Szum. Wrzawa. Zgiełk na trybunach. Zalew migoczących barw. Czerwony i żółty ścierał się z brązem i srebrem. Gryfindor przeciw Ravenclaw. Uczniowie w szalikach, czapkach i chustachz barwami domów, wspierający swoje zespoły. Wysoko w górze poruszające się błyskawicznie sylwetki zawodników. Ścigający. Obrońcy. Pałkarze. Szukający. Wszyscy spleceni we wzajemnej walce. Przerzucić kafla przez pętlę. Odbić tłuczki. Złapać znicza. Złapać znicza. Złapać znicza. Ryk tłumu, po udanym zagraniu. Buczenie zawodu, po nieudanym podaniu. Stosy napojów i przekąsek. Odgłosy mlaskania i siorbania tysięcy gardeł. Quidditch.

Hermiona siedziała na trybunach, wciśnięta między rozentuzjazmowany tłum, ze Stellą przy boku. Kibicowały. Ścigała spojrzeniem żółto-czerwone peleryny zawodników Gryfindoru. A zwłaszcza dwie sylwetki, wysoko w górze. George i Fred. Pałkarze. Nigdy nie przepadała za quidditchem. Uczniowie potrafili spierać się jak małe dzieci o wygraną, o przegraną, o najlepsze i najgorsze zagrania. Przyjaciele przestawali się do siebie odzywać. Rywalizujące domy patrzyły na siebie wilkiem. Układano obraźliwe piosenki o przeciwnikach. Zawodnicy w szatni, ze stresu wymiotowali przed meczem. Dziecinada.

Ale teraz tkwiła wpatrzona w dwie postacie, wysoko w górze. Dała się porwać emocjom. Krzyczała razem z tłumem, wściekała się, gdy zagranie się nie udało i cieszyła jak dziecko, gdy któryś z bliźniaków poskromił tłuczek, tak by nie trafił w zawodników Gryfonów. Obie ze Stellą śmiały się do siebie. Emocje i zimno zaróżowiły im policzki.

Przez trybuny przeszedł ryk. To Angelina Jonhson, ścigająca Gryfonów przerzuciła kafel przez pętlę, zyskując kolejne punkty dla swojej drużyny. Cho Chang toczyła bój z Harrym, w pogoni za zniczem, złotym obiektem pożądania. Jej długie, czarne włosy powiewały na wietrze, przy każdym ruchu.

Hermiona szacowała w myślach. Gryffindor miał potężną przewagę. Ale jeśli Cho teraz złapie znicza, to Krukoni wygrają. Za schwytanie złotej piłeczki, niewiele większej od włoskiego orzecha drużyna dostawała aż 150 punktów. Sylwetki obojga szukających poruszały się tak szybko, że trudno było nadążyć za nimi wzrokiem. Znicz zwodził, kusił, nęcił. Hermionie zaledwie kilka razy udało się dostrzec maleńki, złoty punkt, na sinym, jesiennym niebie. Raz to Harry był bliżej zamknięcia znicza w dłoni, innym razem czarnowłosa dziewczyna niebezpiecznie zbliżała się do wygranej. Zaczęły się już jesienne mgły, więc postacie zawodników wysoko w górze stały się niewyraźne i rozmazane. Powietrze było wilgotne. Nagle przez stadion przetoczył się ryk radości. Hermiona i Stella wstały z miejsc. To Cho złapała znicza. Ale już po chwili entuzjazm Krukonów boleśnie opadł. Angelina na sekundę wcześniej ostatni raz posłała kafla przez pętlę. Podniosła prowadzenie o magiczne dziesięć punktów, dając tym samym zwycięstwo Gryffindorowi.

Ekstaza. Entuzjazm. Ryk tłumu. Gryfoni ściskali się, wiwatowali, niektórzy płakali. Dziewczyny na trybunach wpatrywały się w zawodników maślanymi oczami i wypiekami na twarzach. Drużynę ogarnął szał radości. Profesor McGonagall ściskała dłoń profesora Flitwicka i starała się, by uśmiech na jej twarzy nie był zbyt triumfujący.

Hermionie i Stelli udzielił się nastrój. Śmiały się i wpadły sobie w ramiona. Hermiona w ogólnej gorączce napotkała spojrzenie dwóch par zielonych oczu. Tych, w które chciała spojrzeć najbardziej. Widziała, jak Angelina Jonson i Alicja Spinnet, szukające z drużyny Gryfindoru wpadły z impetem w ramiona swoich chłopaków. Wszystkim udzielił się nastrój pikniku. Dziewczyny z domu Gryffindoru wisiały na szyjach swoich ukochanych. Chłopcy przybijali piątki i gratulowali sobie, jakby to oni a nie drużyna wygrali mecz.

- Idź do nich.

Hermiona napotkała spojrzenie ciemnych oczu Stelli. Zarumieniła się i potrząsnęła głową. Wiatr bawił się jej kolorowym szalikiem i mroził dłonie. Nie mogła tego zrobić. Tak przy wszystkich, przy całym stadionie... Nie, nie, nie.

- No idź do nich. - Stella prawie wypchnęła przyjaciółkę.

Hermiona posłusznie schodziła w dół trybun, mijając po drodze mozaikę roześmianych twarzy Gryfonów. Nogi same ją niosły, ale głowa się sprzeciwiała. To było głupie. Powinna wrócić. Zostać na swoim miejscu i posłać bliźniakom niepewne uśmiechy. Przecież to by wystarczyło. Ale, sama nie wiedząc czemu przeciskała się przez zalew łokci, ramion i pleców. Spojrzała niepewnie do tyłu. Ale zobaczyła, że Fred i George idą w jejstronę.
Z miotłami w rękach, spoceni i zdyszani. George wycierał czoło w rękaw peleryny. Fred mocował się z kapturem. Gdy buty dziewczyny dotknęły mokrego boiska usłyszała chlupot. Cała trójka spojrzała po sobie. Uśmiech w oczach bliźniaków odbił się na twarzy Hermiony.

- Moje gratulacje, wygraliście. - zaczęła mówić.

- Kibicowałaś. - podsumował Fred z satysfakcją. - Ron mówił, że nie znosisz quiddicha.

- Może być... - powiedziała na wpół nieśmiało, na wpół przekornie.

I sekundę później już była w ich objęciach, już wymieniała pocałunki z bliźniakami. Wiedziała, że cała szkoła się gapi, że Ron na pewno mówi „To obleśne". Ale nie obchodziło jej to. Byli młodzi. Byli razem. Nie musieli być rozsądni. Tego się nauczyła od Freda i George'a. Hermiona słyszała okrzyki dochodzące z czerwono- żółtych sektorów. Zamknęła oczy i zatopiła się jeszcze głębiej w pocałunkach.