chociaż pewnie już o tym wiedział.
Objaśnienia:
Eld- ze szwedzkiego "ogień". W rzeczywistości gejzery występują w Finlandii, nie w Gotlandii.
