- Shaka, szybko! Aldebaran, pomóż mi! – Mu trzymał drobną dłoń Saori. Zadziwiająco lekka. Aioria klęczał nad leżącym pod ścianą Death Maskiem. Marin zajęła się Milo. Camus obtarł szybko krew z policzka, ale płynęła dalej. Niosąc ciało młodej dziewczyny patrzył w podłogę i widział jak krople padają na podłogę tworząc czerwone kółeczka, co kawałek. Nie będzie się teraz obcierał. Nie pomyślał, że mógłby zaświecić energię kosmiczną i zamrozić krew na jakiś czas. Przed oczami nadal latało mu coś jakby odłamki kurzu, albo małe kryształki. Skroń bolała od uderzenia mimo, że nosił hełm. Jego uczeń trzymający nogi dziewczyny miał popękaną zbroję. Szczęście, że nie stał tak blisko jak Camus, mógłby nie przeżyć wybuchu czarnej energii. Złoty Rycerz rzucił spojrzeniem wgłąb Sali, w drzwiach, zanim jeszcze wyszli. Aioria pomagał wstać Death Maskowi. Tu krwi nie widać. W prawo? Marin i reszta Brązowych. Milo ciągle się nie podnosił. Shura. Wokół Ateny świeciła się złota aura. Aldebaran, Mu i Shaka. Czy to wystarczy? Cholera, trzeba szybko wracać! Praca zespołowa. Ale Atena potrzebuje pomocy! Bogowie, czy ona jeszcze żyje? Shura pomagał Milo. Aprodite'a nie ma nigdzie.
Uczeń Camusa potknął się. Rycerz Wodnika szybko przerzucił ciało dziewczyny na swoje ramiona, zmieniając uchwyt. Chłopak przed nim pozostał na klęczkach z ręką opartą o mamurowy klomb. Nie ma czasu. Camus zignorował stan swojego ucznia, szybkim spojrzeniem stwierdzając, że rany nie są ciężkie. W kilka minut przekroczył próg Domu Ryb. Cały czas sypała się na ziemię sadza. Czarna zbroja była zupełnie martwa. Camus czuł jak odłamki czegoś sypią mu się po nodze i miał tylko nadzieję, że to nie zwęglone ciało.
Milo otworzył oczy, ale wszystko było zamazane. W górze jakieś światło. Jasno, chyba dzień. Tak, słońce wpada od strony kolumn. Kolumny są lekko różowawe, marmurowe, to na pewno Dom Ryb. Nie czuł zapachu róż. Poruszył głową, bardzo lekko. Boli, ale nie eksploduje, musiał dostać w coś innego. Wszystko jeszcze wirowało, ale Rycerzowi Skorpiona udało się przewrócić na bok.
Bogowie, Saga! Leży tam, przed nim. Żyje czy nie? Przed twarzą Milo mignął złoty odcień. Przeszedł Aioria. Potem Shura. Shura wyszedł od razu. Tylko coś pewnie przyniósł. Nie wyglądało na to, że Saga oddycha.
- Rycerz Skorpiona się obudził! – usłyszał skądś Milo. To Kiki, przybliżył się zaraz, zresztą Milo nie mógł popatrzeć w kierunku swoich stóp, szyja dziwnie odmawiała mu posłuszeństwa. Zobaczył twarz rudowłosego ucznia Mu bardzo blisko siebie i zaraz poczuł, że ktoś poprawia mu poduszkę pod głową. Rzeczywiście, zapadła się i została dziura w środku.
- Dzięki – powiedział do Kikiego. Milo pomyślał, że w takich chwilach dobrze słyszeć swój głos, sprowadza to człowieka do rzeczywistości. Brzmienie głosu jest jakby dowodem na to, że nie jest się tylko duchem patrzącym na swoje martwe ciało przed odejściem do zaświatów. Jeszcze lepiej jest o coś zapytać bo uzyskanie odpowiedzi daje już całkowitą pewność że się żyje i wszystko jest w porządku. – I tak zaraz stąd wstaję. – Dodał Złoty Rycerz – Gdzie twój mistrz?
Kiki postawił na małym stoliku butelkę z niegazowaną wodą mineralną. Był tam już notatnik i dwa kubki, jeden z wodą, drugi brudny po herbacie z brązowymi, lekko przeźroczystymi kręgami na ściankach.
- Mistrz jest w Pałacu, z Ateną.
Milo powoli wracał do pamięci wybuch czarnej energii. Nie pamiętał kiedy aura Aresa zniknęła, ani też co działo się potem. Popatrzył na Kikiego poważnie, podnosząc się lekko na ramionach.
- Co z nią?
- Żyje. – Milo poczuł, że skurcz jego w piersi lekko się rozluźnił. Nie spuszczał jednak oczu z ucznia Mu, który powiedział jeszcze:
- Niestety nie wiem nic więcej. Pomagam Rycerzowi Lwa i Rycerzowi Ryb i nie mogę ruszyć się ani na krok. Mamy kilka rannych osób.
Milo podniósł się zupełnie, opierając ciężar już tylko na jednym ramieniu. Jeszcze lekko kręciło mu się w głowie, ale widział dobrze. Jak widać nic poważnego mu nie dolegało. Nadal nosił pełną zbroję i było mu niewygodnie na łóżku, chciał jak najszybciej wstać. Przed sobą zobaczył Rycerza Lwa, który popatrzył na niego przez chwilę, po czym nic nie mówiąc znów zajął się koncentracją energii. Stał nad łóżkiem Sagi, poplamionym lekko krwią, ale nie na tyle, żeby teraz martwić się wymianą pościeli.
- Proszę jeszcze nie wstawać! – zawołał Kiki, ale Milo juz siedział na brzegu łóżka.
- Nic mi nie jest – powiedział. Chybotanie jego obszaru widzenia powoli ustawało. Nie był ranny. Wybuch musiał go ogłuszyć. Energia Aresa wygięła się w dziwny sposób, widzocznie akurat w stronę Rycerza Skorpiona, to dlatego, że stał dokładnie za tą dziewczyną. Milo stanął nagle przed oczami obraz tlącej się Brązowej Zbroi Kameleona.
- Gdzie jest ta dziewczyna z blond włosami? – zapytał rozglądając się. Nigdzie jej nie było. Nie wiadomo dlaczego w kącie pokoju Milo dostrzegł śpiącego adiutanta Wielkiego Mistrza. W jaki sposób Janin został ranny? Milo nie pamiętał, żeby widział go w Sali Audiencyjnej. Młody mężczyzna miał obandażowaną głowę i prawą stronę ciała, która była bliżej Milo.
- Jest w drugim pokoju – powiedział Kiki nalewając mu więcej wody do kubka, który Milo odruchowo wziął do ręki. Miał strasznie suche wargi i coś gryzło go w gardle. – Marin mówi, że jeszcze nie odzyskała przytomności.
Milo zauważył, że ostatnim słowom małego ucznia towarzyszyła ledwo dostrzegalna dekoncentracja ze strony Rycerza Lwa. Leczniczy przekaz na chwilę zawachał się, ale już po chwili znów był wyrównany. Aioria oczywiście stojąc obok słyszał o czym mówią. Milo zamilkł na dobrą chwilę, popijając po trochu wodę z zupełnie białego kubka. Jak widać wyraźnie, Aioria jeszcze nie pogodził się z Marin. Rycerz Skorpiona mógł być pewien, że nie zamienili ze sobą ani słowa mimo, że pracowali tak blisko siebie. Jeśli sprawa dotyczyła rudowłosej mieszkanki Świątyni, Aiorii słowa przychodziły niełatwo. Długo zbierał się w sobie zanim mógł wymienić z nią parę zdań, a teraz sprawa wyglądała bardzo źle. Milo czuł że wstyd i poczucie winy zupełnie zamknie usta jego koledze. Aioria patrzył w próżnię, tym razem jednak w jego wzroku nie było agresji, tylko zrezygnowanie.
Milo wstał i podszedł do łóżka, na którym leżał Saga. Kosmos Aiorii świecił wokół niego lekko, ale były Wielki Mistrz leżał tylko z przekrzywioną na bok lekko głową, w dalszym ciągu oddychając zaledwie zauważalnie. Milo nie powiedział nic. Skierował się w stronę drzwi z lewej strony, prowadzących prawdopodobnie do sypialni Aphrodite'a. Na ten pokój wskazał wzrokiem Kiki. Milo podszedł do drzwi i zapukał. Nie czekał na odpowiedź tylko szybko powiedział:
- Marin? To ja, Milo. Mogę wejść?
Nie chciał żeby pomyślała, że to Aioria, a tak prawdopodobnie by było gdyby się nie odezwał. Nie chciał między nich wchodzić, lepiej było nie poruszać tego tematu przynajmniej na razie. Marin otworzyła drzwi.
- Witaj Milo. Tak szybko jesteś na nogach? – zdziwiła się. Mówiła dość cicho.
- Nic mi nie jest, czuję się już dobrze. Jak tam ta dziewczyna? – zapytał.
- Nie odzyskała jeszcze przytomności, ale wygląda na to, że wyjdzie z tego.
Weszli do pokoju.
- Aż dziwne, ale nie ma prawie wcale poparzeń. Kilka blizn zniknie dość szybko.
Milo zobaczył w kącie zwęglone płytki położone na kawałku kremowego materiału. Marin kontynuowała, zdziwiona:
- To niezwykłe, nie wiem co mam o tym myśleć. Zbroja zwęgliła się doszczętnie, widzisz, jest twarda i martwa. A tymczasem – Milo zobaczył leżącą na łóżku postać – tymczasem ta dziewczyna jest prawie nie ruszona. To niesamowite. Zastanawiam się co to była za zbroja. Shura mówił, że Brązowa, ale przecież to zupełnie niemożliwe. Moja Srebrna zbroja nigdy nie wytrzymałaby niczego podobnego, a przynajmniej nie ochroniłaby mnie w taki sposób.
- Masz rację – Milo był równie zaskoczony co jego rudowłosa towarzyszka – jest prawie nie draśnięta. Przecież ona weszła tam do środka – powiedział tak samo cicho, jakby nie chcąc podnosić głosu w tej ciężkiej atmosferze. Wszyscy byli zestresowani, od razu czuło się, że Atena nie ma się jeszcze zupełnie dobrze. Jej energia dodałaby wszystkim otuchy i nastawiła pozytywniej.
- A jak ty się czujesz? – zapytał Milo.
- Już wszystko w porządku – odpowiedziała jakby mówiła to samo zdanie już kilkanaście razy tego dnia. Mechanicznie i jak najszybciej, żeby tylko zmienić temat.
Milo nie pytał więcej. Wyglądała dobrze, rany zagoiły się już zupełnie, niewiarygodnie szybko. Milo nie opuszczała myśl, że jego przyjaciółka została jednak przez kogoś uleczona. Lekkim ruchem położył jej rękę na ramieniu.
- Pójdę zobaczyć jak czuje się Atena.
- Miejmy nadzieję, że szybko dojdzie do siebie. – powiedziała Marin – Camus był w Pałacu niedawno. Idąc do siebie żeby znowu zająć się Brązowymi Rycerzami mówił, że Aldebaran, Shaka i Mu nie odstępują jej na krok i że podobno nie ma się czym martwić.
Nagle oboje poczuli, że energia kosmiczna Aiorii przygasła, przerwał leczenie. Natomiast dała się odczuć aura Sagi, która wzrosła nieznacznie. Milo zostawił Marin z ranną dziewczyną i przeszedł z powrotem do pokoju gdzie siedzieli Aioria i Kiki. Rycerz Skorpiona podszedł do łóżka. Były Wielki Mistrz, a może właściwie człowiek nadal nim będący, przynajmniej oficjalnie, miał półotwarte oczy i widząc podchodzącego poruszył lekko głową. Milo oparł bok nogi o drewnianą obudowę na której opierał się materac. On, Aioria i Kiki obserwowali niebieskowłosego mężczyznę w napięciu, gotowi zareagować na jakikolwiek przejaw agresji. Nie wypadało zostawić go na śmierć ale nie mogli również pozwolić żeby tamta sytuacja znowu się powtórzyła. Na szczęście Saga zachowywał się spokojnie, jego energia wyrównała się i nie zdawała się grozić jakąkolwiek niestabilnością. To jednak nie uspokoiło żadnego z nich. Milo był zupełnie przeciwny opiniom, ze trzeba leczyć tego człowieka. Najwyraźniej jednak jego stan był poważny, skoro nawet Aioria postanowił podtrzymać go przy życiu. Rycerzowi Skorpiona stanęła przed oczami twarz blada Ateny, zakrywana co chwila przez pasy czarnej energii kosmicznej. Jak to wszystko było możliwe! Atena na ich oczach otarła się o śmierć. Wcale nie jest takie pewne, że Saga był wcieleniem kogokolwiek. Bardzo możliwe, że to była po prostu jego druga strona. Mógł łatwo okłamać zakochaną w sobie blondwłosą dziewczynę chcąc uratować swój obraz w jej oczach. Poza tym, jako Rycerz Ateny miał obowiązek pozbawić się życia jeżeli swoim instnieniem zagrażałby bogini. To było łatwe i skuteczne rozwiązanie problemu, jeżeli Rycerz Bliźniąt naprawdę miał dobre intencje. Skoro dożył tak długo było oczywiste, że albo jest tchórzem, przez to niegodnym stanowiska Rycerza, albo w głębi duszy zgadzał się z Aresem, czy jakkolwiek mógłby nazwać tą złą stronę siebie. Aioria w poczuciu obowiązku wyleczył go automatycznie, nie chcąc zapewne zostawiać sobie podejmowania decyzji. Przez to, że okropnie przeżywał swój szaleńczy atak na Marin, zupełnie stracił wiarę w siebie. Milo nie miał takiego problemu. Dokładnie pamiętał tę energię, która była tak blisko kiedy razem z Shurą wskakiwali na Zegar złotych Rycerzy. Rycerz Bliźniąt okazał się być specjalistą w zabijaniu. Oczywiście wszystkim Złotym Rycerzom zdarzało się uśmiercać ludzi, ale oni nigdy nie kryli przy tym swojej energii. Nie wymyślali zawiłych planów żeby zrzucić winę za swoje postępowanie na kogoś innego. Saga poruszył ustami kilka razy, ale Milo nic nie usłyszał. Miał ochotę zabić go tu i teraz, nawet jeśli niehonorowo było dobijać rannych. On o mało nie pozbawił życia Ateny! I w ogóle wszystkich Złotych Rycerzy, nie licząc tej dziewczyny i innych obecnych w Sali niższych rangą. Skoncentrował energię kosmiczną. Aioria nawet nie drgnął, nie miał zamiaru go powstrzymywać.
Milo skupił swój kosmos przygotowując się do pojedynczego szybkiego i skutecznego ruchu. Podniósł prawą rękę ponad łóżko. Na jego palcu wskazującym zabłysło coś czerwonego i mignęło Kikiemu przed oczami. Uczeń Mu patrzył to na jednego Złotego Rycerza, to na drugiego. Nie wiedział co powiedziałby na to Mistrz, ani też co powinien zrobić. Nie powinno się zabijać kogoś, kto potrzebuje naszej pomocy, jednak autorytet Milo i Aiorii był dla niego nie do podważenia. Patrzył tylko szeroko otwartymi oczami.
Milo miał poważny wyraz twarzy. Opuścił rękę w dół szybkim ruchem, ale nagle zatrzymał.
- Milo... – powiedział leżący na łóżku.
Saga raczej wyczuł jego energię niż rozpoznał sylwetkę. Rycerz Skorpiona milczał. Aioria nie patrzył już na nic, pogrążony w swoich myślach. Kiki za to wpatrywał się to w na wpół uniesioną dłoń, to w pościel szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc co powiedzieć.
- Milo, co z Ateną? – zapytał Saga, patrząc przelotnie to na dłoń, to na twarz nad sobą.
Rycerz Skorpiona zawrzał wściekłością, że aż odebrało mu mowę. Znów naprężył rękę i podniósł kilkanaście centymetrów w górę. Jego kosmos jakby się zapalił, rozbłysnął o wiele bardziej niż było potrzeba. Saga widząc jego reakcję otworzył oczy odrobinę szerzej, po czym powoli je zamknął i przechylił głowę na bok. Dłoń Milo opadła w dół z szybkością światła.
Death Mask siedział obok swojego domu na słupku podtrzymującym hamak.
- Jakto Cassios nie żyje?! Skąd to wiesz? – zapytał Shura, trochę zbyt gwałtownie w opinii Death Maska. Rycerz Raka odpowiedział spokojnie:
- Aioria go zabił. Pamiętasz, że miał się obudzić z tej hipnozy Wielkiego Mistrza dopiero po tym jak kogoś uśmierci. I tym kimś właśnie okazał się Cassios, uczeń Shiny.
- Niemożliwe... – Shura usiadł na niskiej kamiennej ławce, której krawędzie nieco się stępiły nie tyle od deszczu, którego zazwyczaj było tu jak na lekarstwo, ale właśnie od kilku dobrych stuleci używania. – Byłem przekonany, że był to któryś z Brązowych Rycerzy.
- O włos i by był. Hehe - Death Mask nie chciał usiąść na hamaku. Całą noc oglądał meteoryty i wygniótł się dość porządnie. Pomasował na chwilę kark.
- Nie mam pojęcia skąd ten mięśniak się tam wziął. Miał przecież wyraźnie wybroniony wstęp do Świątyni. – stwierdził jeszcze.
Shura patrzył w podłogę przez dobrą chwilę i wreszcie wstał.
- Gdzie jest teraz ciało? – zapytał.
- Nie mam pojęcia. Znając Aiorię i jego rycerskie gesty, na pewno go pogrzebał z honorem, nie przejmuj się.
Shura jednak nie uspokoił się ani trochę. Rycerz Raka dziwił się co też go to tak nagle obchodzi, z niczego na nic.
- Idę tam. – powiedział Shura i poszedł w górę Świątyni. 'Tam', jak domyślił się Death Mask znaczyło do Domu Lwa, a nie do niewiadomego miejsca pochówku Cassiosa, o ile oczywiście jedno nie było równe drugiemu.
Kiedy Shura dotarł na miejsce przypomniał sobie, że Aioria chodzi przecież cały czas pomiędzy Domami Aphrodite'a i Camusa, pomagając leczyć pozostałych jeszcze kilku rannych. Zwłaszcza, że Camus miał w tym tygodniu służbę przy Sunnion.
Rycerz Koziorożca przyspieszył kroku i wreszcie wszedł na samą górę, prawie pod Pałac Ateny. Przed Domem Ryb znalazł wreszcie tego kogo szukał.
- Aioria – zawołał do niego. Rycerz Lwa odwrócił się i zszedł kilka schodów w dół, patrząc na niego pytająco.
- Coś się stało? – odezwał się dość cicho.
Shura zatrzymał się na chwilę. Dopiero teraz przypomniał sobie, jak bardzo dotkliwa jest dla Rycerza Lwa ta cała sprawa. Ale już tu był. Aioria patrzył na niego nie wiedząc o co może chodzić.
- Posłuchaj, chciałem cię o coś zapytać... – zaczął delikatnie Shura – Właśnie dowiedziałem się o Cassiosie.
Wzrok Aiorii momentalnie się zmienił, jakoś dziwnie zszarzał, jakby oczy mu zciemniały i straciły barwę. Nie powiedział nic. Shura nie chciał tego przedłużać i przeszedł od razu do rzeczy, chociaż z pewnym trudem.
- Wiesz może czy ktoś powiedział Shinie? – zapytał, a wzrok plątał mu się trochę i skupiał to na tym to na tamtym, w zupełnym przeciwieństwie do znieruchomiałego w zrezygnowaniu spojrzenia Aiorii. Zresztą, Rycerz Lwa i tak nie myślał teraz o Shurze.
- Tak, byłem tam żeby ją przeprosić. – odpowiedział o wiele za cicho jak na siebie – Zaniosłem jej też ciało. Nie przyjęła tego dobrze – dopowiedział na ciągle pytający wzrok Shury, który nie śmiał dalej wypytywać, ale wyraźnie chciał coś więcej wiedzieć.
- Mówię to dlatego, że nie wybuchła wściekłością jak zazwyczaj, tylko jakby coś w niej sie załamało. Nie chciała zupełnie ze mną rozmawiać, zabrała go tylko i weszła do domu.
- Rozumiem – powiedział Shura kładąc dłoń na ramieniu Rycerza Lwa – Słusznie zrobiłeś, że zaniosłeś jej ciało.
Shura popatrzył jeszcze przez chwilę na twarz Aiorii, po czym Rycerz Lwa oświadczył, że musi wracać do rannych. Shura przynał mu od razu rację, pożegnał się i wbrew swoim wczesniejszym zamiarom poszedł nie w dół, a przeciwnie, w stronę Pałacu.
