Saga stał oparty plecami o ścianę. Drżał od czasu do czasu i zęby szczękały mu lekko, ponieważ wiatr powoli stawał się zimniejszy. Rycerz słyszał jak wartownicy mówią coś do siebie przechodząc obok. Dźwięki bardzo szybko niosły się po skalnych korytarzach. Słychać było dokładnie jaką potrawę opisuje jeden z nich, a jaką seksowną dziewczynę ma drugi. Nagle wojownicy zamilkli. Saga usłyszał kroki, to ktoś w zbroi, pewnie Camus. Nie mylił się, korytarzem zbliżał się Rycerz Wodnika, ale towarzyszył mu ktoś jeszcze. Saga myślał cały czas że odgłos kroków drugiej osoby był wywołany przez któregoś z wojowników, nie zwrócił nawet uwagi na to, że zarówno rytm kroków, jak ich odgłos był nieco inny niż u mężczny.

- Nie mogę wpuścić cię do środka – dał się słyszeć głos Camusa – Masz dziesięć minut. Hej wy, nie słyszeliście rozkazu? Na zewnątrz! – dodał jeszcze, głośniej, prawdopodobnie do stojących w pobliżu wartowników. To mówiąc sam skierował się w stronę wyjścia.

Na chwilę zapanowała cisza.

- Saga? Jesteś tam? – zapytał dziewczęcy głos. Saga natychmiast oderwał się od ściany i ruszył przez sięgającą mu po kolana wodę w kierunku wejścia do celi. Przez kraty widać było na tle światła lamp czyjąś sylwetkę.

- June? Bogowie, jak ty się tu dostałaś? – zapytał kiedy doszedł do krat i stanął tuż przed blondwłosą dziewczyną. Sam nie wiedział, że tak się ucieszy.

- Saga! To ty! – klękła na kamiennej posadzce, bo cela była położona nieco niżej niż korytarz. Wyciągneła do niego ręce i przytuliła się. Znowu zaczeła płakać.

- Jak ty wyglądasz! – popatrzyła na niego.

- Hehe, a jak wyobrażałaś mnie sobie po dniu spędzonym w Sunnion? – zapytał lekkim tonem – Trzeba przyznać, że nie ma tutaj zbyt dużo wygód, ale i tak nie jestem tu długo, masz szczęście, bo byś mnie nie poznała. Zarósłbym tym całym zielskiem jak stary dobry Posejdon.

Cieszył się, że ją widzi. Miał zupełnie mokre włosy, strąkami opadające teraz na ramiona. Ciemnoniebieska koszula, którą nosił pod szatą Wielkiego Mistrza była przemoczona i poplamiona od mętnej wody. Poza tym oczywiście dochodziły plamy z krwi i rozdarcie po ostatniej ranie, prowizorycznie zaleczonej przez Aiorię. Saga czuł, że bandaż zamókł i rana lekko znów ściskała go co jakiś czas w środku. June za to przyszła bez zbroi, która zniszczyła się zupełnie ale nie chciała mu o tym mówić. Liczyła, że nie wiedział.

Dziewczyna usiadła na kamiennej posadzce i spuściła nogi do wody. Kiedy Saga stał po drugiej stronie krat ich twarze znajdowały się mniej więcej na tym samym poziomie. Kamień był już odrobinę śliski, dopiero rano przeprowadzano czyszczenie ścieżki. June trzymała rękami kraty. Były szorstkie i pełne wypukłości przez osadzającą się wszędzie rdzę. To także czyszczono i sprawdzano regulanie, rdza mogła przecież w końcu całkowicie przetrawić metal powodując, że stanie się kruchy. Niestety, na pewno nie nastąpiłoby to szybko, nawet gdyby zaniedbano na jakiś czas rutynowego sprawdzania.

- Te kraty są okropnie grube – June odłożyła na bok maskę. Nie mogła objąć żadnej z nich dłonią na szerokość. – Co za okropne miejsce!

- Hehe – obecność June wprawiła Rycerza Bliźniąt w dobry humor, jakiego nie miał od bardzo dawna. Oddalony od Ateny czuł się zadziwiająco lekko. – Sam zadbałem żeby było takie obwarowane i zabezpieczone. Dobrze je na siebie przygotowałem. – dodał żartobliwie. Cieszył się, że widzi June po raz ostatni. Sam nie zdawał sobie sprawy jak ciężko byłoby im obu na duszy gdyby nie spotkali się przed tym co miało nastąpić. Ares powoli będzie się budził, ale Camusowi nie wolno pozwolić na długie widzenia. Saga znał regulamin na pamięć, sam go układał, co za ironia. Lekki uśmiech nie schodził mu z twarzy.

- Przestań tak mówić! Chcę, żeby cię stąd jak najszybciej wypuścili! – powiedziała June, która wcale nie podzielała rozbawienia Rycerza. Była bardzo przejęta i ciągle miała resztki łez w oczach.

Jak widać jeszcze nie znała planu Ateny, to chyba lepiej. Saga miał cichą nadzieję, że Saori nie zdąży wysłać do miasta nikogo z instrukcjami i dziewczyna nigdy się o nim nie dowie. Mało prawdopodobne, ale możliwe. Nie wchodziło w grę żeby i June i sama Atena, dwie najważniejsze w jego życiu osoby miały się wystawiać na takie ryzyko tylko dlatego, że jest szansa (ale tylko szansa!) na zapieczętowanie Aresa na zawsze. Saga pomyślał o wszystkich tych momentach kiedy coś burzyło się w jego wnętrzu i tracił nad sobą kontrolę. Tego nie dało się opanować. Ares był niezwykle wyczulony na jakiekolwiek działanie przeciwko sobie. A co dopiero mówić o planie, o którym Saga dodatkowo by wiedział. Ich umysły przenikały się przecież w pewnym stopniu. Były Wielki Mistrz nie wierzył w metodę osiągania celu poprzez tak zwaną 'wiarę, że to się może udać'. Był na to stanowczo zbyt rzeczowy i zbyt wielu rzeczy w życiu doświadczył jako polityk i militarny dowódca. Ares był bogiem wojny, ale potrzebował także zdolności Sagi, tak samo jak Atena wcieliła się w kogoś o tendencjach do niezwykle dobrego charakteru, bezinteresowności i empatii. Ponieważ Saga nie mógł bezpośrednio zmienić tego co postanowił Ares, to znaczy na przykład abdykować ze stanowiska Wielkiego Mistrza, popełnić samobójstwa czy drastycznie zmienić polityki, którą prowadził bóg wojny, Rycerz Bliźniąt starał się chociaż organizować wszystko jak najlepiej i pilnował żeby ekspansywna działalność Aresa nie zniszczyła zupełnie mieszkańców państwa i podległych mu Rycerzy. Było to jednak bardzo niewiele i Sagi nie opuszczało nigdy poczucie winy. Saori odwiedzając go, mimowolnie pogorszyła tylko styuację. Rycerz Bliźniąt dokładnie wiedział, że bogini ma dobre intencje, ale nie zmieniło to jego stosunku wobec siebie. Niestety, zawsze był słabym człowiekiem. Nie potrafił honorowo i lojalnie służyć Atenie, ani też nie miał silnej woli żeby sprzeciwić się dominacji Aresa.

Nie pomyślał o tym, jak szybko dusze Ateny czy Posejdona pochłonęły całkowicie ciała Saori Kido i Juliana Solo.

Najwięcej było mu żal tej dziewczyny, którą miał teraz przed sobą i z którą musiał się pożegnać tak żeby tego nie zauważyła. Nie spodziewał się, że ją tu wpuszczą i dlatego nie pomyślał nad jakąkolwiek strategią żeby ją do siebie zrazić. Kombinował więc teraz, miał jedynie dziesięć minut czasu.

- Jak Atena mogła kazać cię tutaj zamknąć! Wszyscy przecież widzieli, że uratowałeś jej życie. – powiedziała June. Saga czuł, że dziewczyna znów zacznie płakać. Nie była tak drobna i delikatnej budowy jak Marin, jej ukryte zdecydowanie i okazyjna nutka twardej bezwzględności czasami ujawniały się w zadziwiająco precyzyjnych atakach, czy chłodnych osądach. Była to jednak strona, o której June zdawała się nie wiedzieć, a która odpowiednio ukształtowana mogłaby pomóc dziewczynie rozwinąć swoje umiejętności walki i zdobyć status Srebrnego Rycerza. Sagę lekko ukłuło w piersi i odpędził od siebie możliwość, że mógłby kiedykolwiek pomóc jej w szkoleniu. Nie miał czasu na roztkliwianie się. Musiało już minąć dobre kilka minut.

- To ty uratowałaś jej życie – sprecyzował – Raczyła ci może okazać jakąkolwiek wdzięczność jak na razie?

June nie odpowiedziała.

- Tak myślałem. Wielcy ludzie są zawsze zbyt wysoko żeby się takimi rzeczami przejmować. Mogłem pozwolić ją zabić.

- Nie mów tak! – oburzyła się June – Jesteś Rycerzem Ateny.

- Ty też nim jesteś, spełniłaś swój obowiązek, prawie nie zginęłaś i nic z w zamian nie uzyskałaś. Zresztą, to było do przewidzenia... Po co właściwie skakałaś w centrum tego wszystkiego?

Popatrzyła na niego z niedowierzaniem. Otworzyła usta żeby coś automatycznie odpowiedzieć, ale patrzył jej cały czas w oczy z uśmiechem powątpiewania, sprawiając, że nie wygłosiła standardowego zdania o ratowaniu Ateny. Nie powiedziałaby zresztą prawdy.

- Skoczyłam tam ponieważ ty byłeś w potrzebie – powiedziała wreszcie – A nie ze względu na Atenę.

- Haha! – Saga dalej ciągnął swoją grę – O ile pamiętam to właśnie wysysałem z niej życiową energię, która zapewniłaby mi panowanie nad Grecją i przewagę nad innymi bogami. To ona leżała bezwładnie w moich ramionach i czekała na śmierć, ja czułem się całkiem dobrze.

June odsuneła się od krat. Saga przeciwnie, oparł na jednej z nich twarz dalej się uśmiechając ironicznie. Dziewczyna nie dowierzała temu co słyszy. Kilka razy sprawdziła odcień włosów swojego rozmówcy, ale był całkowicie niebieski. Białka oczu także wyglądały przerażająco normalnie. Saga zauważył gdzie podążył jej wzrok, ale nie dał tego zupełnie po sobie poznać.

- Widzisz, ja i Ares żyliśmy w jednym ciele przez trzynaście lat. Przez ten czas można się od siebie wiele nauczyć. Ja dowiedziałem się między innymi tego, że wszyscy bogowie są tacy sami.

- Jakto? Co masz na myśli? – zapytała ze zgrozą. Powoli zdawała sobie sprawę z tego jakie było prawdziwe oblicze Rycerza. Nadal nie chciała do siebie dopuścić faktu, że pozostali Złoci Rycerze mieli rację. Jednak był zdrajcą.

- Atena jest taka sama jak Ares. Tak samo samolubnie chce uzyskać panowanie nad ziemią. Widzisz June, ja po prostu byłem bardzo blisko władzy, którą mógłbym z Aresem dzielić. Wiem dobrze, że chciałaś mi pomóc i nie mam do ciebie żalu. Wierzyłaś po prostu w tę samą ideologię, którą Atena wpoiła swoim Rycerzom dwieście lat temu i której manipulacyjny charakter jako Wielki Mistrz usilnie próbowałem wszystkim wytłumaczyć.

- Poprzez manipulowanie ludźmi dla swojej własnej korzyści tym razem? – oburzyła się dziewczyna. Saga czuł ciężkość w piersi.

- Musiałem najpierw sprawić żeby zobaczyli mój punkt widzenia.

- Tak? A tych, którzy go nie zobaczyli kazałeś zamordować, jak poprzedniego dyrektora szpitala?! – rozzłościła się. Nie skomentował jej słów.

- Wiesz, miałem kiedyś brata, bliźniaka nota bene. Zawsze mi powtarzał: 'Saga, ty głupcze, udajesz świętoszka służącego Atenie i marnujesz sam swoje możliwości. Dlaczego nie pomyślisz o władzy, którą masz na wyciągnięcie ręki?'. Znał mnie bardziej niż ja siebie i dobrze wiedział, że zależy mi na władzy. Szkoda, że wsadziłem go do Sunnion.

- I...co się z nim stało? – zapytała June nie dopuszczając do siebie tego jakie to było oczywiste.

- Pfff... – wypuścił powietrze i uśmiech ledwo zauważalnie zbladł mu na ustach – Co się mogło stać? Przyszedł przypływ.

Nie podniósł na nią wzroku ale dalej się uśmiechał.

- Jak ... mogłeś .. to... zrobić?! – powiedziała powoli June. To nie było pytanie.

- Hehe, zabiłem w życiu wiele osób i uwierz mi, że taka śmierć nie była wcale najgorsza. No ale wróćmy do ciebie. – znów na nią spojrzał. Przysunął twarz do krat i oparł policzek na jednej z nich przymrużając lekko oczy – Chciałbym cię o coś prosić.

Rozczarowanie June jeszcze niezupełnie do niej doszło, opóźniane przez zaskoczenie, które zdominowało cały jej umysł. Napotkała jego uwodzicielski wzrok i czuła, że nadal nie jest w stanie go zignorować.

- Co takiego? – zapytała ostrożnie.

- Ponieważ planują potrzymać mnie tu nieco dłużej, nie będę miał zupełnie szansy spotkania z Ateną. Może pomogłabyś mi zorganizować jej wizytę w więzieniu? Wiem, że mogę ci ufać i chętnie podzielę się z tobą władzą, która przypadnie mi w udziale jak tylko pozwolę Aresowi pozbyć się Saori.

Ledwo zdążył dokończyć zdanie. Ręka June przeszyła powietrze i wymierzyła mu potężny policzek. Saga nic nie powiedział tylko nadal się uśmiechał, kiedy June jedynie przelotnie na niego patrząc wstała z miejsca i stanęła nad nim oburzona.

- Jak ŚMIESZ mi coś takiego proponować! Nie mogę uwierzyć, że to ty, Saga!

- Niestety to ja.

June nie spała całą noc i dopiero godzinę przed pzryjściem tutaj przestała płakać.

- Lepiej by było żebyś wtedy zginął!

- Czyli jednak mi nie pomożesz? – zapytał nic sobie nie robiąc z jej zdenerwowania.

June nie wytrzymała. Złapała maskę z podłogi, odwróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.

- Bądź przeklęty! – krzyknęła jeszcze i pobiegła korytarzem.

Zaraz na zewnątrz wpadła prosto na Camusa. Szedł poinformować ją, że czas wizyty minął. Niepotrzebnie. Rycerz Wodnika patrzył tylko jak dziewczyna szybkim krokiem mija zgromadzonych żołnierzy i wbiegnąwszy na schody znika za rogiem.

Saga został sam. Jak tylko June zniknęła mu z oczu uśmiech na jego ustach zrzedł momentalnie. Rycerz Bliźniąt nadal stał tym samym w miejscu, opierając się o lekko zardzewniały metal.

Saga myślał, że Milo już wcześniej go zabije. Niestety, zdaje się, że Atena musiała ozdyskać przytomność i znowu uprzeć się przy swoim. Mało mu było przez pół życia walczyć z jednym bogiem, żeby teraz musieć przekomarzać się z innym? Nie miał zdaje się szczęścia w życiu. Zresztą, nie należał do osób wierzących w to, że życie ma być 'szczęśliwe', trzeba tylko odpowiednio wywiązać się z obowiązków jakie akurat przed tobą zostają postawione. Nie łudził się, że życie człowieka należy do niego samego, tak nigdy nie było. Aż nadto dobrze to wiedział, nawet mając niegdyś pod sobą wszystkich Rycerzy kostelacji.

W ogóle przez to, że Milo wściekł się wtedy na niego, przestraszył Sagę nie na żarty. Rycerz Bliźniąt od razu pomyślał, że Atena jednak nie żyje. Chwilę postał w miejscu czując jak woda porusza nogawkami jego spodni. Chyba jednak zależało mu na niej.

Saga westchnął i rozluźnił się wreszcie. Usiadł w wodzie dokładnie tam gdzie stał. Z pewnością zbliżał się wieczór, już nie dużo czasu pozostało. Na razie nie miał szans na przypływ, no cóż, to by mogło trochę wszystko uprościć, ale cóż, poważne sprawy trzeba rozwiązywać dużym kosztem, w tym przynajmniej Atena podzielałaby jego zdanie. Postanowił sobie, że nie będzie myślał o June, ale zauważył, że przywoływanie jej obrazu w pewnym sensie rozjaśnia mu umysł i przynosi ulgę. Cóż, to jej przecież nie zaszkodzi w żadnym stopniu. Oddalił myśli od ich ostatniej rozmowy, jakby rozegrała się ona pomiędzy jakimiś zupełnie innymi osobami, ot, obcymi Rycerzami, albo zwyczajnymi mieszkańcami Aten. Nie udało mu się w końcu z nią pożegnać. Ale może właśnie to co zrobił było najlepszym pożegnaniem na jakie mógł sobie pozwolić? Pożałował, że nie udało mu się jeszcze raz jej pocałować. Samolubny, przecież to nie pomogłoby mu oddalić się od niej, to oczywiste. Romantyczna scena wymknęłaby się spod kontroli.

Oparł plecy o kamienny schód a głowę o kratę. Ta część jak na razie się udała, a przynajmniej miał nadzieję, że tak było. Trzeba się skoncentrować na reszcie. Wiatr przybierał na sile i zaczął zmieniać kierunek, pewnie na zewnątrz powoli się zciemnia. Sagę co chwila przechodziły dreszcze, dotknął skroni, potem dołu twarzy. Usta ma pewnie całe sine. Po co tapla się tak w tej wodzie? Zresztą, to przecież nieważne, teraz już się przecież nie zaziębi.

- Marin jeszcze nie wróciła – odpowiedział Shaka.

Saori pomyślała, że trwa to już nieco za długo. Czuła potrzebę porozmawiania z dziewczyną jeszcze tego wieczoru.

- Być może wyszła z domu i Marin musi ją znaleźć – powiedziała Atena na głos.

Saori miała podkrążone oczy. Znowu nie spała zbyt długo. Od jakiegoś czasu ilekroć zmróżyła oczy jakiś dziwny niepokój targał nią co chwila, alarmując Złotych Rycerzy, którzy przy niej czuwali. Pomimo zdenerwowania nigdy nie ośmielili się jej budzić, jako że to były jedyne chwile, kiedy mogła choć na chwilę zasnąć. Bardzo trudno było przekonać ją do odpoczynku kiedy tyle było do zrobienia. Niestety Saori nie była w żadnym razie mocna fizycznie i Złoci Rycerze martwili się o jej zdrowie. Ostatnio obudziła się po niecałej godzinie snu, bardzo gwałtownie, jakby ze strachem. Jeszcze nie wydobrzała po dwóch ostatnich atakach na swoje życie, a brak snu nie polepszał sytuacji. Wszyscy się denerwowali.

Przez to zdenerwowanie Saori nie zdążyła jeszcze porozmawiać z Rycerzem Lwa. Na razie postarała się żeby mieć go przy sobie, od czasu aż sytuacja nieco się ustabilizuje i nadaży się okazja do rozmowy.

W pokoju obok Aldebaran popatrzył przez okno. Na dole w mieście latarnie znów nie działały w tej samej dzielnicy, w której kazał je ostatnio wymienić. Podejrzewał, że ktoś kradnie niektóre z ich metalowych fragmentów. Musi przekazać Aphrodite'owi żeby wzmocnił tam straże. Odwrócił się z powrotem, napotykajac wzrok swojego rozmówcy.

Naprzeciwko siedział Aioria. Siedział i nadal milczał. Aldebaran nie usłyszał od niego ani jednego słowa odkąd Rycerz Lwa pojechał na tą przeklętą misję w Japonii.

- Powinieneś wreszcie z nią porozmawiać – zaczął. Aioria nie spodziewając się, że Rycerz Byka zejdzie na ten temat niemalże podskoczył w fotelu. Oczywiście od razu było wiadomo o kogo chodzi.

- Wiem o czym myślisz, ale to nie była twoja wina. Nie możesz czuć się odpowiedzialny za cokolwiek wtedy się stało.

Aioria popatrzył na niego niepewnie, wzrok przelatywał mu z obręczy fotela na kolana, potem znów na twarz Aldebarana. Wreszcie zatrzymał się na swoich uzbrojonych w złote rękawice dłoniach. Zbroja leciutko emanowała ciepłem i delikatną energią, jak naelektryzowana. Aioria lubił to odczucie. Nadal nic nie powiedział.

- Ona się do ciebie nie odzywa – W tym zdecydowanie tkwił sęk. Aldebaran przemyślał sytuację już wcześniej i nie oczekiwał, że Aioria zabierze głos zbyt szybko. Trzeba było spróbować wyprzedzić jego myśli, a przynajmniej przeprowadzić cały proces myślowy na głos. To mogło w pewnym stopniu uporządkować odczucia Rycerza Lwa i pomóc zracjonalizować jego zachowanie.

- Nie odzywa się dlatego, że nie wie co się stało, a nie dlatego, że cię znienawidziła – mówił dalej – Zapomniałeś, że ona nie jest Złotym Rycerzem. Nie komunikuje się z nami telepatycznie. Żaden z nas nie miał czasu z nią nawet o pogodzie porozmawiać przez to całe zamieszanie.

Pierwsza reakcja. Aioria o tym nie pomyślał. Natomiast na pewno w tej chwili skarcił sam siebie za bezmyslność. Aldebaran ucieszył się, że brną do przodu.

- Jeszcze nie rozwiązaliśmy problemu z Wielkim Mistrzem, ale na chwilę mamy spokój. Powinieneś odezwać się pierwszy. Wytłumacz jej co się stało.

Wzrok Aiorii znowu zaszedł mgłą i skupił się jakby na jakimś nieistniejącym, bardzo dalekim punkcie.

- Zresztą - ciągnął Aldebaran – Mam lepszy pomysł, mogę wysłać do niej Kikiego. Nie będzie się spodziewał, że Atena kazała jej przyprowadzić tą dziewczynę do Pałacu. Na pewno jak tylko mu powiem, to znienacka widząc Marin od razu wygada się, co się tak naprawdę zdarzyło. Nie będziesz musiał się tłumaczyć, ale dasz mi słowo, że pierwszy do niej pójdziesz a nie będziesz czekał aż zareaguje.

Aioria uśmiechnął się nie wiadomo czy dlatego, że uważał to za zbyt naiwny plan, czy z wdzięczności za dobre chęci Aldebarana. Nie zdążył się odezwać.

Nagle wszyscy poczuli potężne wyładowanie energii dochodzące z podnóży Świątyni, dokładnie tam gdzie był Camus. Kosmos Złotego Rycerza Wodnika osłabł nagle bardzo gwałtownie. Aldebaran i Aioria jednocześnie rzucili się do drzwi. Nie było czasu na słowa. Potężny wybuch nie był najwyraźniej eksplozją tak naprawdę, ponieważ nie ustawał nawet kiedy wszyscy byli już na zewnątrz pałacu. Saori w momencie zapaliła swoją energię kosmiczną. Aioria czuł ją za plecami kiedy biegł w dół schodów prowadzących do Sunnion.

Atena została na górze, w Sali Audiencyjnej pilnowana przez Shakę, Milo i Shurę, którzy akurat byli w pobliżu. Aioria biegnący wspólnie z Aldebaranem o mało nie wpadł na plecy Mu, który stanął zaraz za rogiem, naprzeciw wejścia do więzienia. Niespodziewana manifestacja energii kosmicznej skończyła się dopiero przed chwilą. Nie wydzieliła ona jakiegokolwiek światła, czegokolwiek co pozwoliłoby dostrzec wzrokiem, że coś się działo. Wszystko odbyło się wyłącznie na poziomie dziwnego pola energetycznego. Natomiast skutków nie dało się nie zauważyć. Pochodnie i lampki naftowe nieruszone paliły się jak zawsze. Mu zrobił kilka kroków wprzód i chwycił Camusa pod drugie ramię. Aioria i Aldebaran stali w miejscu nie wierząc w to co widzą. Wszyscy żołnierze pełniący tego wieczoru służbę w Sunnion leżeli martwi wokół wejścia. Ani jeden nie zdążył odejść zbyt daleko, kilku z nich tylko zastygło na ziemi, jakby w proteście. Camus, który miał skończyć służbę dopiero nazajutrz rano zwisał bezwładnie pomiędzy Aphrodite'm i Mu. Razem położyli go na ziemi. Mu zdjął leżącemu hełm i momentalnie zaświecił swoją energię kosmiczną. Nie na długo. Aioria i Aldebaran podeszli do niego. Rycerz Lwa chciał się oburzyć, że Mu przerwał leczenie w takim momencie, ale ani jedno słowo nie opuściło jego ust. Rycerz Barana zacisnął dłonie na hełmie, który trzymał. Aphrodite nie podniósł wzroku żeby napotkać oczy żadnego z nich. Camus już nie oddychał.