Jak można się domyślić, skończył się dla mnie czas słodkiego lenistwa. Póki mogłam, starałam się dodawać dwa rozdziały tygodniowo, ale teraz nie potrafię przewidzieć częstotliwości z jaką będą się ukazywać. Staram się pisać codziennie, nawet jeśli jedynie po kilka zdań jednocześnie, ale to nie to samo. Po wyświetleniach widzę, że jest grono osób, które odwiedzało mnie regularnie, nawet w takcie tej dłuższej przerwy, za co serdecznie dziękuję! Mam nadzieję, że rozdział się spodoba – Wasze opinie z pewnością dodadzą mi motywacji!
Zapadał zmierzch i wieczorne niebo zdążyło już nabrać różowo-pomarańczowej barwy. Saiyanin wylądował miękko na trawie, wziął głęboki oddech, zamknął oczy i zaczął obniżać swoją ki – była najwyższa pora by przerwać trening i wrócić do siedziby korporacji. Już ponad tydzień temu jego odpoczynek dobiegł końca i Vegeta całe dnie spędzał poza domem oswajając się ze swoją nową mocą. Dobrze wiedział, że jeśli chce ją w pełni kontrolować, musi się najpierw do niej przyzwyczaić. Poza tym nie był wcale pewien, czy dalsze katowanie swojego ciała w pokoju grawitacyjnym przyniosłoby jakiekolwiek rezultaty na tym etapie. Czuł się tak bezradny w swoich staraniach, że kilka dni temu, dosłownie na ułamek sekundy, zagościła w jego głowie myśl o wspólnym treningu z Kakarotto.
Nawet teraz był wściekły na samego siebie za to, że choćby przez chwilę rozważał tę opcję. Nie chodziło już o to, że było niemożliwym przebywanie w towarzystwie tego irytującego do granic możliwości pajaca. Różnica poziomów nadal była między nimi zbyt duża, więc każdy sparing kończyłby się porażką Vegety. Poza tym, wyglądałoby to tak jakby Książę potrzebował pomocy tego trzeciorzędnego wojownika w osiągnięciu poziomu Super Saiyanina. Vegeta prychnął na samą myśl i wzbił się w powietrze udając się w kierunku korporacji.
Nie było łatwo nie dać pożreć się ogarniającej go frustracji. Nie tak miały potoczyć się jego losy po pozbyciu się Frizera. Vegeta, jako książę niezwykłej rasy Saiyan, automatycznie powinien stać się najsilniejszym wojownikiem we Wszechświecie i kontynuować dzieło zniszczenia, które rozpoczął lata temu. Tymczasem okazało się, że jego tytuł i urodzenie nic nie znaczą, bo nie dość że jakiś zwykły debil i prostak był w stanie przejść legendarną transformację, to jeszcze zrobił to szybciej od niego. Jakby tego było mało, pisane mu było zginąć z rąk jakichś cyborgów. To niedorzeczne – za niecałe trzy lata miały pojawić się kolejne istoty, tak znacząco silniejsze od niego. Czuł jak pochłania go złość.
Choć wszechogarniający gniew nie był dla niego nowym uczuciem, dopiero teraz zaczynał go męczyć. Może gdzieś w podświadomości wiązał koniec Frizera z końcem jego zmartwień i, gdy okazało się, że jest inaczej, przestał widzieć cel w nieustannej złości. Może powoli ogarniała go rezygnacja, spowodowana porażką za porażką, a może przyczynił się do tego brak porządnej walki od jakichś dwóch lat. Może po prostu za dużo czasu spędził już na tej żałosnej planecie. Jakikolwiek byłby ku temu powód, Vegeta wracając z treningu coraz częściej (i nie do końca świadomie) spychał myśli o Kakarotto, Super Saiyaninie i androidach na dalszy plan i próbował się zrelaksować.
Gdy doleciał do korporacji, pierwszą rzeczą, którą zrobił (i którą zawsze robił) to zlokalizowanie jej mieszkańców. Jego gospodarze byli, tam, gdzie się spodziewał, ale nigdzie nie mógł wyczuć ki ich córki. Ta kobieta coraz częściej się gdzieś szwenda. Nie to, żeby Vegetę to obchodziło, ale jeśli chodzi o relaks, godzina – lub dwie – z niebieskowłosą Ziemianką działały niezawodnie. W sumie, gdyby się nad tym zastanowić, nie miał jej odkąd wznowił trening. Zresztą praktycznie wcale nie widział jej od ponad tygodnia. Nie miał zamiaru jednak zaprzątać tym sobie głowy i skierował swe kroki w kierunku sauny by odpocząć i umyć się przed kolacją.
Przez resztę wieczoru Vegeta wpatrywał się w telewizor, dopóki nie zdał sobie sprawy, że jedynym powodem, przez który marnuje czas na tę „rozrywkę", jest oczekiwanie na powrót Ziemianki. Zły na siebie, jak zawsze, gdy zdawał sobie sprawę, że nie posiada pełnej i świadomej kontroli nad samym sobą, poszedł do swojego pokoju. Było już kilkanaście minut po północy, więc równie dobrze mógł się położyć. Najpierw jednak zamknął za sobą drzwi i udał się do łazienki. Zapalił lampkę nad lustrem, po czym spojrzał sobie w oczy. Książę zawsze lubił swoje odbicie – miał królewskie rysy swojego ojca, szlachetne, wysokie czoło i wzrok budzący grozę w każdym, na kim spoczął. Vegeta uśmiechnął się do siebie szelmowsko i sięgnął po szczoteczkę.
Gdy jego oddech pachniał już orzeźwiającą miętą, Saiyanin stanął koło łóżka i zaczął się rozbierać. Ściągnął przez głowę czarny, bawełniany T-shirt i rzucił go na krzesło. Przyćmione światło lampki padło na jego nagi, pokryty bladymi bliznami tors. Zdążył już rozpiąć rozporek, gdy nagle zastygł w bezruchu. W jego kierunku zbliżała się dobrze mu znana, lecz znienawidzona ki. Czego ta łajza tu szuka? – pomyślał zaciskając pięści i obnażając zęby, jakby warcząc bezgłośnie. Dopiero wtedy wyczuł drugą, o wiele słabszą energię. Ta mała kurewka…! W pierwszym odruchu chciał wylecieć im naprzeciw, ale udało mu się opanować i postanowił zaczaić się na nią na schodach. Zapiął spodnie i, nie zawracając sobie głowy koszulką, wybiegł z pokoju.
Vegeta trochę się pośpieszył, bo minęło dobrych kilkanaście minut, zanim usłyszał szczęk zamka i ściszone głosy za drzwiami. Z każdą chwilą robił się coraz bardziej spięty.
– Ćśśś! Przestań już, Yamcha! – usłyszał rozbawiony szept kobiety. – Chyba nie chcesz nikogo obudzić!
We wpadającym przez otwarte drzwi świetle lamp, Saiyanin mógł dostrzec zarys dwóch sylwetek stojących w progu. Wysoki mężczyzna obejmował w pasie niewielką postać, która praktycznie uwiesiła się na jego szyi.
– Padam z nóg! Nie pamiętam kiedy ostatni raz tyle tańczyłam – westchnęła głośno. – Bawiłam się świetnie, Yamcha, cieszę się, że dałam się na to namówić!
– Bulma… – spoważniał i spojrzał jej w oczy – Ja… ja dziękuję, że dałaś mi jeszcze jedną szansę… Zachowywałem się jak ostatni kretyn. Zmienię, się obiecuję…
Vegeta poderwał się ze stopnia, na którym siedział, gdy zobaczył, że ten dupek schyla się do pocałunku. Na szczęście nim zdążył zareagować, Bulma przechyliła głowę w bok i oparła ją na ramieniu mężczyzny.
– Daj spokój, Yamcha. Zawsze będziemy przyjaciółmi – uśmiechnęła się i cmoknęła go w policzek. – A teraz leć już. W tym momencie nie marzę o niczym innym niż gorąca kąpiel i łóżko.
Dopiero gdy Ziemianka zamknęła drzwi, Vegeta włączył światło. Przekonana, że wszyscy już śpią, podskoczyła lekko wydając zduszony okrzyk i odwróciła się w jego stronę. Była zaskoczona, ale nie zmieszana.
– Nie masz mi nic do powiedzenia? – warknął patrząc jak kobieta w milczeniu zdejmuje buty i płaszcz.
– Dobranoc, Vegeta – odrzekła ziewając i próbując go wyminąć. Złapał ją boleśnie za nadgarstek.
– Co robiłaś z tą łajzą – wycedził przez zęby tak stanowczo, że nie przypominało to już pytania
– Tańczyłam.
– I co jeszcze?
– Nie twój interes – odparła buntowniczo. Ścisnął jej rękę jeszcze mocniej. Grymas bólu odbił się na jej twarzy, ale nie jęknęła.
– Jesteś moja. Myślałem, że postawiłem sprawę jasno.
– To właśnie jest twój podstawowy błąd – westchnęła. – Yamcha przynajmniej nie traktuje mnie jak rzecz. Nie jestem twoją własnością. Nie jestem i nigdy nie będę.
– Daruj sobie – prychnął – dobrze wiesz, że nie potrafisz mi odmówić. Już to przerabialiśmy.
– Wiem. I nie zamierzam się opierać – wyszeptała kokieteryjnie wprost do jego ucha, po czym przygryzła je delikatnie. – Ale nie myśl, że możesz mnie kontrolować.
Dopiero gdy stanęła tak blisko niego, Vegeta wyczuł w jej oddechu woń alkoholu. Mimo to, podobała mu się jej śmiałość. Puścił nadgarstek kobiety, gdy palce jej drugiej ręki zaczęły błądzić po jego nagiej piersi i, ciekawy tego, co zamierzała zrobić, pozwolił posadzić się na schodach. Ziemianka usadowiła się stopień niżej składając mokre, namiętne pocałunki na każdej bliźnie pokrywającej jego tors. Nim dotarła do linii spodni, Vegeta był już podniecony.
– Poczekaj chwilę, muszę się wykąpać – powiedziała, gdy próbował przejąć inicjatywę. – I trochę więcej wypić – wyszeptała do siebie.
Bulma chwyciła Saiyanina za rękę i zaprowadziła go do swojego pokoju. Tam od razu podeszła do barku, z którego wyjęła butelkę czerwonego wina i niezwykle dużą lampkę. Wypełniła ją po brzegi i wypiła połowę za jednym razem.
– Nigdzie się nie ruszaj – mrugnęła do niego zsuwając sukienkę z ramion i zniknęła za drzwiami łazienki.
Vegeta musiał jednak załatwić najpierw jedną, niecierpiącą zwłoki sprawę. Otworzył okno, namierzył ki i wzbił się w powietrze. Yamcha miał nad nim dobry kwadrans przewagi, ale Saiyanin momentalnie zmniejszył między nimi dystans. Gdy cienias zorientował się kto siedzi mu na ogonie, próbował przyśpieszyć, jednak niewiele mu to dało. Kilka sekund później, Książę pojawił się tuż przed nim, zmuszając go do gwałtownego hamowania.
– Vegeta… – wybełkotał zarówno zaskoczony jak i przestraszony – o co… o co chodzi…?
Postanowił wytłumaczyć mu sytuację najlepiej jak potrafił – pięścią w brzuch. Niespodziewany cios sprawił, że zaatakowany mężczyzna zgiął się w pół opluwając przy tym Saiyanina krwią.
– Powiem to tylko raz, zrozumiano? – zapytał zimnym i przerażająco spokojnym głosem cały czas wgniatając zaciśniętą dłoń w splot słoneczny Yamchy. – Zaprzepaściłeś swoją szansę. Jeśli tylko zacznę podejrzewać, że dalej się spotykacie, nie przeżyjesz tego. Ona jest moja.
Vegeta poprawił cios kolanem i wrócił do pokoju Bulmy zanim jego nieobecność została zauważona. Wyszła z łazienki akurat gdy zdążył wytrzeć krew jej byłego chłopaka ze swojego ramienia. W samej bieliźnie i z butelką wina w dłoni (lampka najwidoczniej gdzieś się zawieruszyła) wyglądała jeszcze bardziej rozwiąźle i wyzywająco niż zazwyczaj. Choć jeszcze kilka miesięcy temu wyprowadzało go to z równowagi, teraz, gdy wreszcie ją posiadł, taki widok przywoływał na jego usta szelmowski uśmiech. Bulma włączyła cichą muzykę i odwróciła się do Saiyanina rzucając mu uwodzicielskie spojrzenie. Chciał ją objąć ale zatrzymała go, kładąc dłoń na jego piersi i popychając w kierunku łóżka, dając mu tym samym do zrozumienia, że tym razem ona zamierza dominować.
Vegeta rozbawiony i dziwnie pobudzony zmianą w jej zachowaniu pozwolił popchnąć się na miękką pościel. Kobieta wspięła się niego, usiadła na nim okrakiem i zaczęła bujać biodrami w rytm delikatnych dźwięków napływających z odtwarzacza. Zamknęła oczy i wijąc się z gracją kontynuowała swój zmysłowy taniec. Wzięła łyk wina i pochyliła się nad Saiyaninem. Poczuł słodką ciecz wlewającą się do jego ust i mokre, niebieskie kosmyki łaskoczące jego szyję. Bardziej niż sam alkohol, podobał mu się delikatny dotyk jej warg.
– Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale to był nasz pierwszy pocałunek, Książę Vegeta – zachichotała patrząc mu w oczy rozbawionym wzrokiem.
Tej nocy istotnie to ona miała kontrolę. Saiyanin do tej pory chyba jedynie dwa razy pozwolił na to jakiejś kobiecie – mimo wszystko jego dominacja wydawała się bardziej naturalna – ale było coś niezwykle pociągającego w tej małej bestii przywołanej przez niewielką ilość czerwonego wina. Niemal do samego końca pozostawała na górze. Dopiero gdy przyjemność płynąca z jej powolnych, lecz zmysłowych i nadzwyczaj intensywnych ruchów stała się zbyt duża, Vegeta zwinnie przewrócił ją na plecy.
Gdy skończyli, nie pozostawało nic innego, jak założyć spodnie, wrócić do swojego pokoju i pójść spać. Sprawę z Yamchą załatwił raz na zawsze – ta łajza nie będzie już więcej zbliżała się do jego kobiety, tego był pewien. Jednak coś innego niepokoiło go w tym, co powiedziała dziś Ziemianka – choć nie miał pojęcia dlaczego. Vegeta, ku własnemu zaskoczeniu, nie ruszył się z łóżka, jedynie bez słowa przeturlał się na bok i położył głowę na jednej z poduszek. Na szczęście Bulma była na tyle bystra, by powstrzymać się od jakichkolwiek uwag.
Obudził się bladym świtem w zagraconym pokoju Bulmy. Kobieta, jakby nie było o wiele mniejsza od niego, zajmowała trzy czwarte łóżka i całą kołdrę (choć wcale nie była nią przykryta). Leżała na plecach w samych majtkach z porozrzucanymi we wszystkie strony kończynami i szeroko otwartymi ustami. Vegeta stwierdził pogardliwie, że nie ma w niej ani krzty wdzięku, lecz mimo to zawiesił wzrok na jej kształtnym biuście nim poszedł się przebrać.
Od tej pory Vegeta zostawał u Ziemianki po każdej spędzonej razem nocy (o ile robili to w sypialni). Szybko zorientował się, że ma to swoje dobre strony – trzymanie kobiety przy swoim boku dawało nowe korzyści, takie jak wspólne prysznice czy powtórka z samego rana. Na szczęście Bulma nie próbowała przytulać się do niego po wszystkim – czasami zamienili kilka słów zanim usnęli, ale nic więcej. W dodatku kobieta stała się bardziej znośna w codziennych kontaktach, co z pewnością ułatwiało mu życie.
Yamcha nie skontaktował się z nią ani razu.
