Milo poszedł odwiedzić Aphrodite'a. Żadko u niego bywał i właściwie dokładnie godzinę temu pomyślał sobie, że nikt często do Rycerza Ryb nie przychodzi, chyba że akurat jest w drodze do Świątyni i przelotnie się powita. Milo poczuł nagle potrzebę przyjścia w odwiedziny tak po prostu, właśnie bez celu, nie w konkrentym interesie i nie po drodze. Chciał wykazać inicjatywę żeby może zrobić miłą niespodziankę, taką jak z książki, kiedy ktoś akurat o tobie pomyślał i przyszedł, co w prawdziwym życiu nie zdarza się prawie wcale. Po drodze spotkał Camusa. Shura leżał w łóżku przykryty kołdrą i z książką przed sobą, z czego Milo wywnioskował, że Rycerz Koziorożca nie będzie na pewno chciał teraz wychodzić na zimno i iść na nieformalną wizytę do sąsiada. Ale za to Camus nie miał jak widać jeszcze chęci żeby iść spać i przyłączył się do Milo. Rycerz Skorpiona zobaczył, że jego przyjaciel ma wzrok nieobecny, bardziej niż zwyczajnie z uwagą badający wszystko dookoła, z czego wnioskował, że Camus nadal myśli o tym co wszyscy poczuli przedwczoraj. Rycerz Wodnika długo i dokładnie rozważał ważne sprawy, przez co Milo zawsze łapał się na tym, że już dawno o nich zapomniał. Mimo wszystko dobrze, że Złoci Rycerze tak bardzo się czasem różnili, Milo uspokajał fakt, że ktoś czuwa nad sytuacją kiedy jego lekkomyślna osoba jest już myślami zupełnie gdzie indziej. Aphrodite siedział w swojej kuchni i układał chyba plan na jutrzejszy obiad, zastanawiając się jak najlepiej użyć pomidory, które już lekko się zmarszczyły i wymagały zjedzenia. Nagle poczuł kosmos dwóch nadchodzących Rycerzy.

June obudziła się i zobaczyła drewniane belki na suficie. Poruszyła się żeby wstać, ale natychmiast opadła z powrotem na łóżko. Poczuła ukłucie w skroniach i świat zakręcił jej się przed oczami na statku jak podczas sztormu. Nie mogła się ruszyć choćby na centymetr. Odczekała chwilę i otworzyła oczy jeszcze raz. Była w małym pokoju, w kącie stał fotel, pod ścianą stolik, krzesło i taboret. Nie było dywanu, tylko surowa drewniana podłoga. Pokój miał tylko jedno okno, przez które wpadały do środka kropelki deszczu. Wilgotna firanka co jakiś czas muskała rękę June i to chyba ją obudziło. Znów zamkneła oczy. Łóżko było miękkie a świeża pościel pachniała...mężczyzną! June chciała znów wstać, ale i znów opadła na materac. Tym razem ból był tak gwałtowny, że aż jękneła.

W ułamku sekundy przez otwarte drzwi wyjrzała głowa. Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna. Miał bardzo długie, ciemne wosy. June nie widziała go dokładnie, obraz rozmazywał się. Znów straciła przytomność.

Kiedy się obudziła słońce właśnie wstawało. Pomarańczowe promienie wpadały przez okno i zatrzymywały się na ścianie naprzeciw łóżka. Oświetlały też trochę stół. June poruszyła głową lekko i przekonała się, że jest już lepiej. Nie bolało tak jak ostatnio. Rozejrzała się po pokoju. Drzwi były otwarte ale zza nich nie dobiegał żaden dźwięk. Ptaki świergotały za oknem jak to zawsze robią wcześnie rano. Firanka muskała palce June. Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć co się stało. Pamiętała tylko ucieczkę, potem ból. I ktoś ją niósł. Przypominała sobie że opierała głowę na czyjejś piersi i słyszała stukot żołnierskich butów o kamienie.

Oparła policzek o poduszkę. Znowu poczuła ten sam męski zapach. Podniosła się powoli, żeby głowa znów nie zabolała. Musiało minąć trochę czasu, rana na boku i ramieniu przestała dawno krwawić. June dotkneła głowy, bandaże były dobrze założone. W miarę suche, nie było większego krwawienia od jakiegoś czasu.

Dziewczyna powoli wstała z łóżka. Zbroja leżała na krześle a ona była w kostiumie który zawsze nosi się pod zbroją. Nie zgubiła bicza, to bardzo dobrze. Popatrzyła na siebie i szybko dotkneła twarzy ręką. Maska dalej tam była, ale nigdy nic nie wiadomo...

June wyjrzała przez okno. Zobaczyła tylko skały i morze. Nic co by wskazywało gdzie dokładnie jest. Wyjrzała ostrożnie przez otwarte drzwi pokoju. Dom urządzony był bardzo ascetycznie. Prawdę mówiąc nie wyglądał wcale na stałe miejsce zamieszkania, przypominał bardziej domek letniskowy do którego tylko czasami się przyjeżdża. Drzwi z sypialni prowadziły do nieco większego pokoju dziennego, połączonego z kuchnią i łazienką. Z pokoju tego wychodziły drzwi do przedsionka i potem na zewnątrz.

Nigdzie ani żywej duszy.

June przeszła przez pokój dzienny, podpierając się o stół pod jedną ze ścian i kanapę Wszystko mimo prostoty wyglądało na drogie. Meble były wykonane z drewna i czarnej skóry, nie eleganckie ale z pewnością bardzo wygodne i długotrwałe. June niepokoił fakt, że nie było tu zbyt dużo rzeczy które by wskazywały na to kim jest właściciel. Oprócz pary czarnych, również skórzanych butów, jednej bluzy i książek nie było tu nic znaczącego. Żadnych zdjęć, obrazów na ścianach. June rzuciła przelotne spojrzenie na książki, musiały być jakieś o astronomii i jeszcze czymś tam innym. W każdym razie nie kryminały i nic z tego typu lekkiej literatury. „Może je ma tylko dla ozdoby" – pomyślała sobie wchodząc do przedsionka i uśmiechneła się pod nosem. Powoli mineła wieszaki. Zachwiała się lekko, zmęczona tym niewielkim odcinkiem drogi który przeszła do tej pory. Może jeszcze za wcześnie żeby wychodzić z łóżka. Ale musi przecież iść do domu. Nie czuje się w porządku spać tu gdzie jej pościel pachnie męskimi perfumami, choćby tylko trochę. Gdyby nie to że była ranna nigdy by chyba tam nie zasneła. Staneła i zaśmiała się sama z siebie. Co się dzieje, czuje się niezręcznie przez zapach pościeli a kto wie co się działo kiedy była nieprzytomna! Jak ona się tu w ogóle znalazła. Może to dom jednego z nich? Raczej na to nie wyglądało, ale czyj w takim razie. Kim była osoba która ją niosła i w jakim celu? Co się stało zanim ją tu przynieśli? A co potem? Była w masce i kostiumie ale to jeszcze o niczym nie świadczy. Wyszła powoli przed dom. Zdziwiona zobaczyła że znajduje się na wzgórzach prowadzących do Świątyni Ateny. W dole widać było miasto i morze. Popatrzyła w lewą stronę i staneła oczarowana widokiem na Świątynię. Świetnie dobrane miejsce na dom. Tylko że nie sądziła, że tu można się budować. Zbyt blisko Świątyni. Przed domem była mała ławeczka. Usiadła na niej, zmęczona. Bok wciąż bolał, głowa kłuła, ale ogólne oznaki były dobre. Nie mogła tu zostać, czyjkolwiek to dom. Wstała, ciężko opierając się o ścianę. W głowie znów jej się zakręciło. Jednak zbyt dużo wysiłku. June pociemniało przed oczami i znowu straciła przytomność.

- Ty razem był bardzo delikatny. – Shaka odłożył filiżankę z herbatą. Porcelana zastukała.

- Mu? – Shura spojrzał pytająco na Rycerza Barana.

- Ja również nie potrafiłem go wychwycić. Niestety jak mówi Shaka impuls był niezwykle delikatny, ledwo zauważalny.

- Do wszystkich diabłów! – w drzwiach odezwał się ostry ochrypły głos. – Do niczego się nie nadajecie. Gdzie te wasze wielkie zdolności telepatyczne? Jesteście Złotymi Rycerzami czy nie?

- Ten Rycerz... - herbata Shaki była już za zimna. Kręcił od niechcenia filiżanką w kółko na spodku. Wzorek na talerzyku nie pokrywał się z idyllicznym obrazkiem z kubeczka. Wzrok Mu przeszedł po stole, minął kryształową cukiernicę i w końcu zatrzymał się na rękach Shury, w których spoczywała filiżanka pasująca do spodeczka Shaki.

- No wyduś to z siebie wreszcie. Hadesie...nie znoszę tego waszego emfatycznego zawieszania głosu.

Shaka nie poruszył się.

- Death Mask, daj spokój. Nie wytwarzajcie niepotrzebnego napięcia. Wszyscy się denerwujemy – odezwał się Shura. Poprawił się w fotelu, wyrzucając haftowanego jaśka na podłogę. Uwierał go już od jakiegoś czasu.

Death Mask szorował ramieniem o futrynę niecierpliwie.

- Ja i Shaka sądzimy, że on może być nadal w Atenach.

- Co? Chyba nie mówisz poważnie? – Shura podniósł brwi do góry – Myślałem o tym ale sądziłem, że rozwiejecie moje obawy.

- No ale jak to możliwe. W ogóle nie wyczuwamy jego energii! Żadnej innej niż zazwyczaj! Przecież na dłuższą metę każdy z nas by go wyczuł, do tego nie trzeba być telepatą.

- Ten Rycerz to profesjonalista. Nigdy nie przypuszczałem, że mamy tu kogoś podobnego. – Odezwał się Shaka. Wzrok wszystkich zatrzymał się na nim.

- Co niby w nim takiego niezwykłego? – rzucił Death Mask.

Shaka odwrócił głowę w jego kierunku.

- Ten Rycerz mieszka w Świątyni już od długiego czasu. To ktoś kogo znamy, lub kogo mijamy podczas spaceru przez miasto. Po raz pierwszy ujawnił się na przedmieściach, prawdopodobnie zabijając tych czterech wojowników.

- No, to była jatka. – Shura pokiwał głową - Aldebaran miał służbę w mieście na następny dzień i mówił, że to ktoś daleko potężniejszy od Srebrnych Rycerzy.

- Po raz drugi –ciągnął Shaka – pojawił się gdzieś bliżej Świątyni.

- Jesteś pewien? – Shurze nie podobał się przytakujący wzrok Mu.

- Tak sądzę. Jak już mówiłem trudno to ustalić na pewno. Podejrzewam że ta osoba jest zdolna w jakiś sposób zmieniać swoją energię kosmiczną.

- Co ty wygadujesz?! Przecież to absurd! – Death Mask aż przestał się opierać o framugę drzwi.

- Ona lub on wypracował sobie zdolność bardzo dokładnego kontrolowania swojej energii, jak widać aż do punktu jej zmiany.

- Nie wiedziałem, że to możliwe – Shura czuł, że oddech zatrzymuje mu się w gardle. Dopiero niedawno stracili Atenę. Zabita jako dziecko. Potem nagła mobilizacja. Wolał nie myśleć o Aiorosie. Wstrząsnął głową. Nie przypuszczał, że wróg będzie używał takich metod. Nie wiedział czy będą potrafili przeciwstawić się armii której nie da się wyczuć. Mogą ich wszystkich po prostu wymordować we śnie.

- Inną możliwością jest że on wtapia się w otoczenie, jakby kameleon – odezwał się Mu – może nie jest to ktoś stąd, jednak nie jesteśmy w stanie tego odczuć. Pamiętajcie, że drugi raz kiedy go wyczuliśmy nie dał się nawet dokładnie zlokalizować. Coś takiego wymaga bardzo wysokiego poziomu kontroli.

Death Mask znów oparł się o framugę. Camus miał rację mówiąc że trzeba trzymać się w najwyższej gotowości. Mało prawdopodobne żeby ktoś stąd posiadał takie zdolności. Bądź co bądź ludzie codziennie ćwiczą potyczki. Czasem przybierają na sile i ktoś taki na pewno by się zdradził. Adaptacja do energii innych da wrogom poważną przewagę. Najgorsze to czekanie. Tych czterech było zaszlachtowanych z iście zawodową precyzją. Nie znał nikogo kto by był do tego zdolny, Złoci Rycerze nigdy nie wyżywaliby się na wojownikach, a na pewno nie leżało to w możliwościach żadnego Srebrnego. Pytał Aldebarana, ale ten nie widział nigdzie takiego rodzaju ataków.

- Niech to piekło pochłonie, nawet Spectrów Hadesa da się wyczuć! – wybuchnął.

Nikt nie wiedział co powiedzieć.