Gry Remus obejrzał wszystkie wspomnienia i wypadł z myślodsiewni to jedyne co mógł zrobić to paść na kolana i zapłakać. Nie wiedział jednak czy szlochał ze szczęści, że jego najlepszy przyjaciel jest niewinny czy może z żalu i gniewu, przez przeszłość Harry'ego. Co ten chłopak musiał w życiu przeżyć nie mieściło się w jego głowie.
Młody Potter pokazał dla wilkołaka większość swoich wspomnień ze swojego poprzedniego życia. Lupin był jednym z nielicznych ludzi, którym mógł w pełni zaufać. Dlatego, więc nie zastanawiał się długo nad tą decyzją, ale teraz, widząc przyjaciela jego taty płaczącego z twarzą w dłoniach nie był taki pewien czy dobrze postąpił. Nie wiedząc co zrobić, zielonooki podszedł niepewnie do starszego czarodzieja.
- Remus...
- W porządku, szczeniaku. - odparł mężczyzna, powoli wstając. - Wybacz, że nie było mnie przy Tobie, gdy tego potrzebowałeś.
- Remi, nie mam Ci tego za złe. Zdaje sobie sprawę jak głupie są prawa dyktowane przez ministerstwo. - mruknął Harry, po czym znalazł się w niedźwiedzim uścisku, godnym samej Molly Weasley.
- Dziękuję, Harry. Za to, że mnie akceptujesz. - powiedział wilkołak, który obawiał się iż syn jego najlepszego przyjaciele źle zareaguję na jego futerkowy problem i nie będzie chciał go znać.
- Daj spokój, Remi. To nie jest nic wielkiego. - uśmiechnął się młodszy, ale po chwili jego twarz spoważniała. Wyglądało to trochę komicznie na jego dziecięcej twarzy. - Mam plan, Remi. A Ty mi w nim pomożesz.
- Nie widzę innej opcji, szczeniaku. Co mam zrobić? - spytał Lunatyk, siadając na jednym z foteli. Harry zajął dwuosobową sofę naprzeciwko.
- Widzisz najpierw musimy złapać Glizdogona. Prawdopodobnie jest już w posiadaniu Ron'a Weasley'a. Później udamy się wszyscy razem do Ministerstwa i odwiedzimy Amelię Bones. Jako jedna na wysokim stanowisku ma jakieś poczucie sprawiedliwości. Uwolnimy Syriusza oraz powoli będziemy się starać by Knot stracił swoją pozycję. W przyszłości może... nie, ja wiem, że ten tchórz będzie sprawiał problemy. - zielonooki spojrzał w oczy Lupin'a. - Później resztę omówimy z Dumbeldore'em. Nie jest to może najlepsza taktyka działania, jednak...
- To może się udać, Harry. Znam Amelię z czasów szkolnych, zawsze była jasno myślącą kobietą. Myślę, że ona również ma już dość Knot'a i jego śmiesznych praw.
- Dobrze. - uśmiechnął się Potter, ciesząc się i czując ulgę iż Remus jest po jego stronie. - Może zostaniesz na noc? Stworek odnowił jeszcze trzy sypialnie, sądzę, że nie będzie problemu jak w jednej się ulokujesz.
- Nie jestem pewien, szczen...
- Bardzo by mi na tym zależy, Remi. - szepnął Chłopie, Który Przeżył, patrząc w podłogę.
- W porządku, Harry. - powiedział szybko starszy. - To możesz pokażesz mi te sypialnie?
- Oczywiście, że tak. - szeroki uśmiech pojawił się na bladej twarzy, Harry'ego.
Dwóch przedstawicieli płci męskiej ruszyli na górne piętro. Długo nie trzeba było czekać, którą sypialnię wybierze Remus. Następnie obaj zjedli kolacje i udali się do swoich łóżek, z nadzieją, która rozpaliła ogień w ich sercach.
Kolejne trzy dni minęły trochę chaotycznie, jak dla spokojnego Remus'a Lupin'a. Gdy po praz pierwszy mężczyzna został na noc w Rezydencji Black'ów nie myślał, że będzie się tu wprowadzał. Gdy tylko wstał pierwszego sierpnia i zszedł na parter, zatrzymał go portret matki Syriusz'a. Kobieta przez moment mu się przyglądała po czym kiwnęła głową na znak aprobaty i kazała mu się tu natychmiast wprowadzić. Lupin nie był do końca pewien o co dokładnie chodzi. Gdy był jeszcze w szkole, jego przyjaciel dostał masę listów od tej kobiety, z żądaniem by przestał się przyjaźnić z takim obrzydliwym kundlem, za jakiego uważała Walburga.
Swego czasu miał niepewne myśli, czy Łapa przyjaźni się z nim by zrobić matce na złość czy jego przyjaźni i oddanie było szczere. Gdy razem z resztą ich paczki zostali animagami dla niego, odleciały wszelkie niepewności. Wracając, aprobata Lady Black nie była najdziwniejsza. To co go przerosło, było o wiele bardziej szokujące.
- Pod piwnicą Dworu znajduje się pomieszczenie, w którym będziesz mógł spędzić pełnię, Remusie. Stworek pokaże Ci jak tam dotrzeć. - powiedziała, czarnowłosa kobieta, patrząc z wyższością na wilkołaka. Choć w jej głosie nie było żadnej kpiny.
Zapytawszy ją dlaczego to robi, odparła, że nawet ona, będąca obrazem wyczuwa moc jaką ma Harry i szanuje go. Poza tym, doskonale wiedziała, że jej najstarszy syn jest jego ojcem chrzestnym... mimo, że prawie go wydziedziczyła. Jej ostatnie lata przed śmiercią można by było porównać do dramatu albo mugolskiej tragedii, gdzie wszyscy giną. Po śmierci Regulusa, jej drugiego syna całkowicie się załamała. Jednak to historia na inną okazję.
Lunatyk oszołomiony wszedł do kuchni, gdzie czekał już na niego Harry ze śniadaniem.
- To kiedy idziemy po twoje rzeczy, Luniu? - Potter zachichotał, widząc zdezorientowaną minę przyjaciela.
I tak właśnie docieramy do trzeciego dnia, gdy wilkołak i Wybraniec czarodziejskiego świata zamieszkali razem. Dosłownie godzinę temu skończyli przenosić rzeczy starszego czarodzieja. Mienie dzień lub dwa zanim facet wszystko uporządkuję.
Odpoczywali obaj w salonie, rozkoszując się ciszą i przyjemnym ciepłem, które dawał rozpalony kominek. Ich spokój nie trwał długo, gdyż płomienie błysnęły zielonym światłem a w pomieszczeniu pojawił się Albus Dumbeldore.
- Ah, tak myślałem, że Cię tu znajdę, Remusie. - powiedział dyrektor, po czym kiwnął głową w stronę najmłodszego czarodzieja. - Witaj, Harry.
- Dzień Dobry, profesorze. - uśmiechnął się chłopiec.
- W czym mogę Ci pomóc, profesorze? - spytał, Lupin, wstając ze swojego miejsca.
- Oh, możesz mi bardzo pomóc, mój chłopcze! - zaśmiał się starzec, a w jego oczach błysnęły wesołe iskierki.
- Nie bardzo rozumiem. - szepnął, wyraźnie już speszony wilkołak.
- Miałem wysłać to sową, jednak stwierdziłem, że wręczę Ci to osobiście. Proszę. - Siwobrody wręczył schludną kopertę Lunatykowi.
Najstarszy z zielonookich facetów otworzył zaadresowany do niego list a z każdym spijanym słowem jego oczy robiły się coraz większe i malował się w nich szok.
- A...Ale, profesorze! Ja nie mogę być profesorem! Co z moim problemem?! - wykrzyknął Lupin, zaczynając chodzić w tę i z powrotem po czarnej, drewnianej podłodze w salonie.
- To nie jest żaden problem, mój chłopcze! Rada Szkoły już wyraziła zgodzę i zastosowała odpowiednie środki by zapobiec... przykrym wydarzeniom.
- Ale... Czy... Co na to uczniowie i ich rodzice?!
- Luniu, będziesz wspaniałym profesorem! - powiedział głośno, Harry z szerokim bananem na twarzy.
- Ale, Harry...
- Daj spokój! Będzie dobrze.
- Uznam to za tak, Panie Lupin. Chciałbym Pana widzieć dzień przed rozpoczęciem roku. Jednak, może wpadłbyś jakoś w tygodniu by zobaczyć swoje komnaty? A później, razem z Harry'm pierwszego września udacie się tradycyjnym sposobem. - odparł uradowany dyrektor ze słynnym błyskiem w oczach.
- W porządku. - Remus zdołał przytaknąć, a Dumbeldore z uśmiechem zwrócił się do chłopca.
- Harry, nie chciałbyś ze mną odwiedzić jutro pewną rudowłosą rodziną?
- Czemu nie, profesorze. Czy to będzie wprowadzenie do naszego planu? - spytał brunet, przechylając głowę na bok.
- Mam taką nadzieję. - mruknął starzec. - Gdy Syriusz już będzie na wolności chciałbym by udał się z paroma innymi, zaufanymi ludźmi na poszukiwania horkruksow. - przelotne zerknął na Remus'a, który kiwnął głową.
- Jestem pewny, że Syriusz będzie bardziej niż chętny by pomścić James'a. - powiedział wilkołak, a jego zielone oczy przez chwilę zajaśniały złotem. On również pragnął zemsty, jednak najważniejszy był Harry.
Dyrektor Hogwartu zerknął na zegarek, wiszący obok kominka po czym uśmiechnął się i pożegnały, aż w końcu Lupin i Potter zostali sami. Przy herbacie i słodkich przekąskach omówili, że jutro gdy Chłopiec, Który Przeżył uda się na spotkanie z Weasley'ami to wilkołak zacznie segregować swoje rzeczy. A jeśli się uda, pod wieczór udadzą się na Pokątną by Harry mógł kupić szkolne przybory, a Remus kupić podręczniki, które wybrała Rada.
A co z Harry'm? Otóż, chłopiec nie sądził, że mógłby być tak szczęśliwy jak teraz. Cofnięcie się w czasie czy może trafienie do innej rzeczywistości wychodziło mu na dobre. A jeśli wszystko się ułoży może już za rok czy dwa nie będzie nawet śladu po Lordzie Voldemorcie.
Następnego dani, zielonooki jedenastolatek wstał wcześniej niż zwykle. Zapowiadał się ciężki dzień, ale też mógł okazać się interesujący. Harry lubił Państwa Weasley oraz ich potomków, jednak nadal miał w pamięci słowa Ron'a jak i wzrok jego rodzeństwa gdy Fred stracił życie. Nie był do końca pewien jak ma się zachowywać. Postanowił jednak zdać się na los, który tak zabawnie pogrywał jego życiem.
Po długim prysznicu, Potter po założeniu bielizny ubrał się w znoszone dżinsy, zwykły podkoszulek i koszule w kratę. Mimo, że wcześniej nosił je tylko dlatego, że dostawał je po Dudley'u to je lubił. Były bardzo wygodne, dlatego podczas zakupów nabył kilka sztuk w jego rozmiarze. Na stopy naciągnął cienkie skarpetki, a na nie trampki. Był środek lata ale dzisiejszy dzień nie zapowiadał się zbyt słonecznie. Gdy tylko odsłonił ciężkie kotary, do pomieszczenia wpadło kilka promieni słońca, który od razu zniknęły. Jego okno wychodziło na mugolski park, w którym nie było dzisiaj żywej duszy. Na niebie widniały szare chmury, a z nich spadały coraz to większe krople deszczu.
Nawet pogoda z mnie kpi, pomyślał Harry.
Nie spiesząc się zszedł na parter, wcześniej witając się z Walburgą. W kuchni czekało już na niego śniadanie, które było już w połowie zjedzone przez Remus'a. Wilkołak lewej dłoni trzymał Proroka Codziennego, a w prawej maślaną bułeczkę.
- Dzień Dobry, Remi. - przywitał się chłopiec, siadając na przeciw mężczyzny.
- Witaj, Harry. - uśmiechnął się nowy profesor OPCM, odkładając gazetę na obok. - Jak się spało?
- Bardzo dobrze. - odpowiedział Wybraniec. Co było prawdą, od kiedy spędził pierwszą noc w tym domu nie miał ani jednego koszmaru. Było to odprężające, patrząc na jego poprzednie życie, od trzech lat męczyły go koszmary a lekcje Oklumencji pogorszyły ten stan. - A Tobie?
- Nie najgorzej. - mruknął Lupin, zjadając kolejną bułkę. - Nie wiesz o której dokładnie przyjdzie profesor Dumbeldore?
- Nie mam pojęcia. - zaśmiał się chłopiec. Sam już skończył tosta z serem i teraz powoli sączył herbatę. Siedzieli chwilę w ciszy, gdy pojawił się skrzat.
- Dzień Dobry, Paniczu Harry. Panie Lupin. - przywitał się skrzat. - Stworek chciał tylko poinformować, że biblioteka została już oczyszczona.
- Dziękuję, Stworku. - uśmiechnął się Potter. - A czy ogród będzie niedługo gotowy?
- Stworek będzie go niedługo sprzątać, Paniczu Harry. - mruknął skrzat, zaciskając małe dłonie na swoim ubranku. Zielonooki nie przeoczył zmęczenia na buzi skrzata domowego. To oczywiście dało mu do myślenia. Gdy tylko magiczne stworzenie zniknęło, Potter spojrzał wymownie na starszego czarodzieja.
- Poszukam dziś ogłoszeń. - mruknął tylko Lunatyk, na co chłopiec kiwnął głową, w której zaświtał nowy plan. Jednak zanim zdążył się nim podzielić z Remim, przybył dyrektor.
- Dzień Dobry, moi chłopcy. - przywitał się z szerokim uśmiechem. - Jesteś gotowy, Harry?
- Tak, profesorze. - burknął pod nosem chłopiec, wstając z miejsca. Wcale mu się nie chciało tam iść, a pogoda nie dodawała mu otuchy. Albus Dumbeldore zdawał się nie zauważać humoru, dlatego więc pożegnawszy się z Remusem Lupinem, obrócił się na pięcie i z uśmiechem na ustach ruszył w stronę kominka w salonie.
Potter spojrzał na Huncwota z miną zbytego psa i odszedł w akompaniamencie jego chichotu. Nie minęło nawet pięć minut, gdy znaleźli się w Norze. Była dokładnie taka sama, jak Potter ją zapamiętał. Pełna miłości i rodzinnej atmosfery. Znad dworu słychać było śmiechy najmłodszych potomków Molly i Artura. Zielonooki nie miał czasu dłużej podziwiać i rozmyślać nad domem Weasley, gdyż zauważyła ich Pani domu.
- Oh, Albusie! Jak miało Cię widzieć! - odparła głośno pulchna kobieta, łapiąc dyrektora w matczyny uścisk. - Co się do nas sprowadza? Na pewno jesteś głodny, siadaj, siadaj! Właśnie robiłam tarte z truskawkami, zaraz powinna być gotowa.
- Witaj, Molly. - uśmiechnął się starszy czarodziej, trochę skrępowany uściskiem. - Chętnie skorzystam, choć mam nadzieję, że nie obrazisz się gdy ktoś jeszcze do nas dołączy?
- Oczywiście, że nie! - zaświergotała radośnie kobieta, więc Harry postanowił wyjść zza pleców siwobrodego.
- Um, dzień dobry. - przywitał się nieśmiało, a jego zielone oczy wyjrzały znad ciemnej grzywki.
- Ah! Dzień Dobry! - przywitała się rudowłosa. - Molly Waesley, kochanieńki.
- Harry Potter. - uśmiechnął się delikatnie. Jej jasnobrązowe oczy zamigotały.
- Wiedziałam, że skądś znam te oczy! Identyczne jak twojej mamy, Harry.
Wybawca zachichotał. - Wiele osób mi to mówi.
- Usiądź, kochanieńki. Zaraz dam Ci coś do jedzenia, wyglądasz mizernie. Albusie, co jak co, ale o zaniedbywanie posiłków u dorastającego chłopca... nie posądziła bym Cię o to. - odparła czarodziejka, prowadząc ich do kuchni. - Zaraz zawołam dzieci. Ron, mój najmłodszy syn jest w twoim wieku, Harry. Jestem pewna, że się zaprzyjaźnicie.
- Najpierw, Molly chciałbym omówić pewną, ważną rzecz. Waga Zakonu Feniksa. - powiedział poważnie Dumbeldore, a wyraz twarzy brązowookiej od razu stwardniał.
- Harry, może pójdziesz...
- Ta sprawa dotyczy jego, Molly.
- Rozumiem. - westchnęła. - Chociaż zawsze powtarzałam, że dzieci są za młode...
- Proszę wybaczyć. - odezwał się, Harry. - Przestałem być dzieckiem w chwili, gdy voldemort na moich oczach zabił rodziców.
W kuchni zapanowała grobowa cisza. Rudowłosa kobieta miała łzy w oczach, Albus odwrócił wzrok, a Potter westchnął.
- Jesteśmy tu, gdyż odkryliśmy straszą prawdę. - mruknął cicho, zielonooki. Po czym zamyślił się na chwilę i szepnął coś do ucha Dyrektora. - Czy może Pani zawołać swoje dzieci, teraz?
- Nie chcę, żeby brały w tym udział. - powiedziała twardo.
- Niestety, Molly. One już są w to zamieszane. - odrzekł smutno, siwobrody.
- Niech będzie. Ale chcę później szczegółowych wyjaśnień.
Zawołała swoje potomstwo, a po chwili do domu wlało się pięć rudowłosych głów, każda niższa od drugiej. No, może oprócz bliźniaków. Ci to nawet wzrostem musieli być tacy sami. Żadne jednak nie zdążyło się odezwać gdy dyrektor wstał szybko z miejsca i rzucił zaklęcie oszołamiające, które leciało wprost na Ronalda'a Weasley'a. A dokładnie w stronę szczura, którego trzymał dłoni.
