UWAGA! OD PRZYSZŁEGO ROZDZIAŁU PODNOSZĘ KATEGORIĘ WIEKOWĄ! PAMIĘTAJCIE BY ZMIENIĆ FILTRY WYSZUKIWANIA, JEŚLI MÓJ FANFIC PRZESTANIE SIĘ WAM WYŚWIETLAĆ!

Dopiero teraz historia zacznie nabierać tempa. W najbliższych rozdziałach będzie chyba trochę mniej humoru niż do tej pory, no ale cóż – nikt nie mówił, że będzie łatwo ;). Dziękuję za Wasze opinie, dużo dla mnie znaczy, jeśli ktoś poświęca swój czas, aby napisać kilka słów!


Najwyższy, kurwa, czas – pomyślał Vegeta, gdy dzwoniący telefon przerwał mu kolację. Mijał właśnie piąty tydzień od kiedy opuścił siedzibę korporacji i choć każdego dnia rozkoszował się ciszą i spokojem swojej samotni, z utęsknieniem czekał na ten dźwięk. Dobrze wiedział, co on oznacza – pokój grawitacyjny został ukończony.

Kiedy Saiyanin zorientował się, że dalsze przebywanie wśród tej ziemsko-nameczańskiej zgrai nieuchronnie prowadziło do tego, że w końcu zamieniłby całą Zachodnią Stolicę (w tym także jego tak długo wyczekiwane miejsce do ćwiczeń) w pył, postanowił wynieść się stamtąd natychmiast. Kazał przygotować sobie kilka tych dziwnych kapsułek z przenośnym domem i zapasami jedzenia i, pod groźbą śmierci, nie kontaktować się z nim dopóki córka gospodarzy nie weźmie się w garść i nie zrobi tego, co do niej należy.

– Vegeta? Ruszaj dupę, wszystko już gotowe! – twarz wyraźnie podekscytowanej swoim dziełem Ziemianki ukazała się na ekranie gdy tylko odebrał połączenie. Spodziewał się ujrzeć profesora, ale najwidoczniej kobieta sama chciała przekazać mu nowinę.

– Będę za trzydzieści minut – poinformował ją chłodno, po czym rozłączył się nie czekając na odpowiedź.

Nie tracąc czasu dokończył kolację, zamknął swój tymczasowy dom w kapsułce i wzbił się w powietrze. Przemierzył naprawdę spory kawał żeby znaleźć miejsce tak ciche i odosobnione, jak to, które właśnie opuszczał. W dolinie zamkniętej ze wszystkich stron pasmami górskimi ukryte było ogromne jezioro, które zasilał wodospad rozlewający się kaskadami po pobliskich skałach. Otaczająca je rozległa łąka zapewniła Vegecie miejsce do ćwiczeń, a lasy porastające zbocza pełne były dzikiej zwierzyny. To mogłaby być całkiem przyjemna planeta gdyby nie ci zawszeni ludzie… Ciekawe za ile by poszła? Jakby się zastanowić, śmierć Frizera zostawiła sporą lukę na rynku, jeśli by tak…

Wziął głęboki oddech. Coraz trudniej było mu zapanować nad ogarniającą go żądzą zniszczenia. Saiyanie nie przywykli do siedzenia bezczynnie w jednym miejscu, a on coraz bardziej pogrążał się w stagnacji. Czasami czuł, że każda cząstka jego ciała i duszy domaga się chaosu, przez co prawie zapominał o swoim ostatecznym celu. Kakarotto… Vegeta zacisnął mocniej pięści i przyspieszył.

– No nareszcie! Nie mogłeś się lecieć szybciej? – powitała go Ziemianka zaciągając się ostatni raz papierosem.

– Prowadź – wycedził tylko.

Bulma rzuciła niedopałek na trawę i zmiażdżyła go obcasem, po czym weszła do jasno oświetlonego korytarza, wzdłuż ściany którego stał rząd niebieskich szafek. Na jednym końcu znajdowała się łazienka, a na drugim zewnętrzny panel kontrolny. Poza wejściem od strony ogrodu, do kopuły można było dostać się także bezpośrednio z domu.

– A teraz główna atrakcja – powiedziała podekscytowana stając przed ciężkimi, metalowymi drzwiami. – Ale najpierw przyłóż tu lewą dłoń – muszę skonfigurować mechanizm otwierający, żeby reagował na twój odcisk. Tylko ja, mój ojciec i ty będziemy mieli dostęp do pomieszczenia.

Gdy komputer przyjął polecenie drzwi rozsunęły się przed nimi. Choć wnętrze okrągłego pokoju było całkowicie puste (pomijając pionową kolumną na środku, w której mieścił się generator), wyglądało naprawdę imponująco.

– Nieźle, prawda? – zapytała kobieta rozglądając się z dumą. – Masz więcej miejsca, niż było na statku, na którym trenował Goku. No i ściany są o wiele bardziej wytrzymałe, choć na twoim miejscu raczej nie poddawałabym ich próbom. Możesz zmieniać poziom przyciągania bezpośrednio przy generatorze, ale teraz chciałam sprawdzić sterowanie z zewnątrz. Zostań tutaj.

Saiyanin nie mógł długo nacieszyć się samotnością, bo z głośników rozległo się donośne i wyraźne wołanie kobiety.

– Juhuu! Vegeta, słyszysz mnie? Zainstalowałam interkom w pomieszczeniu. Jeśli chcesz mnie zobaczyć, naciśnij przycisk po lewo.

– Skąd pomysł, że chcę cię widzieć, kobieto! Przejdź do rzeczy!

– Dobrze, w porządku – rzuciła poirytowana. – Pamiętaj, że ja widzę cię czy tego sobie życzysz, czy nie, Książę. Zaczynamy od dziesięciokrotnego przyciągania ziemskiego, uwaga!

Poczuł łaskotanie w żołądku, jak gdyby zjeżdżał windą w dół. Na pewno był cięższy, ale nie zrobiło to na nim najmniejszego wrażenia.

– Nie żartuj, kobieto – prychnął – ja wychowałem się w takich warunkach. Może dla twojego kochanka byłoby to wyzwanie, ale z pewnością nie dla mnie.

– Nawet nie wspominaj o tym żałosnym dupku! – krzyknęła uderzając w coś jednocześnie. Najwidoczniej był to panel kontrolny, bo Sayianin, zaskoczony nagłym wzrostem grawitacji, znalazł się rozpłaszczony na podłodze. Kurwa. – Miesiąc! Tyle wytrzymał bez oglądania się za innymi, dasz wiarę? A pomyśleć, że kiedyś panicznie bał się dziewczyn! Myślę, że tutaj zadziałał ten cudowny „trening" u Żółwiego Pustelnika. Uch, no nie wierzę! Zanim zginął pokłóciliśmy się o to samo, myślałam że chociaż śmierć nauczyła go trochę pokory, ale… O BOŻE, VEGETA, PRZEPRASZAM!

Zanim Ziemianka zauważyła co się stało, Saiyanin zdążył już unieść się na tyle by klęknąć opierając się rękoma o podłogę. Walka z przyciąganiem była ciężka, zwłaszcza z tak niefortunnej pozycji wyjściowej, ale nie była niemożliwa.

– To było maksimum – dodała, gdy wyłączyła generator. – Przy takim wskaźniku trenował Goku. No cóż, najwidoczniej wszystko działa! Jeszcze raz przepraszam!


Desperacko próbował nadrobić zmarnowany czas. Od samego początku ćwiczył przy stukrotnie większej grawitacji niż ziemska i choć pierwszego dnia jedyne co robił, to uczył się chodzić, wiedział, że było warto. Po treningach odczuwał niesamowitą lekkość spowodowaną nie tylko śmiesznie małym ziemskim przyciąganiem, ale także świadomością swoich postępów. Vegecie to jednak nie wystarczało. Opuszczał kopułę tylko po to, by udać się na spoczynek – był tak pochłonięty zwiększaniem swojej siły, że zapominał nawet o posiłkach. Zmartwiona jego nieobecnością przy stole gospodyni zaczęła dostarczać mu jedzenie bezpośrednio do pokoju grawitacyjnego.

Jedyne źródło informacji dotyczące poczynań reszty domowników stanowiła ich ki. Po kilku dniach wrócił Yamcha, jednak bardzo szybko z powrotem się oddalił. Pewnie go pogoniła. Niedługo jednak spróbował znowu i tym razem zaproszono go do środka. Przez jakieś dwa tygodnie pojawiał się niemalże codziennie, aż w końcu został na noc i od tamtej pory nie opuszczał domu profesora na dłużej. Najwidoczniej także Łysol wpadał kilkukrotnie z wizytą, a gdy bachor Kakarotto odwiedzał tego nameczańskiego szczeniaka, również ki Piccolo, który zazwyczaj trenował gdzieś z dala od korporacji, była wyraźnie wyczuwalna.

Zdawał się nie zauważać upływu czasu. Nie wiedzieć kiedy minęły kolejne sto trzydzieści dni i smocze kule z powrotem zabłysły złotym blaskiem. Saiyanin przeczuwał, że ta dwójka, która pozostawała w Zaświatach, nie będzie zachwycona jego obecnością, więc ulotnił się, gdy przyzywali Porungę. Kilka godzin później wrócił do prawie pustego i o wiele spokojniejszego domu. Odkąd Nameczanie opuścili siedzibę korporacji, Vegeta zaczął częściej robić sobie przerwy – łatwiej było unikać czterech źródeł ki, niż prawie setki. Jednak nadal większość dni spędzał w pokoju grawitacyjnym, a niepisany układ panujący wśród domowników zdawał się wszystkim pasować: Vegeta nie wchodził im w drogę, a oni schodzili mu z oczu.

Dla Saiyanina jednak sielanka skończyła się wraz z rocznicą jego przybycia na Ziemię.


Obudził się zalany potem trzymając się za serce. Biło tak szybko, że jedyne co słyszał, to stłumione uderzenia i szum własnej krwi. Ale przynajmniej bije… – pomyślał z gorzką ulgą. Od pięciu nocy, za każdym razem gdy tylko zmrużył oczy, nawiedzał go jeden i ten sam koszmar. Nie… to coś więcej. Koszmary miewał już wcześniej – problem tkwił w tym, że to co mu się śniło tym razem, zdarzyło się naprawdę. Od pięciu nocy na nowo przeżywał swoją śmierć. To niedorzeczne. Saiyanin był wściekły. To, że nie potrafił zapanować nad swoimi snami odczytywał jako oznakę słabości. Pokonywał go własny umysł.

Jednak ból, który wybudzał go za każdym razem nie był wytworem jego wyobraźni. Do tego to jebane dudnienie w głowie. Kilka nieprzespanych nocy wystarczyło, żeby przyprawić go o migrenę.

– MAM CIĘ JUŻ DOŚĆ, WYNOŚ SIĘ STĄD! – przez otwarte okno usłyszał wrzask Bulmy. Vegeta westchnął z politowaniem. Takie sceny były codziennością. Potrafili pokłócić się o dosłownie każdą głupotę tylko po to, żeby kilka dni później znów wpaść sobie w ramiona.

– ZDYCHAJ, ŚMIECIU! – wrzask kobiety poprzedzał odgłos tłuczonego szkła. Oho… a jednak zapowiada się ciekawie… – MOGŁAM POPROSIĆ PORUNGĘ O NOWĄ PARĘ BUTÓW ZAMIAST PRZYWRACAĆ CIĘ DO ŻYCIA!

Zła dziewczynka… Vegeta nie mógł powstrzymać uśmiechu – musiał przyznać, że trochę mu zaimponowała. Założył koszulkę, otworzył szerzej okno i poleciał w stronę pokoju kobiety. I tak nie miał co liczyć na to, że uda mu się zasnąć tej nocy, więc równie dobrze mógł się trochę rozerwać.

Yamcha lewitował na wprost balkonu trzymając stertę swoich rzeczy, które Ziemianka zawzięcie wyrzucała.

– Kochanie, przepraszam, to nie tak! – żałośnie próbował się wytłumaczyć. – To pomyłka…! Nie, nie, nie, oszczędź chociaż mój telefon!

– POMYŁKA!? Krzyczenie imienia jakiejś kurwy, gdy bezcześcisz mnie swoim małym kutasem to POMYŁKA?! – Najwidoczniej zorientowała się, że samo rzucanie przedmiotami było bezcelowe, skoro ta łajza i tak nie miała problemu z ich wyłapywaniem, bo zaczęła rozbijać jego komórkę o balustradę.

– Nie, nie, przestań, proszę! Moje kontakty!

– I BARDZO DOBRZE! NIE BĘDZIESZ DZWONIŁ DO TYCH SWOICH SZMAT!

Vegeta podleciał do Yamchy i przyjacielsko położył mu rękę na ramieniu.

– No stary, chyba tym razem naprawdę przeskrobałeś! – powiedział rozbawiony.

– Haha, no trochę… – wyszeptał lekko zawstydzony i mocno zdziwiony reakcją Saiyanina. Jednak zanim zdążył dodać coś więcej, Vegeta błyskawicznie wybił z jego objęć stertę trzymanych rzeczy i jedną ręką wystrzelił w ich kierunku skoncentrowaną wiązkę energii. W powietrzu unosiły się już jedynie czarne strzępki.

– Wybacz, to nic osobistego – powiedział siadając na balustradzie i uśmiechając się złowieszczo – ja po prostu cię nie lubię.

– To brzmi cholernie osobiście, dupku – warknął upokorzony Ziemianin, po czym zwrócił się do swojej dziewczyny. – Widzisz, kochanie? Już dostałem nauczkę… Wpuść mnie, proszę... Dokończymy, to co zaczęliśmy…

– Po moim trupie, chuju! – Bulma pokazała mu środkowy palec. – Choć, Vegeta. Szkoda i mojego, i twojego czasu na tego palanta – powiedziała ciągnąc go za rękę do środka. Saiyanin rzucił ostatni szelmowski uśmiech w stronę sparaliżowanego szokiem mężczyzny i podążył za kobietą.

– Dzięki, Vegeta. Naprawdę… – jej głos był cichy i słaby.

Zdążył już zapomnieć, jak bardzo go pociągała. Kurwa. Oparła się plecami o zamknięte drzwi balkonowe i drżącymi dłońmi próbowała odpalić papierosa. Zawinięta była jedynie w cienkie, białe prześcieradło, które miękko opływało jej kuszące kształty. Vegeta był pewien, że nie miała nic pod spodem. Rozczochrane niebieskie włosy kosmykami opadające na jej smukłe, nagie ramiona i rumiana cera promieniująca dziwnym blaskiem zdradzały czym zajmowała się jeszcze kilkanaście minut temu. Ponownie owładnęła nim żądza by przygwoździć kobietę do ściany – silniejsza niż kiedykolwiek. Był pewien, że tym razem nie zdoła jej się oprzeć i ulegnie pokusie, gdy nagle Ziemianka zaczęła płakać.

– Trzynaście lat poświęciłam temu dupkowi… Trzynaście lat! Rozchodziliśmy się i wracaliśmy do siebie więcej razy niż jestem w stanie spamiętać. Zawsze były mu inne w głowie, ale coś takiego… - po tych słowach rozkleiła się całkiem i nie była w stanie nic więcej z siebie wykrztusić. Łzy popłynęły po jej policzkach i zaczęła wydawać z siebie głośne, przerywane chlipaniem, wycie.

– Zasługujesz na kogoś silniejszego – wypalił zanim zdołał ugryźć się w język i wyszedł.

Kurwa! Gdyby tylko nie zaczęła ryczeć… Same łzy mu nie przeszkadzały. Nawet wprost przeciwnie… Ale nie był w stanie znieść tego okropnego zawodzenia. Już i tak tępy ból obijający się po jego czaszce wywołany pięciodniową bezsennością był nie do zniesienia. Czuł, że niedługo głowa mu eksploduje. Nie widząc innego rozwiązania, udał się w stronę pokoju grawitacyjnego.


Kobieta na pewno była zdeterminowana, aby wymazać byłego partnera ze swojego życia. W ciągu następnych kilku dni zmieniła drastycznie fryzurę (teraz jej głowę otaczała burza niebieskich loków), spaliła ich wspólne zdjęcia i doszczętnie pozbyła się wszystkiego, co mogło jej o nim przypominać. Jednak trzy miesiące później, Yamcha był z powrotem i choć Vegeta nie mógł powiedzieć, że go to zaskoczyło, był trochę rozczarowany decyzją kurewki. Jednak koszmary dręczyły go zbyt bardzo, by jakieś marne ziemskie dramaty uznał za swój problem.