Uch! Robi się gorąco!
Przez ostatni miesiąc naprawdę sporo się wydarzyło. Zaczęło się od tego, że Vegeta przeciążył generator i pokój grawitacyjny przestał nadawać się do użytku. Jasne, już wcześniej udawało mu się rozbić, wyrwać, bądź doszczętnie zniszczyć to i owo, ale nigdy nie było to nic, z czym kobieta nie mogła poradzić sobie w dzień lub dwa. Jednak tym razem było inaczej.
Niespodziewana utrata jego ukochanego miejsca do ćwiczeń była o tyle bardziej trudna do zniesienia, że tylko dzięki morderczemu treningowi każdego dnia, w nocy udawało mu się przespać parę godzin zanim przeszywający ból w klatce piersiowej gwałtownie go budził. Jedyne co mu pozostawało w tej sytuacji to zaszyć się w swoim pokoju i jakoś to przeczekać. I może spróbować zasnąć. Na szczęście ostatnio siedziba korporacji „Capsule" była zadziwiająco spokojnym miejscem. Po ostatnim burzliwym rozstaniu, kochanek kobiety najwidoczniej robił wszystko, by utrzymać ją w dobrym humorze. Dał sobie nawet obciąć włosy, przed czym dotychczas się wzbraniał. Czasami nadal się kłócili, ale zdawało się, że ten mięczak przyjął taktykę polegającą na przyznawaniu racji i przepraszaniu za wszystko.
Jednak na tle tego, co zdarzyło się kilka dni później, nic już nie miało znaczenia. Gdy Vegeta wyczuł ogromną ki Frizera, był pewien, że jego koszmar właśnie się urzeczywistnia. Co gorsza wraz z nim zbliżało się do Ziemi jeszcze jedno – większe – źródło mocy. Saiyanin wiedział, że nie ma najmniejszych szans i tym razem na pewno zginie, ale nie przerażało go to. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że jego przeznaczeniem było zginąć z ręki swojego ciemiężyciela. Jeśli tak miało być, to trudno – ale tym razem zamierzał walczyć do samego końca.
Los najwidoczniej postanowił dalej śmiać mu się w twarz. Zanim Frizer miał szansę zakończyć życie Vegety i wszystkich innych mieszkańców Ziemi, jakiś wyrostek o fioletowych włosach wyeliminował zarówno jego, jak i jego ojca. Chłopak pojawił się znikąd i uparcie odmawiał wyjaśnienia im czegokolwiek – a miał z czego się tłumaczyć. Nie tylko nie chciał zdradzić jak ma na imię i skąd przybywa, ale także najwidoczniej znał miejsce i czas powrotu Kakarotto. Co więcej – utrzymywał, że był Super Saiyaninem. Mały skurwiel. To było zwyczajnie niemożliwe – w całym Wszechświecie zostało tylko dwoje Saiyan i on nie był jednym z nich.
Okazało się, że nie kłamał przynajmniej co do tego gdzie i o której przybędzie Kakarotto. Gdy ten pajac wreszcie się pojawił, mając na sobie idiotyczny yardratiański strój, młokos odciągnął go na bok – jakby jego dotychczasowe działania nie były już wystarczająco podejrzane. Trzeba było jednak przyznać, że informacje które potem usłyszeli, były co najmniej niepokojące. Za trzy lata miał pojawić się wróg tak silny, że żadne z nich miało tego nie przeżyć. Chłopak, który posiekał Frizera i jego ojca w ciągu kilku sekund, podobno nie mógł się z nimi mierzyć.
Dreszcz, który przez niego przeszedł spowodował, że włoski na karku stanęły mu dęba – Saiyanin dawno nie czuł takiej ekscytacji. Jeśli przeciwnik naprawdę miał być tak niewyobrażalnie silny, istniało tylko jedno rozwiązanie – Vegeta musi stać się jeszcze silniejszy. Złowieszczy półuśmiech wykrzywił mu usta. Zaraz po powrocie do korporacji zażądał, by profesor naprawiając generator zwiększył jego moc trzykrotnie.
Gdy następnego dnia Vegeta wreszcie się obudził, czuł się zdezorientowany. Po raz pierwszy od bardzo dawna przespał całą noc, a nawet większą część poranka. Był już tak przyzwyczajony do nieustającego bólu głowy, że kiedy ten go opuścił, Saiyanin miał wrażenie, że czegoś mu brakuje. Przeczuwał dlaczego koszmary go opuściły: według fioletowowłosego wyrostka zostały mu trzy lata życia. Może i powinien był zginąć (i pozostać martwym) prawie dwa lata temu, ale jeśli teraz zdoła własnymi siłami pokonać androidy i przeżyć, na nowo stanie się panem swojego losu. Kakarotto będzie musiał poczekać.
Lekko ponad tydzień później, Bulma i jej chłopak znowu zaczęli się kłócić i Vegeta musiał przyznać, chyba pierwszy raz w życiu, że kobieta mówiła do rzeczy.
– Kochanie… kiedy zamierzasz zacząć trenować? – rzuciła niby mimochodem, gdy oglądał jakiś mecz w telewizji.
– Wiesz, myślałem nad tym trochę… raczej nie ma sensu żebym pojawiał się za te trzy lata – Tutaj akurat ma rację.
– Jak to? Yamcha, wszyscy twoi przyjaciele będą walczyć! Jasne, Saiyanie i Piccolo są naszym głównym atutem, ale to nie znaczy że mamy na nich zrzucać ten cały ciężar! Musisz im pomóc!
– Chyba sobie żartujesz – prychnął. – Nie czułaś jak potężną ki posiadał Frizer. Nie postawiłbym się jemu, a co dopiero przeciwnikowi, który ma być co najmniej kilka razy silniejszy.
– Kuririn walczył na Namek – powiedziała oskarżycielskim tonem.
– Och, to teraz porównujesz mnie do Kuririna, tak? Jestem od niego gorszy, to chcesz powiedzieć? – Ziemianin powoli tracił nad sobą panowanie
– Na pewno bardziej tchórzliwy. Frizer rozsadził go na kawałki, ale jestem pewna, że Kuririn stawi się razem ze wszystkimi za te trzy lata. Nie myślałam, że tak łatwo się poddajesz, Yamcha – Vegecie wydawało się, że w głosie kobiety rozbrzmiewała nutka pogardy.
– Wiesz co? Nie będę się z tobą kłócił, wychodzę – chyba zdawał sobie sprawę ile prawdy było w tym, co powiedziała. – Myślę, że musimy od siebie trochę odpocząć. Nie dzwoń.
– Zasługuję na kogoś silniejszego – rzuciła, bardziej siebie, niż do niego, zanim zdążył trzasnąć drzwiami.
Vegeta poczuł jakby żołądek podskoczył mu do gardła. Kilka miesięcy temu zaoferował jej te nieprzemyślane słowa jako coś w rodzaju pocieszenia. Miał szczerą nadzieję, że ta niepotrzebna uwaga, która mogłaby zostać mylnie uznana za przejaw jego człowieczeństwa, została puszczona mimo uszu – albo chociaż w niepamięć. On, w każdym razie, postanowił udawać, że nie rozpoznaje słów kobiety.
Nie minęły kolejne dwa tygodnie nim Yamcha wrócił do korporacji z obietnicą poprawy. Przez pewien czas panował względny spokój, ale teraz, prawie miesiąc od wizyty młokosa i powrotu Kakarotto, znowu rozpętało się piekło – przynajmniej dla kochanka Bulmy. Vegeta nie był zadowolony, że wybrali sobie akurat porę kolacji aby rozstrzygać swoje konflikty, bo choć zamknęli się w innym pokoju, nie dało się zignorować wrzasków kobiety.
– Kim ona jest?! – warknęła.
– Bulma, uspokój się! Nie mam pojęcia o czym mówisz – próbował się bronić.
– Nie rób ze mnie idiotki! Czytałam twoje smsy! Jest całkiem jasne jaki charakter ma wasza znajomość!
– Grzebałaś w moim telefonie?! Jak mogłaś! Zero prywatności! Nie masz dla mnie za grosz zaufania!
– Ciekawe dlaczego tak jest. Masz jakieś pomysły? – jej głos ociekał sarkazmem. – Kim jest ta szmata?!
– To już nie ważne, między nami i tak już skończone.
– Ona chyba tak nie uważa – prychnęła poirytowana.
– Zatrzymałem się u niej po naszej ostatniej kłótni. Przecież zerwaliśmy wtedy, więc wszystko w porządku. Teraz wróciłem, więc...
– My nie ZERWALIŚMY! Chciałeś zrobić sobie PRZERWĘ! Odpocząć! – Kobieta wyraźnie była w szoku.
– To prawie to samo – rzucił zniecierpliwiony. – Daj spokój Bulma. To co wtedy powiedziałaś było bardzo wredne. Nawet nie wiesz jak bardzo byłam na ciebie wściekły!
– I TO MA USPRAWIEDLIWIĆ TWOJĄ SPRAWĘ?! ZDENERWOWAŁEŚ SIĘ, WIĘC WSZYSTKO W PORZĄDKU?! Nie, tym razem to naprawdę koniec.
Vegeta właśnie skończył jeść i wyszedł z kuchni kierując się do swojego pokoju, gdy drzwi prowadzące do pomieszczenia, w którym toczyła się zawzięta walka, otworzyły się na oścież.
– Wynoś się! POWIEDZIAŁAM: WYNOŚ SIĘ! – krzyczała wskazując wyciągniętą ręką w stronę wyjścia, gdy dostrzegła Saiyanina. W jej oczach była prośba.
– O nie, mnie do tego nie mieszaj – odparł Vegeta z prychnięciem i zaczął wspinać się po schodach. – To nie moja wina, że byłaś na tyle głupia, żeby wpuścić go ostatnim razem.
Następnego dnia proces wymazywania byłego kochanka z życia kobiety rozpoczął się od nowa. Wyrzuciła wszystkie jego rzeczy, które zdążył zgromadzić w domu profesora przez te kilka miesięcy, zmieniła fryzurę (proste włosy sięgające do ramion z gęstą grzywką zakrywającą jej czoło), a imię „Yamcha" stało się wyrazem tabu.
Vegeta podszedł do kolumny znajdującej się na środku pokoju grawitacyjnego i nacisnął przycisk wyłączając tym samym generator. Trzy miesiące. Trzy miesiące ćwiczeń przy maksymalnym przyciąganiu. Trzy miesiące forsowania swojego ciała do skraju wytrzymałości i przekraczania własnych granic. Trzy miesiące bez przerwy, bez odpoczynku. Trzy miesiące i wreszcie czuł się gotowy. To był dzień, w którym osiągnie poziom Super Saiyanina. Czuł to… Nie – wiedział to. Jeszcze nigdy nie wypełniała go ki w tak czystej postaci jak teraz. Vegeta BYŁ tą ki.
Wziął głęboki oddech, wyciszył się na chwilę i zaczął gwałtownie zwiększać swój poziom mocy wydając przy tym rozdzierający okrzyk. Jego energia rosła w zastraszającym tempie. Saiyanin nigdy nie przypuszczał, że kiedykolwiek uda mu się osiągnąć taki poziom. Jeszcze trochę. Jeszcze odrobinę…!
… nic się nie wydarzyło. Nie mógł w to uwierzyć – transformacja nie zaszła. Byłem pewien… Przytłoczony ogromnym ciężarem niepowodzenia upadł na kolana. To było więcej, niż był w stanie znieść. Rozpacz i gorycz zaćmiły wszystkie jego zmysły i jedyne co czuł to pustka, która rozrywała go od środka. Zawód i rozczarowanie były tak wielkie, że w tym momencie, klęcząc na zimnej posadzce pokoju grawitacyjnego, w Vegecie nie było ani krzty nadziei.
Był tak bardzo pochłonięty swoją porażką, że wyczuł jej słabą ki dopiero w ostatniej chwili.
– Nawet nie próbuj – powiedział głosem, którego nie używał już tak długo, że nawet w jego uszach brzmiał obco.
Ręka kobiety zatrzymała się dosłownie centymetr nad jego ramieniem. Saiyanin wstał i odwrócił się w jej stronę. Coś w wyrazie jego twarzy musiało ją przestraszyć, bo na każdy krok, który robił w jej kierunku, ona odpowiadała jednym w tył.
– Po co tu przyszłaś? – wyciedził powoli. – Co ty tu robisz?
– Ja.. ja… – plecy Ziemianki natrafiły na ścianę. Odciął jej drogę ucieczki, nie miała gdzie uciec.
– Obserwowałaś mnie z zewnątrz, prawda? Przyszłaś napawać się moją porażką? Wyśmiewać moją nieudolność? Cieszysz się, że ujrzałaś chwilę mojej słabości?
– Nie, to nie tak! – pisnęła próbując odepchnąć go ręką. Złapał jej nadgarstek i przycisnął go do ściany. – Au! To boli!
– Po co tu przyszłaś? – powtórzył jeszcze bardziej jadowitym tonem.
– Ja… chciałam… chciałam cię pocieszyć… Zrobiło mi się ciebie szkoda… - wyszeptała nie patrząc na niego.
Wściekłości, która ogarnęła Saiyanina na te słowa, nie dało się porównać z niczym innym. Krew w jego żyłach zawrzała żywym ogniem. Chciał rozerwać ją kawałek po kawałeczku.
– Mógłbym cię teraz zabić – powiedział zgodnie z prawdą. – Nie potrzebuję twojej litości. Jesteś bezczelna, głośna i irytująca. Odkąd tu przybyłem zachowujesz się wulgarnie. Drwisz ze mnie. Nie okazujesz należnego mi szacunku, nawet się mnie nie lękasz. I teraz, do tego wszystkiego, chcesz mi powiedzieć, że JEST CI MNIE SZKODA!? Zdajesz sobie sprawę jak bardzo jest to upokarzające?!
– Nie, ja… ja przepraszam! Ja… nie wiedziałam!
Vegeta spojrzał na jej przerażoną twarz. Była bezbronna… dopiero teraz uświadomił sobie, że jego fantazja zaczęła się urzeczywistniać. Stała przyparta do ściany pokoju grawitacyjnego bez możliwości ucieczki. Prawą ręką cały czas przytrzymywał jej nadgarstek Jest moja. Okropny uśmiech pojawił się na jego ustach.
– Nie zabiję cię, spokojnie. Mam inny sposób, by cię ukarać – szepnął
Jednym ruchem zerwał z niej bluzkę. Kobieta wydała zduszony okrzyk. Wolną ręką złapał ją za podbródek i zmusił, aby spojrzała w jego stronę. W jej oczach wreszcie było to, czego brakowało przez ten cały czas – lęk.
– Upokorzę cię tak, jak ty upokorzyłaś mnie.
Mógł zrobić to od razu. Mógł zedrzeć z niej spódnicę, wziąć ją szybko i brutalnie, zostawić obolałą na podłodze i wyjść. Ale nie zrobił tego. Vegeta przechylił głowę kobiety w bok i przybliżył się do jej szyi. Jej strach ma słodki zapach. Zadrżała. W odpowiedzi zaczął kąsać jej jasną, gładką skórę, poczynając od miejsca, gdzie kończyła się żuchwa i schodząc niżej w stronę obojczyka. Drobna ręka trzymana w jego uścisku przestała się wyrywać. Puścił jej podbródek by zrównoważyć delikatność pocałunków składanych na jej szyi, brutalnością z jaką przejechał paznokciami w górę jej uda.
– Ah! – krzyknęła zaskoczona. Vegeta uśmiechnął się do siebie – pierwsze jęknięcie.
W międzyczasie minął obojczyk i jego wargi znalazły się na dekolcie kobiety. Jej oddech był płytki i nierówny, a przez cienką skórę wyraźnie czuł przyspieszone bicie jej serca. Złapał zębami brzeg stanika i zerwał go jednym, zdecydowanym szarpnięciem. Znowu zadrżała. Lewą rękę wsunął pod spódnicę i ścisnął jej pośladek. Podskoczyła i z jej ust wyrwał się zduszony jęk. Vegeta odwrócił kobietę twarzą do ściany wykręcając jej rękę, którą ciągle trzymał za nadgarstek, tak, że znalazła się na dolnej części jej pleców. Naparł na nią całym ciałem i delikatnie ugryzł płatek jej ucha. Zamknęła oczy. Lewą dłonią otoczył jej pierś składając namiętne pocałunki na jej karku i ramionach. W końcu zaczął schodzić w dół jej kręgosłupa aż natrafił na brzeg materiału. Puścił jej nadgarstek i gwałtownym szarpnięciem oswobodził kobietę ze spódnicy i bielizny, którą miała pod spodem.
Nim to zrobił, dyszała już ciężko. Vegeta zwinnie pozbył się swojego stroju i ponownie przykrył ją, tym razem nagim, ciałem. Gdy poczuła jego męskość na swoich pośladkach, wydała cichy okrzyk zaskoczenia. Tym razem prawa dłoń Saiyanina zaczęła pieścić jej pierś, podczas gdy lewą wsunął między jej nogi. Kobieta jęczała coraz głośniej. Po chwili przytuliła swój policzek do jego twarzy i, wyginając rękę do tyłu, zatopiła palce w jego włosach.
To był sygnał.
Bulma osunęła się po ścianie, do której cały czas przyklejony był jej policzek. Drżące nogi najwidoczniej nie były w stanie jej utrzymać. Ciągle jeszcze dyszała i pojękiwała cicho, mimo iż skończyli kilkadziesiąt sekund temu.
– Cóż, chyba nie do końca wyszła mi ta kara – powiedział z półuśmiechem obserwując ostatnie spazmy rozkoszy ogarniające kobietę. – Ale wiesz co? Nawet nie jestem już zły.
Vegeta ubrał się i skierował w stronę drzwi. W ostatniej chwili zatrzymał się jednak i spojrzał ostatni raz na Ziemiankę.
– Nie myśl sobie, że z tobą skończyłem – mruknął – ledwo zdążyłem cię skosztować. Zasmakowałaś mi, ale to był dopiero pierwszy kęs. Jeszcze długo, zanim się nasycę.
