Camus siedział na werandzie u Mu i marzył żeby już wrócić. Na niższym poziomie Świątyni było jeszcze mniej wiatru niż u niego i Rycerz Wodnika czuł prawie namacalnie jak bezliosne promienie przewiercają się przez daszek nad jego głową, rozbijają o ciemne włosy i nagrzewają je do czerwoności. Kostki lodu w herbacie nie mogły go za długo tu zatrzymać. Może przyjść w nocy kiedy ten żar trochę wyparuje. Nie, kostki zdecydowanie nie wystarczą.

Milo zauważył irytację kolegi. Camus zawsze ostro reagował na przejawy 'rajskiego klimatu' Grecji. Po prostu niewłasciwy Rycerz na niewłaściwym miejscu. Uśmiechnął się. Rozdrażnienie Camusa zawsze go bawiło.

Nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi Domu Byka i wypadł przez nie wściekły Shura. Shaka przerwał to co właśnie mówił i wszyscy odwrócili głowy w kierunku nadchodzącego towarzysza.

Rycerz Koziorożca zatrzymał się gwałtownie tuż przed nakrytym do podwieczorku stołem prawie wpadając na Death Maska który stał obok i z hukiem uderzył pięścią w stół rozbijając w drobny mak nogi, blat i wszystko co na nim stało.

- Shura! – Mu złapał go za rękę. Camus zadowolony zauważył, że wreszcie coś się dzieje.

- Shura, uspokój się! – zawołał Mu – Co się stało?

Chwycił prawicę kolegi drugą ręką widząc, że Rycerz Koziorożca zamierza porozcinać Ekskaliburem także i werandę. Camus leniwie ruszył do przodu.

- Shura. Spokojnie. – powiedział powoli jak to on, położywszy dłoń na przedramieniu kolegi.

- Ca..Ca..Camus! Co ty robisz! – Aphrodite podskoczył na krześle. Jasnoniebieska warstewka pokryła ramię Shury w okolicy łokcia i zaczeła się rozszerzać w dół w kierunku dłoni i w górę, do szyi.

Rycerz Wodnika wciąż patrząc na wszystkich z niewzruszoną miną puścił Rycerza Koziorożca. Shura spojrzał na niego a potem na resztę obecnych. Ochłonął, dosłownie. Mu z trudem oderwał ręce przymarznięte do jego ramienia.

- Co się stało Shura? – zapytał Shaka. Milo strącał sobie z kolan okruchy chleba i pocierał plamę z mleka. Aphrodite znalazł w płaszczu jedną ocalałą filiżankę i trochę plasterków cytryny.

Rycerz Koziorożca wciąż trząsł się lekko.

- Byłem właśnie na audiencji u Wielkiego Mistrza. Nie wyobrażacie sobie, kazał mi od jutra nadzorować przyznawanie kar w areszcie!

- Co takiego? – zdziwił się Milo

- Nic nie rozumiem – Aldebaran miał szeroko otwarte oczy.

- No właśnie, ja także nic nie rozumiem! – Shura wściekle szorował lewą dłonią po skostniałym łokciu – Na Hadesa, ja nigdy go chyba nie zrozumiem!

- Przecież zostały ci jeszcze dwa dni służby w mieście a żaden z nas nie ma pilnych obowiązków. Mógł to przydzielić komukolwiek innemu – Zauważył Aphrodite.

- Dokładnie, a jeszcze zajmowałeś się tym morderstwem, prawda? – Mu zwiesił głos.

- Zauważyliście jeszcze potem tą energię? – zapytał Aldebaran

Shaka pokręcił głową. Za chwilę dodał:

- Mnie też Wielki Mistrz ostatnio zdziwił. Nie wykazał najmniejszych emocji kiedy mu powiedziałem o tym manifeście dziwnej energii. Odniosłem wrażenie, ze spodziewał się czegoś takiego. Albo nie uważał tego zupełnie za oznakę zagrożenia.

- Oczywiście że nie! To przecież my chronimy Świątynię a nie on. – wtrącił się ironicznie Death Mask. – Czegoś się spodziewał? My nadstawiamy karku, nasz problem. Ten facet nie musi zwracać na nic uwagi.

Jednak Shura wciąż nie mógł przetrawić, że nie pozwolono mu dokończyć śledztwa. To prawda, że lepiej było wypuścić wreszcie część aresztantów żeby wrócili na służbę. Resztę trzeba było przydzielić do przenoszenia zapasów i naprawy pól treningowych. Shura miał w tym wprawę i najsprawniej mu to pójdzie. Ale będzie musiał odłożyć śledztwo na dobrych kilka dni.

Popatrzył na Milo i Aldebarana, którzy pomagali Mu posprzątać z ziemi to co miało być kiedyś podwieczorkiem dla nich wszystkich i odwrócił się na pięcie.

- Idę do siebie – rzucił. Jednak zanim zrobił krok w przód poczuł czyjś uścisk na ramieniu. Odwrócił głowę i napotkał stoicko spokojne oczy Mu.

- Pójdziesz, ale najpierw zapłacisz mi za rozbitą zastawę.

Rozległo się pukanie. Już była gotowa, stanęła w drzwiach w długiej, ciemnej sukience. Materiał gruby żeby było ciepło. Czarne buciki na średnim obcasie, spinki i szal tego samego koloru. Założyła białą, zupełnie prostą maskę żeby jak najmniej psuła cały efekt. Drzwi otworzyły się, ale nie stał za nimi Rycerz w białym płaszczu.

- Witam ponownie – powiedział Shura nieco zaskoczony że tak szybko otworzyła drzwi.

- Tutaj? – zdziwiła się June. Skręcili nie do centrum Aten tylko na zewnątrz, w kierunku zachodnim. Ścieżka prowadziła do pól treningowych. Nie wiedziała, że on ma zamiar tam iść. Po co zakładałam te buty na obcasach, pomyślała. Wilgotna ziemia odrywa się płatami i przylepia do nogi. Kiedy obcas wbije się w ziemię zanurzy się z obu stron, z przodu i z tyłu. Z tyłu prędzej odpadnie ale zostanie między obcasem i przodem buta. Będą koturny zamiast eleganckich bucików. Po co je zakładała, trzeba było iść w zbroi, zastanawiała się przecież nad tym. Ale chciała być w sukience. Może i tak ta głupia maska wygląda śmiesznie w tej całości i trzeba było się ubrać inaczej.

Jeszcze nie jest mokro ale może się zrobić w każdej chwili. Szal jej się przekrzywił, przesuneła miejsce gdzie się przeplatał na lewe ramię. Miało być asymetrycznie. Za ciepło, nie ma tu wiatru, skały zasłaniają drogę z obu stron, zaraz się spoci. Oderwała lekko ramiona od tułowia żeby wpuścić powietrze i ochłodzić trochę. Nie potrafi się chyba ubierać tak jak trzeba.

- Jak tam? Wszystko dobrze? – odezwał się. Noc była dosyć jasna przez szeroki rogal księżyca. June widziała jak biały płaszcz jej towarzysza zakręcił się wokół jego nóg kiedy ten się odwracał żeby na nią spojrzeć.

- Tak, tak. Idę.

Poczekał aż dojdzie te kilka kroków. Dołączyła do niego i uśmiechneła się. Zaraz jednak uśmiech zrzedł. Przecież on tego nie widzi! Co za los!

Czyżby szli do tego domku przy Świątyni? Jeżeli tak to June była prawie pewna, że to niewłaściwy kierunek albo bardzo okrężna droga.

Stał przy skalnej ścianie.

- Teraz będzie trudniej – powiedział. Oczy otworzyły mu się przy tym zupełnie i oznaki zmęczenia znikneły na chwilę. Cieszył się z tego co obmyślił. June mu ufała i odpędzała myśl, że mógłby zrobić coś złego. Od kiedy zobaczyła go w drzwiach prawie dwie godziny temu lekki uśmiech nie zchodził mu z twarzy. Tylko oczy dość często stawały się nieobecne. Albo śmiertelnie poważne i wtedy uśmiech był bardzo, bardzo lekki.

Rycerz popatrzył na skalną ścianę na której oparł swoje prawe ramię.

Nadal nie przedstawili się sobie. June myślała, że on nie pyta żeby ona nie zapytała. Z nikim nie rozmawiała o nim, więc nie potrzebowała używać imienia. Był to 'On' w jej myślach i koniec. Aż do czasu kiedy będzie chciał jej powiedzieć. Pomyślała, że pewnie on też o niej z nikim nie rozmawia. Dałby jej inaczej przezwisko czy coś. Nie nazywał jej w żaden sposób.

June podeszła do niego i także popatrzyła w górę skały. Na tle gwiazd było widać masywną, prostą jak strzała ścianę, która zdawała się kończyć w niebie. Bardzo przewyższała każde najbliższe wzgórze. Na szczycie migotało dwanaście niebieskich płomieni. Prawie wydawały się być gwiazdami.

Zegar Złotych Rycerzy.

Nie miał powodu żeby nie chcieć znać jej imienia. Ale jakoś się rozumieli. I to aż za dobrze, może jej się tylko wydawało, tak sobie wymyśliła tą swoją tak zwaną 'dziewczęcą fantazją'. Nie powinna ona w ogóle wchodzić w grę, June miała dwadzieścia lat.

Położył jej rękę na swoim ramieniu.

- Trzymaj się – wziął ją pod ramiona jedną ręką. Drugą złapał lekko pod kolana i podniósł dziewczynę do góry. O nie, sukienka jej się podwinie! Była przyzwoicie długa, ale June i tak jedną ręką trzymając go za szyję, drugą szybkim ruchem poprawiła kilka razy sukienkę żeby się dobrze ułożyła i na pewno nie podwinęła albo podwiała. Przecież jest bardzo długa, nie ma się co tak denerwować! Ale co poradzić. Jej towarzysz odszedł od skalnej ściany robiąc trzy kroki w tył. June znalazła się w tej samej pozycji co wtedy kiedy niósł ją ranną na rękach. Teraz też położyła głowę na szerokiej piersi i czuła jak się porusza. Ciepła i znów ten zapach. Trochę ciemnych kosmyków plątało się między zagięciami koszuli. Jej włosy też się tu dostały, trochę z nich się zaczepiło pod jego ramieniem, poruszyła głową żeby przyciągnąć je do siebie trochę bardziej.

Nadal była zdziwiona co też on planuje, ale wziął ją na ręce i przyjemne uczucie na razie zdominowało ciekawość.

- Uważaj... – powiedział jeszcze i przykucnął lekko. June poczuła dziwne ciepło, jakby przygaszone. Koszula, włosy, ramiona i twarz Rycerza zaświeciła lekko w ciemności nietypowym odcieniem brązu. June nie widziała nigdy czegoś takiego. Energia kosmiczna zwykle rozchodzi się od Rycerzy równomiernym, silnym światłem. Ta była ciężka, gęsta, jakby skoncentrowana. I, co dziwne, ciemnobrązowa. Jak jego głos zmieniała nagle powietrze w jakąś nieprzepastną gęstość, przez którą Rycerz nie może się przebić. Za to energia była przerażająco ciepła. June pomyślała, że bez wątpienia poparzyłaby się poważnie gdyby jej towarzysz był w zbroi.

Rycerz z zadziwiającą szybkością zrobił kilkanaście kroków do tyłu, po czym popędził jak strzała w kierunku skalnej ściany.

June coś w brzuchu zwinęło się w jedną wielką kulkę, nie zdążyła złapać tchu. Zaledwie dwa metry od warstwy litej skały Rycerz stanął na ułamek sekundy, po czym June poczuła ogromną siłę ciągnącą ją w dół. Wiatr wiał jej z góry w twarz i włosy zasłoniły widok. Ręka zastygła jej w napięciu na szyi Rycerza i dziewczyna dopiero po chwili, dalej czując jego pewny uścisk odważyła się odgarnąć blond włosy z pobliża oczu. Widok, który ukazał się jej oczom zapierał dech w piersiach. Nie spadała, a z niewiarygodną szybkością leciała w górę. Kulka w brzuchu uciekła do góry. Miasto mignęło June przed oczami. Coś zafurkotało, wiatr gwałtownie zmienił kierunek i w oczy June uderzył biały materiał. Lekko zatrzęsło, zmiana równowagi i w końcu bezruch. Wiatr ustał nagle i ciepło bijące z ciała Rycerza znikneło tak szybko jak się pojawiło. W związku ze zniknięciem brązowawego światła wokół June zrobiło się zupełnie ciemno. Nie zauważyła tego jednak. Jeszcze była w szoku.

- Oj, przepraszam – Rycerz poruszył ręką przez co wygiął niewygodnie ramiona June. Tylko na chwilę żeby zdjąć z dziewczyny warstwę swojego białego płaszcza, która się wokół niej owinęła podczas lądowania.

- Już jesteśmy - jego twarz była bardzo blisko. June widziała nad głową czarne niebo całe w gwiazdach.

Postawił ją ostrożnie na ziemi. Znajdowali się na kwadratowym podeście z czarnego kamienia. Wokół były tylko gwiazdy. June podeszła ostrożnie w stonę krawędzi podestu. Uderzył w nią słup gorącego powietrza tak niespodziewanie, że poczuła łzy w oczach.

Niewiarygodne – WSKOCZYLI na Zegar Złotych Rycerzy!

Camus oparł sobie rękę na ceramicznym obrzeżu. Przywykł do tego, że nikt go nie rozumiał. Wszyscy zawsze mieli inne zwyczaje, lubili inne rzeczy. Wszystko co Camusowi sprawiało przyjemność innych napełniało odrazą lub w najlepszym przypadku najszczerszym zdziwieniem. Mieli ciarki, wzdrygali się i krzywili z niedowierzaniem. Camus mimo wszystko ich lubił. Z czasem przyzwyczaił się do nich a oni do niego. Tak się dzieje między przyjaciółmi.

Podrapał poręcz wanny paznokciem wydrapując w szronie duże „C". Woda była lodowata i nie miała ani śladu piany, Camus nie tolerował żadnych zapachowych substancji. Zawsze kąpał się w samej wodzie, myjąc bardzo szorstką gąbką. Uważał, że trzeba się po prostu myć a nie ukrywać smród. Jak Camus mimo swojej „gąbki ściernej" nazwanej tak przez Milo zachował nienagannie gładką skórę było dla Rycerza Skorpiona taką tajemnicą jak dla Shaki istnienie wszechświata.

Milo strasznie lubił Camusa.

Woda zachlupotała pod kolanem Rycerza Wodnika. Camus zawsze chciał zmienić sobie ceramiczne elementy łazienki na kryształowe. Strasznie lubił sposób w jaki światło i kształty różnych przedmiotów zniekształcały się widoczne przez warstwę lodu. Kryształ dawał podobne wrażenie a przy tym nie był taki trudny do utrzymania. Death Mask śmiał się, że każdy będzie się bał odwiedzić Dom Wodnika bo od wejścia będzie dokładnie widać w jakiej pozycji Camus siedzi na toalecie. Na to Camus stwierdził z niewzruszoną miną, że może niektórzy muszą się zakrywać, ale on ma idealne ciało i niczego się nie wstydzi.

Rycerz Wodnika ruchem stopy odczepił grudkowaty, przypominający mokry śnieg osad, który zaczął zbierać się w miejscu gdzie powierzchnia wody dotykała brzegu wanny. Śnieg powędrował w bok i przyczepił mu się do łydki zaraz pod kolanem.

Camus podkurczył obie nogi i zamurzył głowę pod wodę. Odczekał w takiej pozycji dobrą chwilę patrząc jak ciemne włosy przepływają mu w pasmach przed twarzą. Wynurzył się znowu i uśmiechnął do siebie.

Nagle przyjemność wieczoru przerwał gwałtowny impuls. Zagrożenie. Był pewien, że dokładnie w tej samej chwili reszta Złotych Rycerzy odczuła to samo.

Zerwał się na równe nogi, chwycił za obręb wanny i wyskoczył z niej jednym susem. W drodze do drzwi założył zbroję nawet się nie zatrzymując.

Z góry zbiegał w tym samym kierunku Aphrodite, zdaje się wyrwany ze snu. Camusowi włosy zwisały z głowy mokrymi strąkami. Odrzucił w tył grzywkę.

Aphrodite zauważył jak energia kosmiczna Camusa zaświeciła. Jego włosy zmieniły kolor na bardzo jasno niebieski a skóra zaczęła połyskiwać małymi kryształkami jak powierzchnia śniegu w świetle latarni. Aphrodite otworzył usta żeby coś zawołać, ale nie zdążył. Za Camusem rozciągnęła się smuga lodowatej pary. Jakby dusza z niego uciekała.

Mineli Dom Wagi.

Ciemne włosy Camusa popękały i przybrały postać lodowych korali które szerokie niczym dredy dźwięczały uderzając w Zbroję Wodnika.

Shaki nigdzie nie było.

Chmura pary za Camusem była już tak gęsta, że Aphrodite ledwo go widział. Musiał zwolnić nieco bo uderzył go z niej okropny chłód.

Przebiegli przez Dom Lwa.

Para zanikała najwyraźniej, bo Aphrodite znów zobaczył sylwetkę biegnącego Camusa. Dogonił go. Włosy i skóra Rycerza Wodnika wróciła do zwyczajnego wyglądu.

- Camus, co się z tobą działo? – zawołał Aphrodite.

- Nie rozumiem. – Rycerz Wodnika był skoncentrowany na biegu.

- Ten lód na twoich włosach, a potem biała chmura?

- To się nazywa sublimacja. – stwierdził Camus z niewzruszonym wyrazem twarzy.

- Su..Co? – skrzywił się Aphrodite

Rycerz Wodnika nie przestał biec.

Staneli przed Domem Barana gdzie zebrali się już Mu, Shaka, Death Mask i Aldebaran.

- Gdzie Milo i Shura? – Camus nie zdążył jeszcze dobrze złapać oddechu.

- Milo ma służbę w mieście – powiedział Aldebaran – Aioria nie odpowiada.

- A Shura gdzieś przepadł – uzupełnił nerwowo Mu.

- Komuś udało się to zlokalizować? – zapytał Camus przechodząc spojrzeniem po wszystkich obecnych.

- Tak.

Wszyscy popatrzyli na Shakę. Napięcie wzrosło.

- Ja i Mu jednogłośnie to stwierdziliśmy. Jest na Zegarze Złotych Rycerzy.

- Co robimy? – zapytał Aphrodite.

- Czemu tam?! – Death Mask rozdrapał sobie strup na łokciu rozbijając ręką najbliższą kolumnę.

- Na co czekamy? Powinniśmy... – Aldebaran ruszył w kierunku wyjścia z Domu Barana ale Mu zastąpił mu drogę.

- Czekaj. Znasz zasady! Nie wolno nam bez rozkazu opuszczać posterunku.

- Co? Mu, chyba nie mówisz poważnie! – Death Mask zaklął siarczyście – Nie po to przez tydzień się zastanawialiśmy gdzie on jest żeby teraz nic nie zrobić!

- W wypadku wojny nie można czekać aż przyjdą rozkazy – poparł go Aphrodite – Chcesz żebyśmy teraz szli do Wielkiego Mistrza po pozwolenie?

- Milo jest w mieście – powiedział Mu i dodał - I przypuszczam, że Shura też, jeśli dobrze go znam poszedł kontynuować śledztwo. We dwóch dadzą sobie radę.

- No tak, ale nie oni wiedzą gdzie on jest! – rzucił Death Mask – jeśli u nas tylko wy się domyśliliście to nie ma szans żeby tym dwóm narwańcom się to udało.

Rzeczywiście, Shura i Milo, ludzie czynu potrafili się skoncentrować mniej więcej tak łatwo jak Death Mask.

- Słuchajcie, tracimy czas, jeśli natychmiast nie ruszymy się z miejsca ten morderca znów się zaszyje. – przez ton Camusa przebijało zniecierpliwienie.

- Spróbujemy się z nimi skomunikować. Wysłałem też Kikiego z wiadomością. – przekonywał Mu.

- Na Hadesa, tylu tu chłopa i nie możemy wyjść i walczyć?! – Death Mask stał niebezpiecznie blisko następnej kolumny.

Camus i Aldebaran oparli się o ścianę. Aphrodite stał odwrócony tyłem.

- Chcecie złamać prawo Świątyni? Nie wiemy czy to nie pułapka. Pobiegniemy tam a w tym czasie Świątynia zostanie zaatakowana.

- A chcesz żeby jeszcze ktoś zginął?! – wybuchnął Death Mask – Zapomniałeś jak tamci byli zaszlachtowani? Bogowie, to nie była bójka uliczna!

- Właśnie dlatego chcę ostrzec Milo i Shurę! – odwrzasnął Mu – I tracę czas próbując was zatrzymać! Powinienem już dawno wysłać im wiadomość!

Death Mask nic nie odpowiedział tylko odwrócił się i jednym ruchem rozkruszył kolumnę na drobne kamyczki.

Mu westchnął. Popatrzył po wszystkich. Camus podszedł do niego i położył mu rękę na ramieniu.

- Przepraszamy – powiedział – Reagujemy emocjonalnie zamiast myśleć. Mógłbyś wysłać ten sygnał?

Mu potarł dłonią czoło.

- Muszę się skoncentrować... – błądził oczami po kolumnach swojego Domu próbując ochłonąć ze wzburzenia. Głos jeszcze nieco mu się trząsł. Rzadko się słyszało jak Mu podnosi głos i nawet Death Mask go uszanował.

- Niepotrzebnie. Udało mi się porozumieć z Milo – odezwał się Shaka - Prawie znalazłem Shurę.

Wszyscy czekali w ciszy aż Shaka skończy.

June patrzyła jak powietrze faluje od gorąca wytwarzanego przez płomienie na tarczy zegara. Wiał lekki wiatr. Nad nimi tysiące gwiazd było przepięknie widoczne.

Siadła obok niego. Kamienie były lekko ciepłe. June położyła dłoń na złączeniu dwóch z nich i poczuła drobniutką, suchą jak proszek ziemię, która wypełniała to lekkie wgłębienie. Pilnowała, żeby oprzeć się nieco dalej od jego ręki.

- Wiesz dlaczego zbudowano ten zegar? – zapytał bez uśmiechu. Znowu spuścił powieki lekko na oczy jakby nie mając energii na ich podtrzymanie.

- Nie. – Zwróciła twarz na niego jakby chcąc dodać mu otuchy. Zawsze kiedy widziała go takiego coś ściskało ją w środku.

- W tym miejscu znaleziono ostatnie wcielenie Ateny. Złoci Rycerze postanowili uczcić nowonarodzoną boginię stwarzając magiczną budowlę która chroniłaby Świątynię i służyła jej patronce pomocą w trudnych chwilach. Zegar przechowuje w sobie cząstkę energii kosmicznej każdego z nich i dlatego w pewnym sensie jest żywy.

- Zbudowali go Złoci Rycerze? – zdziwiła się June – Ja nie pamiętam jego powstawania, musieli być wtedy dziećmi!

Uśmiechnął się nareszcie.

- Nie, nie. To nie byli teraźniejsi Złoci Rycerze, tylko ich poprzednicy. – znów spoważniał – wtedy jeszcze kilku z nich żyło.

- Pamiętasz ich? – zapytała cicho June. Gorące powietrze zniekształcało obraz miasta w dole. Rycerz milczał. Nie odpowie.

- Tylko niektórych. – powiedział szeptem – Rycerz Wodnika, wysoki i bardzo gwałtowny. Często się bił. Rycerz Barana, poważny i obowiązkowy, zupełnie jak jego uczeń i następca. Był taki podobny że w mieście mówiono, że są spokrewnieni. Rycerza Byka nikt zbyt często nie widział. Skryty i poważny podobno przez większość czasu czytał. Rycerza Wagi znasz, już wtedy był stary. Rycerze Ryb, Panny, Bliźniąt i Koziorożca nie żyli od dłuższego czasu.

Patrzył na niebo przed sobą nie napotykając wzroku June ani raz. Dziewczyna pomyślała, że zdrajca Aioros musiał już wtedy być Rycerzem.

- A co z Rycerzem Raka? – zapytała po chwili.

Ramię, które June miała tuż przy sobie zadrżało lekko. Przez chwilę milczał a kiedy wreszcie się odezwał głos zawachał mu się na początku ledwie zauważalnie.

- Rycerz Raka był wtedy chłopcem.

- To znaczy, że tylko on i Rycerz Wagi pamiętają postawienie Zegara?

Jej towarzysz spuścił na chwilę wzrok.

- Nie, tamten Rycerz Raka został zabity w wieku dziesięciu lat.

June ciągle na niego patrzyła.

- Znałeś go? – zapytała. Widziała że ta śmierć nie była mu obojętna. Przysuneła się trochę bliżej zmieniając pozycję. On został w bezruchu.

Wypuścił powietrze i zaczął głośniej.

- Był moim przyjacielem. Miał na imię Aetos, czyli orzeł. Chcieliśmy razem trenować, ale on będąc już Złotym Rycerzem miał specjalne lekcje u Wielkiego Mistrza. Spotykaliśmy się potem, po ciemku, bo mój obóz treningowy był blisko jego domu. Wychodziliśmy i prześcigaliśmy się w tym, kto lepszych ataków się nauczył danego dnia. Ale największym wyzwaniem było podejść aż pod Sunnion i zajrzeć do niego niezauważonymi przez strażników.

June słuchała w milczeniu, jeszcze nigdy Rycerz tak dużo nie mówił. Nawet trochę się uśmiechał.

- Czasami się udawało, wtedy obserwowaliśmy więźniów. Zawsze byli muskularni i agresywni, zazwyczaj bili się między sobą. Nigdy jednak nie trafiliśmy na przypływ.

Aetos był niewiele młodszy ode mnie. Pamiętam jak wszycy dorośli mówili, że wyrośnie na bardzo przystojnego Rycerza.

Zamilkł na chwilę.

- Zresztą to przecież nie byla jego wina. Pewnej nocy nie pojawił się na naszym zwykłym miejscu spotkania, chociaż wyraźnie się umówiliśmy. Poprzedniej nocy mówił mi, że będzie miał dodatkowe szkolenie, więc poszedłem sprawdzić czy nie ma go jeszcze u Wielkiego Mistrza. Znali mnie w Świątyni więc mogłem przejść. Kiedy tam szedłem poczułem nagle że jego energia zgasła.

Oczy June zrobiły się okrągłe. Oddech zamarł jej w piersi.

- Byłem chyba na wysokości Domu Wodnika. Zanim dobiegłem na górę czułem już tylko pustkę. Nie było wątpliwości, że Aetos nie żyje. Kiedy dotarłem do Sali treningowej znalazłem tylko jego ciało.

Zatrzymał się znowu i gwałtownie zmienił pozycję.

- Przeklęty Wielki Mistrz, wiedziałem, że to był on. Zanurzył w jego piersi chyba całą pięść. Typowy atak dla niego, widziałem to już wcześniej. Młody chłopak bez zbroi nie miał najmniejszych szans. Nie zdążył przywołać Zbroi Raka.

- Dlaczego on go zabił? – June nie mogła zrozumieć. Przerzucała piasek przez palce i zbrała w dłoń od nowa dopóki nie utkwił jej za paznokciami i nie zbrudził zwisającego końca szalika. Patrzyła cały czas na Rycerza.

- Ten przeklęty bies miał słabość do młodych chłopaków. Aetos musiał mu się postawić.

Te dwa zdania znów wypowiedział szeptem. June zastygła. Nie mogła w to uwierzyć.

- Nic nie wiedziałam...

- Takie rzeczy nie wychodzą poza Świątynię.

Nastąpiła chwila ciszy.

- I co zrobiłeś? – zapytała.

- Nic. Oczywiście jak szaleniec poszedłem go zabić ale miałem dziewięć lat i cudem uszedłem z tego cało.

Znowu milczeli. June pomyślała, że musi czuć się winny. Przecież Wielki Mistrz nadal żyje. Ale jak go teraz wyzwać? Nikt nie może wejść do Świątyni a po tym incydencie na pewno stracił swoją przepustkę.

W dole miasta zabrzmiał przeciągły wrzask. Znowu się bili.

- Nie powinieneś przychodzić teraz do miasta – Przerwała ciszę June. Szukają cię przez tych czterech wojowników.

- Wiem, słyszałem. Ale podobno służba Rycerza Koziorożca skończyła się przedwcześnie. Minie jedenaście tygodni zanim wróci.

- Ale zastąpił go Rycerz Skorpiona. Poza tym wcale nie wydaje mi się, żeby Rycerz Koziorożca zrezygnował ze swojego śledztwa. Przychodzi do mnie i wypytuje się.

Rycerz gwałtownie odwrócił głowę i uważnie popatrzył na June. Nadal do ciebie przychodzi?

- Był znowu dzisiaj. – powiedziała June niepewnie. Z twarzy wpatrzonego w nią Rycerza całkowicie znikneło zmęczenie. Całe jego ciało sprężyło się dziwnie, ale tylko na moment. Opanował się zanim zdążyła zareagować. Znów popatrzył przed siebie ale June nie podobał się ten wzrok.

- Nie martw się, nic mu nie powiedziałam. Stwierdziłam, że koleżanka wyolbrzymiła moją potyczkę z inną dziewczyną przy jednej z knajp. Przysięgam, że nic o tobie nie wie.

Nie poruszył się, ale jego oddech nieznacznie się wyrównał.

- Nie o to chodzi, ufam ci. Ale on nie daje ci spokoju.

- Nie, nie. Jest uprzejmy, tylko zadaje pytania! – powiedziała szybko.

Działo się coś dziwnego. June drgneła. Wciemności było widać dziwne światło. Zupełnie nie było podobne do jego energii kosmicznej, jednak rozchodziło się w ten sam sposób. Oczy Rycerza rozszerzyły się i błysnęły groźnie. Nigdy jeszcze nie widziała go w takim stanie. Chwyciła jego ramię. W momencie energia znikneła, nawet zanim June mogła odczuć dłońmi jej obecność.

Nie była pewna czy to dziwne zjawisko miało tak naprawdę miejsce bo kiedy popatrzyła w oczy Rycerza znów uśmiechnął się łagodnie.

- A więc nie napastował cię w żaden sposób?

- Nie, w żadnym razie. Nie przejmuj się, maska działa mi na korzyść. On nie jest w stanie stwierdzić kiedy kłamię.

Popatrzył na nią na chwilę i uśmiechnął się nieco szerzej.

- No właśnie. Sam nie wiem czy powinienem ci wierzyć skoro mówisz, że kłamanie tak dobrze ci wychodzi.

Żartobliwie wygiął jedną brew w górę.

Nagle uśmiech zamarł mu na ustach. June podniosła ręce do twarzy i jednym ruchem zdjęła maskę.

Rycerz był kompletnie zaskoczony. Wpatrywał się w nią głęboko niebieskimi oczami. Wreszcie oprzytomniał i szybko odwrócił wzrok.

- Nie miałem nic takiego na myśli! Bogowie.. – nie wiedział co powiedzieć – nie chciałem żebyś... nie musiałaś...

Ale chciała. I tak wiedziała, że była w nim zakochana. Maski nic tu nie zmienią. June miała dość nie możności wyrażenia swoich emocji. Nie chciała przed nim nic skrywać.

Zasada masek zakładała, że kobieta Rycerz zakocha się w pierwszym mężczyźnie, który zobaczy ją bez maski. Zakocha się chyba, że uda jej się go zabić.

Nie było za to zasady wiążącej mężczyzn. Żaden nie musiał zakochiwać się w kobiecie, którą zobaczył. Z tego powodu kobiety Rycerze często ginęły próbując kogoś zabić lub też kończyły ze złamanym sercem.

June już to przemyślała i nie chciała ryzykować, że przypadkowo zobaczy ją ktoś inny. Nie znała takich przypadków i nie chciała myśleć co by wtedy zrobiła.

- Daj spokój – powiedziała – Nic się przecież nie stało.

Siadła naprzeciw niego. Trochę blisko krawędzi. Poczuła ciepłe powietrze na plecach. Uśmiechała się. Wreszcie mógł to zobaczyć. Miała duże, jasnoniebieskie oczy.

- No ale przecież… - spojrzał na nią nieśmiało.

- Kto by się tam przejmował przesądami. Pewnie te maski to tylko idiotyczny wymysł jakiegoś męskiego szowinisty.

Podniósł do góry brwi. Ramiona mu się lekko zatrzęsły.

- Poza tym nie można normalnie rozmawiać z kimś kogo twarzy się kompletnie nie widzi. Tak jak mówiłeś mogę przecież kłamać.

Roześmiał się cicho, po swojemu. Kąciki oczu znów lekko podeszły do góry. Wyglądała ślicznie w tym całym stroju.

- Wiesz, że tego wieczora kiedy zrzuciłem cię na siano roześmiałem się pierwszy raz od dobrych kilku lat?

June uśmiechneła się szeroko razem z nim. Nie powiedział, że to było od kilkunastu lat. Ani, że te przez te trzynaście lat nie tylko się nie roześmiał, ale nawet nie uśmiechnął.

June serce biło szybko. Wyglądało na to, że czarna wersja się nie sprawdziła. Nic się między nimi nie zmieniło.

- Jak masz na imię? – zapytał kiedy tak siedzieli obok siebie i patrzyli jak strumienie gorącego powietrza wydają się poruszać gwiazdami.

- June.

Przyszła kolej na niego.

Zdawał się czekać na jej reakcję w jakimś dziwnym napięciu. June uśmiechneła się.

- Dziwne imię jak na Greka.

Roześmiał się nerwowo. June nie rozumiała dobrze dlaczego czasem tak się denerwuje.

- Widocznie moi rodzice nie chcieli trzymać się tradycji Greckiej.

- Mogę cię o coś prosić? – dodał po chwili.

- Oczywiście – energicznie przesiadła się na jeden bok.

- Nie rozmawiaj o mnie z nikim.

- Rycerskie słowo. – powiedziała – Zresztą i tak nikomu o tobie nie mówiłam i nie zamierzałam mówić.

Odniosła wrażenie, że bardzo mu ulżyło. Coś ważnego rozwiązało się pomyślnie.

Siedzieli tak jakiś czas nic nie mówiąc. Każdy z nich cieszył się, że równowaga nie została zaburzona.

June popatrzyła na twarz Rycerza. Utkwił wzrok gdzieś w dole w okolicach miasta. Upływał czas a on ciągle nie spuszczał z tamtąd wzroku. W końcu wstał gwałtownie i rzucił spojrzeniem w drugi punkt, na polach treningowych.

- Musimy iść, i to zaraz.

June nie zdąrzyła spytać co się stało. Brązowawa energia znowu zabłysła. Tym razem chwycił ją na ręce bez uwagi na delikatność. June zdążyła tylko wziąć urwany oddech i już lecieli w dół Zegara z zawrotną szybkością. Nie zdążyła krzyknąć. Rycerz uderzył nogami w ziemię rozbijając kamienne płyty w obrębie półtora metra od siebie. June nie widziała którędy pobiegli, tak szybko ścieżka migała jej przed oczami. Nie słyszała ani nie wyczuwała żeby ktokolwiek ich gonił, ale nie odzywała się. W momencie znaleźli się na przedmieściu. Znienacka skręcili i w końcu zatrzymali się.

Rycerz postawił June na ziemi. Oddychała tylko przez nos żeby nie hałasować. Niepotrzebnie, zza ściany dobiegała hałaśliwa klubowa muzyka i głosy rozbawionych imprezowiczów. Stali w jakimś opuszczonym mieszkaniu. Ktoś zabrał z niego dawno wszystkie meble, drzwi ledwo trzymały się we framudze. Nie było na czym usiąść.

Tapeta na ścianie była poodrywana. Właściwie była to cała kolekcja tapet, które kolejni mieszkańcy naklejali jedną na drugą i teraz przez to rozdarcie widać było gusta wszystkich rezydentów.

Jej towarzysz zgasił swoją energię najszybciej jak się dało. Widać zależało mu na tym żeby nikt jej nie wyczuł. Teraz, kiedy znajdowali się obok tłumu ludzi nie będzie łatwo ich znaleźć.