Harry westchnął, po wypowiedzeniu swoich ostatnich słowa w pomieszczeniu zapanowała cisza. Profesor Dumbeldore opuścił powoli różdżkę, jednak nie schował jej mając ją w gotowości na wszelki wypadek.

- Harry... Mój chłopcze, co na Merlina robisz w tym miejscu? - spytał nadal zszokowany dyrektor.

- Może Pan usiądzie? - odparł pytaniem na pytanie, Harry. - Ja na prawdę mam dla Pana wiele do opowiedzenia. Jednak chciałbym najpierw by złożył Pan przysięgę wieczystą iż nie wyśle mnie do moim mugolskich krewnych.

- Panie Potter, zapewniam że jest Pan tam najbar...

- Tak, tak. Krew mojej matki i tak dalej. Mogę zrozumieć, że chroni mnie to przed śmierciozercami i przed całym czarodziejskim światem ale... - przerwał widząc znów zdezorientowanie na twarzy starszego czarodzieja. W tamtym świecie mało co można było odczytać z jego mimiki, a teraz widać było tyle emocji, że Potter podświadomie zachichotał. - Ale kto ochroni mnie przed moim wujem i kuzynem?

- Proszę, Harry. Nie wygaduj takich głupstw...

- Dość. - warknął Harry. - Tym razem nie zgodzę się na takie traktowanie.

Chłopak westchnął i przetarł dłonią twarz. - Może Pan użyć Veritaserum dla pewności.

- Chyba nie wiesz co oznacza użycie tego eliksiru, chłopcze.

- Gdybym nie wiedział to bym tego nie proponował. Poza tym, cały czas sprawdza Pan mój umysł powinien Pan już wiedzieć o co mi chodzi. - mruknął zrezygnowany. Po roku spędzonym na torturach u Snape'a, zwanymi lekcjami czuł każdego kto wejdzie do jego głowy.

Albus Dumbeldore nie był człowiekiem, którego łatwo było zaskoczyć. A tym bardziej, wyprowadzić z równowagi. Starał się nie popełniać błędów, ale jak zobaczył nawet jemu się one zdarzały. Zielonooki chłopiec, który stał przed nim na prawdę był Harry'm Potter'em. Wybrańcem, którego starał się chronić przed sławą i presją jaką wywierałby na nim czarodziejski świat. Sam odczuwał zmęczenie gdy ludzie zbyt na nim polegali, ale miał już swoje lata i przyzwyczaił się do tego. A Harry? Miał jedynie jedenaście lat. Od wrześni miał rozpocząć się swój pierwszy rok w Hogwarcie.

Dokładnie przejrzał wszystko w umyślę chłopca. Choć wiedział, że nie miał do tego prawa; żyli w niepewnych czasach a on starał się być ostrożny, nawet co do Wybrańca. Dopiero gdy wydostał się z myśli chłopca, skorzystał z rady Potter'a i usiadł na kanapie przed kominkiem. Nie wiedział co p tym myśleć. Schował swoją różdżkę i przetarł twarz dłońmi. Harry dopiero teraz mógł zauważyć jak wiele lat miał Dumbeldore.

- Może napije się Pan herbaty, profesorze? - spytał delikatnie, zielonooki przysiadając obok starszego czarodzieja.

- Poproszę. - odparł cicho, starzec. Wybraniec szybko przywołał Stworka i po chwili trzymali w rękach filiżanki z rumiankową herbatą.

- Zakładam, że zobaczył Pan o wiele więcej niż przypuszczał, prawda?

- Niestety tak. - szepnął Albus. - Wybacz mi, Harry. Ja... Nie mam nic na swoją obronę, zawsze myślałem, że tak będzie dla Ciebie lepiej.

- Rozumiem. Nie mam Panu tego za złe, profesorze.

- Nawet nie wiem ile znaczą dla mnie Twoje słowa, chłopcze. - westchnął z ulgą, siwobrody. - Co zamierzasz w takim razie zrobić z tą wiedzą?

- Pytanie co zamierza zrobić Pan?

- Co do Horkruksów, najlepiej by było je znaleźć przed finałowym odrodzeniem Tom'a.

- Też tak sądzę. - przytaknął, Potter. - Jak na razie mamy dwa. Dziennik już mniej więcej wiem jak zdobyć. Z resztą będzie o wiele łatwiej gdy już wiemy, gdzie są ukryte.

- Jak zamierzasz je zniszczyć? Bazyliszek nadal żyje, a miecz Godryka jest nie do wykrycia.

- Myślę, że jak już zbierzemy wszystkie, zejdę do Komnaty Tajemnic i spróbuję znów zgładzić tego gada.

- Nie pójdziesz tam sam, mój chłopcze. Nie popełnię drugi raz swoich błędów.

- Cóż, dziękuję. Nie wiem czy poradziłbym sobie sam po raz drugi.

Dumbeldore przytaknął i upił łyk herbaty. Między nimi zapanowała cisza, którą co rusz przerywał dźwięk palącego się drzewa w kominku.

- Chciałbym by oddał mi pan mój klucz do skrytki. - powiedział po chwili, Harry. - Potrzebuję ubrań. Również chciałbym już kupić różdżkę.

- W porządku mój chłopcze. Mam go w swoim biurze. Planujesz jeszcze dziś się wybrać na zakupy?

- Taki mam zamiar. Nie mogę ciągle chodzić w tym samym. - odparł z lekkim uśmiechem, brunet.

- Czy ktoś mógłby Ci towarzyszyć? Nie chciałbym by coś Ci się stało, Harry.

- Spokojnie, profesorze. Nic mi się nie stanie, mogę iść sam.

- Niech będzie. Jednak gdyby coś się działo, użyjesz świstoklika, który dam Ci razem z kluczem. W porządku?

Zielonooki przytaknął z uśmiechem. Pół godziny później, dyrektor Hogwartu przyniósł mu klucz wraz ze złotym wisiorkiem w kształcie małego znicza. Potter uśmiechnął się na jego widok. Będąc szczerym, nie mógł już się doczekać aż zacznie się rok szkolny a on będzie mógł znów polatać.

- Bądź ostrożny, dobrze, Harry?

- Będę, profesorze. - uśmiechnął się delikatnie Wybraniec. - Idę na zakupy, sir. A nie na wojnę.

- Mimo to, uważaj. - mruknął Dumbeldore, a w jego oczach pojawiły się rozbawione iskierki. - Zacznę przygotowywać naszą wyprawę, Harry. Mam szczerą nadzieję, że spotkamy się jeszcze zanim zacznie się rok szkolny.

- Ja też, profesorze. - uśmiech chłopca poszerzył się znacznie.

- W takim razie, nie będę Cię zatrzymywać mój chłopcze. - powiedział szczerze, dyrektor i już go nie było.

Harry odczekał chwilę, aż Sieć Fiuu się ustabilizuję po wcześniejszej podróży do Szkocji. Gdy minęło dziesięć minut, Potter wszedł do kominka by znaleźć się w Dziurawym Kotle, wcześniej informując Stworka iż wybiera się na zakupy i wróci na obiad. Skrzat po przekonywaniu, że Harry jest dużym chłopcem i poradzi sobie sam, gdy Stworek chciał towarzyszyć Panu na zakupach i nieść jego zakupy. Dopiero gdy zielonooki krzyknął coś o zniewadze i że skrzat nie wierzy w swojego Pana ten się uspokoił i stwierdził, że obiad będzie po trzeciej popołudniu.

Chłopiec, Który Przeżył w końcu udał się na Pokątną. Pierwszym jego celem był Bank Gringott'a, gdzie nie spędził wiele czasu. Gdy tylko miał określoną liczbę pieniędzy ruszył do Madame Malkin by zakupić kilka czarodziejskich szat. Po zwykłe dżinsy i t-shert'y miał zamiar udać się do mugolskiej części Londynu. Wszedł do małego z zewnątrz sklepu, a wielkiego we wewnątrz. Było trzy stoiska były zajęte, dwa z nich zajmował blond włosy, niski chłopak oraz jakiś starszy, pulchny mężczyzna.

Harry uśmiechnął się gdy zobaczył tego pierwszego. Draco chyba nie tracił okazji by kupić sobie nową szatę. Jednak zanim się zdążył rozejrzeć po całym sklepie, został zauważony przez jego właścicielkę.

- Zgubiłeś się, chłopcze? - spytała, kładąc na jego ramieniu dłoń oraz przyglądała mu się z krytycznym grymasem na twarzy. Cóż, Harry sam dobrze wiedział, że wygląda jak jakiś bezdomny. Podniósł na nią wzrok, przeklinając swój i tak niski wzrost... i wtedy kobieta ją zobaczyła. Zmorę jego życia. - Oh, Harry Potter!

- Um, tak. Dzień dobry. - przytaknął, z nieśmiałym uśmiechem.

- Mundurek do szkoły, kochanienki? - spytała słodko. I nagle, to jak wyglądał nie było takie ważne.

- Tak, prze Pani. - odarł grzecznie, po czym spojrzał na swoje stopy. - Um... I chciałbym kilka dodatkowych szat.

- Oh! Nowa garderoba, kochanie? - rozpromieniła się, czarownica gdy Harry przytaknął. - Cudownie! Już się tym zajmuję. Proszę, stań tu, kochanienki. - powiedziała, prowadząc go na stoisko obok dzieciaka Malfoy'ów, który patrzył na niego z podziwem.

- Hej. - szepnął zielonooki, widząc minę Draco. - Harry Potter. - mruknął nieśmiało, wyciągając rękę w stronę rówieśnika.

- Cześć. Draco Malfoy. - powiedział podekscytowany. - Ty, naprawdę jesteś...

- Jak widać. - mruknął skrępowany, Potter. Blond włosy chłopiec widząc to, odzyskał swoją kamienną twarz.

- Idziesz w tym roku do Hogwartu? Dostałeś już swój list? Jak myślisz, w którym będziesz Domu?

- Um, jeszcze nie dostałem listu. Nie skończyłem jeszcze jedenastu lat. -wyjaśnił cicho, Harry. - Za tydzień mam urodziny. Hm, moi rodzice byli w Gryffindorze ale nie wiem do którego Domu trafię.

- Ja też jeszcze nie dostałem listu. Jednak mój ojciec mówi, że listy zawsze są wysyłane na początku sierpnia.

- Oh, to wiele wyjaśnia. - odarł Harry.

Harry zaczął wybierać szaty, przy pomocy młodego Malfoy'a. Gdy miał już dobre dziesięć szat oraz dodatków i trzy pary butów z smoczej skóry, zielonooki zapłacił po czym wezwał Stworka.

W tym samym momencie gdy pojawił się skrzat do sklepu weszła Pani Malfoy. Widząc znajomego skrzata, którego nie wdziała od czasu gdy zamieszkała we dworze swego męża sapnęła z zaskoczenia.

- Stworku. - powiedziała twardo, lecz w jej głosie nie było słychać chłodu.

- Oh, moja Szlachetna i wspaniała Pani Narcyza! - wykrzyknął uradowany skrzat. - Stworek jest uradowany, Panią widzieć.

- Dziękuję, Stworku. Co tu robisz? - spytała kobieta, wiedząc że nikt od zamknięcia Syriusza w Azkabanie nie odwiedzał Grimmauld Place. Po czym zauważyła czarnowłosego chłopca, który stał przy jej pierworodnym.

- Stworek pomaga memu Panu w zakupach! - odparł skrzat, kłaniając się Harry'emu. - Najwspanialsza Pani opiekuje się nowym Paniczem.

- Rozumiem. Narcyza Malfoy, z domu Blacków. - przywitała się matka Draco.

- Harry James Potter, madame. Miło mi Panią poznać. - powiedział Harry i jak przystało na dobrze wychowanego dziedzica czystokriwstej rodziny, ucałował wierzch dłoni Pani Malfoy. W duchu Potter pękał ze śmiechu, wiedząc że po pierwsze, nie jest czystokriwsty, a po drugie nigdy nie został tak wychowany. Jednak wiedział co to kultura i starał się pokazać z jak najlepszej strony.

Narcyza nie była kobietą, którą łatwo można było zaskoczyć. Była wychowana twardą ręką i doskonale wiedziała jak opanować swoje emocje. Jednak dzisiejszego dnia zaskoczono ją dwa razy. Pierwszy szok przeżyła, gdy spotkała skrzata domowego ze swojego dzieciństwa. Stworek od wieków zajmował się domem, z którego się wywodziła. Jeśli skrzat tu był to oznaczało iż dwór Black'ów był otwarty. Od razu zaczęła planować odwiedzenie swojej rodzinnej rezydencji. Nigdy nie zapomni iż jest Black'iem z krwi i kości.

Drugiego zaskoczenia doznała, gdy okazało się iż Stworek przyszedł tu nie z jakimś młodym Black'iem wychowywanym po cichu ale z Harry'm Potter'em. Chłopcem, Który Przeżył i co najdziwniejsze skrzat nie wyzywał go od szlamowatych i półkrwi bękartów ale szanował chłopca i usługiwał mu. Stworzenie również wspomniało, że ciotka Walburga się na to zgodziła. Jej myśli zajęłyby kolejne domysły, jednak przerwało jej chrząknięcie zielonookiego.

- Miło mi było Cię poznać, Draco. I Panią, Pani Malfoy ale niestety muszę już iść. - powiedział mały brunet z przepraszającym uśmiechem. - Zobaczymy się w pociągu, Draco?

- Tak, Harry. - odparł z szerokim bananem na twarzy, nie myśląc w tej chwili o etykiecie Malfoy'ów. - Znajdę Cię.

- W porządku.

Potter wyszedł ze sklepu, zostawiając za sobą rozpromienionego rówieśnika oraz zszokowaną Panią Malfoy. Odwiedził jeszcze kilka miejsc na Pokątnej, kupując rzeczy, które wpadły mu w oko. Zostawiając zakupy na późniejszy okres, gdy będzie miał już swój list z Hogwartu. Po czym udał się do mugolskiej części Londynu, pamiętając o wcześniejszym wymienieniu galeonów na funty. Tam dopiero zaczął odnawiać swoją garderobę, spędzając dobre dwie godziny na kupowaniu spodni, koszulek, swetrów a nawet nowej bielizny.

Zmęczony całym dniem, ukrył się w niewidocznym zaułku. Wezwał Stworka by zabrał go do domu.