TRON: Geneza
Rozdział trzeci: Dziewczynka która oszalała.
-Sam, musimy już wstawać- usłyszałam cichy głos przy uchu.
-Spadaj- wymruczałam sennie. Nie chciałam jeszcze wstawać. W łóżku pod ciepłą pościelą, w norze która była moim mieszkaniem czułam się najlepiej. Nie chciałam opuszczać tego miejsca.
-Wstawaj kochanie- powiedział cicho Tron i pocałował mnie delikatnie w usta.
-Skąd ty bierzesz tą chęć do życia?- zapytałam otwierając oczy. Pierwszym co ujrzałam to zmartwiona twarz programu bezpieczeństwa.
-Przepraszam- powiedziałam szybko i poderwałam się by objąć siedzącego przy mnie mężczyznę- masz ostatnio przeze mnie same zmartwienia- przytknęłam czoło do jego czoła- jak ty możesz wytrzymać bez więzi?
-Chyba przez to... co stało się w przeszłości- przycisnął mnie do siebie.
I to właśnie była jedna z największych ironii losu w moim życiu. Myślałam że przybycie do tego świata będzie ciężkie dla Trona. Cieszyłam się na myśl że będę mogła mu się odwdzięczyć za to że opiekował się mną w Sieci. Na początku tak było ale program zaskakująco szybko przystosował się do nowej sytuacji. Mówił trochę dziwnie i nadal patrzył nie ufnie na cukier ale radził sobie. Za to ja kompletnie sobie nie radziłam. W nocy zdarzało mi się płakać z tęsknoty za Systemem. Jeśli Tron się wtedy budził trzymał mnie w swoich objęciach aż nie przestawałam płakać po czym pytał co się stało. Jeśli się nie budził leżałam w łóżku płacząc i tuląc do siebie kartę z zapisaną na niej Siecią.
Lecz tęsknota nie była najgorsza. Kiedy Tron, Alan lub ciocia Lora zauważali że coś jest ze mną nie tak zawsze mnie pocieszali. Te trzy osoby potrafiły przejrzeć moje uśmiechy. Ponoć czwartą osobą która to potrafiła był tata ale jakoś tego nie czułam. Od przejęcia przez nas firmy nie rozmawialiśmy o prywatnych sprawach. Tylko praca, spotkania, projekty i praca. Wtedy odkryłam znaczącą różnicę miedzy nami. Ja odrzuciłam ten świat i pokochałam Sieć, a tata cały czas sercem był tu. On nie tęsknił, nie tak jak ja. Teraz miał swoją pracę jako prezes. Czułam się znów jak po jego uwięzieniu w Sieci. Gdyby nie Tron który ochraniał mnie przed atakami paparacci i dziennikarskich hien załamałam bym się.
Obecne zachowanie mojego partnera utwierdzało mnie w słuszności mojego wyboru. Nienawidziłam bycia "tą słabszą" ale posiadanie chłopaka który broni cię przed światem było kojące. Brunet w swojej opiekuńczości był słodki. Gdy przeczytał w jednym z tabloidów plotkę że niby jestem z nim w ciąży był bardzo zawiedziony gdy okazało się to nie prawdą po czym polecił mi że jeśli w niej będę to mam mu natychmiast powiedzieć i żeby najlepiej to była dziewczynka. Nie byłam pewna czy program rozumie w pełni czym jest posiadanie dziecka ale w tamtych chwili byłam naprawdę szczęśliwa. Z Trona na pewno był by fajny tata.
-Jesteś już gotowa żeby wstać?- zapytał program po chwili tulenia się do siebie.
-Jeśli podasz mi jeden sensowny powód dla którego powinnam opuścić łóżko...
-Jestem głodny i chce żebyś zrobiła mi śniadanie.
Parsknęłam śmiechem.
Nie miałam zamiaru spierać się z siłą tego argumentu.
Dzień w Enconie nie różnił się od pozostałych. Spotkanie, kawa, tona papierków, prezentacje, kawa i kolejne spotkanie. Była też sprawa z "niezadowoleniem" niektórych korporacji z powodu naszych działań. Może i przejęliśmy firmę przed niecałym miesiącem ale już kilka z naszych produktów wyszło na rynek. Wśród nich była super elektro-oszczędna żarówka która mogła działać kilkanaście lat bez przerwy oraz małe urządzenie które trzeba było zamontować przy silniku samochodu dzięki czemu ten przejeżdżał na pełnym baku około dwóch tygodni. Na nasze produkty było ciągłe zapotrzebowanie, a do tego każdego było na nie stać. Świat po woli stawał się odrobinę lepszym miejscem. I to właśnie nie podobało się korporacją. Ludzie zużywali mniej energii i to ich wkurzało bo nie zarabiali. Niektórzy potentaci naftowi prośbami i groźbami próbowali skłonić nas do zaprzestania produkcji. Nie ugięliśmy się przed tym. Nazwisko Flynn zobowiązywało. Walczyliśmy. Każdy dzień walki przybliżał nas do powrotu do Sieci. Tak bardzo chciałam wrócić do domu.
Kilka minut przed popołudniowym zebraniem okazało się że tato zostawił teczkę z dokumentami w samochodzie Alana. Zaoferowałam się że po nią pójdę. Dotarcie na podziemny parking zajęło mi dwie i pół minuty. Zabranie teczki i powód do windy tylko minutę. Żałowałam że tak krótko. Nie chciałam wracać na górę. Nie chciałam dłużej nosić eleganckich ubrań. Nie chciałam widzieć taty. Po mimo tego że bardzo go kochałam na jego widok chciało mi się uciekać. Moja nadzieja na to że to zauważy i coś z tym zrobi powoli planowała samobójstwo. Zaczęłam się zastanawiać czy nie traktowałam kiedyś tak samo Alana. Czy obojętność taty była karą za moje dawne zachowanie? Może i było. Może i na nie zasłużyłam ale dlaczego to musiało tak boleć? Dlaczego na początku był taki kochany a później stał się odległy? A może zawsze taki był? Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka. Już nic nie wiedziałam na pewno. Jedynym pewnikiem w moim życiu był Tron. Miałam wrażenie że od zawsze byliśmy razem. Jakby moje życie zaczęło się dopiero po poznaniu jego.
Nagle winda zatrzymała się w połowie drogi na moje piętro. Drzwi się otworzyły i do małego pomieszczenia wszedł nie kto inny jak Ed Dillinger. Na początku trochę go wryło ale nic nie powiedział. Winda ruszyła. Jechaliśmy w ciszy. Widzieliśmy się pierwszy raz od zakończenia szkoły. Mimo że wtedy łączyła nas nienawiść to w tamtej chwili nie czułam do tego mężczyzny żadnych negatywnych emocji. Raczej coś na kształt sentymentu. Może i żarliśmy się na każdym kroku ale on nigdy nie nazwał mnie "Stukniętą Sam".
-Dziękuje- powiedział nagle Ed.
Spojrzałam na niego w szoku. Programista patrzył się tępo w swoje buty.
-A niby za co?- zapytałam zdziwiona.
-Ostatni tydzień szkoły. Bill Foler i jego kumple postanowili poznęcać się nade mną ostatni raz. Coś im strzeliło do głowy i postanowili zamiast znów zamknąć mnie w szafce poprzepalać mnie papierosem w kiblu. O ile pamięć mnie nie myli wpadłaś do tej zasyfiałem łazienki i na trzaskałaś trzem większym od siebie futbolistą. Gdyby nie ty te cepy naprawdę mogły by zrobić mi krzywdę...- zamilkł na ułamek sekundy- jakoś nigdy ci za to nie podziękowałem.
-Nie ma za co- odpowiedziałam- doskonale wiesz że nie lubiłam tych gości.
-Mnie też nie lubiłaś.
-Ty to co innego.
-Naprawdę?- ożywił się.
Poczułam się lekko nieswojo.
-O swojego szkolnego nemezis trzeba dbać- odpowiedziałam szybko.
Ed chciał coś powiedzieć ale w tym momencie winda zatrzymała się na moim piętrze. Wyszłam z niej całkowicie ignorując mężczyznę.
-Sam, poczekaj...- brunet wystrzelił za mną.
Zignorowałam go i szłam dalej do sali konferencyjnej.
-Sam- programista złapał mnie za nadgarstek tuż przed drzwiami konferencyjnej- Może umówimy się na kawę i powspominamy szkolne czasy? Tej budy o "dobrej renomie" nienawidziłem ale wojnę z tobą wspominam całkiem dobrze... kim jest ten facet koło twojego ojca? Wygląda jak Alan...
-To jego syn, Tom- spojrzałam na mojego faceta i uśmiechnęłam się delikatnie. Według mnie był jedyną istotą na świecie która była w stanie seksownie wyglądać w garniturze.
Sekundę później mężczyzna dostrzegł mnie i uśmiechnął ale momentalnie jego twarz stężała a wzrok wyrażający żądze mordu skupił się na stojącym przy mnie programiście.
-Dlaczego on patrzy się na mnie jakby chciał mnie wrzucić do zatoki?- zapytał cicho.
-Wcale się na ciebie tak nie patrzy, on dopiero wybiera cement- odpowiedziałam- a teraz puść mnie, on bywa strasznie zazdrosny.
-Co?- wykrztusił puszczając mój nadgarstek.
-To mój chłopak- odpowiedziałam po czym weszłam do sali.
Miałam dziwne wrażenie że byłam dla niego zbyt miła.
Po spotkaniu (w między czasie którego miałam ochotę popełnić sepuku przy pomocy długopisu) wróciliśmy z Tronem do naszego gabinetu by uporządkować ostatnie tego dnia papierzyska.
-Nie zadawaj się z nim- powiedział program bezpieczeństwa wkładając raport z przychodów firmy z ostatniego tygodnia.
Doskonale wiedziałam o co mu chodzi.
-Nie mam nawet zamiaru- odpowiedziałam- to był Ed Dillinger Junior, nie przepadamy za sobą.
-Ja również- zamknął szafę z dokumentami.
-Dlatego że złapał mnie za nadgarstek?- zapytałam i uśmiechnęłam się złośliwie.
-Nie- odparł z kamiennym wyrazem twarzy.
-No to czemu?- zmarszczyłam brwi.
-On jest podobny do Sarka- odpowiedział i skrzywił się jakby napił się soku z cytryny.
Zachichotałam mimowolnie na co program bezpieczeństwa posłał mi mordercze spojrzenie. Bez słowa zebraliśmy swoje rzeczy i udaliśmy się do garażu po nasz samochód. Jakiś kwadrans później dotarliśmy do mieszkania. Następnie przebraliśmy się w normalne ciuchy po czym zabrałam się z robienie obiadu. Tron jak zwykle zjadł trzy razy tyle co zwykły człowiek. Po myciu naczyń wzięliśmy Marvina na spacer. Uwielbiałam te spacery. Przypominały mi nasze wyprawy do parku w Sieci. Mimo że byliśmy czasem bardzo zajęci staraliśmy się wychodzić na nasze spacery przynajmniej raz na dekacykl. Zawsze wtedy pracowaliśmy nad naszym związkiem. Złączyła nas wspólna walka która trochę utrudniała nam wspólne życie po rebelii. Na początku było nam bardzo ciężko przywyknąć do nowego stanu rzeczy ale daliśmy radę. Jedno dbało o drugie. Chroniliśmy siebie nawzajem przed mrokiem. Czasem spędzaliśmy czas spoczynku leżąc w łóżku i tuląc się do siebie. Gdy byliśmy razem to co nas dręczyło nie było w stanie nas skrzywdzić.
-Może dziś wieczorem pójdziemy do jakiegoś baru na drinka?- zaproponował Tron po powrocie ze spaceru.
-Chętnie- uśmiechnęłam się. Nasze wspólne wypady na drinka zawsze kończyły się bardzo przyjemnie.
Koło szóstej, gdy zrobiło się już ciemno zaczęliśmy się powoli zbierać do wyjścia gdy dostałam smsa od Alana.
-"Proszę przyjedź"-przeczytałam na głos i zmarszczyłam brwi. Na końcu wiadomości znajdował się wyszczerzony emotikonem- to dziwne, Alan zawsze podpisuje się inicjałami i nigdy nie używa emotikonów...- ogarnęła mnie fala złych przeczuć
-Myślisz że AlanOne ma kłopoty?- zapytał poważnie Tron.
-Nie wiem. Chyba tak, on zawsze śmiał się z wysyłania tych buziek... Lepiej to sprawdzić.
-Masz racje- przytaknął mi mężczyzna- proponuje rozdzielenie się. Gdy ty sprawdzisz AlanaOne ja sprawdzę Flynna. Telefony ustawiamy na wibracje. Jeśli nie odezwiemy się do siebie w ciągu pół hexa to drugie ma kłopoty.
-Tak jest- odpowiedziałam. Poczułam się jak w Sieci.
Sekundę później wskoczyłam na motocykl i ruszyłam przez noc. Może moja emotikonowa teoria była całkowitą głupotą ale zagrożenie istniało zawsze. Może i byłam Główną Administratorką ale przeważnie działałam w terenie z programami bezpieczeństwa. Przejęłam od nich kilka zachowań. Żaden program bezpieczeństwa z Sieci nie zignorował by takiej nieprawidłowości, już nie.
Gdy dotarłam do celu zobaczyłam że wszystkie światła w domu się świecą. Zaparkowałam motor i truchtem pokonałam trawnik. Drzwi wejściowe były uchylone.
Źle, bardzo źle.
Weszłam do środka. Od razu dostrzegłam ślad szamotaniny. Zacisnęłam dłonie w pięści. Ktokolwiek skrzywdził Alana gorzko tego pożałuje.
Na dole nikogo nie było. Weszłam na piętro. Usłyszałam czyjś głos dobiegający z gabinetu Alana. Gdy stanęłam w drzwiach pomieszczenia pierwszym co rzuciło mi się w oczy to mój ojciec chrzestny przywiązany do krzesła i dwóch łysych drabów stojących przy nim. Jego głowa była pochylona do przodu. W pierwszej chwili myślałam że jest nie przytomny ale głębokość jego wdechów wskazywała że jest całkowicie przytomny.
-No proszę, panna Flynn- odezwał się trzeci mężczyzna którego wcześniej nie zauważyłam. Miał na sobie jeansową kurtkę i sprane sztruksy- nie wygląda pani na zaskoczoną tym co tu pani zastała- powiedział nonszalancko.
Alan gwałtownie podniósł głowę. Lewa połowa jego twarzy była spuchnięta i malował się na niej ogromny siniak. Chciał coś powiedzieć ale knebel w ustach mu to uniemożliwiał.
Zabije.
-Na dole są ślady walki- odpowiedziałam obojętnie- Kim jesteś?
-To kim jestem nie ma znaczenia. Ważne jest to z czym do ciebie przyszłem.
-Po pierwsze- podeszłam do biurka stojącego pod ścianą- mówi się "przyszedłem" a nie "przyszłem", a po drugie nie udawaj mądrzejszego niż jesteś bo i tak ci nie wychodzi.
Facet w sztruksach wyraźnie się wkurzył.
-Posłuchaj dziwko- warknął gniewnie- radze odnosić się do mnie z szacunkiem bo...
-Bo co?- zakpiłam- poślesz na mnie tych dwóch? Najpierw kazałeś im pobić staruszka, a teraz każesz kobietę o posturze wykałaczki? Ale jesteś męski... jeśli chcesz ze mną o czymkolwiek gadać to odeślij swoich goryli... no chyba że się mnie boisz- spojrzałam na niego znacząco.
Mężczyzna machnął na łysych ręką a ci bez słowa opuścili pomieszczenie.
-Czego chcesz?- zapytałam.
-Zostałem wysłany z przyjacielskim ostrzeżeniem. Encon ma przestać wprowadzać innowacje.
-Bo co?
-Bo to!- wyjął z kurtki rewolwer i wymierzył we mnie.
W tej właśnie chwili usłyszałam trzaśnięcie frontowych drzwi. Uśmiechnęłam się. Gościu był mój.
Będąc w Sieci nauczyłam się wielu sztuczek między innymi jak się bronić. Tron się o to postarał.
-Nie sądzę- wskazałam brodą w stronę okna.
Mężczyzna się odwrócił. Natychmiast to wykorzystałam. Poderwałam się z biurka, pokonałam dzielącą nas odległość jednym susem i wybiłam mu kantem dłoni broń. Facet krzykną. Próbował złapać mnie za szyję ale zrobiłam unik, kopnęłam go w piszczel po czym uderzyłam go z całych sił w głowę. Mężczyzna padł na podłogę bez przytomności.
Po skończonej walce podeszłam do Alan, ukucnęłam przed nim, wyciągnęłam mu knebel z ust i zaczęłam go rozwiązywać.
-Sam...- powiedział płaczliwie- Sam, to było niebezpieczne, mogło ci się coś stać...
Oczy mnie zapiekły, a w sercu poczułam ścisk. Uwolniłam mężczyznę z więzów i przytuliłam go mocno.
-Tatuś- wyszeptałam bezwiednie.
Poczuła jak dłoń mojego opiekuna zaczyna głaskać mnie po głowie. Rozpłakałam się. Uspokoiłam się dopiero po kilku minutach.
-Powinieneś iść do swojego pokoju i położyć się na trochę- powiedziałam spokojnie- źle wyglądasz.
-Ale...
-Proszę cię tato- spojrzałam na niego poważnie. W tamtej chwili poczułam że już dawno temu powinnam zacząć tak do niego mówić. Po śmierci babci nie musiał brać mnie pod swoją opiekę. Gdyby tego nie zrobił nawet nie miałabym do niego pretensji. Czasem zabierał mnie na wycieczki i pomagał odrabiać lekcje. To nie było to samo co wychowywanie dziecka. Wiedziałam o tym doskonale pomimo tego że byłam gówniarą. Byłam bardzo zdziwiona gdy dowiedziałam się o tym co babcia i Alan zaplanowali. Oszczędzili mi wiele stresu i strachu.
-Dobrze Sam, pójdę- pocałował mnie w czubek głowy.
Pomogłam mężczyźnie wstać i zaprowadziłam go do jego pokoju. Chciałam by trochę odpoczął i żeby nie był światkiem tego co tu się zaraz stanie. Byłam mściwą istotą.
Oko za oko. Ząb za ząb. Zło za zło.
Wzięłam linę która wcześniej krępowała Alana i związałam nią ręce i nogi mężczyzny w sztruksach. Następnie poszłam do kuchni po sole trzeźwiące. Gdy je znalazłam wróciłam do gabinetu i ocuciłam nimi mężczyznę.
-Moja głowa...- jęknął i szarpnął się mocno- związałaś mnie dziwko!- krzyknął gdy zorientował się w swojej sytuacji.
-Kto cię przysłał?- zapytałam spokojnie.
-Wal się!
-Bardzo chętnie ale nie z tobą- odpowiedziałam- A teraz ci radzę odpowiedzieć mi na moje pytanie.
-I tak czy siak zadzwonisz po gliny. Nic ci nie powiem.
-Po gliny zadzwonię, ale nie od razu- podeszłam do biurka i wzięłam z niej kartkę papieru.
Mężczyzna się zaśmiał. Bez słowa podeszłam do niego, złapałam go za nadgarstki, wetknęłam krawędź strony pod jeden z paznokci i pociągałam mocno. Facet zawył jak zranione zwierze.
-Powiem! Powiem ci wszystko co wiem, tylko przestań!
-Mów.
-Nie wiele wiem. Wynajął mnie jakiś facet w garniturze i czarnych okularach- powiedział.
-I ty to uważasz za informację?- zapytałam po czym powtórzyłam czynność z kartką.
-To naprawdę wszystko...
-Jesteś pewien? Bo ja nie- już chciałam użyć po raz kolejny kartki gdy mężczyzna wrzasnął.
-fCon! Ten gość miał wizytówkę z nazwą fCon!
Uśmiechnęłam się i pocałowałam mężczyznę w policzek. Mój więzień zrobił zszokowaną minę a następnie na jego twarzy pojawiło się czyste przerażenie.
-Czego się boisz?- zapytałam.
Czułam jak moje wargi wyginają się w okrutnym uśmiechu.
-Twoja twarz...- wyszeptał.
Odwróciłam się twarzą do okna które z powodu panującej na zewnątrz ciemności zadziałało jak lustro. Przestraszyłam samą siebie. Twarz miałam trupio bladą, źrenice szerokie i uśmiech psychopaty. Poczułam jak krew w moich żyłam krąży coraz szybciej. Jej dudnienie w uszach stawało się nie do zniesienia.
Zmusili mnie... Zmusili mnie do tego.
Wyciągnęłam swoją komórkę, rozpłakałam się na zawołanie i zadzwoniłam na policję.
-Halo, policja?- zaczęłam płaczliwie- proszę przyjedźcie... przyjedźcie na- podałam adres- jakiś mężczyzna włamał się do domu... szarpaliśmy się...wezwijcie karetkę... on wyleciał przez okno- powiedziałam.
Gdy funkcjonariusz się rozłączył podeszłam do mojego więźnia, złapałam go za szyję i zaczęłam rozwiązywać.
-Nie... proszę- łkał jak dziecko. Bał się mnie- przecież ty jesteś ta dobra...
-Ta dobra?- prychnęłam- chyba się koleś komiksów naczytałeś. Ja nie jestem dobra, ja jestem mściwa, a ty skrzywdziłeś kogoś kogo kocham. Zapłacisz za to...- postawiłam go do pionu.
-Ale przecież...- jąkał się.
-To że stoję po stronie aniołów to nie znaczy że nim jestem- kopnęłam go z całej siły w brzuch.
A potem był tylko krzyk i trzask pękatego szkła.
Dziesięć minut po przyjeździe policji do domu Alana przyjechał Tron, tato oraz koroner by stwierdzić zgon intruza. Dzięki temu że mój ojciec chrzestny powiedział mundurowym to o co go poprosiłam nikt nawet nie podejrzewał co naprawdę zrobiłam intruzowi.
Mój chłopak poinformował policję to tym że pod apartamentowcem w którym mieszkał tato stał samochód bez rejestracji który po ich wyjściu z budynku śledził ich do puki Tron ich nie zgubił. Cała sprawa zaczęła mi wyglądać na zorganizowany atak... zorganizowany atak!
-Cholera!- zawołałam.
Policjanci spojrzeli na mnie dziwnie.
-Nasze mieszkanie- na ich nieme pytanie odpowiedział program bezpieczeństwa.
-Ci ludzie mogli coś tam zaplanować w razie gdyby tu im się nie udało- powiedział tata.
Wywołaliśmy małe zamieszanie. Na szczęście śledczy który prowadził naszą sprawę był inteligentny i uznał nasze przypuszczenia za słuszne. Kłopoty zaczęły się gdy zapytał o adres. A mój kontener jako takiego nie posiadał z związku z czym musiałam pojechać zrazem z policją by wskazać im drogę. Na miejscu okazało się że niestety miałam rację. Po głównym pomieszczeniu walały się nasze rzeczy. Wszystko było zniszczone. Popatrzyłam ze smutkiem na rozwalonego na kawałeczki harleya którego naprawiałam dla Trona. Chciałam mu go dać jako gwiazdkowy prezent.
Policja zaczęła zbierać dowody z całego tego bajzlu, a mój chłopak i ja szukaliśmy w tym czasie Marvina którego nigdzie nie było widać. Bałam się o psa. Był moim jedynym towarzyszem przez długi czas. Zaprzestaliśmy nawoływań po jakieś godzinie. Gdyby był w pobliżu na pewno by przybiegł albo zaszczekał. To był mądry pies.
Siedzieliśmy z Tronem na ławce na "tarasie" i czekaliśmy aż policja skończy swoją pracę żebyśmy mogli swoje rzeczy i przenieść się w inne miejsce. Nie mogliśmy tu zostać. Czułam się trochę jak wtedy gdy przepadła kryjówka na Rubieżach.
-Szkoda że nie udało się nam iść ta tego drinka- powiedziałam cicho.
-Szkoda- westchnął Tron i objął mnie ramieniem- ty coś ukrywasz, prawda?- wyszeptał mi do ucha.
Kiwnęłam delikatnie głową. Znał mnie aż za dobrze.
Chwilę później podszedł do nas detektyw i powiedział że jego ekipa skończyła oraz że piętro jest nietknięte. Pogadaliśmy z nim trochę, spakowaliśmy swoje rzeczy i pojechaliśmy do hotelu. Już nie mogliśmy tam mieszkać. Na miejsce swojego noclegu wybraliśmy drogi hotel w którym często przebywali celebryci. Dawało to jako taką gwarancje że nikt nie zauważony tu nie wejdzie, a nawet jeśli wejdzie to wszystko będzie na kamerach. Ukrycie się na widoku było najlepszym wyjściem.
W pokoju hotelowym, siedząc na łóżku opowiedziałam programowi bezpieczeństwa o wszystkim co się wydarzyło. Nie przemilczałam niczego. Myślałam że mężczyzna mnie ochrzani ale jego reakcja była zupełnie inna.
-Też bym go skasował- powiedział spokojnie i spojrzał na mnie poważnie- sprawił bym tylko żeby bardziej cierpiał.
Rozpłakałam się. Nie spodziewałam się czegoś takiego.
-Myślałam że mnie skrzyczysz...
-Niby dlaczego miał bym to zrobić?- objął mnie ramieniem.
-Bo... bo to było złe. Nie zabiłam do w czasie walki tylko z premedytacją... wiem że to było złe ale... to co zrobiłam... sprawiło że... - spojrzałam mu w oczy- to mi dało szczęście.
Tron nic nie powiedział. Tylko przytulił mnie mocno i przycisnął do piersi.
-Powiedziałaś mi kiedyś że zemsta mi nie pomoże ale na pewno poprawi humor. Ten śmieć skrzywdził AlanaOne. Gdy zobaczyłem ten siniec aż się we mnie zagotowało. Świadomość że go zabiłaś poprawiła mi humor- spojrzał na mnie znacząco- gdyby ktoś skrzywdził by tak ciebie rozerwał bym go na strzępy i dało by mi to szczęście więc się nie zadręczaj tym. Bądź dumna z tego że obroniłaś kogoś kogo kochasz.
-Ty tak robisz?- pociągnęłam nosem.
-Bardzo często- pocałował mnie w czubek głowy- Kiedy Dyson mnie torturował- głos odrobinę mu zadrżał- chciałem znieść to wszystko w milczeniu dla ciebie.
-Dla mnie?- zdziwiłam się.
-Tak, dla ciebie, byłaś najbardziej niewinną i słodką istotką jaką poznałem. Kiedy dałem się oszukać czułem się jakbym cię zawiódł. Chciałem zrobić chociaż tyle...- westchnął.
-Zawsze byłeś i będziesz moim bohaterem- zapewniłam go- to się nigdy nie zmieni.
Równie uradowaną minę co wtedy miał jedynie kiedy zgodziłam się na zostanie jego partnerką z pakietu. Miłość Trona była zaborcza ale lubiłam to. Stałe uczucie ciepła drugiej osoby było największym możliwym szczęściem.
-Skoro już to wyjaśniliśmy pozostaje jeszcze fCon- zaczęłam po chwili przytulanek.
-Wnioskuję że nie powiedziałaś o tym policji.
-Oczywiście że nie. Zareagowali by odpowiednio dopiero wtedy gdy któreś z naszej czwórki skończyło by z kulką w skroni. Musimy to załatwić sami... co się tak patrzysz?- zapytałam dziwnie gapiącemu się na mnie mężczyźnie.
-Pierwszy raz od trzech dekacykli jesteś taka ożywiona.
-To od adrenaliny... a teraz skupmy się na przeciwniku... ktokolwiek wynajął tego kretyna w sztruksach nie wie że groźby i wymierzona we mnie broń na mnie nie działa... teoretycznie na kobiecie łatwiej coś wymusić niż na mężczyźnie... albo chciał mnie zaczepić i sprowokować do działania... jeśli tak to ta osoba jest sprytna bo się jej udało... to że jest z fConu to największa wskazówka... trzeba shakować ich system, może czegoś się dowiemy- wstałam z łóżka i poszłam po mojego laptopa.
Chwilę później siedziałam po turecku na środku łóżka i odpalałam system.
-Dasz radę się tam włamać?- zapytał Tron siadając za mną. Mężczyzna oparł brodę o moje ramie, a jego ramiona obwinęły mnie w pasie. Jego oczy bezczelnie wlepiały się w ekran.
-Coś ty się taki kontaktowy zrobił?- zapytałam.
-Bo mogę- odpowiedział.
Prychnęłam i wzięłam się za robotę. Kilka minut później mój program Echo przeszukiwał pamięć serwerów fConu.
-To co robisz powinno mi przeszkadzać- powiedział nagle Tron- pierwotnie miałem monitorować połączenia wchodzące i wychodzące.
-Widać z wiekiem stałeś się bardziej elastyczny.
Teraz to on prychnął.
Zaśmiałam się.
-A czego konkretnie szukasz?
-Sama nie wiem. Czego ktokolwiek co by bardzo wkurzało fCon. To może potrwać nawet całą noc. Jakbym wiedziała czego szukać potrwało by to krócej. Na szczęście Echo trudno namierzyć... właśnie zaczęłam się zastanawiać jak wygląda. Jak serwer będzie gotowy to go tam wprowadzę, naprawdę chciałam bym go poznać, to mój najlepszy program...
-W takim razie Echo to ona i wygląda jak ty- przerwał mi.
-Skąd wiesz?- zmarszczyłam brwi.
-Przy logowaniu w starym systemie zawsze słyszałem że jestem najlepszym programem AlanaOne. Wnioskuje że zależność że najlepszy program wygląda jak jego Użytkownik odnosi się to do innych programów.
Kiwnęłam głową. Dalej pracowałam w milczeniu. Po jakiś dziesięciu minutach odkryli mnie. Jak taką firmę zabezpieczenia mieli żałosne. Po chwili zabawy w kotka i myszkę na monitorze pojawił się komunikat że program został usunięty. Zagotowało się we mnie. Nikt nie miał prawa ruszać moich programów. Było to dla mnie równoznaczne z wypowiedzeniem mi wojny totalnej.
-Tron- zaczęłam zatrzaskując klapkę laptopa- jutro w nocy włamujemy się do fConu. Te świnie skasowały Echo. Jeśli podłącze się bezpośrednio do serwera może będę mogła ją odzyskać i nieźle im nabruździć.
-Więc jaki jest plan?- zapytał.
-Skąd wiesz że mam jakiś plan?
-Ty zawsze masz plan.
Przewróciłam oczami po czym odepchnęłam go od siebie. Mężczyzna upadł na plecy ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Nim brunet się podniósł usiadłam na nim okrakiem.
-A wiesz jaki mam teraz plan?- zapytałam i uśmiechnęłam się zalotnie.
-Tak i całkowicie go akceptuje.
Rano zadzwoniłam do taty i powiedziałam mu że dziś nie przyjdziemy do pracy. Wcisnęłam mu kit że chcemy poszukać nowego mieszkania. Czułam się źle okłamując go ale im mniej wiedział tym był bezpieczniejszy. Następnie zjedliśmy w hotelowej restauracji śniadanie. Później poszliśmy do samochodu. Chcieliśmy poobserwować trochę ich budynek. Zwykle taką akcję planowałam z co najmniej tygodniowym wyprzedzeniem ale teraz nie było na to czasu. Plany budynku musieliśmy przestudiować w samochodzie.
A potem to stało się szybko. Kontem oka zobaczyłam białego busa. Kiedy koło mnie przejechał drzwi się otworzyły i zostałam wciągnięta do środka w czasie jazdy.
Krzyknęłam. Zaczęłam się szamotać na oślep ale kilka par rąk trzymało mocno moje kończyny. Ktoś przyłożył mi szmatkę do ust.
Nie oddychaj. To chloroform... nie oddychaj. Nie... oddychaj... nie... nie oddych...
Straciłam przytomność.
