- Jest znowu! – zawołał Shaka.

Wszyscy poczuli to ten sam impuls, ale bardzo, bardzo słaby. Wychwycili go tak naprawdę jedynie dlatego, że akurat na niego czekali. W każdej innej sytuacji przemknąłby się niezauważony jak każdy inny.

Energia emanowała przez chwilę. Dookoła Shaki i Mu widać było ich energie kosmiczne w koncentracji. Aldebaran chodził w tą i z powrotem i nie wiedzieć czemu denerwował go bezruch Death Maska, którego mijał co chwila.

- Niestety nie wiem gdzie jest – odezwał się wreszcie Mu – Energia zanikła zupełnie gdzieś w mieście. Nie byłem stanie niczego dokładnie ustalić.

Wszyscy skupili wzrok na Shace, który tylko opuścił lekko głowę gasząc swoją energię kosmiczną.

Stali w milczeniu w korytarzu Domu Barana.

Aldebaran patrzył na wgłębienia zdobiące kolumny. Przyglądał się właściwie tylko jednej, przy której właśnie stał. Patrzył nieco bezwiednie, zamyślony nad tym czy Shura i Milo coś osiągneli. Na razie tajemnicza energia nie nasiliła się, wręcz znikneła, co znaczyło, że prawdopodobnie nie doszło do walki. Wygladało na to, że ten osobnik chce się schować bardziej niż dąży do konfrontacji. Nic dziwnego, musiałby zmierzyć się z dwoma Złotymi Rycerzami na raz.

Rowki w kolumnie szły wzdłuż niej, z góry w dół, lub też odwrotnie, jakkolwiek ktoś by chciał na to patrzeć. Kamień był dobrze zachowany, ale miejscami nadkruszony podczas potyczek Mu z różnego typu intruzami. Aldebaran oparł dłoń o głowicę kolumny ale zaraz nerwowo oderwał ją napotkawszy warstwę kurzu.

Czekali.

Death Mask i Aphrodite usiedli na podłodze patrząc na posadzkę przed sobą. Rycerz Raka stukał w kamienną płytę zgiętym palcem i zastanawiał się ile dziur mogłoby się na niej zmieścić gdyby Mu nie awanturował się tak o każdy naruszony element dekoracji swojego wnętrza.

To wszystko jest beznadziejne, myślał. Tyle życia trenujesz po to, żeby nie móc nawet wziąć udziału w akcji.

Mu niecierpliwił się dziwnie. Aphrodite zagadnął go widząc, że Rycerz Barana chodzi wkoło niespokojnie i co jakiś czas wygląda na zewnątrz:

- Wszystko w porządku?

Mu zatrzymał się i oparł o ścianę.

- Czekam aż Kiki wróci. Jest już późno, nie chcę żeby chodził sam o tej porze.

Rzeczywiście, mały uczeń Rycerza Barana nie pojawił się jeszcze.

- Nie martw się, na pewno sobie poradzi – przekonywał Aphrodite – Dałby ci znać jeśli miałby kłopoty.

- Wysłałem mu sygnał, że może wracać – Mu znów zajrzał w ciemność na zewnątrz. Cały czas trzymał się blisko wyjścia – Nie mam na razie odpowiedzi.

- Na pewno jest niedaleko.

Rycerzem Barana targały wyrzuty sumienia. Nie powinien był wysyłać małego rudzielca tak późno w nocy. Kiki jest zdolnym uczniem, ale przypadki nietypowej agresywności wśrod niektórych Rycerzy niższej rangi osiągneły ostatnio zadziwiająco wysoką częstotliwość. Zdarzało się, że atakowali grupami. Mu zaczynał denerwować się nie na żarty. Gdyby Kiki był w potrzebie on nie mógłby przecież zrobić zupełnie nic. Nie było już nikogo, kto może opuścić Świątynię.

Camus patrzył niespokojnie to na Death Maska, to na Mu. Death Mask odwzajemnił jego spojrzenie. Rycerz Wodnika zrobił krok w kierunku zmartwionego kolegi kiedy nagle Mu zawołał:

- Jest!

Wszyscy spojrzeli w ciemność ścieżki prowadzącej do miasta i nie dostrzegli nikogo. Mu jednak wyraźnie się uspokoił i patrzył w tę stronę wyczekująco.

Wreszcie na ścieżce można było powoli odróżnić dwie sylwetki. Obok aury Kikiego poczuli bardzo znajomą energię kosmiczną, której bardzo wszyscy wyczekiwali, nawet jeśli nie zdawali sobie z tego wcześniej sprawy.

Kiki przeteleportował się przez większość drogi, po czym podbiegł do Mu i złożył raport:

- Mistrzu, melduję że dotarłem tylko do bram miasta i od razu zawróciłem jak kazałeś.

- Bardzo dobrze.

Mu tylko tyle był w stanie powiedzieć. Znów przybrał formalny wyraz twarzy, ale Aphrodite stojący blisko usłyszał jego pełen ulgi wydech.

- Patrz, Mistrzu kogo spotkałem po drodze! – Kiki jak zwykle skakał na wszystkie strony jaskrawo kontrastując z powagą swojego nauczyciela.

Wszyscy wyszli na schody przy wejściu do domu Barana.

Na czarnym tle migotał biały materiał i lekkie odbłyski od zbroi. Ścieżką zbliżała się najbardziej kochana w Świątyni, zaraz po Atenie, kobieta.

- Marin! – zawołali wszyscy razem.

Death Mask zszedł szybko jeszcze niżej niż Camus i pierwszy wyciągnął rękę na powitanie.

- Cześć! Jak miło was znowu zobaczyć! – powiedziała. Po Death Masku przywitała się z Camusem.

Aldebaran uścisnął ją i podniósł wysoko do góry. Okręcił trzy razy dookoła siebie. Marin zaśmiała się, ale potem zachwiała i przykucneła lekko kiedy Rycerz postawił ją na ziemi.

- Marin? Wszystko w porządku? – Death Mask pomógł jej wstać.

- Tak, tak. To nic. Zostałam lekko ranna w Japonii – powiedziała.

- Przepraszam! – Aldebaranowi zrobiło się głupio że nieświadomie wyrządził krzywdę tej kruchej istocie.

- Nie, nie, to nie twoja wina. Tak się strasznie cieszę, że was widzę! – wszyscy weszli do środka i posadzili Marin przy stole. Mu nalewał wodę do czajnika obserwując nadmiar energii swojego ucznia. Wstawił wodę na herbatę i kazał Kikiemu iść spać.

- Bardzo nam cię brakowało. – powiedział Camus siadając obok i patrząc na nią żeby upewnić się, że dziewczynie wróciły siły.

- Nie mnie tylko mojego jedzenia chyba – zaśmiała się.

- Oczywiście, że obu – wyszczerzył zęby Shaka i wszyscy się zaśmiali.

- Gdzie macie pozostałych? – zapytała.

Wszyscy nagle spoważnieli przypominając sobie o sytuacji. Widok Marin prawie pozwolił im zapomnieć o pogoni za nieznajomym Rycerzem.

- Coś się stało? – Marin od razu się zaalarmowała. Od jakiegoś czasu szukała wzrokiem Aiorii.

- Jakiś czas temu w mieście miała miejsce dziwna manifestacja energii kosmicznej – wyjaśniał pokrótce Shaka – Trudna do zlokalizowania, zmienna, zanikająca, możliwe że dostosowująca się do otoczenia. Jej właściciel zaszlachtował na przedmieściu czterech wojowników w sposób, jakiego Aldebaran nawet nie chciał opisywać. Ponadto używa nieznanej nikomu techniki. Podejrzewamy że to ktoś z zewnątrz, bardzo możliwe że nieprzyjaciel. Ja i Mu od tygodnia próbujemy go namierzyć. Milo z Shurą są w tej chwili w mieście w pogoni za nim.

Marin słuchała w milczeniu.

- Niedawno znów się pokazał i dlatego wszyscy tu jesteśmy w pełnej zbroi – uzupełnił Death Mask – ale do tej pory nie mieliśmy żadnych wiadomości.

- Ani też obca energia nie zmanifestowała się. – dodał Aphrodite.

- To znaczy, że uciekł – powiedziała.

- Raczej nie doszło do walki – przytaknął Mu.

Woda w czajniku zagotowała się. Mu nasypał fusów i zalał je ostrożnie. Wieczko brzękneło o dzbanek. Aphrodite położył przed Marin filiżankę. Potem dał każdemu z Rycerzy po jednej i Mu nalał herbaty. Camus automatycznie położył swoją na kamiennym parapecie do ostudzenia i poszedł wyjąć sobie kostki z zamrażarki. Marin zauważyła, że kubek który trzyma nie należy do zwykłej zastawy Mu. Aldebaran nie odzywając się, ciągle zły na siebie nasypał sobie dwie łyżki cukru z kryształowej cukiernicy. Na szczęście mocząc się w zlewie ocalała od ostatniego destrukcyjnego wybuchu Shury.

- A więc sytuacja nie jest najlepsza… - mrukneła Marin.

- A jak tam twoja misja? – zapytał Camus żeby zmienić temat.

Nie trafił. Marin posmutniała jeszcze bardziej. Chwilę milczała gniotąc w palcach szarfę, która opasała ją w biodrach.

- Niedobrze – powiedziała wreszcie. Nie chciała o tym mówić.

- Shura wraca – przerwał zadumę Shaka.

Rzeczywiście, wszyscy poczuli kosmos Shury, a potem zobaczyli Rycerza we własnej osobie. Miał zachmurzone czoło i wzrok wbity w przestrzeń. Zamknął za sobą drzwi od kuchni, usiadł i zaczął czegoś szukać wzrokiem w nodze od cukierniczki. Dopiero za moment zauważył Marin.

- Wróciłaś – powiedział, ale jego wzrok za chwilę znów pobłądził do przeźroczystej cukierniczki, która tak podobała się Camusowi.

Wśród ponurego nastroju Mu położył na stole nóż i deskę do krojenia. Brzęknęły naczynia i spuszczone na obrus oczy Camusa napotkały słoik z dżemem śliwkowym. Mu powoli i bez słowa kroił chleb na kromki, smarował i kładł na talerzu, który postawił wcześniej przed Marin. Death Mask wziął pierwszą i bez słowa zaczął żuć skórkę. Mu spojrzał na wyciągniętą rękę Aphrodite'a i od razu powędrował z drugą kromką do Marin.

- Dzięki, ale muszę iść – powiedziała i wstała.

- Zjedz chociaż jedną, zaraz wszyscy się rozejdziemy – powiedział Mu.

Nikt nie chciał mówić o Aiorii, Marin martwiła się. Dla każdego było oczywiste, że chciałaby wiedzieć czy z z nim wszystko w porządku.

- Dziękuję, Mu. Naprawdę muszę iść. Miło was było znowu zobaczyć. Spotkamy się jutro – podeszła do drzwi.

- Odprowadzę cię – powiedział Shaka wstając.

Camus po cichu liczył na to, że Rycerz Panny to zrobi.

- Zjedzmy coś – powiedział do pozostałych - a potem też pójdziemy. Wszyscy potrzebujemy snu.

Zamknąwszy za sobą drzwi od kuchni Shaka dogonił Marin, która poszła przodem. - Nie musisz iść wcześniej, zostań z nimi jak chcesz – powiedziała - Mam ich już dość – zażartował Rycerz Panny – Cały czas z nimi przesiaduję.

Spoważniał zaraz na posępne milczenie Marin.

- Aioria też niedawno wrócił ze swojej misji.

Marin poderwała głowę do góry. Shaka usłyszał jej gwałtowny ruch mimo swoich zamkniętych oczu. Kontynuował:

- Pomyślałem, że pewnie będziesz się chciała z nim zobaczyć.

Mimo maski i zamkniętych oczu Shaki Marin czuła, że jej rumieniec jest widoczny w ciemności jak słup światła.

- Jak się ma? Czy wszystko u niego w porządku? – powiedziała po chwili na dobranie właściwych słów.

- O ile wiem nie został ranny – powiedział Shaka – Ale jego misja również się nie powiodła.

Marin była zaskoczona. Pamiętała jak żegnał ją kiedy wyjeżdżała i mówił o oczekującym go jakimś drobnym zadaniu. Był pogodny i pełen enuzjazmu. Zmroziło ją. Wyobraziła sobie Rycerza Lwa odbywającego karę za nieudaną misję. Może nawet w Sunnion! Na co ten Shaka próbuje ją przygotować?! Nie wytrzymała:

- Co się z nim stało? Gdzie on teraz jest? – zapytała juz nie kryjąc zdenerwowania.

- Jest u siebie w domu. – uspokoił ją - Zaraz po przyjeździe został pilnie wezwany przez Wielkiego Mistrza. Podobno pokłócili się wtedy, ale Aioria wyszedł stamtąd nawet bez formalnego upomnienia. Od czasu tej misji bardzo się zmienił. Unika nas wszystkich i nie odpowiada kiedy próbujemy się z nim porozumieć telepatycznie. Ani razu nie był na wspólnym spotkaniu. Nie muszę ci mówić jakie to do niego niepodobne.

Marin ścisnęło w piersi.

- Porozmawiam z nim. – powiedziała i przyspieszyła kroku. Byli prawie na miejscu. Tuż pod Domem Lwa Shaka zastąpił jej drogę.

- Popieram twoją decyzję ale bądź ostrożna – powiedział. Jest coś nienaturalnego w jego zachowaniu.

- Jak możesz tak mówić! – oburzyła się dziewczyna.

Chciała wyminąć Shakę, ale on chwycił ją za rękę z bardzo poważną twarzą:

- Gdyby coś się działo daj znać mnie albo Death Maskowi.

- Co ty wygadujesz, nic się nie będzie działo! Mówisz tak jakby miał mi zrobić coś złego! – Rudowłosa dziewczyna aż zacisnęła pięści ze złości i zdenerwowania.

Poczekała aż Rycerz Panny zniknie po drugiej stronie Domu Lwa i dopiero do niego weszła.

W kuchni Mu pozostali tylko sam gospodarz i Shura. Było tak cicho, że Mu nie przestał jeszcze myśleć o chrzęszczeniu towarzyszącemu pożegnaniu Camusa, który stojąc w drzwiach gryzł zębami ostatnią kostkę lodu z herbaty.

Aphrodite i Death Mask poszli pierwsi, za nimi zaraz Aldebaran, który na swoją kromkę z dżemem czekał cierpliwie na końcu kolejki. Mu nie miał ochoty na dżem, ale i tak zjadł, zaraz po tym jak dał porcję Aphrodite'owi. Zjadł prosto z łyżki, nawet bez chleba. Potem wrzucił łyżkę do pustego zlewu, wziął drugą i smarował dalej nic nie mówiąc. Powtórzył to jeszcze dwa razy zanim skończył smarowanie kromki dla Camusa. Ogólnie nastrój był posępny. Milo zostawał na ten tydzień w mieście, więc Mu pogasił już światła przed domem.

Shura wstał po piątym westchnieniu.

- Idę. Dobranoc. – powiedział cicho.

- Widziałeś go? – Rycerz Barana równie sciszonym głosem zaczął wreszcie temat, na którego poruszanie wszyscy czuli się dzisiaj zbyt zmęczeni.

Shura zirytował się, ale nie miał siły na wybuch. I tak będzie musiał to opowiedzieć. A lepiej zrzucić z siebie jak najwięcej przed pójściem spać niż wlec się z tym jutro na śniadanie. Odpowiedział po chwili:

- Nie... tak jakby nas się spodziewał. Potrafi na pewno poruszać się z szybkością równą Złotym Rycerzom. Kiedy dotarliśmy na szczyt Zegara nie było po nim ani śladu. Milo wyłapał lekki ruch na drodze do miasta, ale zanim zeskoczyliśmy na ziemię ten facet był już w mieście. A na ulicach jak się spodziewasz wałęsały się grupy imprezowiczów. Nie było szans na wyłapanie energii, zresztą, dawno wtopiła się w otoczenie, zmieniła, czy jak to tam nazywacie.

Mu usiadł na stołku, na którym wcześniej siedział Aldebaran i gniótł w dłoniach krawędź obrusu usiłując dokładnie wyznaczyć środek pomiędzy dwoma rogami. Materiał był lekko poszarpany w miejscu gdzie czasem zaczepiał o stół podczas rozkładania.

- Wracasz jutro do miasta? – zapytał.

Shura nic nie powiedział ale zdecydowanie w jakim odstawił płynnym ruchem krzesło, skinął ręką i zamknął za sobą drzwi mówił o podjętej decyzji.

Mu został sam w domu. Posprząta ze stołu a potem pójdzie spać. Nie zapalając światła trafi przez korytarz do sypialni, pokrząta się nieco i położy na łóżku naprzeciwko łóżka Kikiego. Zbroję zdejmie ręcznie żeby nie obudzić ucznia. Zdejmowanie przez koncentrację nawet jemu nie udaje się zupełnie bezgłośnie. Chociaż, może się nauczył.

Shura wyobrażał sobie co Mu będzie robił, żeby oderwać swoje myśli od tego przeklętego śledztwa. Jeśli się nie zrelaksuje przed dojściem do domu to nie zaśnie przez całą noc, nie wykona jutro obowiązków w areszcie najszybciej jak to możliwe i nie będzie mógł przepytać faceta, który spalał zwłoki.

Chociaż z drugiej strony jeśli przestanie o tym myśleć może nie wpaść na coś na co by wpadł gdyby jednak o tym myślał.

Dylemat Shury ciągnął się przez chwilę. Rycerz zaczął poważnie wątpić w swoją zdolność kombinowania kiedy po następnych dwudziestu schodach nadal nie mógł się zdecydować.

Kawałek skały spadł zaraz obok, otrzeźwiając go, ale i uświadamiając że miał zwolnioną szybkość reakcji po tym całym dniu. Może przez to, że czuł się taki zdołowany.

Zanim Shura zorientował się co zadźwięczało, przez ścianę przebiły się wązkie promienie i wielki kawał muru runął mu w dół wprost na głowę.

Do jego uszu doszedł wysoki dźwięk. Shura słyszał coś podobnego tylko raz - kiedy Shaka wyjmował pobitej Marin odłamki zbroi spod obojczyków.

Przymierzył się do skoku i jednym susem znalazł się we wnętrzu Domu Lwa. Jeszcze czuć było mniej więcej jaką temperaturę miało pomieszczenie zanim dziura pozwoliła nocnemu chłodowi wedrzeć się strumieniem do śodka. Shura nie zdążył ogarnąć wzrokiem sytuacji kiedy Aioria nic sobie z niego nie robiąc znów zaatakował. Ateno, to Marin!, przeleciało Shurze przez głowę kiedy popędził przed siebie. Promienie Aiorii leciały we wszystkich kierunkach. Drobna postać Marin przeczołgała się rozpaczliwym ruchem za trzy filary oddzielające pokój dzienny od aneksu kuchennego. Na próżno. Na drobne, ostre kawałki rozpadły się najpierw filary, potem dwa rzędy płytek z podłogi, a na końcu fotel. Aioria nawet nie przerwał. Shura dopadł kuchni w momencie kiedy blat stojący zwykle ze filarami poleciał w górę, z głuchym uderzeniem wybijając w suficie prostopadłe wgłębienie. Posypał się tynk i zza krzeseł słychać było kaszel. Bogowie, dostała w płuca! – Shura zamarł ale nie odważył się spuścić wzroku z Aiorii. Kaszel stał się lekko wilgotny po czym ucichł. Shurze zatrzęsły się ręce. Zablokował trzy salwy świetlistych promieni, które leciały z rąk Aiorii niczym deszcz meteorów. Nareszcie Rycerz Lwa zrobił przerwę żeby skoncentrować energię. Za kilka sekund uderzy ze zwielokrotnioną siłą. Shura posunął się trzy kroki do tyłu i zdążył tylko podnieść jednym ramieniem klatkę piersiową Marin. Nastąpiła kolejna salwa. Hadesie, używa prędkości światła! Co w niego wstąpiło! Blokując atak poprawił chwyt pod ramieniem dziewczyny, którą przecież tak wszyscy tutaj uwielbiali.

Oczy Aiorii były całkowicie puste. Martwo wpatrzone przed siebie nie wyrażały nic. To nie jest Rycerz Lwa! Aioria nigdy nie używał brutalnej siły. Ateno, on chce ją za wszelką cenę zabić! Atakuje jek wściekły używając całej swojej siły Z jedną ręką nie wytrzymam.

Shura nagle zdał sobie sprawę, że ma mokrą lewą dłoń i oczy zaszły mu łzami. Marin, trzymaj się! Kurde, co kawałek te kolumny! Aldebaran! Shaka! Death Mask! Wstawajcie natychmiast! Ała, do diabła, ruszajcie się! Nie mogę tak atakować, trzeba ją stąd zabrać. Kurde, znowu dostałem, co za wariat! Aioria, co ty robisz! Cholera! Zabiłeś Marin!

Shura nie krzyknął kiedy salwa przeleciała mu po plecach. Pociski zadzwoniły o powierzchnię zbroi i kilka przeszyło Shurze skórę na ramieniu w nie osłoniętym miejscu. Z uda także pociekła mu krew. Co za różnica, trzeba było wreszcie przestać się chować i wydostać stąd dziewczynę zanim się wykrwawi. O ile w ogóle ma cały kręgosłup, dywagował prawie żartobliwie Shura. Wszystko po to żeby na siłę wmówić sobie, że rudowłosa wojowniczka ciągle żyje. Przecięte płuca nie zostawiają więcej jak kilka minut. Złamany kręgosłup nie zostawia nawet jednej.

Ten jeden skok udało mu się zakończyć w miarę pewnie mimo, że skoczył na strome schody. Z tyłu z domu Raka wybiegał Mu. Death Mask był już na miejscu. Wskoczył do środka. Rozległ się wybuch i jaskrawe światło przyćmiło na chwilę wszystko. Nastała cisza.

Shura miał czerwone całe przedramiona. Mu musiał go złapać za ręce i siłą osadzić na miejscu, bo Rycerz Koziorożca ciągle chciał odciągnąć Marin od Domu Lwa. Wewnątrz słychać było głosy Shaki, Milo i Death Maska. Ale nie Aiorii. Przez dziurę w ścianie wyskoczył Aphrodite, a za nim Camus. Aldebaran klęknął przy sylwetce leżącej na ziemi podczas gdy Mu trzymał Shurę za ramię. Rycerzowi Barana ledwo udało się nakłonić Shurę do puszczenia ręki Marin. Ucichło tak jakby ostatni wybuch wszystkim Rycerzom przebił bębenki.