TRON: Geneza
Rozdział piąty: Taki ojciec lecz nie syn.
-Nie uwierzysz co się stało- powiedział mój współpracownik wpadając do naszej pracowni niczym niczym nietoperz z piekła.
-Nie wiem i nie obchodzi mnie to- mruknąłem nie odrywając wzroku od ekranu komputera. Miałem dużo roboty z nowym projektem, a do tego musiałem naprostować kilka spraw związanych z "incydentem" EnconOS 12.
-Eddie, to ważne spójrz- jęknął Josh.
-Ile razy ci powtarzałem żebyś nie nazywał mnie...- odwróciłem głowę od ekranu, spojrzałem na mężczyznę i natychmiast zamilkłem na widok filmiku który leciał na jego tablecie.
-Czy to konferencja w San Fransisko?- zapytałem cicho.
-Tak.
Wyrwałem mężczyźnie tablet i zacząłem oglądać uważnie. Zobaczyłem Bradleya, czubków z FLYNN LIVES, jakiegoś staruszka przypominającego Flynna oraz Sam stojącą z kimś z boku sceny.
-Coś ty znowu wymyśliła...- powiedziałem cicho i uśmiechnąłem się mimowolnie.
Kiedy pierwszy raz spotkałem Sam Flynn brakowało mi kilku tygodni do szesnastego roku życia. Pierwszego dnia szkoły wszedłem do naszej sali na piętnaście minut przed pierwszą lekcją i wtedy ją zobaczyłem. Nigdy tego nie zapomnę. Siedziała w ławce i czytała komiks o Spider-menie. Miała na sobie powycierane jeansy, czarną koszulkę AC/DC i czerwone trampki. Naturalne blond włosy sięgające jej do łopatek były rozpuszczone. Na początku uznałem ją za najpiękniejszą dziewczynę na świecie. A potem ją poznałem.
Podszedłem do niej niepewnie. Mimo że zrobiłem jedynie kilka kroków spociły mi się dłonie.
-Cześć- powiedziałem cicho.
Wtedy dziewczyna uniosła głowę znad komiksu i spojrzała na mnie. Odkryłem wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze, jej oczy elektryczno niebieskie. Po drugie, patrzyła na mnie tak jak czasem patrzał na mnie mój ojciec. Jakby widziała coś nie ciekawego i czekała na coś bardziej godnego jej uwagi.
I tedy ją znienawidziłem.
Przez następne trzy lata darliśmy ze sobą koty. Wredne dowcipy nie miały końca. Nienawidziłem jej za to że spojrzała na mnie jak ojciec. Nienawidziłem jej za to że mój stary wymagał ode mnie żebym był od niej lepszy, a tego nie dało się zrobić. Nauka przychodziła jej bez wysiłku, była świetna w sporcie. Normalnie pieprzony ideał. Ideał który patrzał na innych jak na coś nie godnego jej uwagi. Przysporzyło jej to sporo wrogów, szczególnie u takiej jednej wymalowanej laluni z równoległej klasy. Sam się praktycznie nie malowała, ubierała się jak chłopak, była stosunkowo płaska, z włosami nie robiła nic oprócz uczesania ich szczotką, a naprawdę podobała się chłopakom. Szczególnie tym starszym. W pierwszej klasie krążyła nawet plotka że chodzi z jakimś maturzystą. Cała klasa nienawidziła jej za to że na każdym sprawdzianie ze znudzoną miną oddawała kartkę po dziesięciu minutach i zawsze z stu procentowym wynikiem, a ja nienawidziłem jej najbardziej. Wszystko zmieniło się te kilka ostatnich dni przed ukończeniem szkoły. Bill Foler i jego bezmózgie przydupasy postanowiły się po raz ostatni nade mną poznęcać. Zaciągnęli mnie do kibla i chcieli przypalić mnie papierosem. I wtedy zjawiła się Sam. Z łatwością natrzaskała kilku większym od siebie kolesiom. Wiedziałem że chodzi na karate ale nie wiedziałem że jest na takim poziomie. Gdy rozprawiła się z futbolistami podszła do mnie, złapała za ramię i podciągnęła na nogi. To był pierwszy raz kiedy mnie dotknęła. Serce zaczęło mi bić szybciej.
-Nic ci nie jest?- zapytała.
Kiwnąłem przecząco głową, a Sam odeszła. Miałem przez to niezły mętlik w głowię. Chciałem z nią porozmawiać ale zanim zdobyłem się na odwagę nadeszło zakończenie szkoły. Wtedy myślałem że widzę ją po raz ostatni.
Potem poszedłem na studia ale nigdy nie zapomniałem o tej szurniętej blondynce. Nie do końca. O niej nie dało się zapomnieć. Wbrew pozorom roztaczała wokół siebie pewną aurę charyzmy. Po studiach zatrudniłem się w Enconie. Głównie na złość staremu. Miałem też nie wielką nadzieje że uda mi się porozmawiać z Sam o tamtym wydarzeniu. Chciałem to w końcu uporządkować ale okazało się że Sam nie chcę mieć z tą firmą nic doczynienia. Wtedy coś zrozumiałem. To całe zachowanie tej szurniętej blondyny nie było żadną metodą wywyższania się ponad innych. Ona po prostu była wolna. Ona nigdy nie robiła nic złośliwie. Sam Flynn po prostu była szczera. Wolała żeby nienawidzono ją taką jaka jest niż kochano za przybraną postawę. Zazdrościłem jej odwagi.
Minął miesiąc od "rządów Flynnów". Cały mój dział był zawalony robotą. Oprogramowania które tworzyliśmy teraz były istnymi dziełami sztuki. Wcześniej polityka firmy była skierowana na zysk ale teraz skupiała się na innowacjach i polepszaniu ludziom standardów życia. Mój kolega z działu technicznego zaklinał się że robią urządzenie które wykrywa żyły wodne i od razu kopie studnie. Ponoć pierwsza partia maszyn miała zostać przekazana korpusowi pokoju. Szczerze mówiąc ze wszystkich działów dochodziły wieści o niezwykłych projektach. Były też otwierane nowe. Eksperci z różnych dziedzin walili drzwiami i oknami. Pracowało się lepiej niż za rządów MacKeya. I co dziwniejsze, mimo że firma zaczęła oferować wiele produktów po bardzo niskich cenach lub nawet za darmo to przychody nie zmalały. Wręcz przeciwnie, wzrosły o dwanaście procent. Kto by pomyślał że pozornie destrukcyjne działanie przyniesie firmie krociowe zyski.
Tego dnia po tylu latach po raz kolejny spotkałem Sam Flynn. To był czysty przypadek. Wpadliśmy na siebie w windzie. Ta Sam była zupełnie inna niż ta którą poznałem w szkole. Miała na sobie elegancką czarną marynarkę i spódnicę oraz buty na obcasie. Wyglądała bardzo poważnie, a coś w jej postawie budziło szacunek. Jechaliśmy przez chwilę w ciszy.
-Dziękuje- powiedziałem nagle po czym zacząłem oglądać swoje buty.
Poczułem na sobie jej wzrok.
-A niby za co?- zapytała zdziwiona.
Spojrzałem na nią. Zmarszczyła czoło w typowy dla siebie sposób.
-Ostatni tydzień szkoły. Bill Foler i jego kumple postanowili poznęcać się nade mną ostatni raz. Coś im strzeliło do głowy i postanowili zamiast znów zamknąć mnie w szafce po przypalać mnie papierosem w kiblu. Oil pamięć mnie nie myli wpadłaś do tej zasyfianej łazienki i natrzaskałaś trzem większym od siebie futbolistą. Gdyby nie ty te cepy naprawdę mogły by zrobić mi krzywdę...- zamilkłem na ułamek sekundy- jakoś nigdy ci za to nie podziękowałem.
-Nie ma za co- odpowiedziała- doskonale wiesz że nie lubiłam tych gości.
-Mnie też nie lubiłaś.
-Ty to co innego.
-Naprawdę?- ożywiłem się. Nie spodziewałem się że padnie taka odpowiedź. W ciągu minionych lat często zastanawiałem się czemu mi wtedy pomogła.
-O swojego szkolnego nemezis trzeba dbać- odpowiedziała szybko.
Chciałem coś powiedzieć ale w tym momencie winda się zatrzymała. Blondynka wyszła z niej całkowicie mnie ignorują. Typowe.
-Sam, poczekaj...- pobiegłem za nią. Trudno było mi uwierzyć że mogła tak szybko iść na obcasach.
-Sam- dopiero po chwili udało mi się ją dogonić. Złapał ją za nadgarstek tuż przed drzwiami sal konferencyjnej- Może umówimy się na kawę i powspominamy szkolne czasy? Tej budy o "dobrej renomie" nienawidziłem ale wojnę z tobą wspominam całkiem dobrze...- poczułem na sobie czyjś złowrogi wzrok. Spojrzałem przez szklane drzwi i zobaczyłem faceta niezwykle podobnego do Bradleya. Mężczyzna patrzył na mnie jakby chciał mnie zabić- kim jest ten facet koło twojego ojca? Wygląda jak Alan...
-To jego syn, Tom- dziewczyna uśmiechnęła się do niego delikatnie.
Poczułem jak coś ściska mnie w piersi. Gdy sekundę później mężczyzna odwzajemnił uśmiech miałem ochotę krzyknąć ale jego wzrok zaraz znów skierował się na mnie.
-Dlaczego on patrzy się na mnie jakby chciał mnie wrzucić do zatoki?- zapytałem cicho.
-Wcale się na ciebie tak nie patrzy, on dopiero wybiera cement- odpowiedziała lekko- a teraz puść mnie, on bywa strasznie zazdrosny.
-Co?- wykrztusiłem puszczając jej nadgarstek.
Niby dlaczego ON miał być o NIĄ zazdrosny?!
-To mój chłopak- odpowiedziała po czym weszłam do sali.
Stałem przez kilka sekund jak wryty. Co prawda słyszałem plotki o tym że z Sam przez cały czas jest jakiś facet i praktycznie nie opuszcza jej ani na krok ale sądziłem że to jej ochroniarz. Widać zbyt długo siedziałem przed monitorem i nie dotarły do mnie te bardziej szczegółowe informacje.
Wróciłem wolno do pracowni. Nie byłem sobie w stanie przypomnieć po co z niej wyszedłem.
-Wszystko w porządku?- zapytał Josh gdy usiadłem na krześle przy moim biurku.
-Taa...- mruknąłem.
-To gdzie masz kawę?- spojrzał na mnie znacząco.
Schowałem twarz w dłoniach i westchnąłem głośno.
-Co się stało chłopie?- zapytał brunet.
-Spotkałem ją- powiedziałem.
-Jaką "ją"? Chodzi ci o Samantę Flynn?
-Tak i... zaprosiłem ją na kawę.
-I co?
-I nic. W sumie to mi nie odpowiedziała... a potem ten facet...
-Tom?
-Skąd wiesz?- ożywiłem się.
-Znam go, jest całkiem miły. Trochę dziwny ale miły... spotkaliśmy się w pokoju socjalnym...- westchnął- za każdym razem gdy z nim rozmawiam mam wrażenie że ma aspengera, nie wiem czemu...
-Dopisz sobie do listy że to chłopak Sam- warknąłem. Byłem zły. Nie wiedziałem czemu.
-Coś ty taki wściekły Ed? Przecież to cię nie powinno obchodzić, przecież mówiłeś że znacie się ze szkoły i się szczerze nienawidziliście...- zamilkł na chwilę po czym zaczął się śmiać.
-Co cię tak bawi?- zapytałem. Byłem totalnie zirytowany.
-Od nienawiści do miłości tylko jeden krok- zachichotał.
-Co ty piep...- nagle dotarł do mnie sens jego słów- nie ma mowy!
-Daj spokój, laska jest ładna i zna się na programowaniu. Jakby mnie chciała to bym brał, a to że ma faceta to żadna przeszkoda
-Zamknij się pacanie- warknąłem i zabrałem się do pracy.
Wieczorem gdy byłem w swoim mieszkaniu zadzwonił do mnie palant zwany moim ojcem. Przez pół godziny truł mi o tym że jestem jego synem, wartościach rodzinnych i o tym że chciałby mieć mnie przy sobie w trakcie przełomu który niedługo będzie miał miejsce w jego firmie. W końcu dałem się przekonać na krótkie spotkanie przed pracą.
Rano pod moim mieszkaniem pojawiła się czarna limuzyna. Wsiadłem do niej z mieszanymi uczuciami. W środku czekał na mnie tata. Na dzień dobry zaczął nawijać o tym jak się cieszy że mnie widzi i jak nie może doczekać się naszej przyszłej współpracy. Zdziwiło mnie to ale natychmiast dotarł do mnie powód zmiany jego zachowania. Stary miał obsesję bycia lepszym od Kevina Flynna, a skoro jego córka z nim pracowała to on nie chciał być gorszy. Miałem dość jego chorych ambicji.
A potem dowiedziałem się że ojciec kazał porwać Sam.
Krew we mnie zawrzała. Ten skurwiel przesadził. Szybko postanowiłem zachować kamienną twarz i pojechać z starym do jego firmy. Przeszło mi wtedy przez myśl że gdybym uratował tą szurniętą blondynkę to na pewno zyskałbym w jej oczach. Wtedy uświadomiłem sobie że Josh może mieć rację. Mogłem się w niej kochać nawet o tym nie wiedząc?
Gdy znalazłem Sam w podziemiach fConu moje serce zaczęło bić szybciej. Najpierw z ulgi że nic jej nie jest, a potem z przerażenia. Miałem wrażenie że miałem przed sobą dzikie zwierze a nie człowieka. Ta dziewczyna patrzyła na mnie takim drapieżczym wzrokiem. Próba uwolnienia jej skończyła się atakiem. Blondynka złapała mnie za gardło i przydusiła mnie. Byłem pewien że gdyby mnie nie znała udusiła by mnie bez mrugnięcia okiem. Udało mi się namówić ją by mnie puściła. Zdjąłem jej kajdanki i zacząłem prowadzić ku schodom. Zapytała mnie wtedy czemu jej pomagam.
-Może w to nie uwierzysz ale naprawdę chciałbym wybrać się z tobą na kawę- odpowiedziałem.
-Ty wiesz że mam chłopaka?
-Chłopak rzecz zmienna- odparłem spokojnie.
-Jakby mi na to pozwolił...- mruknęła.
Coś ścisnęło mnie przy sercu. Czy ten facet zmusza ją żeby była z nim na siłę? Słyszałem o takich przypadkach ale żeby Sam dała się w coś takiego wrobić?
Nagle, po chwili marszu, dziewczyna przycisnęła mnie do ściany i szeptem oznajmiła że zbliża się tu jakieś pięć osób. Ja nic nie słyszałem i według mnie był to kiepski moment na zabawię w ninja. Potem Sam kazała wydostać się stąd i znaleźć jej chłopaka po czym ruszyła w przód. Parę sekund później usłyszałem krzyki. Wyjrzałem zza ściany. Zatkało mnie. Ona nie bawiła się w ninja. Ona była jak ninja. Prała dwa razy większych od siebie gości jak szmaciane lalki. Niestety nie udało jej się ich pokonać. Gdy widziałem jak ciągnęli ją po podłodze chciałem wyskoczyć za tej pieprzonej ściany ale za bardzo się bałem. Czułem ogromny wstyd. Sam nawet przez moment się niewachała. Była jak wyszkolony komandos.
Odczekałem chwilkę i poszedłem w stronę w którą zabrano Sam. Dotarłem do średniej wielkości laboratorium. Mój ojciec mnie zauważył. Machnął na mnie żebym do niego podszedł. Uczyniłem to. Zobaczyłem wtedy że blondynka jest zamknięta w jakimś białym pokoiku z dużymi szybami. I coś co wyglądało jak broń. Poczułem się jak w jakimś filmie. Ojciec coś mówił ale nie słyszałem tego. Jedyną rzeczą na jakiej mogłem się skupić była Sam. Stała jak żołnierz na czekający na stracenie. Dumna, twarda i wyszkolona.
Coś ty robiła przez te lata? Byłaś w wojsku? Nie, przecież ty się nikogo nie słuchasz... Boże, gdzieś ty się nauczyła tak walić po mordzie? To nie było karate.
Magle z broni wystrzelił jakiś promień. Trafił w Sam, a ta wręcz rozpłynęła się w powietrzu.
Nie jestem pewien co się stało później. Byłem w takim szoku że zacząłem kontaktować co się wokół mnie dzieje dopiero w taksówce. Nie wiedziałem zbytnio co tam robię i dokąd jadę. Chciałem zapytać kierowcę ale było mi głupio. Dopiero po chwili zorientowałem się gdzie jadę. Jechałem do domu Alana Bradleya. Gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem że na trawniku leżały resztki szkła i taśmy policyjnej. Niepewnie podszedłem do drzwi i zapukałem. Usłyszałem jakiś hałas. Kilka sekund później w drzwiach stanął pan Bradley.
-Czego chcesz?- zapytał opryskliwie.
Zdziwiłem się. Zwykle ten facet kojarzył mi się z uroczym staruszkiem, a teraz wyglądał jak demon z piekła rodem. Miał na sobie jeansy i rozciągniętą koszulkę. W oczach miał żądzę mordu.
-Chodzi o Sam- powiedziałem nieśmiało.
-Co wiesz?- zapytał chwytając mnie za ramię.
-Dużo- odpowiedziałem.
-Właź- wciągnął mnie do środka.
Zostałem zaprowadzony do salonu gdzie czekali na nas pan Flynn i facet Sam.
-Co on tu robi?- Tom zazgrzytał zębami. Wyglądał jakby chciał rozerwać mnie na strzępy.
-Czego chcesz Dillinger?- zapytał Flynn. Jego twarz była poważna a oczy wręcz rzucały piorunami. Mimowolnie zauważyłem że ma takie same oczy jak jego córka.
-Mój stary porwał Sam- powiedziałem.
Tom warknął. Flynn uspokoił go gestem ręki.
-Z góry mówię, ja z tym nie mam nic wspólnego. Mój stary to dupek, nie gadam z nim... ale wczoraj zadzwonił do mnie. Myślałem że chce się pogodzić... a potem...- opadłem na kanapę. Nie mogłem złapać tchu.
-Chcesz coś do picia?- zapytał Alan.
-Poproszę herbatę.
Gdy chwilę później dostałem swój napój opowiedziałem mężczyzną wszystko co wiem. Ich miny były co najmniej dziwne. Cała trójka patrzyła po sobie niepewnie.
-Jeśli Sam jest w ich systemie powinna dać sobie radę- powiedział cicho Tom.
-Co?- nic z tego nie rozumiałem.
-Flynn, jak stoi praca ze serwerem?- zapytał Alan.
-Wszystkie potrzebne części już są... jeżeli nic nie będzie uszkodzone to tylko kwestia kilku godzin... jeśli podłączymy Sieć do internetu możliwe że uda nam się przesłać grupę programów do ich serwerów...
-Lepiej będzie wysłać mnie samego. Łatwiej będzie pokonać zabezpieczenia.
-A jak ją tam odnajdziesz?- zapytał Flynn- Tron, stary, wieże w twoje umiejętności ale...
CO!?
-Pary z pakietu są połączone, więc zawsze się odnajdą.
-Co ty... ty nie mów że wy... Tron jak mogłeś, to moja córka- oburzył się mężczyzna.
-O co chodzi?- zapytał Alan.
Ja już nic z tego nie rozumiałem.
-Stworzyliśmy razem pakiet. Postanowiliśmy nikomu o tym nie mówić. Gdyby to wyszło programy nie dały by mi żyć.
-Ale ja powinienem o tym wiedzieć! A do tego zrobiłeś z nią coś czego nie rozumiała! Wasze umysły działają inaczej, mogłeś jej zrobić krzywdę!
-A ty jej krzywdy nie robisz? Od miesiąca rozmawiasz z nią wyłącznie o pracy! Wiesz jaką to jej sprawia przykrość?! Nie zauważyłeś że ona się tu źle czuje? Sam cię kocha i robi wszystko żebyś był zadowolony! Doskonale wiesz że jest zbyt dumna by się przyznać że potrzebuje twojej uwagi!
-Masz rację...- wyszeptał ze wstydem- przepraszam.
-Przeprosisz Sam kiedy z nią wrócę- powiedział Tom/Tron wstając- zabierzmy się do roboty. Wystarczy że ją zawiodłem, nie chcę by musiała na mnie czekać więcej niż jest to konieczne- wyszedł z pokoju. Flynn poszedł za nim.
-O co chodzi?- zapytałem Bradleya.
Staruszek westchnął, odszedł do szafki i wyjął z niej butelkę whisky.
-Wytłumaczę ci po drodze- powiedział.
-Ale poco ci ta whisky?- zapytałem.
-Będziesz tego potrzebował. Tego żaden programista nie przeżyje na trzeźwo.
