- Co się dzieje? – zabrzmiał niski ostry głos. Aphrodite nie lubił kiedy się do niego mówiło w ten sposób, pretensjonalnie żądając wyjaśnień, jak od pachołka.

- Dlaczego nikt z was nie śpi? Wyczuwam, że doszło między wami do walki. – kontynuował surowo Wielki Mistrz.

Rycerz Ryb nie lubił aury tego człowieka. Denerwowało go, że nigdy nie widział twarzy swojego przełożonego. Oczywiście czuł przed nim respekt ,Wielki Mistrz był świetnym strategiem i bardzo dobrze rozwijał ekonomię państwa. Jego rozkazy, choć surowe i nierzadko okrutne powodowały, że Rycerze Ateny rośli w siłę. Aphrodite po prostu nie mógł już dotrwać do końca dzisiejszego dnia.

- W Domu Lwa wydarzył się okropny incydent. Marin została bardzo poważnie ranna – głos zawachał mu się mimowolnie. – Aldebaran mówi, że pozostało jej tylko najwyżej kilka godzin.

Aphrodite miał tynk na Zbroi, Wielki Mistrz zauważył, że jego Rycerz nawet nie pomyślał o tym jak prezentuje się przed przełożonym.

- Dlaczego się pobiliście? Kategorycznie zabroniłem walk pomiędzy Złotymi Rycerzami.

- Rycerzu Ryb! – powiedział ostrym tonem, wytrącając Aphrodite'a z otępienia – Marin nie ma tu nic do rzeczy. To Srebrny Rycerz i nie powinna mieć w ogóle wstępu na teren Świątyni. Wchodzi tu na swoje ryzyko i to nie wasza sprawa co się z nią stanie.

Aphrodite zatrząsł się cały. Wielki Mistrz nigdy nie miał poszanowania dla życia. Jakiegokolwiek. Ale Aphrodite powstrzymywał się.

- Wielki Mistrzu, Marin jest przyjaciółką każdego ze Złotych Rycerzy. Wszystkim nam zależy...

Posępna postać na tronie przerwała mu wpół zdania.

- Powiedziałem już, że dobro Srebrnych Rycerzy to nie wasz problem. Zbliża się wojna i każdy odpowiada za siebie. Wszyscy, którzy są słabi zostaną zabici prędzej czy później. Złoci Rycerze mają swoje obowiązki. Shura już za kilka godzin musi być na posterunku a tymczasem nie tylko, jak słyszałem, włóczył się po mieście bez rozkazu, ale wdał się w bójkę z Rycerzem Lwa.

- Kłótnie między wami mnie nie interesują – dodał powodując, że otwarte już usta Aphrodite'a zamknęły się ponownie. – Macie strzec Świątyni i działać dla jej dobra. Rozkazuję wszystkim natychmiast wracać do Domów.

- Wielki Mistrzu, jeśli Marin... – próbował oponować Rycerz Ryb.

- Milczeć! – podniósł głos przywódca Rycerzy – Nie słyszałeś? Wracać do Domów i przygotować się do jutrzejszej służby. O godzinie siódmej rano macie wszyscy złożyć mi raport. Natychmiast na stanowiska i nie ruszać się z nich na krok aż do odwołania! Jeśli którykolwiek nie posłucha osobiście dopilnuję żeby wasz Srebrny Rycerz trafił do Hadesu jeszcze szybciej niż mu to przepowiedzieli.

A teraz zejdź mi z oczu. Odmaszerować!

Aphrodite nie mógł zrobić nic więcej niż tylko odwrócić się i wyjść. W tym momencie szczerze znienawidził Wielkiego Mistrza.

June długo nie mogła zasnąć. Bycie dwa razy w jego ramionach zrobiło swoje. Najbardziej cieszyła się jednak z faktu, że zdjęcie przez nią maski nic nie między nimi zmieniło, nie wytworzyło dystansu. Czuła, że powoli zyskuje jego zaufanie. Poza tym przedstawili się sobie.

Nagle June zamarła na łóżku. Przez ciszę przebrzmiało pukanie do drzwi. Było około godziny trzeciej nad ranem, cała dzielnica pogrążona była we śnie. Bogowie, Rycerz Koziorożca! Ponieważ nie miała przedpokoju tylko jeden pokój, przedzielony prowizoryczną ścianką wyznaczającą aneks kuchenny nagły dźwięk tego typu postawił ją od razu w stan najwyższej gotowości. Pukanie powtórzyło się, tym razem szybsze, zniecierpliwione.

- June, to ja! – usłyszała zciszony głos z zewnątrz.

Natychmiast podbiegła otworzyć. Wyrwała się z łóżka najprędzej jak umiała. Bose stopy dotknęły pomalowanej tanią ciemnobrązową farbą podłogi. W June uderzyło gwałtownie zimno powodując gęsią skórkę na rękach i dreszcze na plecach.

Tym razem miał na sobie samą koszulę, jakby w pośpiechu się ubierał. Na nią narzucił pośpiesznie biały płaszcz, ale i tak June ciarki przeszły na myśl jak lekko jest ubrany zważając na nocne wachania temperatury. Natychmiast wszedł do środka i zamknął drzwi za sobą. Złapał ją za rękę.

- Potrzebuję twojej pomocy. – powiedział – Ktoś jest na granicy śmierci. Proszę, musisz ze mną iść.

Podał jej kurtkę z wieszaka. June przez chwilę nie mogła ochłonąć. Wyjść teraz z domu?

- Proszę, chodź ze mną! – powtórzył patrząc na nią.

Pobiegła zakładając tylko szybko zbroję.

Tym razem już od najbliższego rogu ulicy jego brązowa energia kosmiczna zapaliła się. W dalszym ciągu trzymał ją za rękę i June zdawało się, że energia przechodzi także na nią. Biegli ramię w ramię aż pod pola treningowe. Opanowała je całkowita ciemność jako że księżyc zakryła już gęsta, lita warstwa chmur. June straciła zupełnie orientację co do kierunku w jakim biegną i gdzie właściwie się znajdują. Posuwali się nieznacznie w górę.

- Dokąd biegniemy? – wydyszała zmęczona, z trudem nadążając za Rycerzem pomimo przekazania dodatkowej energii.

- Pewna dziewczyna jest ranna – June poczuła lekkie ukłucie. Nie zauważyła gęstej fali cieplego powietrza przez którą przebiegli nawet nie zwalniając. Dziewczyna. Wzrok i zachowanie towarzysza June zdradzały głębokie przejęcie sytuacją. June poczuła olbrzymi smutek schodzący od jej szyi, przez ramiona i klatkę piersiową, usiadając wreszcie ciężko jak ołów w okolicach żołądka. Dziewczyna.

June biegła nadal, ale tępo, mechanicznie.

Mijali jakieś budynki, ale June nie zwróciła na nic uwagi. I nie zauważyła w którym momencie energia kosmiczna jej towarzysza przestała świecić.

Wreszcie zatrzymali się przed czymś co wyglądało na małą świątynię. Przeszli przez kilka rzędów kolumn i znaleźli się w jedynym pomieszczeniu jakie tu było. Na środku stało prowizorycznie złożone posłanie otoczone przez bandaże i inne rzeczy potrzebne do opatrywania rannych. Wszystko wydawało się zostawione tylko na chwilę, jakby ten który zajmuje się rannymi miał zaraz wrócić. Rycerz szybkim krokiem poprowadził June do leżącej na pryczy dziewczyny. Miała rude włosy, na twarzy maskę, a na sobie popękaną Srebrną zbroję. Jeden rzut oka pozwolił określić, że ta osoba znajduje się na skraju śmierci. Prześcieradło było zaplamione, każdy centumetr skóry zdawał się być przecięty. Klatka piersiowa prawie się nie podnosiła.

Rycerz stojący obok June dokładnie zdawał sobie sprawę z tego jak mało jest czasu. Po co ją tu przyprowadził?

- Posłuchaj June, spróbuję ją uzdrowić. – spojrzał w oczy Rycerza Kameleona. – Jednak sam nie jestem w stanie tego zrobić.

Nadal nie puścił jej ręki.

- Jak mogę pomóc? – zapytała – Nigdy nikogo nie leczyłam.

- Poza tym – dodała widząc, że on zdejmuje biały płaszcz i rzuca go na podłogę – jestem tylko Brązowym Rycerzem.

Wziął jej ręce w swoje.

- To nic, to nie ma znaczenia. Chcę tylko żebyś stała za mną i cały czas trzymała dłonie na moich ramionach.

June popatrzyła na niego zdziwiona tą prośbą.

- Mogą się dziać rożne dziwne rzeczy. Jeśli dasz radę, nie puszczaj.

Mówił to tak poważnym tonem, że June z zaniepokojeniem pytała sama siebie co też takiego może zacząć się dziać. On uklęknął obok łóżka, a June staneła tuż za nim i lekko pochyliwszy się do przodu połóżyła mu dłonie na ramionach.

Znów zaświecił swoją energię kosmiczną. W momencie z pomiędzy jego złączonych dłoni rozeszła się kulista powłoka, która otoczyła ich oddzielając od świata zewnętrznego tak, że nawet dźwięki i światło świeczników nie przebijało do środka. June oczy rozszerzyły się w zachwycie. Z ciała Rycerza zaczęła emanować energia kosmiczna, tym razem jednak z brązowopomarańczowej w mgnieniu oka zmieniła kolor na jasny. Nagle rozszerzyła się kilka razy i wyklarowała. Rycerz zatrzymał wyprostowane dłonie tuż nad tułowiem leżącej dziewczyny. Ciepła, lecznicza energia zaczeła przenikać jak szeroka fala z niego do niej. June stała w bezruchu. Temperatura pomiędzy jego ramionami a jej dłońmi była dokładnie na granicy możliwej do wytrzymania. Gdyby wzrosła choć o pół stopnia June musiałaby cofnąć ręce.

Lecznicza energia zdecydowanie robiła swoje. June czuła jak kosmos rannej powoli się stabilizuje i wzmacnia.

Czy to jego dziewczyna? Czy dla każdej rannej kobiety zachowuje się tak samo? Dlaczego aż tak się nią przejął? W sumie jest Srebrnym Rycerzem, zgrabna, drobna i na pewno ładna. June była tylko Brązowym. Co myślał przez ten cały czas kiedy siedzieli na Zegarze? Czy rzeczywiście tak łatwo zignorował fakt, że June pokazała mu się bez maski? Zwodził ją dalej mimo, że tak naprawdę wiedział, że zasada masek nie ma wyjątków?

Nagle coś poszło nie tak. Przez ręce June przeszedł impuls cięższy i wolniejszy niż elektryczny, z trudem rozchodząc się po jej rękach. Energia kosmiczna drastycznie się zmieniła. Ateno! Spojrzała w dół. Rycerz nadal klęczał, ale lecznicza energia załamywała się, zachowując pierwotny kształt jedynie w kilku miejscach. Straciła klarowność i powoli przybrała kolor brudnozielonkawy. Całe ciało Rycerza sprężyło się, June drgnęła przestraszona nagłym spięciem jego wszystkich mięśni. Nie mogła widzieć jego twarzy ale wyczuwała niehamowaną falę agresji przebijającą na zewnątrz. Aura Rycerza zaczeła ciemnieć jeszcze bardziej. June nie zwalniała uchwytu, chociaż czuła, że jego kosmos zaczyna drażnić jej skórę jak kwas. Zaraz zabije tą ranną dziewczynę zamiast jej pomóc! Kosmos Rycerza stał się tak niestabilny, że June z trudem potrafiła ustać na swoim miejscu. Fale energii różnego rodzaju biły jej w twarz i otaczały nogi, odpychając z rosnącą siłą. Wewnątrz kuli ochronnej rozszalał się prawdziwy huragan. Dłonie June ześlizgnęły się z ramion Rycerza.

W ułamek sekundy wiatr przerażająco przybrał na sile. Nic już nie było widać a nogami June szarpneło tak mocno, że prawie uniosło ją w górę. Rozpaczliwym ruchem złapała klęczącego Rycerza za szyję. Wykrzyknęła jego imię.

Przez całą kulę przeszedł silny impuls energetyczny. W momencie wszystko ustało.

June otworzyła oczy i poczuła że energia znów się uspokoiła. Rycerz klęczał i kierował leczącą energię na ranną dziewczynę. June nie śmiała się poruszyć. W kilka chwil jasna i znów czysta energia Rycerza wzrosła kilkakrotnie i skoncentrowała się jednym promieniem na leżącej rannej. Ostatnia, końcowa faza zakończyła się potężnym przekazem i kosmos towarzysza June zgasł. To samo stało się z ochronną kulą która ch otaczała.

Rycerz podniósł oczy, nagle jasno niebieskie, i wstał chwiejąc się lekko. Podparł się ręką o filar. Popatrzył na leżącą postać jakby nie wierząc do końca w to, że im się udało. Nagle uśmiechnął się do lekko roztrzęsionej June i objął ją ramionami.

June uśmiechneła się pod maską, którą znów nosiła. Mimo wszystko nie życzyła przecież tamtej dziewczynie śmierci. Przez moment znów była bardzo blisko niego. Na bogów, dlaczego w takiej chwili była mu w stanie darować nawet to, że wybrał sobie kogoś innego?

- A teraz musimy iść, bardzo szybko. – powiedział puszczając ją – Nie ma dla niej już niebezbieczeństwa. Chodźmy.

Poprowadził ją lekko w stronę wyjścia. Ruszyli od razu szybkim krokiem. June nie chciała iść zbyt szybko bo przecież on dopiero przed chwilą zużył na leczenie dużą część swojej energii. Jednak chciał jak najszybciej oddalić się od małego budynku. June widziała kilka świateł dookoła i jakieś schody, zaraz jednak zaczeli iść w dół stromego zbocza i znów otoczyła ją ciemność.

Nie pocałował tamtej dziewczyny, nie objął jej, nie siedział przy niej czy nic podobnego. Może to przez obecność June. Dwie na raz, taki chwyt. Mało prawdopodobne, nie powinna tak myśleć.

Zatrzymali się dopiero na którymś z pól treningowych. Dookoła widać było ciemne sylwetki manekinów do ćwiczeń i drabinek z jakiegoś zniszczonego przez trenujących toru przeszkód. Odznaczały się przez światła miasta w tle.

Rycerz usiadł wreszcie na wystajacej z ziemi, na wpół zakopanej oponie. Przez chwilę patrzył przed siebie. June zobaczyła, że schował twarz w dłoniach. Spięła się, zaalarmowana kiedy jego ręce naprężyły się i znów przeszedł przez niego dreszcz, jak ciężka fala energii. W sekundzie zadrżał jeszcze raz i wszystko znikneło. Rycerz siedział na chwilę z bezruchu.

- Dziękuję ci, June. Nie mogę uwierzyć, że nam się to udało.

Miała nic nie powiedzieć tylko też usiąść. Ale przez ten dziwny dreszcz znów chciała go wesprzeć.

- Kim była ta dziewczyna? – zapytała mimo że bała się dowiedzieć. Ale trzeba było odciągnąć jego myśli tego czegoś, cokolwiek to było. Usiadła obok, na drugiej oponie. Były jeszcze trzy wolne. June po krótkim wachaniu zajeła tą najbliższą niego. Wolała być potem zawiedziona niż tworzyć teraz dystans. To by mu nic nie pomogło.

- Niewiele się znamy. Ona kiedyś pracowała jako ktoś w rodzaju sanitariuszki. Kiedyś zostałem ranny na tyle, że nie mogłem nigdzie się ruszać. Opatrzyła moje rany i zajmowała się mną dopóki nie wyzdrowiałem. W pewnym sensie mam wobec niej dług wdzięczności. Poza tym jej przyjaciele nie mogli nic dla niej zrobić. Zbyt wiele osób byłoby w żałobie gdyby umarła.

June nie wiedziała czy to dobrze, ale od razu mu uwierzyła. Tak jakby tylko czekała na w miarę sensowne wytłumaczenie, obojętne jakie by nie było.

Przysuneła się lekko. Nie patrzył na nią.

- Kiedy ją leczyłeś... – zwiesiła na chwilę głos, niepewnie czy to właściwy moment zeby o tym mówić.

Poruszył głową nerwowo rzucając na nią wzrokiem kilka razy.

Aldebaran leżał na kanapie i patrzył na Zbroję Byka stojącą pod ścianą. Elementy wymagały czyszczenia, na kolanach został jeszcze tynk. Wymył tylko rękawice i przedramienniki zabrudzone piasekiem, kurzem i krwią przy przenoszeniu Marin. Oczywiście krew i kurz było widać także na innych częsciach zbroi, ale Złoty Rycerz nie miał ochoty robić już nic.

Kiedy dwie godziny temu Aphrodite przekazał wszystkim rozkazy Wielkiego Mistrza przez Domu Zodiaku przeszła zgroza. Aldebaran siedział wtedy w letnim domku gdzie zwykle spotykali się na grę w karty, wychodzącym prawie bezpośrednio na morze i przez to wypełnionym miłym odgłosem fal. Tym razem były tu tylko zapalone świeczniki i materiały do opatrywania ran. Ułozyli Marin na przenośnej pryczy. Jej dom znajdował się na wysokości dawnej siedziby Rycerza Strzelca, jednak Aioria w żadnym razie nie pozwalał przenieść rannej przez Dom Lwa.

Shaka pomyślał na szczęście małym domku letniskowym. Według nowych rozkazów wydanych w związku z bliskością wojny Złotym Rycerzom nie wolno było gościć u siebie nikogo obcego, więc Aldebaran zaczął leczyć dziewczynę właśnie tu. Niestety już kiedy Death Mask i Mu przynieśli ją na miejsce, energia Marin była znikoma. Prawie nie czuło się pulsu. Co prawda płuca nie były przebite, ale ataki Aiorii przeszły przez Zbroję Orła jak przez warstwę materiału.

Aldebaran zacisnął pięści bezwiednie. Początkowo udało mu się zatamować rany, ale tuż za Domem Raka krew znaczyła już każdy fragment schodów. Aldebaran nawet nie zdążył założyć wszystkich opatrunków!

Usiadł na kanapie i wytarł oczy. Był pewien, że żaden ze Złotych Rycerzy nie zaśnie tej nocy. Na Atenę, co stało się z Aiorią! Milo i Mu próbowali przemówić mu do rozsądku, ale bezskutecznie. Nie odpowiadał na nic, maksymalnie skoncentrowany na tym żeby nie przepuścić dziewczyny na drugą stronę. Nie żartował, musieliby go zabić.

Zresztą, Shura był szczerze gotowy to zrobić. Dopiero wszyscy trzej Złoci Rycerze mieszkający ponad Domem Lwa zaciągneli go do domu. Shaka i Milo zobowiązali się nie przepuścić Rycerza Koziorożca z powrotem aż do rana kiedy miał służbę w mieście. Powinni zostać z nim przez noc, jednak rozkazy Wielkiego Mistrza były aż nadto wyraźne.

Obiecali, że odprowadzą go rano w dół aż do Domu Barana.