June czuła się już zupełnie dobrze. Wyprała jeszcze raz swój kostium po wyjęciu z szafy i na razie w stroju dziennym patrzyła przez okno na ulicę. Kostium suszył się na snurku na podwórzu razem z resztą rzeczy i peluchami sąsiadki. Stary strój od razu powędrował do śmietnika, nawet nie warto go było zszywać.

Minęło już półtora dnia od czasu kiedy nieznajomy rycerz odprowadził ją do domu i zniknął. Na pewno jeszcze kilka dobrych dni upłynie zanim uda mu się naprawić zbroję, June jednak denerwowała się. Co się stanie jeżeli on już nigdy się nie pojawi? June nie martwiła się odzyskaniem zbroi, Mistrz Albireo uczył ją jak znajdować zbroję po energii kosmicznej, powinna ją wyczuć jeżeli znajdzie się wystarczająco blisko. Ale dalej była niespokojna. Niecierpliwiła się wszystkim, nie miała ochoty pójść po cokolwiek na obiad, siedziała cały czas i patrzyła przez okno.

Myślała o tym co Selene, znajoma wojowniczka także będąca Brązowym Rycerzem powiedziała jej o bójce na przedmieściach tej nocy kiedy June została ranna. Czterech wojowników zostało znalezionych martwych właśnie w tym konkretnym miejscu, niedaleko jej domu. Złoty Rycerz Byka oglądał to miejsce osobiście. Podobno widok był zatrważający, wszyscy zostali zmasakrowani w mgnieniu oka. Jeden po drugim padli jak muchy. Rozdeptane owady. June zgniotła palcem muchę która od jakiegoś czasu biła w szybę głową próbując na siłę przebić się na zewnątrz. Usłyszała cichy trzask i poczuła lepką, gęstą wilgoć pod palcem. Zasłużyli sobie na to. Nawet teraz poczuła ten sam strach który wtedy opanował ją na ulicy. Zamarła otoczona przez myśli, próbując przetrawić te wspomnienia. Serce zaczeło jej szybciej bić z wściekłości. Zwierzęta! W myślach zobaczyła swój poszarpany kostium i ślady krwi. Selene poprowadziła ją na to miejsce. Krew była i na ścianach i na chodniku. Nikt ich nie zabrał zanim się całkowicie nie wykrwawili. Potem przypomniała sobie jak jej głowa opierała się na kimś. Rytm kroków i fale, a potem drzewo i włosy spadające koło jej twarzy i ten sam zapach.

Robiło się ciemno. Nigdzie nie wyszła od czasu spaceru z Selene. Musiała się uspokoić. Przemyśleć wszystko i poukładać w głowie. Przejść nad tym jakoś do porządku dziennego. Była Rycerzem Kameleona, jeszcze nie raz przyjdzie jej otrzeć się o śmierć. A może zginie od razu, przy pierwszej potyczce skoro tylko zacznie się wojna?

Zrobiło się już zupełnie ciemno. Ostatecznie nie zjadła nic i zaczeło jej już burczeć w brzuchu ale nie zwracała na to uwagi. Zwineła się na łóżku dotykając lekko palcami strupa jaki jeszcze pozostał we włosach. Owineła sobie łydki kołdrą i wodziła oczami po ścianie pokrytej brzydką ale bardzo typową dla tutejszych kamienic tapetą. Brudnobrązowe tło oszpecały jeszcze odciśnięte jak od stępla wielkie brązowe kwiatki. Krawędzie rozmazywały im się niedbale i właściwie tylko pewien wysiłek wyobraźni pozwalał określić że to kwiatki. Równie dobrze mógły być czymś zupełnie innym.

Nagle June podskoczyła na łóżku. Po pokoju rozległo się głośne pukanie. Wstała najszybciej jak umiała i podbiegła do drzwi. Zapytała kto tam.

- Proszę otworzyć w imieniu Ateny.

Żołnierze! June serce zamarło. Odczuła taki sam strach jak kilka dni temu kiedy gonili ją po ulicy. Tym razem nie pójdzie im tak łatwo. Jest jeszcze wcześnie, ludzie napewno nie śpią. No tak, ale krzyki nic nie dadzą. Każdy usłyszy ale będzie się bał wyjść żeby jego też nie zabili. June wpatrywała się w drzwi nie wiedząc czy otworzyć czy czekać aż je wyważą. Z zewnątrz doszedł szum głosów i wreszcie władczy ton zawołał:

- Proszę otworzyć.

Znów rozległo się pukanie. June nie odpowiedziała. Za drzwiami znów słychać było głosy. Ten sam władczy ton odezwał się znowu, nieco łagodniej.

- Niech się pani nie obawia. Mówi Złoty Rycerz Koziorożca. Daję pani słowo honoru, że nie zrobię pani krzywdy. Chciałbym z panią porozmawiać.

- Czekać na zewnątrz – powiedział ten sam głos. June usłyszała kroki i nastała cisza.

- Jestem sam, proszę otworzyć. – powiedział.

June przekręciła zamek i nacisneła klamkę. Ku swojej uldze zobaczyła Złotego Rycerza. Jego słowu przynajmniej mogła zaufać. Shura skłonił lekko głowę.

- Dobry wieczór. Przepraszam, że nachodzę panią tak późno ale właśnie dowiedziałem się, że pani tu jest. Czy możemy chwilę porozmawiać?

Zachowywał się formalnie, ale nie wrogo. June zresztą nie mogła odmówić. Złoci Rycerze patrolowali miasto z rozkazu Wielkiego Mistrza. Cofneła się wgłąb pokoju, trzymając drzwi. Shura wszedł i June zamkneła za nim. Poprosiła żeby usiadł.

- Przyszedłem, jak się pani zapewne domyśla, w sprawie tych czterech wojowników zamordowanych na przedmieściu prawie tydzień temu.

June siedziała w bezruchu i liczyła kwiatowe wzory na firance. Shura kontynuował:

- Dowiedziałem się, że może pani być związana z tym wydarzeniem. Mam nadzieję, że powie mi pani coś o tym.

- Nie wiem dlaczego ktoś powiedział panu, że jestem z tym związana. Widziałam dzisiaj to miejsce, bardzo przykre zdarzenie. Niestety nie wiem w czym mogłabym pomóc.

Shura spoważniał.

- Powiedziano mi, że została pani zaatakowana przez tych mężczyzn. Pani przeżyła a oni nie, więc mam nadzieję, że mi pani coś o tym powie.

- Kto panu powiedział że mnie zaatakowano?

Shura zdał sobie sprawę, że ponieważ twarz June jest zakryta maską ma ona nad nim dużą przewagę. Nie mógł być pewien czy kłamie czy mówi prawdę.

- Powiedziała mi o tym pani koleżanka, Brązowy Rycerz Selene.

- To wszystko wyjaśnia proszę pana. Sześć dni temu zaczepiła mnie inna dziewczyna i wdałyśmy się w bójkę. Zostałam ranna ale Złoty Rycerz Byka przerwał potyczkę we właściwym czasie. Ledwo doszłam do domu. Kochana Selene, tak bardzo się zmartwiła moim stanem, że historia urosła do rozmiarów napaści. Wie pan jak kobiety wiążą wszystko ze sobą. Tak się przejeła skoro oba wypadki zdarzyły się tej samej nocy, ze aż pozwoliła sobie pana tutaj fatygować.

Shura nie wiedział co ma myśleć. Nie było powodu dla którego ta dziewczyna miałaby nie ujawnić napaści przez tych wojowników.

- Proszę nie myśleć, że posądzam panią o zamordowanie tych mężczyzn. Ustaliliśmy, że nawet Srebrny Rycerz nie byłby w stanie dokonać czegoś takiego, bez obrazy pani umiejętności oczywiście. – powiedział Shura dyplomatycznie na wypadek gdyby bała się tego typu oskarżeń. – Chcemy znaleźć osobę, która to zrobiła, dla dobra mieszkańców Aten i dla dobra Świątyni. Ten ktoś może zabić więcej osób jeśli zostawimy sprawę na tym etapie. Być może jest to nawet nieprzyjaciel.

- Bardzo mi przykro ale naprawdę nie mogę panu pomóc – odpowiedziała June.

Shura spuścił wzrok a potem wstał powoli.

- W takim razie już pójdę. Jeszcze raz przepraszam za najście. Gdyby pani sobie cokolwiek przypomniała proszę przyjść albo do mnie albo do Domu Barana. Tam pani wysłuchają.

Shura zszedł na dół i dołączył do swoich żołnierzy. Przeklęte maski, nic przez nie nie jest proste.

Na górze June przekręciła zamek w drzwiach jak tylko Shura wyszedł. Podeszła do okna i patrzyła jak patrol ze Złotym Rycerzem na czele znika w sąsiedniej ulicy.

Rozłożyła się na łóżku żeby się uspokoić. Shura wzbudzał u niej zaufanie, z drugiej strony jednak nie chciała zdradzić Rycerza który uratował jej życie. Nie wyglądał na wroga, nie miał wrogich zamiarów. A w ogóle po co by się tutaj osiedlał jako nieprzyjaciel. To po prostu ktoś kto chce mieć spokój od wojny i Wielkiego Mistrza. Nie dziwiła mu się wcale. Widać w Świątyni nikt nie wiedział że to on. Nie chciała myśleć, że może być niebezpieczny. Zdawała sobie sprawę, że jest klasycznym przypadkiem i że z dziewczynami tak zawsze jest, ale postanowiła milczeć o całej sprawie. Wystarczająco powiedziała Selene.

Z niewesołych myśli wyrwało ją kolejne pukanie. Tym razem bez okrzyków i chóru głosów za drzwiami. Podniosła się z łóżka ale postanowiła czekać w ciszy dopóki ta druga osoba się nie odezwie. Przytkneła ucho do drzwi.

- Halo, to ja –usłyszała znany głos. I jaki wyczekiwany. Zatrzęsły jej się ręce kiedy otwierała zamek. W korytarzu stał nieznajomy Rycerz w tym samym białym płaszczu.

- Witaj – powiedział.

- Witaj, wejdź! – śledziła go wzrokiem. Radość. Sama się nie spodziewała takiej reakcji na niego po dwóch dniach. Nie wiedząc o tym czekała cały czas. Zamkneła drzwi przypominając sobie po chwili żeby przekręcić zamek. Wróciła energicznie do drzwi i obróciła kawałek metalu. Szczękneło jak zwykle. Trzeba te drzwi pomalować, farba schodzi płatami. Zresztą, lubiła je odrywać.

Nieznajomy położył na podłodze niedużą paczkę.

- Nie przeszkadzam? – popatrzył na nią pytająco.

- Nie, nie. Zaraz zrobię coś do picia. Siadaj – wskazała ręką w stronę stołu i szybko znikneła w kuchni. Prześlizgneła się wzdłuż blatu i obok kuchenki. Zajrzała do szafki.

- Co chcesz, mam herbatę zwykłą, poziomkową i kakao. Niestety nie mam kawy. – wystawiła głowę i ramiona przez drzwi – ale mogę zejść na dół po jakiś alkohol – dodała bo wcześniejsze propozycje wydały jej się śmieszne. Nie żeby miała jakieś pieniądze na szaleństwa. Na szczęście nie okazał się zainteresowany.

- Kakao? Od lat go nie piłem – powiedział odchylając się nieco do tyłu na krześle.

Uśmiechneła się szeroko chociaż nie mógł tego widzieć. Przeklęte maski i te wszystkie zasady!

– Ale nie rób sobie kłopotu – zreflektował się zaraz opierając przedramiona na stole - może być herbata, cokolwiek w zasadzie.

- Nie, nie. Zrobię kakao jeśli dawno nie piłeś.

Wyszło bardzo dobrze. Pokroiła do tego jeszcze na ćwiartki dwie gruszki i pomarańczę. Cytrus z wierzchu wysechł nieco, ale zachował soczystość pod skórką. Z pokoju nie dobiegł żaden odgłos. Wyszła z kuchni. Siedział tam gdzie wcześniej oparłszy czoło na doniach. Znów usiadł prosto a June postawiła przed nim owoce. Odwróciła się szybko i rzucając przelotne spojrzenie na pakunek na podłodze poszła po kubki z kakao. Jemu przyniosła duży z widokiem na Wenecję, sobie brzuchaty z napisami tak ozdobnymi, że nigdy nie udało jej się ich odczytać. Zrobiła kakao w takiej temperaturze żeby było trochę dłużej ciepłe. Lepiej podmuchać i chłodzić na bierząco niż pić szybko na siłę bo ostygnie.

Napił się od razu i odłożył kubek wciąż trzymając wokół niego dłonie. Widocznie cieszyło go to ciepło. Wszyscy Rycerze mają twarde, szorstkie ręce od ćwiczeń. Czasem splamione lub sparzone po potyczce na energie kosmiczne. Jego ręce były aż popękane. June pamiętała ćwiczenia całkowicie bez energii kosmicznej. Trzeba kruszyć kamienie i cudze kości gołymi rękoma. Tak właśnie się potem wygląda.

- Przyniosłem twoją zbroję tak jak obiecałem – powiedział patrząc na pakunek na podłodze. Wstali, najpierw on potem ona. Odwinął materiał okrywający pakunek i June zobaczyła zwiniętą niebieską jaszczurkę. Podeszła do niej. Nigdy nie widziała swojej zbroi w tak nienaruszonym stanie. Nawet zaraz po zdobyciu metal był lekko matowy. Ta zbroja wyglądała jak srebrna. June skoncentrowała energię i założyła ją. Bicz świsnął w powietrzu i natrafił na jedno z krzeseł. Ramię June zadrżało, z broni popłynął wściekle strumień prądu. Drewniane krzesło w momencie zwęgliło się bez jednego płomienia.

- Tak jak mówiłem, to mistrz w swoim fachu – powiedział Rycerz.

Pierś June rozpierała radość. Złożyła bicz kilka razy w rękach.

- Jest wspaniała! Nie wiem jak mam ci dziękować. – powiedziała chwiejnym głosem – Zaraz mi powiedz ile to kosztowało.. – podeszła do szafy gdzie miała schowane pieniądze.

- Co robisz?! Nie ma o tym mowy – odwrócił się i wziął kakao z powrotem w dłonie. Wypił duży łyk. Potem upił jeszcze trochę z drugiej strony żeby zebrać piankę zanim się przylepi do ścianek i zmarnuje. Potem pomieszał bo się osadziło na dnie i wypił po raz trzeci.

- Naprawdę. To musiało być drogie – powiedziała. Podniósł na nią oczy znad kubka i uśmiechnął się wdychając powietrze do jego wnętrza.

- To mój znajomy. Dla mnie robi za darmo.

Jego słowa odbyły się echem we wnętrzu kubka. Nieprawda. Naprawa zbroi kosztuje człowieka wiele energii i sporo własnej krwi, więc nikt, nawet największy przyjaciel czy dłużnik nie robi takich rzeczy za darmo. Zrobiona w dwa dni!

I tak nie miała wystarczającej sumy ale da mu wszystko a potem jeszcze jakoś się coś znajdzie. Przekładała i mięła w dłoniach woreczek. Rycerz wstał i poważnie powiedział.

- Naprawdę. To prezent.

Wziął jej z rąk woreczek i wsadził z powrotem do szuflady.

Uścisneła go z całej siły. Popatrzył w dół ale widział tylko jej jasne włosy pod swoją brodą. Zasłoniły mu widok na nią. Poruszał podbródkiem w jej włosach uważając żeby nie zachaczyć miejsca gdzie widniał jeszcze niewielki strup.

- Hehehe – zaśmiał się cicho jak zwykle i jak zwykle krótko, urywanie – nie zgnieć mnie.

Usłyszał serię wysokich dźwięków, których z początku nie rozpoznał w ogóle. Nagle się zorientował.

- Hej, nie płacz, przecież nic nie zrobiłem! – poruszył się nieznacznie próbując uwolnić od uścisku ale zatrzymał się w ułamku sekundy uważając żeby nie szarpnąć za mocno.

- Hej, hej – powtórzył.

- Jest wspaniała – tyle udało mu się odszyfrować. I to zakładając, że się właściwie domyślił. June przestała powoli. Śmiała się szeroko pod maską. Dlaczego on tego nie może zobaczyć! Jeszcze trochę pochlipała.

Znów się zaśmiał, tym razem nieco dłużej. Uśmiech nieśmiało doszedł do oczu i badał jeszcze nowe terytorium przez co wzrok Rycerza wydawał się dziwny i niepewny.

- Cieszę się, że ci się podoba.