Długo im to zajęło, ale jak już zaczęli, nie mogą przestać. Zawsze wyobrażałam sobie ich związek jako bardzo dynamiczny. Czekam na Wasze opinie, miłego czytania!
(P.S. o Goku i Chichi raczej nie napiszę, bo paradoksalnie uważam, że Vegeta jest lepszym mężem/partnerem niż Kakarotto ;). Planuję za to ich krótki, gościnny występ w tym ficu!)
Stała opierając się plecami o blat kuchenny i trzymając się go kurczowo. Znowu nie miała dokąd uciec a Saiyanin przybliżał się coraz bardziej. Patrząc jej w oczy uśmiechnął się zawadiacko – był rozbawiony tym, w jakim stopniu płoszyła ją jego obecność. Gdy podszedł do niej, jeszcze bardziej wygięła się w tył chcąc zwiększyć dystans między nimi. Nie spuszczając z niej wzroku naparł na nią swoim ciałem, pochylił się nad jej twarzą, wyciągnął rękę i… zdjął szklankę z półki wiszącej bezpośrednio za kobietą.
Gdy nalewał sobie sok, kątem oka dostrzegł, że rozdygotana Ziemianka odetchnęła z ulgą. Był to trzeci dzień od kiedy przywłaszczył sobie ją w pokoju grawitacyjnym i drażnienie się z nią jeszcze mu się nie znudziło. Bulma słusznie przeczuwała, że wkrótce zaatakuje ją ponownie, jednak nie mogła wiedzieć ani kiedy, ani gdzie to nastąpi. Vegeta czekał, aż kobieta poczuje się trochę pewniej i przestanie się go spodziewać. W międzyczasie dużo rozrywki dostarczała mu ponadprzeciętna nerwowość Ziemianki. Podskakiwała za każdym razem, gdy pojawił się przed nią niespodziewanie, a kiedy tylko zostawali sami, uciekała w najdalszy kąt pomieszczenia. Drżała pod jego spojrzeniem i płonęła rumieńcem, jeśli zobaczyła go bez koszulki.
Mimo iż Bulma starannie go unikała (co było zupełnie bezsensowne skoro bezbłędnie potrafił wyczuć jej ki), te „przypadkowe" spotkania były dosyć częste. Vegeta nie miał nic lepszego do roboty skoro postanowił zaprzestać treningu na jakiś czas. Nie znaczyło to, że poddał się w swoim dążeniu do stania się Super Saiyaninem – po zaznaczeniu swojej dominacji (nawet w tak błahej sprawie jak jego relacje z Ziemianką) jego chwilowe zwątpienie ustąpiło miejsca jeszcze większej niż zwykle determinacji. Uznał jednak, że kilkudniowa przerwa jest konieczna. Musiał przeanalizować swoją dotychczasową taktykę pod kątem ostatniej porażki – najwidoczniej samo zwiększanie tężyzny fizycznej nie wystarczało, aby zaszła transformacja. W dodatku, choć ciężko było mu to przyznać, jego ciało było nadzwyczaj przemęczone i wprost domagało się dłuższego odpoczynku.
Zanim odstawił szklankę, Bulma już dawno zdążyła czmychnąć. Nie pozostał jednak zbyt długo bez towarzystwa, bo chwilę potem do kuchni wparowała jej matka.
– Oto mężczyzna, którego szukałam! – zawołała wesoło od progu. – Panie Vegeta, byłby pan gentlemanem i pomógłby mi pan przynieść zakupy z samochodu! Obawiam się, że nie mam umiaru jeśli chodzi o kupowanie, nie ważne czy to ubrania, jedzenie, czy kosmetyki. Tym razem chyba przeszłam samą siebie, ale pan jest taki silny, że na pewno uniesie wszystko za jednym razem!
Vegeta westchnął zniecierpliwiony. Jego gospodyni była chyba najbardziej irytującą osobą, jaką w życiu spotkał (wliczając w to jej córkę), jednak robił wszystko by trzymać swoje nerwy na wodzy, gdy była w pobliżu. Dobrowolnie dostarczała mu każdą ilość strawy, jakiej zażądał, nie okazując przy tym żadnych objawów niesubordynacji, a co więcej, jej talent kulinarny i szybkość, z którą potrafiła przygotować pięciodaniowy posiłek były ponadprzeciętne. Przez wyświadczenie jej od czasu do czasu drobnej przysługi, upewniał się, że kobieta nadal będzie dla niego gotować. Dlatego też, nie odzywając się nawet słowem, wyszedł spełnić jej prośbę.
Torby, siatki i paczki zajmowały cały bagażnik i tylne siedzenie samochodu, ale ku uciesze Saiyanina wszystkie pełne były jedzenia. Choć ciężar zakupów nie stanowił problemu, wyzwaniem było doniesienie wszystkiego w jednym kawałku. Przy takiej ilości przedmiotów prawdopodobieństwo, że któryś z nich wypadnie mu z rąk było zbyt duże, a stawka – jako że chodziło o produkty spożywcze – zbyt wysoka. Dlatego Vegeta rozłożył przygotowany wcześniej koc, ułożył na nim zakupy i zawiązał go w schludny tobołek.
– Och, dziękuję kochanie, dobry z ciebie chłopiec! – powiedziała blondynka splatając dłonie w wyrazie zachwytu gdy wrócił do kuchni. – Poczekaj tu, zaraz znajdziemy dla ciebie jakąś nagrodę! – dodała rzucając się do toreb.
Kiedy matka Bulmy nie próbowała go oczarować, zaczynała mu matkować (albo robiła i jedno, i drugie, co było chyba jeszcze bardziej niepokojące). Ponieważ jednak zawsze w parze szedł jakiś poczęstunek, Vegeta przełykał swoją dumę i pozwalał – do pewnego stopnia – traktować się jak dziecko. Choć samo przebywanie z tą kobietą sprawiało mu psychiczny ból, musiał przyznać, że na ogół było także opłacalne. Ziemianie, a ona w szczególności, przejawiali ogromne zamiłowanie do słodyczy i Saiyanin szybko przekonał się dlaczego.
– Uch, znalazłam! – powiedziała siłując się ze sporym wiaderkiem lodów czekoladowych. – Smacznego, kochanie, zasłużyłeś! Tylko zostaw sobie miejsce na kolację, zrozumiano?
Mruknął coś pod nosem, porwał kubełek i łyżkę, i udał się na poszukiwanie miejsca w którym mógłby w spokoju i samotności oddać się tej zimnej, roztapiającej się w ustach rozkoszy.
Po kolacji Vegeta rozsiadł się przed telewizorem. Mimo iż uważał większość ziemskich rozrywek za ogłupiające i bezsensowne marnowanie czasu (i w tym przypadku nie było inaczej), musiał jakoś radzić sobie z nudą, która ogarniała go, gdy nie trenował. Tym razem chodziło jednak o coś innego. Wiedział, że kobieta chowa się przed nim w swoim laboratorium i pozostanie tam do późna. Wiedział też, że gdy przechodząc obok otwartego salonu zobaczy Saiyanina uśpionego jakimś nużącym programem, poczuje się bezpieczna – przynajmniej tej nocy. Wtedy właśnie zamierzał ją dopaść.
Wszystko poszło zgodnie z jego planem. Kiedy Vegeta poczuł, że jej ki przemieszcza się w jego kierunku, rozłożył się wygodnie i zamknął oczy. Kobieta, myśląc, że pogrążony jest w głębokim śnie, zdjęła buty by go nie obudzić i na palcach zaczęła wspinać się po schodach. Nie była nawet w połowie, gdy chwycił ją w pół i przerzucił sobie przez ramię.
– Aa! – pisnęła i zaczęła okładać go pięściami po plecach i wierzgać nogami – puść mnie! Puść mnie, dupku, bo będę krzyczeć! – szepnęła nerwowo nie chcąc by jej rodzice znaleźli ich w takiej sytuacji.
– Och, oczywiście, że będziesz krzyczeć. Mogę ci to obiecać… – powiedział uśmiechając się szelmowsko.
Bezczelność i zuchwałość jego odpowiedzi zamknęła jej usta. Kobieta ostatni raz kopnęła go kolanem w brzuch (czego oczywiście nawet nie poczuł) i przestała się wyrywać. Westchnęła ciężko i, rezygnując z dalszej walki, pozwoliła zanieść się do swojej własnej sypialni.
Zgodnie z obietnicą, sprawił, że krzyczała. Krzyczała, pojękiwała, dyszała, mruczała, wzdychała i piszczała. Drżała, skręcała się i wiła pod nim wbijając swoje długie, pomalowane na różowo paznokcie w jego ramiona i zaplatając nogi wokół jego talii. W końcu słodki skurcz sprawił, że wygięła plecy w łuk, a po kilku sekundach opadła bezwładnie na łóżko. Vegeta wycofał się i zaczął się ubierać.
– Nie idź... – wymruczała cicho patrząc na niego zamglonym od rozkoszy wzrokiem
– Nie mam powodu, by zostać – odpowiedział chłodno po chwili ciszy.
Na te słowa kobieta odwróciła się plecami do niego i nic więcej nie powiedziała. Saiyanin naciągnął koszulkę na swój lekko spocony tors i wyszedł.
Następnego dnia była jakaś inna. Nadal go unikała i nadal podskakiwała, gdy pojawiał się przed nią znienacka. Jednak nie było już drżenia i rumienienia się na jego widok. Jeśli tylko ich spojrzenia się spotkały, na jej twarzy od razu pojawiał się wyraz zacięcia, a w jej wzroku zapalały się groźne ogniki. Było dużo prychania, przewracania oczami, zadzierania głowy, tupania i obracania się na pięcie. Z tego co Vegeta był w stanie stwierdzić, kobieta próbowała go ignorować chcąc jednocześnie zwrócić na siebie uwagę. A więc chcesz się bawić? W porządku. Wiedział, że ją złamie. Przynajmniej nie będzie nudno.
Bulma najwidoczniej oczekiwała jakiejś reakcji na swoje zachowanie, więc Saiyanin postanowił udawać, że nie zauważa niczego niezwykłego w jej sposobie bycia. Nie okazywał w najmniejszym stopniu zaniepokojenia jej morderczym wzrokiem, a każde pełne irytacji chrząknięcie puszczał mimo uszu. Normalnie już dawno wyprowadziłoby to go z równowagi, jednak obserwowanie jak jego obojętność coraz bardziej denerwuje kobietę, było tego warte.
Ziemianka faktycznie traciła cierpliwość: jej prychnięcia były coraz częstsze, a tupanie nogą coraz głośniejsze, choć nie było jeszcze nawet południa. Z racji tego, że Vegeta dalej ją ignorował, postanowiła zmienić taktykę, z którą jednak również radził sobie bezbłędnie. Gdy zablokowała mu drogę udając nieświadomą tego, że Saiyanin chce przejść, po prostu złapał ją w pasie i lekko przestawił na bok. Pół godziny później, na jego oczach, zajadała się ostatnim kawałkiem ciasta, który sprzątnęła mu sprzed nosa, licząc na chociaż najmniejszy przejaw irytacji z jego strony, nieświadoma tego, że jej matka upiekła jeszcze jedną blachę specjalnie dla Vegety. Musiał jednak przyznać, że zlizując słodki krem ze swoich palców, wyglądała nawet bardziej kusząco niż sam wypiek.
Najbardziej nużącą próba nadeszła wieczorem, gdy przełączyła program, który akurat oglądał, na jakiś denny serial komediowy. Vegeta wspiął się na wyżyny aktorstwa (czego nie można było powiedzieć o obsadzie tego chłamu) i przez całe pół godziny udawał, że dobrze się bawi. Na szczęście sztuczny śmiech widowni informował o „zabawnych" momentach, co z pewnością ułatwiło mu sprawę. Bulma jednak nie bawiła się tak dobrze widząc, że jej wysiłki idą na marne. Warknęła rozdrażniona i udała się na górę, by sięgnąć po swoją ostatnią deskę ratunku.
Ziemiance przestało już zależeć, żeby zwrócił uwagę na jej parszywy humor – teraz musiała się starać, żeby W OGÓLE zwrócił na nią uwagę. Vegeta musiał przyznać, że tym razem trafiła w dziesiątkę, bo gdy pojawiła się w salonie odziana w zwiewną, delikatną i nieprzyzwoicie krótką różową koszulkę nocną, zapomniał, że powinien ją ignorować.
– Och, a więc wreszcie raczyłeś mnie zauważyć, „książę"? – wysyczała z satysfakcją widząc jak wpatruje się w jej kształtne ciało. To wystarczyło jej żeby zacząć rozmowę, do której szykowała się cały dzień.
Vegeta wiedział, że udało jej się go złamać, ale nie zamierzał pozwolić wygrać jej tak łatwo. Nim zdążyła się zorientować, leżała pod nim na kanapie.
– Jeśli chodziło ci o to, wystarczyło poprosić – powiedział pochylając się nad nią i uśmiechając się zuchwale.
– Zupełnie nie o to chodziło, chamie! I puszczaj mnie! Tym razem nie żartuję! – Saiyanin złapał ją za nadgarstki zanim zdążyła zadać mu pierwszy cios i wyprostował się siadając tym samym na jej biodrach.
– Dobrze – powiedział, lecz jej nie puścił – wysłucham cię. Masz minutę.
Chyba nie bardzo odpowiadała jej uległa pozycja, w której ją przetrzymywał, jednak nie widząc innego wyjścia przybrała groźną minę i zaczęła:
– Nie jestem twoją zabawką.
– Ależ jesteś – wymruczał wpatrując się lubieżnie w jej biust. Sprawiała wrażenie jakby zaczęła żałować doboru garderoby – zagarnąłem cię i teraz jesteś moja. Chyba nie oczekiwałaś, że owiniesz mnie wokół palca, jak tę łajzę przede mną – bardziej stwierdził, niż zapytał.
– Wiem, że nie masz do mnie żadnych uczuć, jeśli o to ci chodzi – prychnęła z irytacją – nie jestem głupia. Zresztą nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby mieć za chłopaka takiego psychopatę jak ty.
– Więc o co ci chodzi, kobieto? – westchnął.
– Musimy skończyć tę zabawę – powiedziała tak stanowczo, jak tylko potrafiła. – Nie będę oddawała się komuś, kto nie lubi mnie nawet na tyle, żeby zostać ze mną po wszystkim.
– Chciałabyś, żebym utulał cię do snu? – naigrywał się.
– Porozmawiał. Nawet odwrócił się tyłkiem i zasnął, a nie wychodził jak z burdelu. Chcę, żebyś pomyślał także o moich potrzebach.
– Przecież nie zostawiłem cię ani razu niezaspokojonej – powiedział lekko zdezorientowany.
– Wiesz, że nie o to chodzi – zarumieniła się.
– Nie wiem. Ale niech ci będzie – podniósł ją, lecz tym razem nie przerzucił jej przez ramię, tylko wziął ją na ręce – tej nocy obdarzę cię książęcym pocałunkiem.
– Nie, puszczaj! – znowu zaczęła się wyrywać. – Mówiłam, że to koniec! Koniec, słyszysz?
– Nie ty o tym decydujesz, kobieto – powiedział znudzonym tonem niosąc ją na górę.
Tym razem jednak nie poddawała się tak łatwo, więc musiał przywiązać jej nadgarstki do ramy łóżka. Na szczęście jej pokój jak zwykle zawalony był różnymi szmatami, więc szybko znalazł dwa kawałki materiału nadające się do tego celu. Trzecim zasłonił jej oczy.
– Jesteś okropny! – warknęła na niego. – Jak możesz porywać niewiastę i robić jej tak nieprzyzwoite rzeczy! Na tej planecie szanuje się kobiety, a nie perfidnie je wykorzystuje! Jesteś prostakiem, chamem, zbokiem… AH!
Kobieta przestała mówić dopiero gdy przesunął język po jej wargach. Tych między nogami.
Gdy skończyli, wstał, ubrał się i wyszedł. Tym razem była zbyt dumna, by poprosić, aby został.
