Rozdział 7: Ten Pan, Pytania bez odpowiedzi Część Druga
Nie mogę uformować żadnej spójnej myśli. Dziesięć minut dopiero upłynęło od naszego pocałunku w powodzie, a my jesteśmy już w kościele... Cholera! I znowu nie odkryłem jego intencji. Cholera! Wszystko, co widziałem, to go, przymykającego swoje idealne oczy i łączącego swoje usta z moimi... Ach, jego usta i jego wprawny język... To mnie zniesmaczało, a nie wypełniało żądzą ponownie. Kto mógłby myśleć o czymś takim? Ja nie.
Nic zaskakującego nie zdarzyło się po pocałunku; po prostu trzymał moją dłoń w swojej okrytej rękawiczką i pocałował ją. Jednak robił już to miliony razy, a po raz pierwszy poczułem jak moja temperatura rośnie tak bardzo... "Paniczu..." Moje myśli rozpadły się.
...
Ciel obrócił się do wyższego mężczyzny i patrzył jak jego brew drgnęła. "Kościół nie wygląda jakby posiadał jeszcze jakieś pomieszczenia, kiedy było jasno powiedziane, że mają się spotkać dziś tu w dokładnie tym czasie." Sebastian podszedł do wielkich, dębowych drzwi wykonanych w stylu gotyckim i sprawdził pomieszczenie za nimi. Mógł wyczuć tylko jedną obecność. Sebastian otwierał już usta, by powiedzieć o tym, ale poczuł kolejną obecność w pokoju. To było prawdopodobnie nietypowe. Żaden człowiek tego nie potrafi; nie mogą przemieszczać się tak szybko.
Czarny kamerdyner otworzył drzwi i wszedł. Mały hrabia podążył za nim.
"Neberiusie! Tutaj, psie!"Czerwone oczy Sebastiana spoczęły na Ojcu; Ojcu Mandarinie. Był wysoki i wyglądał młodo w złoto oprawionych okularach i białym ubiorze.
"Byłoby właściwie, gdybyś nazywał mnie Sebastianem..." Mężczyzna stwierdził, obserwując Ojca. "Zamknij się, psie!" I w mgnieniu oka cień zakradł się za plecy Ciela. Zacisnął ręce na jego szyi i zawlókł go do Ojca Mandarina. Ciel próbował wyszarpać się z uścisku, ale jego żałosne próby były bezużyteczne. Sebastian mógł poczuć jak jego ciało się spina. "Nie myślałeś, że puścimy was wolno, prawda? Po tym wszystkim... Po tym wszystkim, co twój parszywy partner i ty zrobiłeś nam! Wrzuciliście nas za kratki; do diabła! Pieprzyć was, sukinkoty!" Ojciec Mandarin przeklinał, podczas gdy jego kompan stopniowo miażdżył szyję Ciela.
Sebastian rzucił spojrzenie na bliźniaków; identycznych Bliźniaków Mandarin. "Odłóż go, Mandarin!" Srebrny nóż wystrzelił w stronę bliźniaków, ale było to daremne. Uniknęli tego szybko, mimo ich położenia. "Sprawmy, by było bardziej interesująco, możemy?" Jeden z bliźniaków nie wiadomo skąd wyciągnął znajomo wyglądającą dziewczynę za kark. "Pamiętasz ją? Mam nadzieję..."
To była Catherine Cambridge.
"To samo co wcześniej, psie! Teraz wybierz... mały chłopiec czy mała dziewczynka... ale to nie ma znaczenia, ponieważ obydwoje będą niedługo martwi." Śmiech bliźniaków wypełnił puste pomieszczenie. Świeca, płonąca przed posągiem Jezusa zgasła samoistnie. Zimny podmuch wiatru owiał zebranych. "Żałosny jesteś, co nie?" Mandarinowie zaśmiali się złośliwie. Kolor ich oczu zmienił się w smolistą czerń. Ubrania rozdarły się na ich plecach, uwalniając czarne, oślizgłe skrzydła. "Hahahah... Żałosny psie, żałosny Neperiusie..."
Sebastian uśmiechnął się pod nosem. "Co to było, psie?" Bliźniaki spojrzały gniewnie na kruczowłosego demona.
BAM! Druzgot. Druzgot. Druzgot...
Witraż za plecami bliźniaków rozbił się na miliony kawałków. Odłamki uderzyły w ich skrzydła, tnąc je.
"To było absurdalne, jeśli myśleliście, że nie mamy zapasowego planu." Stwierdził Sebastian. Trzymał zemdloną dwójkę w ramionach, następnie położył ją na kościelnej ławce. "Am-on!" Bliźniaki zakwiliły jak White przypadkowo zmiażdżył im tchawice i rzucił nimi o podłogę. "Żałosne, żałosne, żałosne..." White stwierdził, odrywając jedno ze skrzydeł bliźniaka od jego pleców. Czynowi towarzyszył przeszywający uszy wrzask. White wyrwał natychmiast krtanie z ich gardeł i zajął się drugim z bliźniaków. "Hałaśliwi bliźniacy..." Rzekł, rozrywając i przystąpił do rozbijania swoją stopą ich głów.
Krew, krew, krew... Rozrzucone kawałki mózgu, zmiażdżone tchawice, porwane skrzydła, rozerwane krtanie; widok był krwawy. Czerwień pokrywała puste sale i czarne rękawiczki White'a. "Jak ponuro... Bliźniaki pobrudziły moje rękawiczki." Zsunął swoje rękawiczki i natychmiast założył nową parę. Kałuża krwi zdążyła już dotrzeć do jego starannie wypolerowanych, czarnych butów. Jego kroki pozostawiały ślady krwi. To było czerwone widowisko.
"Paniczu... Lady Catherine..." Powieki Ciela powoli uniosły się i ujawniły odrobinę niebieskich oczu. Catherine wymamrotała coś i uniosła swoje powieki, które ujawniły czysto szmaragdowe źrenice. Sebastian wziął Ciela w ramiona i przyciągnął blisko do swojej piersi. Ciel oparł się o niego i zamknął oczy z zawstydzenia i obezwładnienia. Bez dłuższego ociągania usta Sebastiana lekko złapały kształtne usta Ciela. Powieki Ciela zatrzepotały, a z jego gardła wyrwał się jęk.
"Znajdźcie sobie pokój!" White zadrwił, zmierzając w stronę Catherine. Delikatnie podniósł i objął, niosąc w stylu panny młodej. "Spieprzaj, draniu!" *kaszel* "Spóźniłeś się!" *kaszel* *kaszel* Catherine powiedziała, oplatając rękami jego szyję, aby się podtrzymać. Była wyraźnie ranna. Jej kostka była pokryta krwią, biała koszula całkowicie nasiąknęła krwią, a na szyi widniały widoczne zadrapania i siniaki. Jej czarne buty, pończochy, szorty i płaszcz nie odniosły żadnych zauważalnych szkód. White po postu trzymał ją troskliwie i rzekł "Przepraszam za moje niewłaściwe zachowanie, panienko." Skłonił się nieznacząco, nim spoglądnął na 'wciąż całującą się parę'.
"Naprawdę, Sebastian... ZNAJDŹCIE SOBIE CHOLERNY POKÓJ!" White przewrócił oczami i przygotował się do wyjścia. Sebastian przełamał pocałunek i podążył oczami za białowłosym mężczyzną. "White! Więc zawarłeś kontrakt z panienką Catherine?" Sebastian zapytał. White kiwnął głową. " Catherine nie jest moim imieniem..." Rzekoma Catherine odwróciła się w stronę dwójki. Głowa Ciela podskoczyła do góry. Patrzył jak zielonooka dziewczyna przybiera ponurą minę.
Była całkowicie odmieniona. Nie posiadała żadnych emocji w swoich oczach, prócz błysku mroku. Nie miała tego wcześniejszego podekscytowania; w ogóle nie miała tej iskry zaciekawienia. "Więc to wszystko było kłamstwem..." Ciel wywnioskował. "Nie, powiedziałam tylko, że nie nazywam się Catherine. Nie powiedziałam niczego więcej." Poważnie odpowiedziała.
"W takim razie kim jesteście?" Ciel zapytał.
"Nazywam się Evanense Rose Ellison. A to jest Edward Mackbeth."-To było wszystko, co powiedziała. I zniknęli, pozostawiając tę dwójkę samą.
(Przypomnienie rozdziału 1)
"Ruszcie się ludzie! Nie ma tu nic do oglądania!" Jeden z policjantów krzyknął do tłumu. Gapie, ignorując go wyciągali szyje, aby uzyskać lepszy widok biednej dziewczyny, która właśnie zeskoczyła z dachu. "Gdzie jest Ellison?" jeden z mężczyzn krzyknął na swojego podwładnego. Człowiek zbladł na jego widok i odpowiedział ze smutkiem "... uh ... Nie przyjechał ... w tej chwili ..." Oczy starszego oficera błysnęły wściekle przez co młodszy omal nie zemdlał.
(Koniec przypomnienia)
Podsumowując:
Catherine Cambridge = Evanense Rose Ellison
White aka Amon = Edward Mackbeth
Ta dwójka zawarła kontrakt. Edward jest partnerem życiowym aka najlepszym przyjacielem Sebastiana (demoniczna odmiana). Więc kto zgadnie kim jest Evanense? (ja też nie wiem) Uwaga, spojler od autorki: To jest ta sama osoba, o którą pytał oficer.
Tak więc, mam nadzieję, że mogliście się ciszyć nowym rozdziałem.
