Kiedy Harry wreszcie się budzi, na zewnątrz jest już całkiem jasno. Blade promienie porannego słońca wpadają do sypialni przez niedbale rozsunięte zasłony. Zaciska powieki i markotnie przewraca się na drugi bok, naciągając kołdrę na głowę, żeby ostatecznie skryć się w objęciach bezpiecznej, rozgrzanej ciemności. Doskonale pamięta wydarzenia poprzedniego dnia i towarzyszące im skrajne emocje.

Nadal czeka na swój prezent, ale potrzebuje, żeby Evan wiedział, że ufa mu bezgranicznie. Zasługuje na to, po tym wszystkim, co dla niego zrobił. Postanawia też nie rozmawiać więcej ze Śmiercią, bo nie chce bardziej martwić mężczyzny. Nadal nie uważa, że to może być niebezpieczne, ale skoro jego opiekun twierdzi inaczej to nie będzie się sprzeczał. Evan jest przecież dorosły, zna się na magii i wie tak wiele rzeczy, o których Harry wciąż nie ma bladego pojęcia. Z pewnością ma rację.

Nasłuchuje w skupieniu, ale w domu jest cicho. Nie wie czy Evan oraz Nyks jeszcze śpią czy może wyszli gdzieś, zostawiając go samemu sobie. Niecierpliwie postanawia to sprawdzić.

Wchodzi do kuchni, spodziewając się tam dorosłych pogrążonych w jakiejś cichej rozmowie nad filiżanką kawy, ale nie zastaje nikogo. Może jeszcze śpią, łudzi się nikłą nadzieją, na paluszkach przechodząc do salonu.

Zasłony są zaciągnięte, przez co w pomieszczeniu jest stosunkowo ciemno jak na tę porę dnia. Evan leży na kanapie, przykładając do czoła mokrą ścierkę. Wygląda okropnie, zupełnie jak kot sąsiadów, którego raz dopadł w ogrodzie buldog ciotki Marge. Przeżuty i wypluty.

- Źle się czujesz? – pyta od razu zmartwiony, wracając wspomnieniami do wczorajszych wydarzeń.

- Jak diabli – odpowiada Evan z jękiem, przymykając przekrwione oczy. – Bądź tak miły i mów trochę ciszej.

Harry pochyla się nad nim, marszcząc nos, gdy dociera do niego znajoma woń przetrawionego alkoholu.

- Piłeś – ni pyta, ni oznajmia, spoglądając na opiekuna z rezerwą. Nie miał jeszcze do czynienia z pijanym Evanem, ale doświadczenia z wujem nauczyły go przezorności.

- Hej, słyszałem ten wyrzut w twoim głosie, a tak się składa, że jestem dorosły i wolno mi pić.

Mężczyzna nie wydaje się szczególnie rozdrażniony czy w nastroju na awantury. Harry mruży oczy i pociąga nosem, po czym stwierdza oschle:

- Śmierdzisz. Powinieneś wziąć prysznic.

Jego serce łomocze mocno w piersi, kiedy odwraca się na pięcie i odmaszerowuje.


Leży na brzuchu na puchatym dywanie w maleńkiej sypialni. Podpiera się na łokciach, a nogi ma ugięte w kolanach, więc swobodnie może majdać stopami w powietrzu.

Dla własnego dobra postanowił zejść Evanowi z widoku, uznając, że opiekun zerknie na niego łaskawszym okiem, jeśli zastanie go pochylonego nad ćwiczeniami. Myślami błądzi daleko, tylko pozorując zajęcie.

Moc znów wrze w jego żyłach nieprzyjemnie. Próbuje sobie nieco ulżyć, ale martwe przedmioty nie chcą chłonąć magii.

Musiałby ją jakoś wykorzystać… ale jak? Jest zdrowy, a dywanu przecież uleczyć się nie da. Hmm… zastanawia się… mógłby go nagrzać, żeby stał się przyjemnie cieplutki. Na pewno lepiej by mu się na takim leżało.

Skupia się, myśląc intensywnie o tym, co chce osiągnąć. Jego ciało napina się, a dłonie samoistnie zaciskają w pięści.

Przelewa w życzenie trochę magii, a dywan stopniowo faktycznie staje się cieplejszy. Przesuwa dłonią po miękkim włosiu, ale okazuje się być bardzo nierówno nagrzane.

Jeszcze.

Wyobraża sobie to ponownie, nanosząc poprawki. Potrzebuje tej ulgi. Kropla potu spływa po jego czole, więc ociera ją niedbale.

Z dywanu unosi się dziwny zapach. Pochyla się, nieopatrznie opierając o niego całe dłonie, a wokół jego palców znienacka buchają płomienie. Z zaskoczonym okrzykiem podrywa się na równe nogi, wpadając plecami na komodę, która z kolei uderza o ścianę, a wszystkie drobne rzeczy ułożone na jej powierzchni rozsypują się u jego stóp. Próbuje zebrać magię, żeby zgasić rozprzestrzeniający się ogień, ale jego życzenie wcale nie działa. Nie może sobie przypomnieć jak brzmiało to zaklęcie, którego przecież nauczył się tak niedawno, a płomienie szybko pożerają zarówno miękki dywan jak i rozłożone wokół pergaminy. Drzwi otwierają się z hukiem.

- Aquamenti – woła Evan od progu, a wartki strumień momentalnie zalewa posadzkę. Sekundę później już jest po wszystkim. Harry przestępuje z nogi na nogę, wbijając wzrok w swoje stopy, bo boi się zobaczyć rozczarowanie na twarzy opiekuna. – Nic ci nie jest?

Zmieszany unosi głowę. Evan wygląda już lepiej, choć jego oczy wciąż są podkrążone, a twarz blada. Ze świeżo umytych włosów skapują pojedyncze krople wody. Nie wydaje się zły, jedynie zmartwiony.

- Nie, przepraszam.

Macha niedbale rękę.

- Nie przepraszaj. Nic się przecież nie stało.

Harry spogląda z powątpiewaniem na bałagan zdobiący środek pokoju.

- Ale…

- Wypadki się zdarzają. – Wskazuje różdżką to, co kiedyś było dywanem i stertą zapisanych pergaminów. – Evanesco. Chłoszczyć. Widzisz? Ani śladu.

Harry czuje się nieco lepiej, widząc, że faktycznie nie zdarzyło się nic poważnego. Jest tylko zirytowany, bo cała jego praca poszła na marne i zapewne będzie musiał zacząć od nowa. Pod względem nauki w tym domu nie ma taryfy ulgowej.

- Czujesz się już lepiej? – pyta, zmieniając temat, bo ma ochotę rozpłakać się na samą myśl o tym, że znowu będzie ślęczeć nad tekstem przez wieczność.

- Powiedzmy – odpowiada Evan, ale w jego ruchach jest wyraźna sztywność i zdecydowanie uważa na swoją głowę, więc zapewne nadal go boli. – Śniadanie?

- Jajka i bekon? – interesuje się Harry, któremu szybko wraca dobry humor. Choć Evan nigdy go nie każe, nawet jeśli przekroczy jakąś granicę, to chłopiec nie lubi, kiedy opiekun jest na niego zły.

- Brzmi jak dobry plan – uśmiecha się, podnosząc z ziemi ręcznik i wycierając włosy. – To co? Opowiesz mi, co się stało?

Wychodzą z sypialni ramię w ramię.

- Chciałem nagrzać dywan.

Evan śmieje się rozbawiony, a Harry spogląda na niego z ukosa. Lubi sprawiać mu przyjemność, nawet kosztem własnej niewiedzy czy braku odpowiednich umiejętności.

- W pewnym sensie ci się to udało – stwierdza wesoło.


Poruszają się po kuchni, nie wchodząc sobie w drogę. Są przyzwyczajeni do współpracy, choć ta domowa sielanka nie trwa przecież długo. Harry'emu wydaje się, że zna go całe życie.

Evan przygotowuje śniadanie, a chłopiec nalewa wody do czajnika i wyciąga z szafki dwa identyczne, białe kubki. Do jednego wsadza saszetkę z aromatyzowaną herbatą, a do drugiego wsypuje dwie łyżeczki kawy. Evan zawsze powtarza, że lubi swoją kawę gorzką i czarną jak jego dusza. Harry uważa, że to głupie porównanie.

Po kilkunastu minutach siedzą wreszcie naprzeciwko siebie. Chłopiec z apetytem pałaszuje posiłek, natomiast mężczyzna półleży na kuchennym stole, obejmując ramieniem kubek z kawą, a przy tym, pozieleniały na twarzy, piorunuje wzrokiem swój pełny talerz, nie tknąwszy nawet kęsa.

Harry'emu jest go naprawdę szkoda. Nie chce, żeby źle się czuł, więc z determinacją i skupieniem wyciąga dłoń, kładąc mu ją czole.

- Co robisz?

Chłopiec przekrzywia głowę, przygryzając dolną wargę, ale nie odpowiada. Walczy sam ze sobą, żeby skupić swoją magię w odpowiedni sposób i nie pozwolić jej znowu zrobić czegoś głupiego. Ćwiczyli tą czynność tak wiele razy, że powinna przychodzić mu z łatwością, a jednak wciąż sprawia trudność, jakby byli w trakcie zabawy w kotka i myszkę. Umyka, wijąc się między palcami, kryjąc się tuż pod skórą z wyraźnie wyczuwalnym rozbawieniem. Harry marszczy brwi z niezadowoleniem dopóki wreszcie nie udaje mu się pochwycić tej pulsującej ciepłem, rozedrganej wstęgi we własnym wnętrzu. Szarpie nią krótko, niemalże boleśnie, zmuszając do bezwzględnego posłuszeństwa. Czuje ją w opuszkach palców, kiedy walczy o utrzymanie kontroli, zaciskając zęby z całej siły. Modli się w duchu, żeby nie zrobić Evanowi krzywdy zbytnim pośpiechem. Obserwuje uważnie każde drgnięcie mięśni na jego poszarzałej twarzy, szukając jakichkolwiek oznak bólu. Rysy mężczyzny miękną, a oczy rozszerzają się z zaskoczenia.

W końcu uznaje, że wystarczy, więc zabiera dłonie, ocierając spocone z wysiłku czoło.

- Lepiej? – pyta krótko z nadzieją.

Evan ostrożnie przekrzywia głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, po czym przeciąga się niczym rozleniwiony kot.

- Nieźle – stwierdza z niedowierzaniem wyraźnie słyszalnym w głosie. – Dobra robota, dzieciaku.

Harry rozpromienia się niczym słońce w letni, bezchmurny dzień i wraca do jedzenia jak gdyby nigdy nic, choć jego policzki pokrywa jaskrawoczerwony rumieniec.

Evan spogląda na niego z dumą rozpierającą pierś. Wie ile energii kosztowało chłopca to przedsięwzięcie i jaki poziom skupienia musiał osiągnąć, żeby go nie skrzywdzić. Jest pod ogromnym wrażeniem, choć wie, że to zapewne jeden sukces na setki niepowodzeń, których Harry zapewne doświadczy zanim faktycznie zdoła zapanować nad całą swoją niezwykłą mocą.

- Gdzie jest Nyks? – pyta chłopiec znienacka, przerywając ciszę.

Evan przełyka kawałek dobrze wysmażonej kiełbaski, po czym wzrusza ramionami.

- Trochę się wczoraj pokłóciliśmy – oznajmia beztrosko, choć rozdrażnienie sytuacją momentalnie powraca. - Nie sądzę, żeby prędko nas ponownie odwiedziła.

Harry przesuwa po talerzu resztki jajecznicy, unikając spoglądania na opiekuna. Dłuższą chwilę zajmuje mu zebranie się na odwagę by dopuścić do głosu własne wątpliwości.

- Czy to przeze mnie?

- Co? Nie, nie! To nie ma nic wspólnego z tobą. Nyks po prostu… - urywa, jakby nie wiedział, co powiedzieć, więc może wymyśla jakieś kłamstwo na poczekaniu. - To stara wariatka z urojeniami – kończy w końcu niezręcznie, wstając od stołu i zbierając naczynia. – My tylko… cóż, nie we wszystkim się zgadzamy, wiesz? A ona nie potrafi trzymać języka za zębami, nawet w sprawach, które jej nie dotyczą. Nie masz się czym przejmować.

Harry przyjmuje do wiadomości te informacje, starając się nie roztrząsać, żeby nie czuć się winnym. Wie, że poprzedniego dnia przesadził. Niepotrzebnie mówił im o Śmierci, ale musiał jakoś wyjaśnić to, skąd wziął drugiego Skarbusia. Mógł dać jej coś innego w prezencie. Z pewnością było coś na czym jej zależało i czym Harry mógł zaskarbić sobie jej łaski.

No coż… mleko się rozlało i nic już na to nie poradzi. Chyba, że Śmierć umie cofać czas to ewentualnie… Nie, przecież obiecał! Żadnych nienaturalnych kontaktów.

- Mogę ci już dać mój prezent? – pyta, zmieniając temat, licząc na to, że Evan ponownie się rozchmurzy.

- Jasne. – Mężczyzna mruga do chłopca zawadiacko, a jego twarz traci zupełnie ten spięty, rozgniewany wyraz.– W zasadzie jestem niezmiernie ciekawy, co też dla mnie przygotowałeś.

Harry wierci się na krześle kompletnie speszony całkowitą uwagą jaką nagle zostaje osaczony. Evan… bywa intensywny. Zupełnie niezainteresowany w jednej chwili, w drugiej wydaje się przeszywać go na wskroś, jakby zaglądał prosto w umysł i serce swojego rozmówcy. To jak stanie w świetle reflektorów, bez jakichkolwiek szans na ukrycie się. Harry natomiast preferuje bycie niedostrzegalnym, niczym zaledwie cień prawdziwego człowieka, ponieważ zwykle ludzie skupiają się na nim tylko na moment przed tym jak zamierzają go ukarać za coś czego przeważnie nie zrobił.

Ogarniają go wątpliwości, więc chowa dłonie pod stołem i ze zdenerwowania wyłamuje sobie palce. A co, jeśli jego prezent się nie spodoba? Jeśli opiekun uzna, że jest głupi i zupełnie bezwartościowy? W końcu to nic specjalnego. Zwłaszcza w porównaniu do podarunku dla Nyks.

Spojrzenie Evana łagodnieje.

- A może najpierw ja zacznę? – proponuje miękko, ale nie czeka na odpowiedź, wychodząc z kuchni.

Wraca niecałą minutę później, dzierżąc w dłoni długi, dość wąski pakunek w czerwono-srebrnym kolorze. Harry spogląda na niego z nieukrywaną ciekawością. Co to może być? Ten kształt w zasadzie niczego mu nie przypomina ani nie nasuwa żadnych wniosków.

Jest tak podekscytowany, że z trudem powstrzymuje się przed rozerwaniem ozdobnego papieru na strzępy. To drugi prezent w jego krótkim życiu i chciałby celebrować tą niesamowitą chwilę w nieskończoność. Wciąż bowiem nie może się nadziwić, że ma kogoś kto chce mu cokolwiek podarować.

Dostał już czarodziejską szatę oraz masę magicznych słodyczy i nadal nie potrafi uwierzyć, że to nie sen. Odkłada pakunek na stół, ostrożnie, żeby niczego nie uszkodzić, po czym podrywa się z krzesła, żeby przytulić Evana.

- Jesteś najlepszy – wyrzuca z siebie z całą wdzięcznością jaką właśnie czuje.

- Hej, nawet nie sprawdziłeś, co to jest! – protestuje mężczyzna, ale pozwala się obejmować i nawet odwzajemnia uścisk. – A jeśli ci się nie spodoba?

- To prezent – oświadcza Harry głosem stłumionym przez materiał miękkiego podkoszulka. – Na pewno będzie świetny.

Evan czochra jego włosy, po czym odsuwa się, ponaglając:

- No już, otwórz to się przekonamy.

Chłopiec rozrywa papier, a jego mina stopniowo rzednie. Oburącz podnosi rozpakowany przedmiot, trzymając go daleko przed sobą niczym sklątkę tylnowybuchową. Mruga nawet w zwolnionym tempie, jakby niedowierzał własnym oczom. Evan natomiast wybucha gromkim śmiechem.

- O Merlinie… N-nie patrz… tak na mnie… - wydusza z trudem, kiedy Harry posyła mu urażone spojrzenie. – To tylko dziecięca miotła. Nie ugryzie cię.

- I co ja mam z nią zrobić? – pyta chłopiec ze zmieszaniem. - Posprzątać?

Rozbawienie mężczyzny sięga zenitu, niemal zwalając go z nóg, więc podtrzymuje się stołu, żeby nie upaść. Harry naprawdę stara nie czuć się obrażony tym, że to on jest obiektem drwin.

- P-przepraszam, a-ale… N-nie mogę… Żałuj, że nie widziałeś swojej miny – parska, ewidentnie próbując się uspokoić. - To miotła do Quidditcha. Oglądaliśmy takie na ulicy Pokątnej, pamiętasz?

Chłopiec odkłada ją na stół, odsuwając od siebie jak najdalej.

- Mówiłem ci, że na to nie wsiądę – oświadcza bez śladu najmniejszego zawahania, nie pozostawiając żadnego miejsca do dalszej dyskusji. Evan ociera łzy nagromadzone w kącikach oczu.

- Nie będę cię zmuszał. Jednakże, jeśli kiedyś zmienisz zdanie to znajdziemy miejsce, gdzie bezpiecznie mógłbyś ją przetestować. – Harry próbuje robić dobrą minę do złej gry, ale uśmiech na jego twarzy wygląda raczej blado. Evan szturcha go w ramię. – Rozchmurz się, dzieciaku, mam dla ciebie coś wyjątkowego. Przecież znam twoje zdanie na temat latania, ale nie mogłem sobie odmówić zobaczenia twojej reakcji.

- Latanie wydaje się w porządku – wyznaje chłopiec cicho, po czym dodaje szybko: – Ale nie na kiju.

- Dobrze, dobrze, wstrzymamy się z miotłą aż będziesz gotowy, ale jak już mówiłem… tak naprawdę mam dla ciebie inny prezent. Tak jakby. Nie musisz zaakceptować tej oferty, ale chciałbym, żebyś się nad nią poważnie zastanowił zanim ją odrzucisz. Powiedzmy, że to będzie pierwsza dorosła decyzja jaką przyjdzie ci podjąć. Nie musisz się jednak śpieszyć, to propozycja w żaden sposób nieograniczona w czasie – mówi szybko, nieco chaotycznie, jakby sam jeszcze się wahał czy Harry powinien się zgodzić czy też nie. Dopiero pod koniec swojej przemowy kładzie na stole niepozorną, smukłą fiolkę pełną grafitowej cieczy o intensywnie pomarańczowym połysku. Harry obserwuje ją bez zrozumienia. Nie ma pojęcia, co to za płyn i do czego może służyć. – To eliksir naprawiający wzrok. Jeśli postanowisz go wypić, nie będziesz już potrzebował okularów, ale muszę cię uprzedzić, że sam proces naprawczy jest ponoć bardzo bolesny. Nie próbowałem tego na sobie, więc nie potrafię konkretnie określić skali bólu, ale nie spodziewaj się niczego przyjemnego.

Harry spogląda na fiolkę z oszołomieniem pomieszanym z lekką nutką strachu. Nie podoba mu się myśl o jakimkolwiek bólu, ale…

- Widziałbym normalnie? – pyta z niedowierzaniem i nadzieją jednocześnie. To brzmiało jak nierealne marzenie, a rozwiązałoby całą masę jego problemów. Nigdy więcej nie musiałby się martwić, że je stłucze i dostanie za to lanie. Nikt nie wypominałby mu ile pieniędzy kosztują takie okulary i nie nazywałby go darmozjadem. Nie byłby też taki bezbronny, gdyby znowu je zgubił. Gdyby Dudley znów go dopadł i uderzył, odłamki szkła nie zraniłyby jego twarzy ani oczu. Może pocierpiałby trochę, ale czy to nie byłoby warte wszystkich korzyści? Umiał przecież sobie radzić z bólem.– Doktor od oczu powiedział, że już zawsze będę nosił okulary.

- Jesteś czarodziejem, Harry – informuje Evan przypominająco, brzmiąc przy tym bardzo poważnie i doniośle. Jakby posiadanie magii było naprawdę czymś wyjątkowym. Jakby nic nie mogło się z tym równać. - Powinieneś przyzwyczajać się do tej myśli. Przy odpowiednich środkach i znajomościach… nasz świat ma naprawdę wiele do zaoferowania. – Jego nastrój zmienia się zupełnie w zaledwie ułamku sekundy, szybciej niż mrugnięcie okiem. Ruchy stają się żywsze, niemal gorączkowe, kiedy gestykuluje, odsuwając od chłopca zarówno miotłę jak i fiolkę, jednocześnie zbierając resztki papieru, żeby wyrzucić je do kosza. Harry ledwo nadąża nad tym nagłym zamętem, jakby wokół kręciło się dziesięć osób, a nie jedna. – Nie musisz decydować dzisiaj. Ani nigdy w zasadzie. Możesz ją zachować jako zabezpieczenie w dalekiej przyszłości, bo, prawdę powiedziawszy, ciężko to cholerstwo dostać. Albo możesz wyrzucić, jeśli wolisz. W każdym razie to twoja decyzja i nie zamierzam się w nią wtrącać. Zaoferowałem jedynie to, co uznałem za słuszne, żebyś wiedział, że masz w ogóle taką opcję. A teraz, co z moim prezentem? Gorszy niż moje to on raczej nie będzie, co?

Harry mruga otępiale, przetwarzając w głowie jego słowa. Powoli, bo w czasie swojej wypowiedzi Evan nie robił żadnych przerw na wdechy, jakby w tym przypadku powietrze było mu zupełnie zbędne. Chłopiec czasami nie pojmuje tego mężczyzny. Jest taki sprzeczny, że aż nieprzewidywalny, a Harry umie pracować na schematach, na tym, co dobrze zna, więc czasami potrzebuje sporo czasu, żeby ogarnąć sytuację.

- Ja… nie wiem.

- Nie wiesz czy będzie gorszy? Czy nie wiesz co planowałeś mi dać?

- Nie, nie… J-ja… Czy możesz się na chwilę zatrzymać?

Evan faktycznie przystaje, będąc już po drugiej stronie stołu, opiera się o niego rękami, pochylony w stronę Harry'ego i poświęca mu całą swoją uwagę, tym samym pesząc go.

- M-myślę, że ch-chciałbym – jąka się chłopiec, próbując zebrać myśli i się wysłowić, ale naprawdę bardzo nie lubi być w centrum takiego bezpośredniego zainteresowania. – Znaczy eliksir. Fajnie byłoby nie nosić okularów, ale nie chcę tego robić już teraz. I czy… czy możesz…?

- Oczywiście, że będę z tobą – mówi tonem sugerującym, że Harry jest głuptasem, sądząc, że Evan zostawiłby go z tym samego. - Ktoś musi trzymać rękę na pulsie.

- A co do prezentu…


Siadają naprzeciw siebie nieopodal rozpalonego kominka. Magiczne polano pali się nadal nieprzerwanie, przyjemnie ocieplając pomieszczenie. Zasłony wciąż są zasunięte, utrzymując wewnątrz klimatyczny, uspokajający półmrok. Ogień rzuca na ich twarze długie, migoczące cienie, kiedy wpatrują się w siebie w skupieniu.

Evan szepta zaklęcie, zastanawiając się jednocześnie, jaki jest plan. Nie sądził, że Harry zechce ćwiczyć cokolwiek w czasie wolnym od ich zajęć, ale nie zamierza protestować.

Wkrótce są już w umyśle chłopca i Rosier czuje dumę, rozglądając się wokół z uznaniem. Las wygląda naprawdę imponująco i choć wie, że sam przyczynił się do tego w największym stopniu to nie udałoby się bez chętnej współpracy Harry'ego. Za każdym razem dzieciak starał się ze wszystkich sił, żeby zaspokoić wygórowane wymagania swojego opiekuna i Evan doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Nadal mnóstwo pracy przed nimi, ale początkowo wcale nie spodziewał się, że w tak krótkim czasie będą w stanie osiągnąć podobne efekty.

- Co teraz? – pyta z ciekawością. Harry spogląda na niego w milczeniu, a jego intensywnie zielone oczy lśnią determinacją. Wsuwa swoją drobną rączkę w dłoń starszego mężczyzny, po czym odwraca się na pięcie i ciągnie go za sobą.

Przemierzają wyimaginowany las w zupełnej ciszy. Evan wciąż poświęca całą swoją uwagę, żeby napawać się ich wspólnym sukcesem. Uwicie tak realnego obrazu z wyobrażeń to majstersztyk na miarę światową. Nie, żeby się przechwalał, bo to po prostu najzwyklejsze stwierdzenie faktu. Zaklęć, których musiał użyć, żeby zbudować i zakorzenić wizualizację, z pewnością nie powstydziłby się sam Merlin.

Mijają niezliczone drzewa oraz krzewy, które tylko czekają na powiązanie ich ze wspomnieniami z bliższej i dalszej przyszłości. To grunt przygotowany na to, co dopiero ma nadejść. Wiele lat przeminie nim wszystko, co udało im się stworzyć, wypełni się na tyle, żeby konieczna była rozbudowa.

Zagłębiają się w las, w ciemne, ponure rejony zasnute mgłą tak gęstą, że Evan z trudem dostrzega chłopca idącego tuż przed nim. Ściółka pod ich stopami zdaje się mokra i lepka, a każdy krok wymaga wysiłku, żeby oderwać się od niepewnego podłoża. Kora na ogromnych, fundamentalnych pniach jest szorstka, a wokół zdeformowanych, nienaturalnie powykrzywianych gałęzi wyglądających jak ramiona wyciągane zachłannie w kierunku zbliżających się ofiar, owijają się pokryte ostrymi kolcami pnącza.

- Gdzie jesteśmy? – pyta w końcu Evan, zupełnie nie kojarząc tego miejsca.

- Shhh – szepcze Harry, nieznacznie odwracając głowę, żeby posłać mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie. Jego oczy lśnią groźnie nienaturalną, jaskrawą zielenią, a uścisk na dłoni zacieśnia się niemal boleśnie. – Tu nie jest bezpiecznie.

Ciemność gromadząca się wokół nich, żyje własnym życiem. Pulsuje gniewnie, zacieśniając bezlitosny uścisk i niemalże odbierając dech. Evan spina się i rozgląda ostrożnie, czując na sobie palący wzrok czegoś skrytego pod wieloma warstwami nieprzeniknionego mroku. Obecność wydaje się podejrzanie znajoma, ale w zasadzie nie jest częścią Harry'ego, nawet jeśli usiłuje sprawiać właśnie takie wrażenie. To coś, czemu Rosier musi przyjrzeć się z największą starannością w najbliższym możliwym czasie.

Wkrótce docierają na miejsce. Chłopiec puszcza go, cofając się o krok, a jego twarz jest blada i nieprzyjemnie ściągnięta.

- Chciałeś wiedzieć dlaczego boję się wody.

Evan faktycznie pytał o to kilka razy w ciągu ostatnich miesięcy, ale chłopiec zbywał zainteresowanie kompletnym milczeniem. Zamykał się w sobie, uciekał spojrzeniem i godzinami wydawał się oderwany od rzeczywistości, jakby raz za razem odtwarzał w głowie nieprzyjemne wspomnienia.

- Chciałem – przytakuje, bo nie ma sensu zaprzeczać. – Ty natomiast zapierałeś się rękami i nogami, żebym niczego się nie dowiedział. Skąd ta nagła zmiana?

- Ufam ci, Evan – wyznaje nieśmiało, spoglądając na opiekuna spod długich, ciemnych rzęs.

Rosier uśmiecha się miękko, gratulując sobie w duchu sukcesu. Trzy miesiące z lekką nadwyżką i proszę bardzo, cel osiągnięty. A podobno nie jest osobą godną zaufania…

- Wiem, dziecko. Nie musisz jednak robić nic wbrew sobie. Mogę poczekać aż naprawdę będziesz gotowy.

Kłamie, bo w rzeczywistości aż go skręca, żeby wyciągnąć z chłopca wszelkie, choćby najmniej istotne tajemnice. Chce wiedzieć co myśli, co czuje; móc przewidywać, co zrobi i jak się zachowa.

- Powiedziałeś, że jesteśmy w tym razem. Ty i ja – stwierdza, mierząc go niepewnym, pełnym nadziei spojrzeniem, po czym dodaje: - Mam tylko ciebie.

Kiedy dotykają korzeni odpowiedniego drzewa, Harry znów ściska jego rękę w niemal bolesny sposób.

Wspomnienie jest krótkie, ale niesamowicie wyraźne, choć Harry miał wtedy najwyżej pięć lat. Wyryło się głęboko w pamięci, żywe i świeże, jakby wydarzyło się zaledwie wczoraj.

Chłopiec kąpał się, samodzielny jak zawsze, przyzwyczajony do bycia pozostawionym samemu sobie. Woda lała się z kranu, zagłuszając wszelkie dźwięki, podczas gdy Harry nieporadnie mył swoje włosy. Oczy miał zamknięte, żeby nie dostał się do nich szampon, więc pozostawał zupełnie nieświadomy aż do chwili, kiedy było już za późno. Ktoś pchnął go z całej siły, aż jego głowa zniknęła pod powierzchnią. Próbował się wydostać, ale coś dociskało go do jasnego dna. Usiłował krzyczeć, ale nos i usta zalewała mu mętna woda. Nie mógł oddychać, a płuca i nozdrza płonęły bólem, tak samo jak, szeroko rozwarte w panice, oczy. Wierzgał i wił się, walcząc ze wszystkich sił, ale pozostawał bezradny. To było potworne, przerażające doświadczenie. Serce waliło mu w piersi, mocno, ale z każdą chwilą coraz mocniej, jakby opór stawał się coraz cięższy do przezwyciężenia. Harry nigdy wcześniej aż tak bardzo się nie bał.

Z wody wyciągnęły go kościste ręce ciotki, a przemoczony do suchej nitki kuzyn stał tuż obok ze złośliwym wyrazem na pucołowatej twarzy. W tym momencie wspomnienie rozmyło się, a wyczerpany walką chłopiec stracił przytomność.

Wycofują się w głąb umysłu Harry'ego, a zaraz później wracają do rzeczywistości. Dzieciak drży niekontrolowanie na całym ciele, jakby znów przeżywał całą sytuację, a łzy ciekną mu po twarzy, choć nie wydaje z siebie choćby najmniejszego dźwięku. Evan przyciąga go do siebie, otulając bezpiecznie ramionami i starając się go uspokoić. Kołyszą się lekko w przód i w tył, w tej niezbyt wygodnej, pokracznej pozycji, pochyleni ku sobie, wciąż siedząc po turecku na starym dywanie.

- Mógłbym wymazać to wspomnienie z twojej pamięci – mówi cicho, ale z wahaniem. Ostatecznie nie chce ingerować w ten sposób w umysł chłopca, bo konsekwencje mogą stać się trudne do przewidzenia. Są sposoby, żeby obejść Obliviate, przypomnieć sobie pewne rzeczy, choć nigdy nie wszystkie. Te konkretne jednakże są wystarczająco związane z adrenaliną i gwałtownymi, negatywnymi emocjami, żeby powracać samoistnie. Harry mógłby też nadal panicznie bać się wody, skoro ten strach zakorzenił się tak głęboko, że sięgał samego rdzenia mocy i powodował tym samym niekontrolowane zrywy magii. Problem polegałby na tym, że nie wiedziałby dlaczego tak się dzieje, a to po pewnym czasie mogło grozić utratą zmysłów. Zmiana takiego wspomnienia też nie wchodzi w grę, bo Evan choć utalentowany i wykraczający daleko poza przeciętność w dziedzinie magii umysłu, nie jest wszechmogący. Ludzki mózg to skomplikowana struktura i naruszanie jakichkolwiek jej elementów może wywołać efekt domina; szturchnie w jednym miejscu, a inne kompletnie się zawali, burząc ogólny fundament i być może zmieniając nieodwracalnie całą osobowość Harry'ego. Zrobiłby to gdyby zupełnie nie dbał o jego zdrowie i równowagę psychiczną, ale w tej sytuacji nie ma wielkiego pola do popisu. Pragnie zachować realizm, zbadać proces wychowawczy i zobaczyć jego efekty, nie idąc na skróty.

Dzieciak potrząsa głową przecząco, ale nie mówi nic. Z jakiegoś powodu chce pamiętać, ale może sam tak naprawdę nie rozumie po co. Możliwe, że podświadomie zabezpiecza się przed podobną sytuacją w przyszłości. Jeśli wiesz, co może cię czekać, masz większe szanse, żeby temu zapobiec. Rosier już dawno zauważył, że Harry amortyzował ewentualne straty. Uczył się na własnych błędach i unikał powtarzania ich.

- To był Dudley? On ci to zrobił?

- Tak. Ciotka Petunia się wściekła. To był jedyny raz, kiedy Dudley został ukarany.

Evan waha się pomiędzy zadowoleniem, a wściekłością. Cieszy go jawne zaufanie chłopca, ale to, co zobaczył burzy krew w jego żyłach. Zabiłby tego mugolskiego gówniarza z całą jego popapraną rodziną.

- Dziękuję, że się tym ze mną podzieliłeś – mówi, siląc się na spokój.

To dziwna świadomość, być za kogoś odpowiedzialnym. Troszczyć się o drugą osobę na tyle by brać pod uwagę jej zdanie i uczucia. Dla Evana to jak spacer w ciemności po polu pełnym sklątek tylnowybuchowych. Nigdy dotąd nie przejmował się konwenansami, nie martwił się, ilu wrogów przysporzy mu beztroskie formułowanie swoich opinii oraz komentarzy, a wręcz cieszyło go uderzanie w te miejsca, które naprawdę mogły zaboleć. Poświęcał mnóstwo czasu by poznać słabe strony zarówno swoich wrogów jak i współpracowników, więc wiedział doskonale, która szpila wbije się do żywego w niczego niespodziewającą się ofiarę, prosto w starannie dobraną, wciąż jątrzącą się ranę i utknie głęboko w pamięci. Teraz musi uważać na każdy swój ruch, nieopatrznie rzucone słowo czy krzywe spojrzenie.

Przystosowanie się jest trudne, ale nie niemożliwe.


Kolejne pięć dni spędzają tylko we dwóch, w zaskakująco miłej, beztroskiej atmosferze. Nie zajmują się codziennymi lekcjami, które pochłaniały wcześniej większość ich wspólnego czasu, więc powinno być dziwnie i niezręcznie, a nie jest. I to sprawia, że Evan czuje się niepewnie, a słowa Nyks nieustannie kołaczą gdzieś z tyłu jego niespokojnego umysłu, powracając raz za razem w niekończącej się pętli wątpliwości.

Dużo rozmawiają, przygotowują wspólnie tradycyjne, czarodziejskie potrawy, testują słodycze, które kupili na Pokątnej oraz robią całe mnóstwo innych rzeczy, które mają zachęcić Harry'ego do otwarcia się i nabrania pewności siebie.

To faktycznie działa i Evan nie potrafi przestać patrzeć, kolekcjonując w pamięci wszystkie te drobne szczegóły, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się błahe, a w rzeczywistości składają się na wielowymiarowy obraz pewnego pozornie zwyczajnego dziecka.

Nie potrafi sobie przypomnieć konkretnego momentu, w którym towarzystwo Harry'ego przestało być męczącym obowiązkiem i częścią planu, a stało się pochłaniającą bez reszty przyjemnością.

Nie kocha tego chłopca, wbrew temu, co uparcie twierdzi Nyks, ale zaakceptował jego obecność i nauczył się nią cieszyć. To pierwszy raz, kiedy faktycznie zaangażował się tak poważnie w jakąkolwiek relację z inną osobą. Nie wie co ma o tym sądzić, więc spycha nawarstwiające się wątpliwości daleko w głąb własnej podświadomości.

Coraz częściej natomiast łapie się na tym, że podświadomie szuka coraz to nowszych sposobów na to by wywołać na twarzy Harry'ego choćby nikły uśmiech. Jest bowiem coś szalenie poruszającego w bezinteresownym sprawianiu komuś radości.

Wieczorami dzielą wąskie łóżko, obserwując sufit, na którym Evan, co noc umieszcza iluzję nocnego, rozgwieżdżonego nieba. Znalezienie tego zaklęcia zajęło mu wieki mozolnego przegrzebywania się przez sterty starych woluminów, ale – jak zawsze - każda minuta poszukiwań była warta pełnej zachwytu reakcji chłopca.

Te spokojne chwile spędzane z Harry'm zdają się wyciszać wiecznie tętniący adrenaliną, rozgorączkowany umysł Evana. Ta świadomość, że może sobie pozwolić by opuścić gardę i zwyczajnie cieszyć się chwilą, jest bezcenna. Nie musi być czujny, zapadając w sen bez obawy, że ktoś w przenośni – albo i dosłownie - wbije mu nóż w plecy.

Część niego, z której do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy, chce zatrzymać czas, zakotwiczyć się w tym przeklętym, nienaturalnie zrównoważonym momencie. Z kolei reszta jego nadmiernie pobudzonej osobowości aż rwie się by wskoczyć prosto w jakiś nieprzewidywalny wir chaotycznych zdarzeń.

I musi uważać czego sobie życzy, bo najwidoczniej wszechświat tylko czeka, żeby odpowiedzieć.

- Co ty tutaj robisz? – pyta Evan kolejnego poranka, zastygając w progu niczym rzeźba. Jest tak zaskoczony, że zupełnie zapomina po co w zasadzie miał wyjść na zewnątrz. Nyks szybko wykorzystuje sytuację i przepycha się obok niego, wchodząc do środka. Wciska mu w dłonie niewielki woreczek pełny czegoś miękkiego, co okazuje się być włosami Figg.

Mruży oczy na tak wyraźną próbę przekupstwa, ale nie komentuje, bo w istocie zastanawiał się jak rozwiązać ten problem bez wyciągania ręki na zgodę.

- A na co ci to wygląda? – prycha kobieta, nie zaszczycając go choćby najkrótszym spojrzeniem. Ściąga znoszone, skórzane buty, ustawiając je wzdłuż ściany w przedpokoju. Mogli być pokłóceni czy wręcz śmiertelnie obrażeni na siebie nawzajem, ale to nigdy nie oznaczało zwolnienia z poszanowania dla zasad gospodarza.

Evan bywa nieznośnie pedantyczny i częściowo zdaje sobie z tego sprawę, ale nie zamierza z tym walczyć. Magia umysłu ma ogromny wpływ na całe jego życie, a wieczne porządkowanie własnych myśli już dawno temu przełożyło się na otoczenie. W tej kwestii nie da się działać połowicznie, bo uwarunkowania psychiczne sięgają zbyt głęboko.

- Chyba ustaliliśmy, że twoje poglądy nie są dłużej mile widziane w tym domu – syczy do niej gniewnie, nie chcąc wzbudzać zaniepokojenia u Harry'ego.

- Dlatego zatrzymam je dla siebie – odpowiada cierpko, choć równie cicho, od niechcenia rzucając w niego swoim sfatygowanym, podróżnym płaszczem. Evan krzywi się z irytacji, ale zawiesza okrycie na jednym z haczyków umocowanych na ścianie, przeklinając w duchu swoją małostkowość. Powinien upuścić szorstki materiał na ziemię i wytrzeć o niego buty. Nie ze złośliwości, ale żeby wyraźnie nakreślić swoje stanowisko w tej sprawie. – Obiecałam chłopcu, że spędzę z wami święta i słowa dotrzymam. Dzień dobry, Harry.

Jej łagodnie uśmiechnięta twarz przypomina maskę. Evan zna Nyks zbyt dobrze, żeby się nabrać na fałszywe zadowolenie. Wściekłość buzuje pod tą zwodniczo gładką skórą; widać to jedynie w nieznacznych drgnięciach mięśni mimicznych i nienaturalnie zwężonych źrenicach.

- Cześć, Nyks – wita się grzecznie chłopiec, choć on też wyczuwa napięcie wiszące w powietrzu. Spogląda na Evana pytająco i pozwala sobie na nikły uśmiech dopiero wtedy, gdy otrzymuje krótkie, potwierdzające skinięcie.

- Zjesz z nami śniadanie… skoro już tu jesteś? – pyta Evan niechętnie, wcale nie kryjąc niezadowolenia z jej niespodziewanej obecności.


Tego dnia czas wlecze się niemiłosiernie. Atmosfera jest napięta i choć Harry stara się jak może by odwracać ich uwagę od siebie nawzajem, niewiele to pomaga. Nyks faktycznie nie wspomina nic o ich ostatniej rozmowie, ale to zupełnie nie przeszkadza jej w posyłaniu Evanowi wszechwiedzących spojrzeń. Rosier zgrzyta zębami za każdym cholernie irytującym razem, jednocześnie gryząc się w język by nie wszcząć kolejnej bezsensownej kłótni, której żadne z nich nie może wygrać.

Popołudnie spędzają w salonie, ucząc chłopca gry w uproszczoną wersję czarodziejskich szachów.

Dzwonek do drzwi przerywa Evanowi w pół słowa, więc odwraca się w stronę korytarza z wyrazem zaskoczenia na twarzy.

- To pewnie jakiś domokrążca – bagatelizuje po chwili, machając niedbale ręką. W końcu jak dotąd nikt się specjalnie nie przejmował panią Figg. Ot, stara dziwaczka żyjąca sobie na uboczu i nie wadząca nikomu w żaden szczególny sposób. – Znudzi się i sobie pójdzie, jeśli nie będziemy reagować.

Potencjalny gość jest jednak bardziej uparty niż zakłada i nie odpuszcza. W końcu Evan podrywa się ze swojego miejsca poirytowany i rusza w kierunku wyjścia, złorzecząc nieelegancko pod nosem.

- Eliksir, Anansi – przypomina Nyks, zatrzymując go w pół kroku.

Evan przewraca oczami, ale zawraca, pośpiesznie wpadając do sypialni. Faktycznie trochę go poniosło, powinien być bardziej ostrożny, bo nigdy nie wiadomo kto stoi po drugiej stronie.

Jest gotowy w mniej niż dwie minuty.

Drzwi otwiera z rozmachem, a obelżywe słowa zamierają mu na koniuszku języka, kiedy całkiem znajomy ktoś bezpardonowo wpycha się do środka, nie czekając na powitanie ani, tym bardziej, na jakiekolwiek zaproszenie. Nie, żeby Rosier planował w ogóle zrobić którąkolwiek z tych rzeczy.

- No nareszcie, ileż można czekać, Figg! – rzuca nieproszony gość ostrym, rozgniewanym tonem, nawet na Evana nie spoglądają. – Już myślałem, że sam będę musiał sobie otworzyć, ale zdaje się, że twoja siwowłosa sąsiadka z prawej, przylepiła nos do szyby, sprawdzając, co ja tu robię i czy czasem nie usiłuję się włamać.

- Severus? – wyrywa się Evanowi w zdumieniu, kiedy szybkimi kroczkami próbuje nadążyć za długonogim mężczyzną zmierzającym bezczelnie prosto w kierunku salonu, jakby był u siebie w domu. – Co ty tutaj robisz?

- Dlaczego twój kominek jest zablokowany? – pyta w zamian obcesowo i w zasadzie już samo to wystarcza za wszelaką odpowiedź. – Od tygodnia nie można się z tobą skontaktować.

- Są święta – prycha Evan, bo to w zasadzie wszystko wyjaśnia. – Chyba nie jesteś aż takim ignorantem, żeby tego nie wiedzieć. Napisałam Albusowi, że sieć będzie zamknięta na ten czas.

- I? Od kiedy ty je niby obchodzisz, stara wariatko?

Evan podpiera się pod boki, przywołując na twarz nastroszony, oburzony wyraz.

- Hej, co to niby miało znaczyć? Skoro jestem charłaczką to już mi nie wolno obchodzić świąt?

Snape nie zdąża nawet odpowiedzieć, ponieważ w progu staje Harry. No tak, Evan nie pomyślał, żeby zabronić mu się pokazywać, bo nie przewidział tego, że Dumbledore może okazać się aż tak nadgorliwy. Potrząsa głową, wskazując chłopcu drzwi do kuchni, ale ten podbiega i chowa się za nim, wczepiając palce w rękaw jego swetra. W duchu wzdycha z irytacją, kiedy Snape piorunuje wzrokiem ich obu.

- No chyba sobie kpisz, Figg? Co ty myślisz, że robisz, co? Bawisz się w jakiś popieprzony dom czy jak?

Evan zaciska szczękę, zamykając szczelnie swój umysł i czyniąc go lśniącą, idealnie gładką taflą. Może to nie najlepszy pomysł, bo w ten sposób momentalnie się zdradzi, ale nie zamierza pozwolić, żeby ktokolwiek zaglądał do jego głowy. Gdyby Snape wiedział z kim ma do czynienia to by się nie poważył. Doskonale wie, co w tym momencie widzi Severus. Idealne odbicie samego siebie, zupełnie jakby spoglądał w zwierciadło. Rosiera kusi by samemu zerknąć w odwecie, ale powstrzymuje się, bo wie, że nie potrafiłby przestać dopóki nie wywróciłby jego mózgu na lewą stronę, wyrywając z niego wszystkie sekrety. Zwłaszcza te najpilniej skrywane.

- Rosier…

- Świeć Merlinie nad jego duszą - wtrąca się Nyks cierpko, dołączając do towarzystwa. – Witaj Severusie. Przecież wiesz, że byliśmy blisko. Myślisz, że nie nauczył mnie kilku sztuczek?

Snape ma wyraz twarzy człowieka, który stoi o krok od postradania wszelkich zmysłów. Jego zwykle blada twarz nabiera upiornej, popielatej twarzy.

- To dziecko jest oczkiem w głowie Dumbledore'a – informuje lodowato, jakby żadne z nich o tym nie wiedziało. Odwraca się do Evana z niemalże dzikim spojrzeniem. – I nadzieją czarodziejskiego świata. Jak ty to sobie wyobrażasz? Zabierasz go z bezpiecznego miejsca, bez wiedzy, a tym bardziej zgody Albusa i jeszcze śmiesz sprowadzać tu tą… - mięśnie jego szczęki napinają się, kiedy zaciska zęby, żeby nie wypluć z siebie wiązanki niewybrednych obelg. Wyjątkowo nieatrakcyjny rumieniec wpływa na jego policzki. – Postradałaś zmysły? Czy masz w ogóle pojęcie, do jakiej katastrofy mogłaś doprowadzić?

- Chyba trochę przesadzasz, Snape – bagatelizuje Rosier, próbując uspokoić swojego rozwścieczonego gościa. - Chłopcu nic nie jest, prawda? Chciałyśmy tylko, żeby liznął trochę czarodziejskich tradycji, to chyba nie przestępstwo, co?

- JESZCZE nic mu nie jest. I się nie stanie, bo zabieram go ze sobą – syczy, po czym pochyla się, łapiąc Harry'ego za ramię, ale odskakuje z wrzaskiem zaledwie ułamek sekundy później, zanim ktokolwiek w ogóle zdąża zareagować. Evan przesuwa się zapobiegawczo przed dzieciaka, zastanawiając się czy rozwścieczony Severus zaatakuje i czy warto będzie się zdemaskować. Czarnowłosy mężczyzna spogląda jednak na swoją dłoń z wyraźnym przerażeniem, a jego usta wykrzywia wyraz cierpienia. Uprzedzając resztę zgromadzenia, Nyks chwyta go za nadgarstek i ciągnie w dół, żeby zobaczyć, co się stało. Długie palce wyglądają jak po zetknięciu z wysokim stężeniem smoczej krwi. Stopiona skóra pozostaje w strzępach, odsłaniając mięśnie, ścięgna, a gdzieniegdzie nawet biel paliczków.

- Nie bądź mięczakiem, Severusie – szydzi Nyks jak to ma w zwyczaju. Prawdopodobnie powiedziałaby to nawet do człowieka z wielką dziurą w piersi, jeśli wciąż by oczywiście żył. – Nie takie rzeczy widywało się w czasie wojny. To nic czego nie dałoby się szybko naprawić.

Wyciąga z kieszeni niewielki słoiczek z zielonobrunatną, szlamowatą substancją, która, jak okazuje się szybko po odkręceniu wieczka, śmierdzi niemiłosiernie. Snape chyba wie, co to jest albo wciąż tkwi w szoku, bo pozwala posmarować tym czymś głębokie rany, sycząc tylko z bólu i bluzgając pod nosem. Po szybkim, porozumiewawczym spojrzeniu, Evan ciągnie Harry'ego w stronę kuchni, zasłaniając mu usta dłonią. Na żale i przeprosiny przyjdzie czas później.

- No, a teraz, pozwól, że odprowadzę cię do drzwi. Mamy coś do omówienia.

Choć obydwaj nastawiają uszu, ciężko usłyszeć cokolwiek z pośpiesznej sprzeczki przeprowadzonej ściszonymi głosami po drugiej stronie korytarza. Przez uchylone drzwi, Evan dostrzega spokojną, niemalże znudzoną minę Nyks i wściekle gestykulującego Snape'a. Cokolwiek mu jednak mówi, zdaje się odnosić pożądany skutek, bo już po kilku minutach mężczyzna opuszcza dom, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi.

- Załatwione - oznajmia Nyks, wracając do nich i zacierając dłonie. Uśmiecha się przy tym blado, choć jej czoło przecina znajoma, zamyślona zmarszczka. – Severus nie będzie się wtrącać.

Evan mruży podejrzliwie oczy, bo wie co konkretnie musiała mu zaoferować. Jest tylko jedna rzecz, której Snape mógłby pragnąć aż tak bardzo, żeby przedłożyć to nad lojalność wobec Dumbledore'a.

- Co chcesz w zamian? – pyta, bo nie zamierza kupować kota w worku. Wiszenie przysługi Nyks nigdy nie kończy się dobrze i zwykle to on najbardziej na tym obrywa. Kobieta jednak całkiem go ignoruje, wbijając spojrzenie ciemnych oczu w Harry'ego.

- Nie przygotowałam się odpowiednio i nie miałam dla ciebie żadnego prezentu. Czy w tym wypadku możemy uznać, że jesteśmy kwita?

Harry kiwa głową i uśmiecha się do niej promiennie, bo nie wie, że za tą ofertą musi kryć się coś więcej. Stara wiedźma ewidentnie coś kombinuje, ale Evan jeszcze nie odkrył co. Rozważa nawet sięgnięcie do jej umysłu, ale są ludzie, których tajemnice mają cenę wyższą niż ich faktyczna wartość.

- Kto to był? – interesuje się, zwracając całą uwagę na opiekuna, jakby poprzedni temat został całkowicie zamknięty. Szkoda tylko, że złe przeczucia nie opuściły również Rosiera.

- Twój przyszły nauczyciel eliksirów. Zdaje się, że po dzisiejszym przedstawieniu będzie cię miał szczególnie na oku w Hogwarcie i raczej nie licz na taryfę ulgową. Co ci w ogóle strzeliło do głowy, żeby zrobić coś takiego?

- Nie chciałem, żeby mnie dotykał – oznajmia Harry pochmurniejąc, a w jego sercu kiełkuje ziarenko niechęci do obcego, czarnowłosego mężczyzny, którego zranił z całkowitą premedytacją, choć nie wie dokładnie jak, bo po prostu bardzo mocno sobie życzył, żeby stała mu się krzywda. – I go nie lubię.

- Nie martw się. – Nyks puszcza mu oczko. – Severusa nikt nie lubi. A swoją drogą, niezła sztuczka.

- Mógłbyś chociaż udawać, że jest ci przykro – wytyka Evan, ignorując kobietę, a chłopiec tylko wzrusza ramionami. Wcale nie czuje się źle z powody tego, co zrobił. Miał przecież prawo się bronić. Nie pozwoli się zabrać. Za żadne skarby świata nie dopuści, żeby rozdzielono go z Evanem. Posyła Nyks kolejny uśmiech, więc chyba nawiązali jednak nić przyjaźni, której Rosier żałuje, że kiedykolwiek sobie życzył.

- Mówiłeś tylko, żeby nie zabijać – przypomina jak gdyby nigdy nic, po czym sięga po ciasteczko, a Nyks się śmieje się do rozpuku, za co otrzymuje poirytowane spojrzenie.

- A ty przestań prowokować u niego takie zachowania – gani ją sfrustrowany Evan. – Czy masz pojęcie, do jakiej katastrofy mogło… Czekaj… - Rosier marszczy czoło, po czym odwraca głowę z taką prędkością i siłą, że coś strzela w jego karku. - Wiedziałaś!

Kobieta wzrusza ramionami.

- Wiem wiele rzeczy.

Evan rozważa zdzielenie jej nową miotłą Harry'ego. Skoro chłopiec i tak nie zamierza jej używać to szkoda, żeby się zmarnowała, prawda? Przymyka powieki, dociskając palce do pulsujących wściekle skroni i liczy do dziesięciu. Ta praktyka nigdy nie pomaga mu w uspokojeniu się, ale i tak za każdym razem próbuje.

- Jesteś nieznośna – oznajmia w końcu, zgrzytając zębami.

- W twoich ustach to w zasadzie komplement, Anansi.

- Przestań mnie podjudzać. Moja cierpliwość ma swoje granice i zobaczysz… pewnego pięknego dnia nie wytrzymam i obedrę cię żywcem ze skóry – oznajmia i tylko częściowo sobie żartuje. - Severusowi przyda się nowy dywanik pod kominkiem skoro w lochach bywa nieprzyjemnie zimno.

- Mam to potraktować jako groźbę? – szydzi z rozbawieniem, nieporuszona.

- To zaledwie stwierdzenie faktu. Gdybym chciał ci zagrozić, wysłałbym anonimowy donos do ministerstwa z adresem twojego zamieszkania. Słyszałem z pewnych źródeł, że Niewymowni niezwykle się tobą interesują.

- Powinieneś mi podziękować, niewdzięczniku, bo twoja śmieszna intryga już dawno posypałaby się niczym domek z kart, gdyby nie ja. I nie jesteś jedynym, który może grać w tę grę, a w naszym wypadku informacje to zawsze miecz obusieczny, nie zapominaj o tym.

- Wspaniale, że się rozumiemy – cedzi Evan przez zęby, mrużąc oczy z wyraźnym niezadowoleniem.

- Problem w tym, że właśnie się nie rozumiemy. Zbyt wiele ryzykujesz i jesteś tak zaślepiony, że nawet nie dostrzegasz konsekwencji, które niewątpliwie nadejdą.

Evan zmierza za nią w kierunku przedpokoju, choć nie do końca jest w nastroju do dalszej sprzeczki. Nie podoba mu się napięcie jakie od jakiegoś czasu wisi między nimi. Mogli się nie zgadzać, kłócić o głupoty czy wytykać sobie nawzajem własne błędy, ale zawsze stanowili wspólny front.

- Pieprzę zarówno ciebie jak i konsekwencje – prycha z rozdrażnieniem, które wynika głównie z niepewnej sytuacji, w której się znaleźli. - Będę robić, co mi się żywnie podoba, a ty nie możesz podjąć żadnych kroków, które mogłyby mi zaszkodzić, jeśli nie chcesz wejść ze mną na wojenną ścieżkę.

- Myślisz, że się ciebie boję? – pyta z niedowierzaniem, zatrzymując się gwałtownie w połowie kroku. Evan nie wie jak załagodzić spór między nimi, bo ma świadomość, że tym razem Nyks nawet nie próbuje zaakceptować jego decyzji, choć stojące za tym oporem powody są na dobrą sprawę niejasne. Nigdy wcześniej nie uchylała się przed niebezpieczeństwem, bo tak samo jak on, lubiła igrać z losem, dlatego świetnie się razem bawili.

- Myślę, że sama tkwisz w bagnie po uszy i choć zawsze twierdziłaś, że problemy świata czarodziejów cię nie dotyczą, to wiem, że wciąż dyskretnie maczasz w nim palce. Możemy się nie zgadzać w kwestii mojego zaangażowania w pewne sprawy, ale nie chcę, żeby to stanęło na drodze naszej dalszej… przyjaźni. Znamy się nie od dziś, Nyks. Wiem, że masz wątpliwości, bo ja też je mam. Chcesz dobrze, ale podjąłem już decyzję i musisz zaakceptować fakt, że to mój wybór, żeby zaryzykować. Nie mogę cię prosić, żebyś w tym uczestniczyła, ale pomimo naszej kłótni wróciłaś, żeby kryć mi dupę, choć ostrzegałaś, że prędzej czy później się potknę, a upadek będzie bolesny. Mieszasz mi w głowie, a potrzebuję wiedzieć czy w razie problemów mogę na ciebie liczyć.

Nyks milczy przez chwilę, świdrując go wzrokiem.

- Nie chcę twojej krzywdy, Anansi – mówi w końcu z głębokim westchnieniem, a po jej twarzy przemyka cień, ustępując miejsca zmęczeniu. – A to odwleczone w czasie samobójstwo.

To zarówno mniej jak i więcej niż Evan się spodziewał. Nie będzie jednak żebrał o niczyją pomoc, ale miło byłoby mieć kogoś po swojej stronie.

- Byliśmy sojusznikami od początku naszej znajomości i nie chcę tego stracić, ale wtedy mieliśmy tylko siebie – wyjaśnia miękko, chcąc przedstawić jej swój punkt widzenia. - Teraz jest nas troje. Jeśli zdecydujesz się kryć moje plecy, będziesz musiała przywyknąć do tej myśli.

Nyks odpowiada mu krótkim, ostrym skinięciem, po czym ubiera buty i zgarnia płaszcz z wieszaka.

- Na ten moment nie mogę ci nic obiecać, ale pomyślę nad tym, co powiedziałeś. – Otwiera drzwi i zanim znów zniknie, dodaje: - Choć to nie zmienia faktu, że niewdzięczne z ciebie stworzenie i należy ci się lekcja dobrych manier. Baw się dobrze.

Nienaturalnie mocny podmuch wiatru niemal spycha go z nóg. Podpiera się o ścianę, kiedy maleńkie, ale nadal destrukcyjne, tornado wpada w głąb domu, rozrzucając wokół rzeczy. Meble trzęsą się, obijając o ściany, a okna trzeszczą nieprzyjemnie we framugach, grożąc roztrzaskaniem się w drobny mak w każdej sekundzie. Dwie, może trzy minuty później jest już po wszystkim. Harry patrzy na Evana szeroko otwartymi oczyma, kiedy ten pomaga mu się podnieść.

- Mówiłem ci, że to wariatka. – Wzrusza beztrosko ramionami, choć wszystkie włoski na jego ciele stoją dęba. Ma paskudne przeczucie, że wie, co chciała osiągnąć. I kiedy staje w progu salonu, jego podejrzenia potwierdzają się.

Rytuał został przerwany.

Zawistna wiedźma - myśli, ale uśmiecha się pod nosem, przyjmując wyzwanie. - Niech i tak będzie.